piątek, 15 listopada 2019

Ukryta gra (2019) - Łukasz Kośmicki




Napiszę teraz o sytuacji w której po raz kolejny nasi chcieli nakręcić blockbustera po amerykańsku i nawet byli blisko sukcesu, bo szczerze ku swojemu ogólnemu zaskoczeniu naliczyłem po seansie więcej plusów niż minusów, lecz absolutnie jak głosi celna praktyczna z epoki maksyma - te plusy nie mogą przesłonić nam minusów! :) Bowiem nawet, kiedy stylistycznie projekt jest dopracowany, czuć włożony wysiłek scenograficzny, przed wszystkim w monumentalną wizualną estetykę uciekającą skutecznie przed nadużyciami speców od sztuczek graficznych, przez co i dzięki czemu klimat może się całkiem wiarygodnie kojarzyć z topornie demonicznym socjalizmem, a warsztatowo więcej niż poprawne wielonarodowe aktorstwo nie jest kulą u nogi (mimo szacunku dla grającego na komediowym autopilocie Więckiewicza i pewnie przepłaconego Pullmana, to Aleksey Serebryakov rządzi), to jednak jest to rozmach na miarę naszych niestety polskich finansowych możliwości, które pewnie dodatkowo okroiła gaża drugo albo nawet trzecioligowej hollywoodzkiej gwiazdy, z powodu czego wyraźnie związano ręce wszystkim pełnym zapału i wyobraźni odpowiedzialnym za stronę techniczną produkcji rodakom. Ponadto sam dramatyzm narracji nosił akurat  mnie mocno irytujące ślady groteskowej próby zajrzenia w przeszłość i skorzystania z tradycji amerykańskiej szpiegowskiej kinematografii, z lat największej świetności gatunku - pozbawionego niestety naturalnie tamtego uroku na rzecz bardziej wypasionego realizacyjnie, ale jednak teatru telewizji. Mimo jednak tych wad znacznych Ukryta gra pewnie może się podobać o czym świadczą w większości pozytywne recenzje. Niestety będę uparty i mnie ta ubarwiona wieloma kontekstami zagadka znużyła, bo ona zarazem nonsensownie przekombinowana i chwilami paradoksalnie nazbyt czytelna (kto wie kim naprawdę jest Agentka Stone? ;)). Poza tym na siłę wlepiony epizod z ruinami Warszawy i historią wojenną wygłaszaną przez (o Jezusie!) partyjnie wyznaczonego dyrektora pijaczynę z doczepioną powstańczą legendą, to za grubymi nićmi szyty nieszczery wałek, wyraźnie pod potrzeby obowiązkowego patriotycznego ultra dumnego uniesienia, bez większego ładu i składu pośrodku całkiem solidnej akcji wczepiony.

P.S. Czy to był dobry film niech jeszcze jeden fakt rozstrzygnie. Z całokształtu po projekcji najbardziej w pamięć zapadł mi Mecwaldowski ze świetną, cholernie autentycznie odegraną rolą, która w zasadzie nie miała jakiegokolwiek prócz stylizacyjnego znaczenia dla kluczowych wątków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj