Sprężyną dla uzupełnienia wiedzy na temat filmografii Lonergana, czyli sprawdzenia jego debiutu, było info w necie, że tenże człowiek odpowiedzialny za bardzo mocny Manchester by the Sea, po 10 latach znów kręci, a ja od niego premiery, to z niecierpliwością oczekuję. You Can Count on Me, czyli pierwszy w dorobku Kennetha obraz, to z roku 2000-ego praca, czyli już szmat czasu od powstania minął, a w tym okresie reżyser zaledwie dwa tytuły zaoferował - co może o nim świadczyć dobrze, że wszystko co spod jego kierowniczego spojrzenia wychodzi, jest dopracowane szczegółowo, ale czy w praktyce tak to wygląda, może być kwestią sporną. Być może za długimi przerwami stoją inne zawodowe obowiązki lub pasje, bowiem myślę że debiut będąc kinem uroczo wzruszającym, ciekawym i dojrzale zabawnym, wywołuje poczucie nie do końca dopracowanego. Moje takowe spostrzeżenie wiążę z kluczową perspektywą, jaką poznanie debiutu już po doświadczeniu jego ostatniej, głośnej produkcji i skojarzeniach jakie konfrontacja pierwszego i ostatniego wywołuje. Mianowicie mam nieodparte wrażenie, iż scenariusz i rysy osobowościowe postaci w Manchester by the Sea, to rozbudowanie poprzez analogie, wątków właśnie z You Can Count on Me, bowiem zaczynając od podobieństwa fizycznego pomiędzy Ruffalo, a Affleckiem i Williams, a Linney, to zauważam też bardzo bliskie korelacje w kwestii ich sytuacji osobistej – pokrewne, chyba nieprzypadkowe przecież motywy w scenariuszu (brat i siostra vs. były mąż i żona oraz w pierwszej ośmiolatek kuzyn, a w drugiej kuzyn nastoletni, ponadto tu strata rodziców i strata dzieci tam, jak i w obydwu przypadkach powrót głównego męskiego bohatera na stare śmieci oraz nawet hobby które przez ekran przelatuje, to to samo wędkarstwo). Mniej rozbudowana historia, która wygląda jakby była mniej dramatycznie tragicznym w wyrazie fundamentem, zarysem skryptu z nagradzanego „manchesteru”. Te porównania urosłe w mojej głowie, trochę obniżają moją ocenę tego co startowe w karierze Lonergana, jednako nie powiem nic więcej o nim krytycznego, bo wszystko prócz minimalizmu w stosunku do, mocno na mnie oddziaływało - aktorstwo wyborne i ciepłe, mądre przesłanie przede wszystkim.
P.S. Dodać czuję w obowiązku, jeszcze pochwały dla najmłodszego w rodzinie aktorskiej Culkina, bowiem zasłużył sobie bezdyskusyjnie i wyróżnić najbardziej dramatyczną scenę - na pozór szokująco-wstrząsającą, lecz w swojej wymowie, biorąc pod uwagę dobro dziecka, w sumie dla niego o wydźwięku uwalniającym od idealizowania, budowania fantazji bez pokrycia w realiach. Kto widział, będzie wiedział co mam konkretnego na myśli. W sumie JEJU - nie wiem (gdy czytam przed opublikowaniem) czy tam, w tych istotnych wywodach wyraziłem się dostatecznie jasno. Na swoje usprawiedliwienie mam bardzo ciężkie powietrze po upalnym dniu - ono przecież nie pomaga w koncentracji.


















