wtorek, 31 marca 2026

The Royal Tenenbaums / Genialny klan (2001) - Wes Anderson

 

Wes współczesny, świadomie powielający szablonową, ulewającą się niestety już estetykę, mnie się opatrzył ostatecznie i znudził w zeszłym roku, gdy powróciłem z seansu Fenickiego układu, ale to nie znaczy że zaprzestałem poszukiwań archeologicznych w przeszłości - czekając z nadzieją na ciekawsze, przerywające monotonię rozwiązania w przyszłości. Myszkując więc pośród archiwaliów, tym bardziej uświadamiałem sobie, że w jego przypadku to karygodnie nie mam wszystkiego starszego sprawdzonego. Wiele jeszcze do odkrycia pozostało, zatem spontanicznie korzystając przykładowo z obecnej Netflixa oferty, gdzie Tenenbaumową sagę wyczaiłem, zabrałem się w towarzystwie do do-odkrywania którędy i jak do obecnego statusu Wes docierał. Depresyjny na pierwszy rzut oka tutaj Anderson, wizualnie jest sobą, mimo że to jeszcze nie ten moment przełomowy z zachłannym wykorzystywaniem planów z makiet tekturowych i atrakcyjnych szoł podkręcających animacji, ale pod względem nastroju to ponuractwo - barwnie na swój sposób nonszalanckie, ale jednak trudno nie mieć wrażenia że pomimo licznych walorów rewolucjonizujących na chwilę ze swadą oblicze kina obyczajowego, to jednak poprzez sarkające marudzenie i stykówkę ponad mimo wszystko treść, kino bez właściwych emocji. Problem mój z Wesem nie tylko uwydatnia się widocznie w krytykowaniu kopiowania kopi kolejnymi kopiami, ale braku takich wibracji, które zza z premedytacją teatralnie przeforsowywanej jednowyrazowej (jakby powstrzymującej skutecznie wybuch śmiechu) maniery mogłyby od czasu do czasu się wyrwać. Ja szanuję to przegięte groteskowo aktorstwo całej plejady znakomitości, jakie u Wesa wchodzą na często zupełnie dla nich dotychczas nieznane, niewykorzystywane poziomy (patrz fenomenalna Gwynteh) czy z innej mańki świadomego wyciskania rozpoznawalnych twarzy z kojarzonych z nimi gestów (patrz niby zaskakujący, ale zarazem on w stu procentach Gene, bądź nie zaskakujący, a oni, czyli Bill i Ben). Ten schłodzony MANIERYZM tak samo wyjaskrawia ironię z jaką patrzy na świat reżyser, jak i pozbawia spojrzenia zupełnie autentyczności, sprowadzając je do ambitnie kapitalnego, ale jednak performansu wybitnie szołmeńskiego. Mam wówczas odczucia ambiwalentne, gdzie zderza się błyskotliwość formy z oczekiwaniem na emocji udział i poczucie finalnie rozczarowania, że byłem świadkiem spektaklu przemyślanego z dnem niezaprzeczalnie wartościowym (relacje rodzinne pod szczegółową, aczkolwiek satyryczną lupą) i myślę iż widz gustujący w przesłaniach metaforycznych intelektualnie bardziej tradycyjnych czy wizualnie surowych, realistycznych może odpaść. Tym bardziej dla niego kino Wesa Andersona będzie trudne do pełnej akceptacji, bez względu czy opowiadać ma historię z kategorii bliskiej czy dalekiej zwykłemu życiu - zdystansowanej na pełnej lub o obliczu nieco bardziej zachowawczym. Tak czy inaczej Genialny klan jako osobny nieco, a na pewno nie wystrzelony totalnie na najwyższe poziomy estetycznej ekstrawagancji rozdział w filmografii Wesa, podbity jak należy dostrzec z lekka zarzuconą od niechcenia makabrą (proszę zwrócić uwagę, he he, na bezpośredniość sceny z krwią z podciętych przedramion) opowiada przewrotnie ciepło o rodzinnej i nie tylko miłości - relacjach zagmatwanych, poddawanych sprawdzianowi, lecz pomimo prób trwałych. Nie tylko stylistyka na pierwszym planie, ale i kawał z pozoru wyłacznie tekturowego mięcha w treści - smutnego ale i optymistycznego swoją drogą.

P.S. Widzę iż na Netflixie wisi ze staroci jeszcze Pociąg do Darjeeling, a że Lalu twierdzi iż warto - to lukam. Nie teraz przecież, za moment, może dłuższy, ale lukam. :)

poniedziałek, 30 marca 2026

Election / Wybory (1999) - Alexander Payne

 

Sympatycznie niegroźny jak zawsze Matthew Broderick i czego by nie grała i u kogo wiecznie urocza, tutaj jeszcze nastoletnia Reese Witherspoon u zaczynającego swoją wówczas reżyserską karierę (jego drugi film), mojego jednego z ulubieńców Alexandra Payne'a. Fajnie pokombinowany scenariusz i fajna narracyjna robota. Z tematu z pozoru błahego, bez ambitnego potencjału, Payne wycisnął znakomicie najbardziej treściwe, a jednocześnie smakowite aromatyczne soki. Jest obecnie dzisiaj i jak widać był już wówczas znakomitym fachowcem od obyczajowych ambitnych komedii. Takich które wiążą spójnie błyskotliwe poczucie humoru z wnikliwą obserwacją złożonych zachowań społecznych i psychologicznych, bez popadania w męczącą manierę pretensjonalizmu. Potrafi do dzisiaj znakomicie pleść angażujące, bez silenia się na uniesienia, a i tak emocjonalnie wciągające historie - naturalnie układać z prostych, bardzo zwyczajnych, a przez to autentycznie ludzkich sytuacji, wyszukane wzory i jeszcze doskonale wszystko przyprawiać wspomnianym powyżej nietuzinkowym, także absolutnie niewymuszonym poczuciem humoru. Główna zaleta Wyborów to poza powyższym ogólnikowym, po prostu stworzenie z familijnej, do niedzielnej popołudniowej herbatki czy kawki bardzo zdatnej opowieści, czegoś co ponad zwykłą gatunkowo obyczajowo-komediową formę się wznosi, ale nie tracą przy okazji przypisanego lajtowego charakteru, mimo że wnioski płynące z analizy wydarzeń mogą być szczególnie dla męskiej części widzów zawstydzająco-druzgocące. :) Lekko, frywolnie na wierzchu, a pod tą pluszowo-pastelową powłoką dość ciemno - lecz bez przesady rzecz jasna. :) Także z kąśliwie metaforycznym, krytycznie-prześmiewczym udziałem odniesienia do specyfiki jankeskiej demokracji - amerykańskich wartości wolnościowych, przesadnie, bo jaskrawo, bywa że wręcz kuriozalnie zaszczepianych w szkołąch od nastolatka. W sumie te wybory szkolne na przewodniczącego w mikro-społecznym wydaniu, oddają jeden do jednego większość mechanizmów jakie rządzą wielką polityką i odpowiadają na pytanie, kto z tych potencjalnie będących nadzieją przyszłości młodych nadaktywnych i chorych nieczęsto od smarkacza na wszczepioną przez rodziców ambicję, kiedyś w bagnie, tudzież wprost szambie władzy dzięki bezkrytycznemu postrzeganiu własnej osoby i swoich potrzeb zaspokajaniu bez względu na ofiary się fantastycznie odnajdzie. Taki to z pozoru, gdy spojrzeć na opakowanie, bez wnętrza mocniej analitycznego filmik mógł się zapowiadać, a okazał się wielowymiarowym (liczne wątki fenomenalnie zespojone) i mistrzowsko napisanym przez pryzmat dyspozycji psychicznych i osobowościowych (każda postać osobna, fascynująca psychologicznie i socjologicznie), finalnie absolutnie nie absurdalnie spójnie pesymistyczno-optymistyczny, unikający bezpośredniej oceny etycznej, lecz pośrednio kapitalnie do tego rodzaju rozważań prowokujący, przewrotny, cholernie intrygujący FILM. Oklaski!

niedziela, 29 marca 2026

The Smashing Pumpkins - Gish (1991)

 

Paplać w temacie Gish koneserskich, a tym samym sentymentalnie-nostalgicznych banialuków nie zamierzam, bo znajomość bardziej zażyła z efektami pracy studyjnej "dyniek" moja dopiero od niedawna i wciąż jeszcze ograniczona do czterech startowych krążków. Bez zbliżeń ze wszystkim po roku 98-ym nagranym, nie mam więc prawa do kompleksowej oceny Gish i tego co już na uszy większej dawce zarzuciłem (w kontekstach i na tle), zatem póki się nie odważę (a po rozczarowaniu Adore i biorąc pod uwagę opinię Lalu) szybko chyba to nie nastąpi - od bardziej współczesnych płyt zainteresowanych trzymać będę jeszcze w dystansie. Przyjmuję więc na dziś, iż pozostaje na dorobku poznawczym fanem tak dwójki, jak trójki w ograniczonym do tego co naj z dwu-płytowej kolumbryny, a do tej stawki dodaje bez zawahania Gish, gdyż mi po prostu JAKO przyjaźnie dla ucha melodyjnie nastrojona raz i dwa z drugiej strony dynamicznie spontanicznie grunge'owa PASUJE! Po prawdzie ta etykietka grunge'owa może być dwojako rozpoznawana i poddawana subiektywnej weryfikacji każdego kto czuje związek z nurtem, bo oto przecież jedynka TSP wbija się idealnie w czas kiedy takiemu graniu identyfikacyjnie także Alice in Chains czy Soundgarden z powodzeniem były przypisywane, a jednocześnie każdy kto głębiej drążyć wokół tematu zacznie, nie trudno będzie znaleźć na wiarygodność zasługujące, jak najsilniej powiązane z korzeniami i postaciami archetypicznymi opinie, iż żadna z wymienionych ekip nie może być i wówczas raczej nie była kojarzona ze stylistyką, jaką u zarania tworzyły zupełnie inne składy, a dopiero wraz z wybuchem popularności Nirvany pod estetykę wywodząca się wprost z brudnego, surowego garażowego grania zostały podpięte wszystkie te które największą karierę dzięki popukulturowemu fenomenowi paradoksalnie kontrukulturowego zjawiska zrobiły. Dlatego mówiąc nawet o formatywnym okresie i pierwszej fazie krzepnięcia stylistyki ekipy Corgana, trudno jednoznacznie ją określić jako grunge'ową, więc nie ma sensu przy jakimkolwiek stanowisku się upierać, a tylko uznać że temat jest nieco kontrowersyjny i postawić w tym miejscu kropeczkę. Gish natomiast jest z pewnością pobudowana na tradycji hard-rockowej, psychodelicznej i bluesowej, w klasycznym spojrzeniu w kierunku prekursorów stylu, umownie określając "woodstockowego", bo da radę usłyszeć tutaj te wszystkie zamaszyście inspirujące wpływy. Jakby napisać że to po prostu rock alternatywny w stosunku do z lat osiemdziesiątych natapirowanej klasyki, to też poniekąd prawda i trudno nie zgodzić się z przekonaniem, że w tej alternatywie jest zarazem spora dawka marzycielskiego pop-rocka oraz szczególnie na Gish słyszalna połowiczna (bo obok punkowej) inspiracja dla amerykańskiej najtisowej fali ekip spod znaku punk-rocka w stylu Green Day. Niezły przyznać należy misz masz sprężyn które ukierunkowały Gish plus dwa następne krążki i sprężyn jakie pomogły rozrosnąć się muzyce rockowej w kolejne gałęzie. Cieszę się, iż Lalu mnie na "dynieczki" namówiła. 

sobota, 28 marca 2026

Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej (2025) - Emi Buchwald

 

Wciąż względnie młody, ambitny twórco sztuki filmowej, jeśli posiadasz ciekawe życiowe doświadczenia, jak i przez naturę i odpowiednio inspirujące środowisko doskonale przystosowany do spostrzegawczej obserwacji i analizy zebranego materiału umysł empatii niepozbawiony oraz zdajesz sobie naturalnie sprawę z tego, że klucz do sukcesu artystycznego, to przede wszystkim dobranie do realizacji zamysłu utalentowanych i samodzielnie też czujących i myślących współpracowników, a kasa niekoniecznie się na produkcję zgadza, ale jest w wymiarze podstawowo wystarczającym, to zakasuj rękawy i daj się poprowadzić intuicji, bowiem fart wystrzelający twoją pozycję w branży może czaić się tuż za rogiem, więc czym w sumie ryzykujesz, kiedy serducho do pracy jest głównym motorem napędowym. Przebijesz się albo nie, czasem to losowa kwestia, ale nawet jeśli dostrzeżony na poziomie ogólnokrajowego hałasu nie zostaniesz, to nie wierzę że dysponując energią, charyzmą sam sobie przy okazji nie sprawisz największego z możliwych prezentów, czyli robiąc wszystko z gigantycznym zaangażowaniem satysfakcji nie sprawisz - o zebraniu praktycznego dorobku kompetencji nie wspominając. Piszę to co powyżej, bowiem myślę czasy ogólnie sprzyjają osiąganiu rozgłosu i nie trzeba koniecznie obniżać totalnie standardów intelektualnych aby stać się rozpoznawany, bowiem równolegle szerokiej autostrady kompletnego deprecjonowania czy wręcz patologizacji treści, rozpościerają się możliwości tej wacie stawiania niekoniecznie bezpośredniego odporu - z głową podniesioną uzasadnienie, podróżowania terenami gdzie wartościom w nowoczesny/nośny, a przede wszystkim w szczerym tonie można pomagać przetrwać. Brzmi to może mocno wyniośle, ale uważam że w kinie dzisiejszym jest tak wielu młodych, szczególnie wrażliwych i niebanalnie spostrzegających rzeczywistość kandydatów na przyszłe wartościowe jako dobre przykłady ikony branżowe, że pomimo w obliczu od groma możliwości do działania jednak praktycznej standaryzacji przekazów, przestrzeń dla nich absolutnie się nie skurczyła. Tym bardziej że Polska rzeczywistość wciąż póki co nie jest jeden do jeden odbiciem zmanierowanych często całkowicie trendów zachodnich, a w sposób charakterystyczny dla realiów środkowej Europy łączy praktyczny wymiar intelektualnych, emocjonalnych poszukiwań, z jego poszanowaniem dla rozwijających się idei humanistycznych. Mówię o tym, iż to co ostatnio widziałem w rodzimym kinie tworzonym przez nowych artystów, to nie jest tylko sztuka dla sztuki czy idea dla idei (popisywanie się intelektualne), tylko bardzo głęboka analiza wiążąca błyskotliwość i intymność, w jedną formę użyteczną dla poznania przez widza tak siebie samego (rozpoznawania mechanizmów własnego psychologicznie wrzącego wnętrza), jak i zdolności oceniania zachowań czy reakcji postaci z otoczenia, nie wyłącznie przez pryzmat osobistych odczuć, przeżyć, mechanizmów, procesów. Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej jest wszystkiego powyższego znakomitym, wręcz akademickim przykładem, choć nie jest przecież niczym wyjątkowym, gdyż podobnie napisanych i doznawanych historii kreatywna, po odpowiednim warsztatowym przygotowaniu starsza już i młodsza młodzież nasza udostępnia wiele, ale dopiero teraz po skosztowaniu tej esencji tendencji myślę do mnie dotarło, że być może od czasu jakiegoś jestem świadkiem decydującego ewoluowania polskiej nowej szkoły filmowej, która oczywiście czerpie z najlepszej tradycji kina psychologicznego czy społecznego, ale w zupełnie nowy, raz bez kompleksów, dwa autentyczny, niezmanierowany i trzy co mnie najbardziej cieszy, zaskakująco empatyczny, dogłębnie i dojrzale analityczny sposób wprowadza go w świadomość wkraczających w dorosłość, przytłoczonych przez przebodźcowanie widzów (pozwala się zatrzymać i utożsamić), ale i tym w moim wieku otwiera często oczy bardzo szeroko na sposób w jaki współcześnie egzystencjalne wyzwania contennialsi reagują - czego być może bym nie widział, a tym bardziej rozumiał, gdyby młode, bardziej rzeczowe niż estetyczne ich kino by mi nie pokazało.

P.S. Przepraszam że we właściwym tekście nie znalazły się właściwe treści. Przepraszam że zamiast skupić się na pochwalenia walorów każdej z aktorskich kreacji, tak pod względem autentyzmu jak odważnego totalnego odarcia z emocjonalnej intymności i ukazania jej wrażliwości (każdej indywidualnej), to ja wdałem się w refleksje ogólne. Przepraszam że nie zauważam tego ogólnie co warsztatowo, formalnie uwagę przykuwa (oryginalnie zatytułowane rozdziały - ich mnogość i różna długość), co też dotyczy sedna przesłania, przekazu czy po prostu dla równowagi doskonałego poczucia humoru (fajne przerysowanie Benka i Franka) w przejmującym przecież dramacie rodzinnym i indywidualnym każdego z członów rodzeństwa (tak, każdy inny, osobliwie osobny). Przepraszam wreszcie że nie wytłuszczam tam motywu fantastycznego, realizmu baśniowego czy samego wątku mieszkania (tak się składa że kojarzy mi się ten zabieg z tym co teraz przecież zrobił tez Trier) oraz nie wychwytuje każdego elementu tak sympatycznie przystępnie nawiązującego do podstaw psychologii relacji w oddziałujących podczas okresu adolescencji małych grupach społecznych. Zrobiłem to przecież właśnie poniekąd teraz, dodając na finał ogromne uznanie dla Emi Buchwald i współscenarzysty Karola Marczaka, że tak wzruszająco, autonomicznie pozwolili każdej z postaci dojść do sedna własnych problemów i wyciągnąć im konstruktywne wnioski. Każdy z nas przecież zna SIEBIE najlepiej i potrzeba tylko przestrzeni, komunikatu zwrotnego bez pretensji i dyskretnej troski abyśmy się sami zrozumieli i nauczyli żyć w harmonii w sobie i symbiozie na zewnątrz.

piątek, 27 marca 2026

Persona non grata (2005) - Krzysztof Zanussi

 

Zanussi dyżurny ekspert od problematyki natury etycznej, uznany współtwórca kina moralnego niepokoju i Zapasiewicz z tą swoją zafrasowaną i jednocześnie naburmuszoną miną - Zapasiewicz doskonały. Chyra zaś świetnie wyrównujący proporcje współczesnego i reprezentowanego wspólnie przez Zapasiewicza i Olbrychskiego archaicznego teatralnego aktorstwa, natomiast Stuhr jak to Stuhr bardziej irytuje niż fascynuje odkąd zaczął być obsadzany lata temu w rolach charakterystycznych i niesie do dzisiaj ze sobą tą (manierę), a to są koszta. Refleksyjny dramat, fundamentalnie to rozliczający się z piętnastoleciem polskiej wolności, ale i z wieloma podtekstami i kontekstami jak to u Zanussiego. Odrobinę zbyt pretensjonalny i egzaltowany, szczególnie gdy łączy się wątki osobistych psychologicznych przeżyć bohatera (starość, doświadczenie śmierci) z kwestiami natury politycznej i powiązanego z nią ściśle szpiegostwa. Mógłbym napisać, że to doskonały przykład wątpliwego kontynuowania szablonu „moralnego niepokoju” przepracowywanego w polskim kinie skutecznie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wówczas z gigantycznym przekonaniem, a przeniesionego w czasy już kapitalistycznej Polski, gdzie taki przykładowo Zanussi próbował częściowo tylko udanie owy z udziałem problematyki wtedy bieżącej schemat wskrzeszać. Być może ta diagnoza jest totalnie przestrzelona, biorąc pod uwagę moją ograniczoną mocno sympatię dla samego Zanussiego i przez to też zdystansowanie moje do raczej słabo mi znanego w detalach jego dorobku. Bardzo możliwe.

czwartek, 26 marca 2026

Tatarak (2009) - Andrzej Wajda

 

Smutne granie i smutne kręcenie. Kręcenie na podstawie prozy Iwaszkiewicza - quasi filmowe kręcenie. Wygląda bowiem bardziej na ograniczone finansowo, dość ubogie stylistycznie klimaty telewizyjnego plenerowego teatru telewizji, niż kino wielkiego formatu, zrobione przez legendę polskiej kinematografii. Dziwnie, nieudanie twierdzę, eksperymentalnie zaprojektowany, z para dokumentalnym/reportażowym częściowo wnętrzem (film w filmie), z wplątanymi osobistymi monologami Jandy w monodramatycznym tonie. Niespójny przez taki zabieg - robiący wrażenie formalnego nieporozumienia i emocjonalnej wydmuszki, bez właściwego poruszającego do głębi wypełnienia, bo bez rzeczywistej, przekonującej charyzmy, bezpłciowo przekombinowany. Kwestia jeszcze równolegle przekonania do tak zmanierowanego oblicza aktorskiego i wiarygodności tak zainscenizowanej samej historii. Janda się stara, odkrywa trudną intymność, odsłania się lub ją sprzedaje (kwestia dyskusyjna), jednak nie potrafi się wznieść ponad irytująca histeryczną (ten jej śmiech) i egzaltowana dramatyczność, którą trudno znieść i tym samym ciężko wybaczyć Wajdzie, że w takie z sercem ale bez emocjonalnej autentyczności granie bezkrytycznie wszedł - jako wytrawny reżyser tegoż nie powstrzymał. Dużo się dyskutowało, nadal gdy ktoś pozna to się zamyśla nad jakością, czy uzasadnieniem tak motywowanego konceptu Tataraku i te zdania są mocno podzielone. W moim przekonaniu sprawdziłby się i oddziaływał, gdyby był sprowadzony jedynie do osobistego życiowego dramatu Jandy, lub sam w sobie stanowił wytrawniejszą pod względem artyzmu adaptację fundamentu. Ponadto mnie sterylność tego wypolerowanego obrazu przeraża, odwracając uwagę i nie pozwala na skupienie się na treści. Odpycha bez artystycznego sznytu wizualnego maniera, wiedząc że dla Wajdy mniej ważna była od niego treść, w której ważne psychologicznie rozważania o śmierci i przemijaniu, pustce i jej wypełnianiu pozostawia widzowi do analizy. Przytaczając słowa samej legendy - "stary reżyser próbuje szukać jakiegoś spotkania tradycyjnie opowiedzianej fabuły z sytuacją, w której film powstaje". Próbuje, ale niestety z mizernym efektem.

środa, 25 marca 2026

Camper (2023) - Łukasz Suchocki

 

Godzina siedemnaście seansu, bez właściwie budżetu, bardzo na surowo, typowymi dla takiego wyzwania dość ascetycznymi rzecz jasna metodami. Naturalne, swobodne zbieranie doświadczeń bez krępującego scenariusza, jakby to był jedynie pod koniec wsparty artystycznie motywowanym muzycznie obrazowym fragmentem improwizowany reportaż, a nie przygotowana skrupulatnie fabuła, więc jeśli ktoś dotąd nie zorientowany na co się pisze, to proszę bardzo wyobraźnia już mu wymiar formy podpowiada. Idealnie w punkt taki jak sobie wyobrażam obraz intelektualistów młodych, od jakiegoś już czasu obracających się w wymagającym świecie dorosłości i raz biorących na siebie prawdziwą odpowiedzialność za siebie oraz swoją przyszłość, a dwa raczej bujających jeszcze w chmurach filozoficzno-ideologicznych, wciąż wolnych elektronów, których w procesie wychowania w warunkach komfortowych nauczono że mogą wszystko, bo warci wszystkiego i nie powinni się bać żyć oryginalnie, spontanicznie, zupełnie inaczej niż pokolenia im wcześniejsze – bardzo, bardzo dobrze! Z dystansem, z lekkim na pozór ego przerostem tudzież przesyceniem, z większymi ambicjami i co najważniejsze tu i teraz, bez kompleksów. Mają świetny, bądź co najmniej dobry start, zapewniające względny spokój zaplecze, wsparcie finansowe i mogą się rozwijać, bez brutalnie destrukcyjnego traumatycznego bagażu. Paradoksalnie optymistyczny, taki zajebisty, bo kontrolowany dla równowagi psychicznej spleen, podszyty głębiej niepokojem - sympatyczne ogólnie klimaty, ciekawe socjologicznie i psychologicznie we wspomnianym reportażowym kinie drogi, po taniości, czyli produkcyjnie porządnie na zasadach tak dobrego rzemiosła i intuicji zrealizowanym. Obraz krótki, a jednocześnie z dużą zawartością treści, gdzie dające do myślenia reakcje postaci, ich wspólne i wzajemne, kulturowo charakterystyczne, czy współczesnym słownictwem interakcje napędzane. Język, dialogi jakby improwizowanie niezupełnie jeszcze aktorsko ogarniętych, ale utalentowanych kandydatów na profesjonalistów. Ma to egzystencjalnie praktyczne dialogowanie swój urok i wartość ma - ja to łykałem, czułem zainteresowanie. Swoje egzotyczne dokłada też czas i okoliczności sytuacji oraz wymiar kontemplacyjny - wyparty już chyba ze łba lockdown oraz zawsze ważne odkrywanie sensu istnienia/bycia.

wtorek, 24 marca 2026

Lamb of God - Into Oblivion (2026)

 

Owieczka Boża trwa i trzyma się własnego stylu, tyle by wystarczyło by opisać nowy krążek NIEbardzo młodego i pięknolicego ale wciąż potwornie energetycznego Randy'ego Blythe'a i jego wiekowych już ziomów. Żeby grać od ćwierć wieku wciąż umownie określany modern thrash, jaki czasem bardziej, momentami mniej ma wspólnego z thrash core'm czy hard core'm, to trzeba mieć potęgę siły i mocy, nie mniejszą niż miał komiksowy He-Man, bowiem jest to konkretnie fizycznie wymagająca działka. Skład Lamb of God kompletnie nie ma czego się w tym kontekście wstydzić, bo szarpanie strun i okładanie zestawu perkusyjnego oraz darcie mordy wychodzi im potężnie, z impetem zmiatając to co trzeba i kogo należy z powierzchni. Czym się jednak świeżo, mało-świeży album rożni od poprzedniczki i czy w ogóle tutaj jakiekolwiek przemiany zaszły, to ja nie jestem pewny. Słyszę jednak iż po przebojach w życiu prywatnym narwańca Randy'ego i po istotnej zmianie w składzie (gary), obecnie LoG okrzepli i jak po początkowym zadowoleniu z klasy Omens przyznam iż z rzadka do niej wracam (nie wiem czemu), to czuję że nomen omen Into Oblivion przynajmniej przez jakiś czas nie powtórzy przykładu poprzedniczki. Wszystko zdaje się być na swoim miejscu, współczynnik każdej stylistycznej cechy nuty LoG jest na poziomie bardzo zadawalającym, kompletnie nie zaskakującym, natężenie jebnięcia w kontekście ciężaru i precyzji napier-da-lanki to jest to to czego od nich oczekuję, a i czasem (w sumie jak od pewnego czasu zawsze) wyskoczy coś umilająco-urozmaicającego - podoba mi się ten El Vacío. Krążek jest tak samo agresywny jak motoryczny oraz pielęgnujący własny "owieczkowy" styl, więc pojawiają się pośród często wybitnie dobrego, impulsywnie melodyjnego czy nie stroniącego od nieco zakręconych breakdowów riffowania, także czyste popisy gitarowej po prostu ekwilibrystyki. Są one jednak podporządkowane nadrzędnej idei, aby przy tych kawałkach dawało się najbardziej możliwie efektywnie pomachać banieczką i ja zawsze gdy "owieczka" jest rytualnie składana w ofierze thrashowemu BÓSTWU, szyję własną poddaję sprawdzianowi. Coś przeskoczy czy nie daj PANIE wyskoczy - się obawiając, więc k***a ostrożnie! Teraz z mordą uchachaną, natenczas na cały niemal gwizdek pod akompaniament kapitalnego, częściowo szeptanego bangera A Thousand Years. No!

poniedziałek, 23 marca 2026

H-Blockx - FILLIN_THE_BLANK (2026)

 

Z pewnością premiera (w pewnym sensie jak spostrzegłem temat zgłębiając) powrotnego po latach (ostatni 14 lat temu wydany i ja go nawet nie znam) albumu niemieckich "Jankesów" przeszłaby obok mnie bodaj bez echa, gdybym co najwyżej 4 lata temu nie powrócił od dwóch startowych ich krążków z sentymentu i nie dostrzegł ku mojemu zaskoczeniu (zapraszam do wyszukania owej rozkminy), że one się cholera pięknie zestarzały, zasadniczo kompletnie nie dając się zmiażdżyć przysłowiowemu zębowi czasu. :)  Fajnie fajnie, fajnie się wówczas ucieszyłem, dając się wciągnąć w klimaty bezpretensjonalne i co najważniejsze, nie tylko rozrywkowo wkręcające, mega energetyczne, ale też absolutnie nie bez wartości w kwestii ciekawej po prostu, finezyjnej pomimo raczej mało eksperymentalnej stylistyki nuty. Takiż też jest tegoroczny materiał, który ważę sobie w głowie bez znajomości niemal całkowitej, wszystkiego co moi zachodni sąsiedzi nagrali po roku 1996, a było tego jak teraz widzę pięć długograjów - być może niezasłużenie zignorowanych, gdy zainteresowałem się i zgłębiałem inne, jak uważałem bardziej ambitne gatunkowe kierunki. Jeśli będzie możliwość, utrzymam się jeszcze trochę na wierzgającym ostatnio konkretnie życiowym wierzchowcu, to sprawdzę i zdam tu sobie pisemną relację podsumowującą z doświadczeń rozpoznawania dotychczas ich niepoznanego. A mam na to apetyt i może zaraz z rozpędu zacznę to robić, gdy tylko odkleję się od FILLIN_THE_BLANK lub zaspokajając ciekawość starsze wplotę pomiędzy odsłuchy najnowszego. Się zobaczy, a póki rzeczywistość nie da odpowiedzi na właśnie wyrażone wątpliwości co do przyszłości, to spiszę FAJNE odczucia związane z przyklejeniem się do tego co głównym przecież bohaterem tej pseudo recki. Jak dałem już wcześniej do zrozumienia będę chwalił, bowiem czuje gdy teraz w uszach rozbrzmiewają mi poszczególne indeksy F_T_B jakbym powrócił do młodzieńczych lat dziewięćdziesiątych, a nie przeszkadza w tym nawet obecna prezencja ekipy H-Blockx, bo mimo upływu lat mają oni równie turbo wydajnego powera, a stylówa nawiązująca do klasyki nie gryzie się z siwym zarostem. Moje przekonanie być może będzie odosobnione i ktoś kto będzie szukał informacji w necie o H-Blockx z 2026 roku przeczyta, że typki po pięćdziesiątce próbują desperacko sprawdzać czy nadal potrafią w te klocki jak za młodu i że jest to nieco słabe/żenujące. Ja tutaj desperacji nie słyszę ani nie widzę, gdyż daje sobie i innym prawo do dobrej zabawy, bez względu na metryczki. Jeśli nawet jest to lekkie świrowanie w klimacie funky crossovera, co chyba dzisiaj nie jest na topie - mam to gdzieś, gdy robi się to z pasją i autentycznością, a nie uważam aby chłopaki startowali do powrotu z motywacjami finansowego sukcesu niebywałego, tylko po to by spełnić swoje wciąż doładowujące ich i motywujące potrzeby sceniczne czy po prostu kumpelskie. Nagrali zestaw mnie uszczęśliwiających numerów i uznaję że zrobili to by przede wszystkim siebie uszczęśliwić i czuję jak i słucham i widzę w klipach, że się udało sprawić sobie mega przyjemność. Im gratulować, a mnie słuchać!

piątek, 20 marca 2026

Affeksjonsverdi / Wartość sentymentalna (2025) - Joachim Trier

 

Wartości sentymentalnej gigantycznym sentymentem darzyć nie będę (Ona i Ja), choć pozostawiła wyraźny ślad w głowie i zajęła całkiem niezłą pozycję na szczeblach sezonowej filmowej drabiny. To po skandynawsku porządne, przemyślanie to co ukryte przed powierzchownym opiniowaniem, intensywnie w głębi drenujące, bardzo dobre po prostu, bowiem warsztatowo dopieszczone kino, ze świetnymi ekspresyjnymi początkowymi scenami (brawo Renate Reinsve!), które uderzają niepokojem i zaostrzają apetyt na więcej. Niestety później nieco łagodniejemy my widzowie, łagodnieją bohaterowie i łagodnieje do zapowiadanego między wierszami, więc mniej wstrząsającego finału, zatopiony w chłodnej recepcji wydźwięk opowiadanej historii. Ostry pazur ulega po drodze złamaniu, a szkoda, bo ze scenariusza można było dla wyrazistości wyssać więcej jadu, dla soczystości dostać się do najbardziej esencjonalnego miąższu. Joachim Trier posłużył się techniką filmu w filmie, aby głębiej wejść w losy ekranowej rodziny, aby lepiej pokazać złożoność postaci swoich bohaterów i dopełnić przedstawioną historię - co mu się rzeczywiście udało, ale utracił myślę koncentracje tym samym na dynamice narracji. Ukazał perfekcyjnie sterylnie złożoność, wielowarstwowość rodzinnych zawirowań, nieprzepracowanych traum, skrywanych emocji - zbudował stopniowo spójną, lecz mało na pozór ekscytującą relację, w powolnej wspomnieniowej, SENTYMENTALNEJ manierze. Co odróżniające od większości podobnych rodzinnych autopsji, odbijającym, rezonującym echa sprzed lat świadkiem zachodzących przemian, zmian, światła i mroku, uczynił nie tylko wielopokoleniowy dom w sensie quasi synonimu relacji, ale DOM jako osobną fizyczną materię spinającą losy jego domowników. Dom dobry, dom zły, dom życia, dom śmierci, dom podziałów, dom jedności. Powrót do niego dawno nie widzianego, funkcjonującego w obiegu społecznym jako autorytet zawodowy ojca (weteran Skarsgärd jak wino), staje się przyczynkiem wybuchu ukrywanych emocji, bolesnych traum, zarzewiem konfliktu, ale, co najważniejsze - nieoczekiwanie - opatrunkiem na otwarte rany, spoiwem łączącym rozdzielone oraz lekiem na egzystencjalny ból. Uwagę krytyki w kierunku nagród przykuwają rzecz jasna znakomite kreacje kobiece, jakie wzruszają i poruszają, ale też widza z podobnymi doświadczeniami są w stanie zmrozić poprzez proces utożsamiania i w swojej świadomości osobistych emocjonalnych artefaktów, być może niepotrzebnie (rozgrzebywanie jest niebezpieczne, gdy nie ma narzędzi do posklejania odkrytego - rozbitego) odkurzania. Siostrzana miłość to jedna z najpiękniej pokazanych wartości w filmie - oklaski dla Reinsve i Ibsdotter, ale też w osobnej fakturze specyfiki roli na komplementy zasługuje Fanning, będąca w kontekście świeżym powiewem zmian, ciepłym kolorem w skandynawskiej szarości, naturalnie przekonującą i szczerą w roli hollywoodzkiej gwiazd. WARTOŚĆ jest więc głównie wartościowa, ciszą próbująca stłumić krzyk, ale czasem nie warto zakrywać ust, by wydobyć jęk, a tego Trier unikał, być może bojąc się przeszarżować, gdy wydaje mi się odnośnikiem i inspiracją dla formy największe dzieła najbardziej uznanych klasyków kina pulsu podskórnego, potężnego niejednoznacznościami i metaforo-alegoriami. W sumie to na koniec, po zważeniu i rozważeniu detali, nie jestem aż tak pewny czy Wartości sentymentalnej nie będę w przyszłości jako systematycznie dojrzewającego owocu darzył gigantycznym sentymentem. A Ty Lalu?

P.S. Domniemam iż winę za mój akurat lekko zdystansowany od entuzjazmu odbiór dzieła Triera, ma fakt iż marketingowe zabiegi wywindowały poprzeczkę, a obejrzany tuż przed nim genialny Tajny Agent (Klebera Filho) podniósł jako bezpośrednia konkurencja tenże poprzeczkę jeszcze wyżej. Bywa! ;)

czwartek, 19 marca 2026

Sunshine / W stronę słońca (2007) - Danny Boyle

 

Według pomysłów ze scenariusza współpodpisanego przez Alexa Garlanda (obecnie także bardzo intrygującego, niekoniecznie w stu procentach w swoich projektach zrozumiałego reżysera), ta Danny'ego Boyle’a próba sprawdzenia się w gatunku gdzie galaktyki w kosmicznych statkach się pokonuje, by wypełnić priorytetową dla losów ludzkości misję. Znaczy w stylizacji od lat eksploatowanej i mimo swojej wąskiej pojemności oraz teoretycznie trudnej do poszerzenia, to w praktyce raz na jakiś czas twórcom kina udaje się wszczepić w konwencję coś na tyle na nowo, choć odrobinę intrygującego, że ona wciąż cieszy się popularnością, więc spróbować się w niej nie jest jednoznaczne z powielaniem wyłącznie schematu. Opinie o efektach pracy pod kierownictwem Boyle’a nie były i tym bardziej obecnie, gdy sporo się jeszcze z czasem tego kosmicznego pojawiło nazbyt euforyczne, stąd W stronę słońca żadnym klasykiem się nie stał i raczej określany jest jako bardzo porządna robota, ilustracyjnie pobudzająca, lecz bez znamion czegoś nazbyt w gatunkowych kategoriach wyjątkowego. Technicznie bezdyskusyjnie daje radę i odświeżony współcześnie może zmysł wzroku i słuchu nęcić wykorzystanymi rozwiązaniami, jednako fabuła zagmatwana, dziurawa, chwilami nieco nonsensowna i wzorcowo przewidywalnie podług zasad eliminacji bohaterów poprowadzona, wrażenie niedosytu poprzez banalizowanie wątków raczy też wywoływać. W tej konwencji przecież w sumie prawie wszystko przejdzie, każda quasi czy pseudonaukowa bzdura, każda fantazja scenarzysty ma prawo być opakowana w wizualną rozkręconą na fulla, jak tutaj feerię świateł, blasków. Boyle jednako nie skupił się jedynie na optyce wzrokowej i mimo że wszczepił też w stylistykę scie-fi opcję slasherową, to mocno wkręcił się w psychologię postaci, które patrząc z jednej strony są raczej sztampowe, a z drugiej ich przeżycia, lęki egzystencjalne, przed końcem ostatecznym mają walor wiarygodności. Może też dlatego takie mam przekonanie, że Boyle bardzo poważnie potraktował przygotowania ekipy aktorskiej do wymagań i wystawił na przykład przed zdjęciami na wymagający test zamieszkania wspólnego w akademiku, gdzie mieli się ze sobą zżyć aby autentyczna więź była przez widza wyczuwana, a samemu Cillianowi nakazał by klaustrofobiczną opresję ćwiczył będąc symulacyjnie w skafandrze podduszany. Stawiam finalnie więc tezę, iż W stronę słońca to produkcja z wadami i atutami, zaangażowana i niedopracowana, przekombinowana tak jak szablonowa - sprzecznościami stojąca, logicznie do realiów zdystansowana, ale bardzo OK.

środa, 18 marca 2026

Lenny (1974) - Bob Fosse

 

Mierzyłem się po seansie dni ładnych kilka i zmierzyłem się z Lennym z przypadku, gdy poszukując wspólnych z Lalu filmów z przeszłości wspólnie akurat nie obejrzanych, moglibyśmy taki jeden z wielu zapewne razem obejrzeć. Pomógł dokument o Lizie Minnelli gdzieś w przestrzeni klasycznej telewizji linearnej napotkany późnym popołudniem, wczesnym wieczorem i oczywista w nim obszerna wzmianka o Kabarecie, niezgłębionego wciąż Boba Fossa, w szerszym zakresie znajomości jego filmografii. Trafiło więc na Lenny’ego tym sposobem i ustrzeliliśmy tym samym zdecydowanie w punkt dzierlateczkę pośród różnych możliwości. Trafienie tak fantastyczne ze względu na jakość artystyczną, gdzie prym wiodą znakomite aktorskie kreacje z tą oczywiście kluczową, pierwszoplanową znakomitego (być może tutaj najznakomitszego w karierze) Dustina Hoffmana, jak i estetykę którą otoczył swoja biograficzną przypowieść Fosse. Obraz z wyeksponowaną najczarniejszą, jaskrawą czernią i najbielszą, czystą bielą, a pomiędzy skrajnościami stonowane ziarniste szarości, więc wizualna strona wygląda niczym autentyczny film archiwalny z epoki, tylko podkręcony klimatem tak montażowej jak i popkulturowej awangardy. Forma, opowiadanie o opowiadaniu (zeznania byłej żony, matki i menadżera), to sam w sobie fundamentalny walor w pomyśle zawarty, a treść jaką w sobie zawiera dostarcza prócz intrygującego materiału do analizy społeczno-psychologicznej, także mnóstwo wyrazistych, pulsujących i kłębiących się emocji. Lenny Bruce bowiem okazał się postacią niezwykle interesującą praktycznie charakterologicznie i osobowościowo teoretycznie - poważnym komikiem, społecznym stand-uperem zaangażowanym obyczajowo i z rozpędu też politycznie, gdy normy funkcjonujące w otoczeniu i ich kompletne nieprzystawanie do realiów budziły usprawiedliwiony wstrząs etyczno-moralny u kogoś kto hipokryzji za tolerowany stan uznać nie był w stanie. Człowieka przez swoją niezgodę i prowokującego do myślenia, często uzasadnienie stosującego wulgarny styl bycia (gagatek uzależniony z wielkim ego, czasem okrutny, ale nie napiszę że nie bez powodu) i ze względu na wzorce współżycia społecznego zawodowego prześladowany przez establishment i przez tenże tak finalnie doprowadzony na skraj obłędu z bezradności, jak po drodze pozbawiony możliwości działania i zarobkowania, mimo że jego bezkompromisowość popularność w środowisku scenicznych komików, pół szołmenów (jak na dzisiejsze warunki) rozgłos, sukces i pieniądze w międzyczasie mu gwarantowała. Tragiczna postać wyprzedzająca swoje czasy, wielowymiarowa i nieoczywista, zmarła w kwiecie wieku po przedawkowaniu, uwikłana w sądowe batalie i tragicznie uległa ostatecznie kompletnej znieczulicy prawnej, co fenomenalnie Fosse ukazał, tak oryginalną rozwijając narrację, jak i zamykając ją wymownymi, pełnymi między wierszami współczucia scenami końcowymi. Stworzył mocne, nieco paradokumentalne, szczere do bólu emocjonalnie i artystycznie wyraziste, bezwzględnie angażujące, przede wszystkim o pełnym sprzeczności i słabości, ale bez pogardy i bez strachu przed oceną przez pryzmat własnych wad człowieku w konflikcie z obłudą - w obronie wolności słowa ważne KINO. Ważne cholernie, bowiem dotykające mnie tematycznie, bardzo obecnie osobiście. 

P.S.  „Igrać z najbardziej uświęconymi pojęciami, z najbardziej czcigodnymi uczuciami, próbować ich siły i szczerości, rozkładać je odczynnikiem uśmiechu, prowokować obłudne oburzenia, demaskujące dyskusje, wpuszczać powietrze, ośmielać do myślenia, iżby pośród walących się bałwanów zostało to, co naprawdę jest szanowane - oto zadanie, które chciałbym spełniać wedle sił moich.” - Tadeusz Żeleński-Boy

wtorek, 17 marca 2026

Baza ludzi umarłych (1958) - Czesław Petelski

 

Działo się to w latach 1945–46 w Bieszczadach, w górzystym zakątku Polski, gdzie wojna zniszczyła wszystko - miasta, wsie, mosty i drogi. Do odbudowy zgliszcz i ruin kraj potrzebował drzewa - drzewa, którego nie było czym wozić i ludzi, których nie było skąd wziąć. Jest to opowieść o złym czasie, złych drogach, złych samochodach i o ludziach, których nie da się określić jednym słowem”. Innych zupełnie od bardziej współczesnych, twardych sztuk jak cholera. Zahartowanych, zaprawionych w życiowych bojach, bez oczekiwań i bez jakby się wydawało większych niż skuteczne przetrwanie motywacji. Nikt się nie skarży, nie marze, pytanie czy naprawdę tak się dało, że pękać nikt sobie nie pozwalał? Emocje wrą, a wokół śnieg, błoto, chłód i zawieje - warunki ekstremalne, bohaterowie ekstremalnie zapiekli i ich osobowości zduszane do poziomu trybu w maszynie pracującej na rzecz odbudowywanej, na nowo, bez istnienia w powojennej rzeczywistości pojęcia indywidualnej jednostki ojczyzny. To rodzaj myślę założonego paradoksu, że tak indywidualne, silne, zdeterminowane, osobne przecież postaci, żyjące po swojemu, skazane na wieczną tułaczkę, skupione na indywidualnym starciu z przeciwnościami, stają się tutaj bezimiennymi (funkcjonują pod przezwiskami/ksywami), wartymi jedynie tyle ile potrafią wypracować i jak długo dźwigać swój krzyż znikającymi cieniami. Paradoksu w filmie z historycznie najwyższej jakości aktorskiej obsadą i filmie o śmierci czyhającej za rogiem. Z ciekawą też historią zakulisową, gdzie w założeniu reżyserować miał bodaj Andrzej Wajda, ale ze względu na zamieszanie podobno związane z nieuzgodnionymi i wbrew pomysłowi autora przeróbkami w scenariuszu wprowadzonymi przez reżysera i kierownika artystycznego zespołu Aleksandra Forda, Hłasko jako autor noweli będącej tutaj fundamentem, nie chciał się zgodzić na sygnowanie jej własnym nazwiskiem i oddał/sprzedał prawa Czesławowi Petelskiemu. W takiej kontrowersjami i nieścisłościami (bodaj, podobno) obrosłej atmosferze powstał zatem obraz który raz stał się sam w sobie legendą, ocenianą na poziomie dzieła i dwa obraz, jaki bywa dość często też pomimo przyciągającej uwagę i uznanie specyfiki swojego wyrazu, określany przez krytykę jako „produkcyjniak, bezskutecznie udający czarny film”, miast oczekiwanego (gdyby reżyseria wyciągnęła z niego więcej) „czarnej ballady ocierającej się o produkcyjniak”. Nie wiem ile wyciągnąłby z odrzuconego/zmienionego, a sugerowanego w pierwowzorze mrocznego zakończenia Wajda, ale myślę że postawiłby na najsurowsze polskie realia, rodzimą szkołę filmową i w na przykład też w scenie wypadku (szamotaniny do którego doprowadziła), uniknąłby skorzystania z muzyki i dramaturgii raczej hollywoodzką manierą wzorowanej. Tylko czy to dobrze czy źle - nie jestem w stanie po obejrzeniu pracy Petelskiego, a nie widząc naturalnie tej Wajdy się zdecydować.

poniedziałek, 16 marca 2026

Kadavar - Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin (2025)

 

Spora zapewne nadprodukcja kawałów u ekipy Kadavar w szufladach i na stolikach do kawy - pomyślałem kiedy dotarło do mnie z opóźnieniem, że w jednym roku kalendarzowym wydać dali radę dwa pełne długograje. Zanim się za odsłuch obecnego zabrałem, rzuciłem okiem na o Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin opiniach, dowiadując się z nich, że jest on raczej inny od bardzo świeżego, jak i ukierunkowanego na bardziej przystępne niż klasycznie gitarowe, archetypiczne, w klimacie lat sześćdziesiątych dotychczasowe progresywno-psychodeliczne, czy najzwyczajniej retro rockowe granie. Pisałem przy okazji (cytuje oględnie) o przewietrzeniu formuły i wyjściu "z piwnicy" na otwartą przestrzeń, gdzie chyba większa szansa na szersze docenienie, gdy zaczyna się grać bardziej popem przesiąkniętego, a zarazem fajnie zaaranżowanego wciąż stylowego rocka. Jakby nie była to teoria przesadzona, że I Just Want to Be a Sound blisko mainstreamu, a pomocą w tym służyć miałyby fajne teledyski do singlów z tejże, to jest w tej zmianie z pierwszej połowy roku 2025 zasadnicza prawda, że to nuta lżejsza gatunkowo i stylistycznie z większym dystansem stworzona. Natomiast to co właśnie za chwilę krótko będę starał się scharakteryzować, wydaje mi się iż zarazem jest jakimś krokiem wstecz, jak i czuję że przy pisaniu materiału na Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin nastroje w zespole były podobne, bowiem bez względu na słyszalny od razu nawrót do brzmień z większym udziałem fuzza, to aranżacyjnie numery te także posiadają w sobie podobną do poprzedniczki zwiewną lekkość i bez spiny bezpretensjonalność. Słucha ich się po prostu doskonale, jako materiału tradycyjnie hard rockowego z orientalnymi, czy też kosmicznymi syntezatorami. Bieżące przypomina mi też stylowo z początków działalności brzemienia australiskiego Wolfmother, gdzie ekipa ówczesna Andrew Stockdale'a ukręcała nośne przeboje z kreatywnego podejścia do osłuchanego kilka dekad wcześniej przesterowanego rockowego riffowania. Różnica tkwi jednak w drobiazgach i z tłem powiązanych odmienności, bo gdy Wolfmother jechał na nieco folkowo stylizowanych dodatkach, to Kadavar teraz wbija we wspomniane syntezatorowe odjazdy i żeby jeszcze bardziej namieszać w  moich maksymalnie subiektywnych porównaniach, dudni i pobrzmiewa jak niejaki norweski Sahg, szczególnie na Delusions of Grandeur czy startowych albumach - bardzo proszę się przysłuchać najbardziej motorycznemu, totalnie zajebistemu Total Annihilation. Ogólnie - K.A.D.A.V.A.R. uważam za bardzo udany (dość przekrojowy) krążek.

czwartek, 12 marca 2026

They Shoot Horses, Don't They? / Czyż nie dobija się koni? (1969) - Sydney Pollack

 

Trudna do przetrwania filmowa alegoria czasów wielkiego kryzysu, niezwykle trafnie, sugestywnym tytułem, klamrą odpowiednio dobranego skojarzenia spuentowana. Metaforyczna i realistyczna na ekranie walka o przetrwanie, w której najsilniej doświadczeni życiem, zahartowani, najwytrwalsi, najbardziej zdeterminowani z szansą większą na zwycięstwo w konkursie tańca, „brudnym spektaklu” odczłowieczającym. „Maratonie upodlenia”, szaleńczej torturze, w której jeśli uczestnik niezdatny do wytrwania, to zostaje nie tylko z niego wyeliminowany, ale skazany na głód w rzeczywistości braku szans na pracę zarobkową. Nakręcona w jednym przez cały zasadniczy czas pomieszczeniu, coś czego zupełnie się nie spodziewałem tak pod względem treści, formy, jak i dynamiki. Gorzka i przygnębiająca, dotykająca do żywego gdy kolejny przeraźliwy dźwięk syreny, jest niczym wezwanie ludzi-zombie na parkiet, na agonalne katusze. Mękę totalnego wyczerpania fizycznego i psychicznego - ludzi sprowadzonych do poziomu makabrycznej pożywki dla tych którzy w dzikich, wymagających warunkach ekonomicznych, na truchłach słabszych swój bezpieczny status materialny zbudowali. Okrutne show ze wstrząsającym finałem - upiorne widowisko przyglądania się cudzej nędzy, gehennie, by w konfrontacji z dojmującym, być może przez twórców przesadzonym bólem poczuć się lepiej. Przyjemność sadystyczna, tutaj służąca sportretowaniu opartego na ekstremalnych skrajnościach przekroju ówczesnego społeczeństwa. Nie polecam, jeśli człowiek wcześniej nie ma świadomości z jak przykrym doświadczeniem będzie się mierzył.

środa, 11 marca 2026

If I Had Legs I'd Kick You / Kopnęłabym cię, gdybym mogła (2025) - Mary Bronstein

 

Koszmar podkręconych do maksymalnych wartości wyzwań codzienności, w gęstej i z czasem coraz bardziej dusznej, klaustrofobicznej atmosferze systematycznej presji. Ewoluujący w kierunku zaskakująco makabrycznej schizy, do postaci stresującego doświadczenia w nieprzyjaznej, lękowej formie. Stąd może mnie nie dziwić obserwacja niezbyt euforycznego odbioru filmu Mary Bronstein przez obecną na sali kinowej niewielką zorganizowaną grupę względnie już w podeszłym wieku widzów, którzy z kinem nieoczywistym i stresogennym, raczej z rzadka mają kontakt. Obrazu o zasadniczo mało lub wprost nieskutecznym terapeutyzowaniu i poddawaniu się tak oddziaływaniu pomocowemu w poczuciu opresji i histerii, jak samoczynnej autoterapii. Bowiem bohaterka zarazem przeżywa gigantyczny kryzys w życiu prywatnym, jak i zawodowym, będąc profesjonalną terapeutką, sama poszukując nieporadnie w trwodze wysokiej ratunku u wytrącanego ze strefy komfortu kolegi po fachu. Rose Byrne w absolutnie prze-fantastycznej formie, życiówce, jak donoszą wszystko co znaczące wciągający filmowi koneserzy - a nie wierzyć im nie mam powodu, gdy sam widziałem jaki to aktorski emocjonalny sztos był. Sztos porównywalny z ostatnimi kreacjami jak domniemam faworytki do najwyższych branżowych laurów w osobie Jessie Buckley, a z którą Akademia zadecydowała iż w finale właśnie między innymi Rose się zmierzy i ja naprawdę nie wiem, który z tych porywających z majstersztyków warsztatowych bym wyróżnił. Rose absolutnie zasłużyła na Olimp - w skórze swojej bohaterki, chwiejąca się pod naciskiem oczekiwań, zdeterminowana i wyprana zarazem z resztek odporności psychicznej przez okoliczności. Na skraju załamania nerwowego, osamotniona pod ciężarem frustracji - uciekająca przed rzeczywistością, bezradnie oddająca się okazji na wciągnięcie słodkiego dymka. Pod ciśnieniem własnych problemów rodzinnych (ciekawa koncepcja ukrywania przed obiektywem kamery figury wymagającej stałej opieki córki) i pod presją ze strony zawodowej - pracy terapeutycznej z wyjątkowo pokręconymi pacjentami. Szalona to jest jej introspekcja, wgląd we własne stany ekstremalnego umysłu i ciała nadwyrężenia oraz zewnętrzna straszno-śmieszna autopsja tegoż logistycznego dla psychiki przeciążenia. Brutalna i brawurowa, momentami odjechana w kierunku mrocznego surrealizmu tragikomedia, potężnie wypasiona koncertowym aktorstwem!

wtorek, 10 marca 2026

Blow Out / Wybuch (1981) - Brian De Palma

 

Klasyczny motyw, przypadkowy człowiek w okolicznościach które wciągają go w poważną dramatyczną intrygę. Punkt wyjścia z którym można w kinie w różne kierunki pójść i zbudować bardzo ciekawą, angażującą historię, opowiadaną tak schematyczną, bądź oryginalną narracją. Dowolność na wyciągnięcie ręki, a De Palma mając tą świadomość decyduje się na zmieszanie w tyglu wielu cytatów z różnych reżyserskich styli (proszę sobie wpisać kogo skojarzyliście), jak i wizualnego czy związanego z pomniejszonymi ambicjami kina klasy B, z wysokiej precyzji kinem najwyższych dramatycznych lotów. To zarówno bardzo wyraziste kolorystycznie i dźwiękowo, z tego rodzaju sensacyjną stylistyką powiązane kino, jak i całkiem interesująco skomplikowany scenariusz, z wciągającym i zmuszającymi do kombinowania, rozwiązywania tajemnicy wątkami. Obyczajowo-polityczny skandal związany z okolicznościami śmierci gubernatora, w atmosferze thrillerowej dusznej presji, w oddychającej sztucznym światłem neonowej oprawie wielkiego, pełnego ruchu i zgiełku miasta. Sklejony ze sprzeczności, kiczu świadomego i warsztatowej finezji, w takiej konfiguracji i w takiej metodzie zaskakująco spójny i wart komplementowania. Klasycznie wykorzystujący poezję złożonego ruchu i dynamiki, choreografię postaci centralnych i mrowia statystów, według starej szkoły i w obrębie dostępnych w owym czasie technik oraz narzędzi operatorskich, montażowych. Patrz scena z wirującą kamerą, obracającą się wokół własnej osi, czy częsty u De Palmy rzut z perspektywy sufitu, bowiem lubi on widowiskowość i też jak widzę od zdaje się tego momentu przywiązał się do przestrzeni dworca, bo pamiętam ją przecież z Nietykalnych i Życia Carlita bodaj, więc sobie skojarzyłem, gdy rozbudowane sceny z napięciem w takiej lokacji tutaj też nakręcił.

poniedziałek, 9 marca 2026

Pabanneu / Pawana (2026) - Jong-pil Lee

 

Zadedykowany na wstępie wszystkim zakochanym i tym którzy pokochają. Niesztampowy i egzotyczny. Wrażliwy i intrygujący. Czysty i wzruszający. Może jednak mimo określenia komplementami przynudzać, kiedy liryczna opowieść o rozumieniu istoty miłości, z licznymi o niej sentencjami, kręcona jest w sposób z początku dość sterylny, a reakcje emocjonalne azjatyckich bohaterów wówczas charakterystycznie dla kultury powściągliwe. Miłe kino, subtelne kino, ale aż niemal do ostatnich akordów bez wzmożeń większych i ognia namiętnego. Smutny niewiarygodnie, nastrojowy wielce, mimo że nie sprowadzony wyłącznie do depresyjnych mroków, ale ze względu na specyfikę zadumaną, otoczony aurą pochmurnie przejmującą. Jednocześnie uroczy, bo skromnie też pięknie uśmiechnięty, kiedy daje szansę by pośród pesymizmu dostrzec dającą nadzieję świetlistość. Dałem się namówić opiniom i przyjemnie czas spędziłem, lecz nie daje gwarancji że spodoba się wszystkim, którzy się zdecydują na platformie netflixowego lidera Pawane (oznaczający dostojny, powolny taniec dworski z XVI wieku, najprawdopodobniej pochodzenia hiszpańskiego) odpalić.

niedziela, 8 marca 2026

The Bride! / Panna młoda! (2026) - Maggie Gyllenhaal

 

Natychmiastowy raport sytuacyjny, czyli niedziela przed południem, multipleks lokalny nie zatłoczony, sala numer 3, jeden osobnik na projekcji Panny Młodej z wykrzyknikiem - JA! Dalej na gorąco, kiedy światła na dobre zgasły po bloku trailerowym, już samo intro, wejście w tą historię było ekscytującym z Jessie Buckley szołmeńskim startem. Im dalej w ten gęsty od pomysłów i symbolicznych interpretacji dziki las, tym bardziej on pięknie poprzeginany, jako wybuchowy wytwór kreatywnej i przebiegle przekornej, lekko pojechanej wyobraźni twórczyni. Wizualnie dynamiczne, teledyskowe, ponuro jaskrawe, zdobne w przemoc „w celu”, reinterpretujące klasykę widowisko - przede wszystkim, choć Christian Bale nie schodzi całkiem na margines i daje z łatwością radę, jednak koncercicho, swoje jak dotąd myślę najbardziej intensywne pięć minut (wróżę więcej) przeżywającej, fenomenalnej Jessie. W tej filozoficzno-nostalgicznej i mocno o podstawy społecznej diagnozy płciowej się opierającej, neonowej i wybitnie komiksowej fantazji, Jessie przerysowana znakomicie się odnajduje. Pod względem politycznym fantazji niezwykle poważnej, która w głębi jest krytycznym wobec męskiemu szowinizmowi i dominacji, radykalnym feministycznym manifestem. Z równowagą myślę jednak wątek obyczajowo-kulturowy, poniekąd kontrowersyjny traktując, bowiem męskie demony we frankach zostają też przeciwstawione wrażliwemu męskiemu monstrum w łachmanach. Inscenizacyjnie burzliwie dramatycznej, bardzo udanie brutalnie dookreślonej alegoriami i innymi zdobnymi sugestio-aluzjami konfrontacji aroganckiej, bezwstydnej wypolerowanej powierzchowności z funkcjonują w obawie skromnością i szczerością. Konfrontacji z ogromną do dyskusji przestrzenią - wymiany poglądów, stanowisk, bo od strony warsztatowej prądzi praca pod kierownictwem Maggie Gyllenhaal bezdyskusyjnie wybornie. Po projekcji w stanie estetycznego pobudzenia pomyślałem sobie, iż takie wiążące archetypiczne gatunki, wystylizowane operatorsko, wybuchowo romantyczne cudeńka powinien kręcić wciąż Guillermo del Toro lub nawet Tim Burton. Niestety obaj ostatnio mnie rozczarowują - ten pierwszy wręcz zawodząc.

P.S. Z innej perspektywy - Panna Młoda! zasadniczo, to dwoje wyrzutków w drodze, czyli prawie tak stara koncepcja jak kino, a najbliżej takich postaci, „bohaterów” masowej świadomości jak Bonnie and Clyde lub Mallory i Mickey - tylko usprawiedliwionych brawurowym konceptem, w choreograficznie rozpasanym, ozdobnym po całości świecie dekoracji i rekwizytów. Pierwszo i drugoplanowych detali, zatopionych w cieniach i smugach światła.

czwartek, 5 marca 2026

O agente secreto / Tajny agent (2025) - Kleber Mendonça Filho

 

Bohater wraz z rodziną uwikłany w sieć politycznych i kryminalnych, presję wywołujących sytuacji i zjawisk, staje się celem i ofiarą, w skorumpowanym, pełnym uprzywilejowanych, krwiożerczo-brutalnych i bezwzględnych rekinów systemie. Sączył się Tajny Agent (jak rozumieć w sumie trafnie tytuł, to jeszcze staram się wykombinować), hipnotyzował klimatem zmysłowego doświadczenia gorącego brazylijskiego karnawału w tle fundamentalnych wydarzeń i fabułą angażującą zasysał do swojego dopracowanego w każdym calu artystycznego wnętrza. Oferował konsekwentne podsycanie napięcia, genialne, przemyślane i wypieszczone dramatycznie sceny - szczególnie tą wyjaśniająca istotę sytuacji, genezę polowania na bohatera. Epicką teoretycznie historię zupełnie nieepicko, bo pomimo wykorzystania szerokiej palety środków stylistycznych intymnie i kameralnie oraz z makabrycznym poczuciem humoru dla kontrastu ukazaną. Kapitalnie rozbudowaną, poprowadzoną z licznymi nieliniowymi przeskokami, gdzie też rola dialogów, sposobu artykułowania fraz i wręcz dla mnie poniekąd egzotycznego brzmienia języka portugalskiego, dla istoty skupienia na szczegółach kluczowa. Więcej ciszy celem by mocne, autentyczne dialogi z odpowiednią siłą wybrzmiały, a oddziaływanie ścieżki dźwiękowej, mniemam że niejako wyłącznie do podkreślenia tego co graniczne, bo rzadko wkraczającej do narracji, jednak jeżeli już, to jako domknięcie pewnych faz, dosadnie. Muzyka pojawia się jednak w sensacyjnym wprost finale, podkreślając napięcie tej szalenie doskonałej sekwencji, która powinna nie tylko zanurzonym w estetyce miłośnikom formuły dynamicznej zapaść na zawsze w pamięć, stając się współczesnym, lecz zasadniczo opartym na klasyce jej wzorcem. Mnie filmy o takiej zarazem twardej, bo srogo męskiej i zarazem emocjonalnie katartycznej estetyce ostatnio zapadają mocno w pamięć. Stylistyka to bowiem tak sama w sobie szokowo niejako oczyszczająca i osobna, dzisiaj niecodzienna, jak perfekcyjnie odtworzona, klasyczna i interesująco magnetyczna. To kunsztowna atmosfera w obrazie - kręcenie niczym na szlachetnej taśmie z lat siedemdziesiątych, oraz z namaszczeniem traktowanie detalu i doskonale dopasowane aktorstwo, na poły idealne warsztatowo, profesjonalne i na poły tak naturalne, że trudno nie podejrzewać w nim naturszczykowatości. Te mordy bezlitosnych cwaniaków zakapiorskie i dla kontrastu skupione, ale empatyczne w głębi rysy ludzi po przejściach oraz przyjazna twarz fenomenalnego, w punkt równoważącego skrajne męskie cechy Wagnera Moury. Wielkie granie w wielkim kinie - gigantyczny MÓJ zachwyt!

środa, 4 marca 2026

John and Mary / John i Mary (1969) - Peter Yates

 

Bohaterowie uroczy (czarująca ona, urokliwy on), wspaniałe dialogi i miejscówki do filmowania dobrane znakomicie. W tle intrygujący z końca lat sześćdziesiątych Nowy Jork, a wszystko co do przekazania widzowi (czyli odpowiedź na pytanie, czy jałowe w rzeczywistości, a wyzwolone pozornie życie jest lepsze od tego w którym można doświadczyć dojrzałej romantycznej bliskości?) ciekawie opowiedziane. Bowiem z doskonałym poczuciem humoru, nowocześnie i nadal myślę poniekąd bardzo uniwersalnie, unikając epickiej narracji, gdy snuje się autentycznie wiarygodną przypowieść o młodości i miłości w ciekawych kulturowo i intelektualnie czasach. Przypadkowa znajomość, zbliżenie ciał błyskawiczne, staje się sprężyną do poznawania siebie nawzajem głębszego i ekscytacji z odmiennej jak dotąd interakcji, gdzie liczy się przede wszystkim fascynacja umysłów i dusz. Podane to w hipnotyzującej atmosferze z epoki lokacji, z retrospekcjami dotyczącymi z innymi partnerami bohaterów wcześniejszych doświadczeń i tejże przepracowywania przeszłości - jej zrozumienia, wyciągania wniosków właściwych. Konstruktywnej wyrozumiałości, szczerej, wzajemnie pożądliwej bliskości, czyli wszystkich fundamentalnych cech, które czynią relację/związek trwałym i perspektywicznym. Mądre, życzliwe, niezwykle przyjemne kino i spokojna, rozkosznie powabnie rozwijającą się symetrycznie z finalnym małym wirażem uczuciowość. Cieszę się, że się natknąłem!

wtorek, 3 marca 2026

Is This Thing On? / Czy mnie słychać? (2025) - Bradley Cooper

 

Ot to miła niespodzianka - takie Bradley’owe kręcenie, które wygląda i które się wciąga niczym kręcenie młodego Reitmana, czy Davida O. Russella. Idealne balansowanie pomiędzy inteligentną komedią, a poważnym, dialogami i emocjami intensywnymi stojącym dramatem obyczajowym. Tematycznie tutaj konkret o kryzysach indywidualnych i na partnerstwo wpływających przemianach wraz z mijającymi niczym mgnienie najlepszymi idealistycznie naiwnymi latami. Obsada siadła mi doskonale - wymieniając w kolejności płeć oraz doświadczenie kulturalnie eksponując, to Laura Dern sprawdza się teraz dojrzale równie dobrze jak w najlepszym dla siebie okresie, a grający ojca głównego bohatera Ciarán Hinds potrafi potężnie w kilku wejściach wzruszyć. Sam szef projekt, czyli Cooper też w fajnej, bardzo uroczo zabawnej roli z drugiego planu i cieszę s że nie przejął głównej, mimo że mógł oczywiście, bowiem bez większej historii na szczytach obsadowych niejaki Will Arnett, odwala tak kapitalną robotę, iż jestem skłonny orzec, że jest to jedna z najlepszych kreacji (typ ma głosisko) jakie ostatnio widziałem i należałaby się jej honory i laury. Za sztosem aktorskim bez problemu nadąża i uwypukla starania wymienionych praca operatorska - kamera za postaciami dynamicznie zasuwa, a w przypadku zbliżeń w klubach dodaje i tak już super rytmowi sekwencji, dodatkowy zastrzyk adrenaliny. Rządzi po prostu świetny feeling, improwizowany klimat klubów, bud ze śmiechem, „standupowych” przedsionków dla amatorów, którzy może kiedyś wystrzelą z karierą, bądź dzięki odwadze i szczerości jak Alex (Arnett) chociaż odnajdą prawdziwego siebie, przepracują i przewartościują istotę życia, bez potrzeby smarowania przereklamowanym terapeutom. Przekorny, ironią losu błyskotliwie pogrywający, kawał dobrego rozrywkowego i ambitnego kina. Kina empatycznego i w głębi, pod warstwą humoru bardzo na serio.

P.S. Lalu (odrobina prywaty) musisz nadrobić - jeśli nie dla przystojniaków Arnetta i Coopera, to z pewnością dla dwóch przecudownych futrzaków. :)

poniedziałek, 2 marca 2026

The Verdict / Werdykt (1982) - Sidney Lumet

 

Lumet w dramaty sądowe że potrafi udowodnił już najwyższej rangi klasykiem na starcie swojej przebogatej jak się okazało kariery. Zatem powracając niejako w 1982 roku do gatunku, obstawiany był raczej kolejny raz na faworyta do najwyższych laurów. Okazało się jednak jak teraz patrzę (bo nie mam tego w głowie), iż z kilku nominacji najbardziej prestiżowych żadna statuetka nie padła łupem Werdyktu, więc jeśli ja oceniam sam film bardzo dobrze i komukolwiek kto chciałby zobaczyć sądowe batalie w wersji kinowej archetypicznej szczerze polecam, to poniekąd też rozumiem dlaczego apetyty jedno, a realia drugie. Problem uważam tkwi w rzeczy prozaicznej i nawiązującej wprost do określenia klasyczny czy standardowy. Bowiem Werdykt jest zrobiony według najwyższych standardów warsztatowych - ciekawy z realnymi zakrętami scenariusz, techniczne kwestie bez zarzutu oraz doskonałe role zarówno pierwszego jak i dalszego planu, lecz jednocześnie jest też po prostu poprawny na poziomie charakterystyk napisanych postaci. To się świetnie ogląda, w to można uwierzyć, gdyż brak tutaj mało wiarygodnych aspektów, tym bardziej twistów oraz kreacja Newmana solidnie i autentycznie przyciąga uwagę i zyskuje w sensie wewnętrznej, dalekiej od elastyczności kręgosłupa moralnego czy sumienia potrzeby mocnego jej kibicowania. Tylko to jest formuła stylistyczna i moralno-etyczna wartościowa, nawet wbrew może pozorom życiowa, a jednocześnie mocno w kinie zarówno do roku 82-ego, jak i tym bardziej nieprawdopodobnie po wyeksploatowana. Dlatego może wówczas gdy się pojawiała, mogła jeszcze wśród przeciętnych widzów stać się popularna i ekscytująca, natomiast krytyka zawodowa być może oczekiwała kina mniej standardowego - z większą finezją, inaczej polotem. Tak, ja stoję oczywiście po stronie tych którzy oczekują od kina przełamywania schematów, ale odnosi się to przede wszystkim do produkcji bardziej mi współczesnych, a w seansach sprzed lat szukam głównie angażującej emocjonalnie historii, a tutaj mnie wciągnęła i byłem całym sercem za sprawiedliwością. Tym bardziej iż w takiego Newmana uwierzyłem - ryzykanta, który wiąże ambicje z potrzebą zadośćuczynienia i uczciwej postawy, z szansą na spektakularne odzyskanie reputacji. Wystawionego i upokorzonego, sprowadzonego momentami do parteru - upadłego, ale nie złamanego. Poddanego sprawdzianowi charakteru i z determinacją i etosem pracy walczącego - niedosypiającego, przytłoczonego ciężarem sprawy, a i tak gdy potrzeba energetycznego. Idealisty po przejściach, pośród stada krwiożerczych prawniczych rekinów. Człowieka i prawnika, który wygłasza taką szczerą mowę końcową, że gdybym był ławnikiem, to też wbrew stanowczym sugestiom sędziego, skazałbym oskarżonych. Bo wierzę, że ludzi dobrej woli jest więcej...

Drukuj