środa, 13 czerwca 2018

Monster Magnet - Dopes To Infinity (1995)




Z Monster Magnet mam tak, że zarówno ta ich zawadiacka rock'n'rollowa twarz z "panucrskim" bruzadami leży mi znakomicie, jak i psychodeliczne tripy w wykonaniu ekipy niezniszczalnego Dave'a Wyndorfa łykam jak to się barwnie określa "jak pelikan". ;) Tak się też w ostatnich tygodniach złożyło, że z podwójnej inspiracji tzn. nowym ich krążkiem oraz kapitalnym dokumentem Jarmuscha o The Stooges zasłuchuję się tym pierwszym obliczem Monster Magnet, sięgając też żródeł tego rodzaju rockowego grania. Lecą zatem takie często już zapominane tuzy jak MC5, Steppenwolf, Blue Cheer czy wreszcie The Stooges - z którym poprzez zbieżność oblicz Wyndorfa i Iggy Popa skojarzenia ich postaci miałem od zawsze. Jeden motherfucker wart drugiego, a oni sami w samym czubie listy największych rockowych zakapiorów. :) Gości, którzy na szacunek przez lata konsekwentnej pracy u podstaw zasługują i jak nikt inny obok Lemmy'ego stanowią elitę ikon sceny. Tym sposobem, poprzez osobę Kilmistera sprytnie przejdę do Dopes to Infinity, bo to akurat album, który jednoznaczne skojarzenia budzi z macierzystą formacją żywej reklamy złocistego trunku. Hawkwind się kłania, gdy korzeni krążka z 1995 roku poszukiwać - w odpowiednich proporcjach zmieszany z doskonałym upalonym hard rockiem spod znaku Black Sabbath. Tak sobie ówczesny skład Monster Magnet wykombinował, że w tej  niszy się zainstalują i dzięki klasycznym riffom i odjechanej kosmicznej aurze zaszczepią latom dziewięćdziesiątym jeszcze więcej finezji. Nie był to jednak żaden ryzykowny eksperyment, tylko naturalny rozwój, a czas i okres akurat sprzyjał sięganiu po inspiracje z lat siedemdziesiątych. Tyle tylko, że zamysł to jedno, a możliwości to drugie - nierzadko się przecież zdarzało, że zespoły miały pomysł, ale brakowało tego zasadniczego argumentu, którym umiejętności aranżerskie. Zamiast spójnego, płynnego grania powstawały niejednokrotnie toporne potworki bez ładu i składu i wreszcie własnej tożsamości. Bo jakby nie doszukiwać się w muzyce Monster Magnet wyraźnych wpływów sprzed lat, to jednak na przestrzeni niemal już trzech dekad, konsekwentnie wypracowali charakterystyczny i tylko im właściwy styl. Na fundamencie zbudowanym przez legendy sami stali się legendą, która nigdy nie zawodzi i zawsze gwarantuje najwyższą jakość, bez muzycznych mielizn i wizerunkowego pajacowania. Nie znajduję ich na żadnej z płyt Amerykanów, a już na pewno nie ma obaw, że ukrywają się na Dope to Infinity - albumie, który współcześnie mam nadzieję, że nie ślepo spostrzegam jako rzecz bez wad. Krążku monolicie, gdzie tuzin numerów, zamkniętych w ponad godzinie, bez najmniejszego problemu utrzymuje moją uwagę już od lat i nie mam obaw, że nagle straci tą magiczną moc w moich oczach. Wstęp w tym powyższym nieodkrywczym laniu wody był, rozwinięcie się pojawiło, klamra spinająca wątki także w tekście swoje uzasadnione miejsce odnalazła i teraz na zakończenie brakuje tylko puenty, której akurat nie będzie, bo jak się przy nocnym pisaniu o rock'n'rollu browarami napędza, to przychodzi ten moment, kiedy miast on zmysły wyostrzać, to on je znacząco stępia. :) The End! Chociaż muszę jeszcze z obowiązku zachowania logiki wypowiedzi dodać, że o Dopes to Infinity refleksja powstała, bo się obecnie na tej płycie znacząco zawiesiłem, gdyż nieco tym siarczyście rockowym obliczem z Mindfucker chwilowo przejadłem i dla równowagi trzeba było tłustą dietę jakimiś witaminkami urozmaicić. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj