wtorek, 3 grudnia 2019

Life of Agony - The Sound of Scars (2019)




W sumie to chyba głównie z obowiązku nowy krążek starej legendy kilkukrotnie przesłuchałem oraz kilka zdań refleksji do celów archiwizacyjnych skreśliłem, bowiem nawet jeżeli poprzedzający (w pewnym sensie) powrotny album okazał się całkiem zgrabnie skleconą porcją, na pewno nie wybitnej, ale z pewnością porządnie skomponowanej (dość obecnie archaicznej rockowej strawy), to akurat w końcowym rozrachunku nie zagospodarowała sobie w moim serduszku jakiegoś wyjątkowo ważnego miejsca i całkiem prędziutko uległa względnemu zapomnieniu. Tym bardziej The Sound of Scars nie może liczyć na moje długotrwałe przywiązanie, co więcej ona może będzie zaraz po spisaniu urzędowej notki w kąt rzucona, gdyż te czternaście numerów zdaje mi się strasznie suchymi próbami powrotu do formy, do jakiej ten band już nigdy pewnie nie powróci. Kompozycje ani nie są przebojowe (o poziomie chwytliwości, a nawet ciężaru z początków kariery nie ma co mówić), ponadto brzmienie nie przekonuje, a sam koncept polegający na wypełnianiu przestrzeni pomiędzy indeksami klasycznie trwożącymi monologami/dialogami, oprócz udramatyzowania osobistymi traumami warstwy lirycznej niewiele więcej ogólnie dość jałowemu obrazowi płyty daje. Tym bardziej można czuć rozczarowanie, gdy człowiek zorientuje się, iż The Sound of Scars miało być pewnego rodzaju powrotem do wątków z legendarnego debiutu, a okazuje się (nad czym ubolewam) w większości po nich zwykłymi popłuczynami. Nie wiem, być może za szybko tą płytę skreślam, lecz trudno czuć się winnym, gdy chemia pomiędzy dźwiękami, a słuchaczem lichutka - a może i żadna. Mimo wszystko jeśli brak z mojej strony ekscytacji, to kompletniej lipy też amerykanie nie sprzedają, więc nie wykluczam, że większym ode mnie maniakom, tym bardziej pacjentom związanym emocjonalnie z Life of Agony nowy album może ciutkę w głowie zawrócić.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj