wtorek, 9 czerwca 2026

A.A. Williams - Solstice (2026)

 

Więcej gęstego wysysam z krążków i z intensywniej szarpiącego stylu Chelse'a Wolfe. Tam jest szczodrzej względem pulsującego nerwu, ale do A.A. Williams poprzedniego krążka nie wstydzę się  sympatii dużej. As the Moon Rests mocno do serducha przytulam i odwdzięcza mi się on za każdym razem, mroczno-refleksyjnym dźwiękowym otulaniem, gdzie emocje około romantyczne też w sobie z autentyzmem wiąże. Chelse'a to więcej mrocznego obłędu, a jej po gatunkowym fachu kumpela płynie w kierunku lirycznego klasycznego gotyku - drenując fakturę i własne wnętrze, lecz oszczędzając siebie, unikając ekstremalnego psychicznego sponiewierania. Zapewne gdybym teraz nie przyhamował, to mógłbym tu jeszcze wyliczać różnice, wskazać stylistyczne autorskie rozbieżności, ale miast wyłącznie porównywać, zapędzając się tym samym w kozi róg wartościowania, co lepsze co gorsze, lepiej, bo też bezpieczniej oddać szacunek nowemu albumowi Brytyjki. Zanim poddałem Solstice subtelnemu filetowaniu, wspomnę iż zapoznałem się wpierw z singlami zapowiadającymi i te próbki zdały mi się w kwestii kompozycyjnej dość przewidywalne - nastawione wyłącznie na melancholijną kontemplację, przy wtórze VERY klimatycznych tematów. Złapałem się na tym, że to jest zbyt schematyczne granie i obawach, iż takie plumkanie z fragmentarycznym doładowaniem szybko mi się znudzi. Nie wiem jak sytuacja będzie wyglądała za kilka miesięcy bodaj, bowiem nie wykluczam iż pierwsze wrażenie może powrócić po przyswojeniu wszystkich indeksów w całości i dogłębnie. Na teraz jednak uważam, będąc pod wrażeniem mocy przykuwającej uwagę całości, że w takim wdzięcznym niezwykle, przepełnionym smutkiem albumie, jestem w stanie się otwarcie zakochać. Okazuje się iż zamiast przynudzać, można uzyskać efekt hipnotyzującej, niemal transowej zwiechy i Solstice mi ten lot nad sobą, lewitację swoistą pięknie gładziutko, w wymagającą codzienność, bezinwazyjnie wtłacza. Wielkie THANKS!

poniedziałek, 8 czerwca 2026

While We're Young / Ta nasza młodość (2014) - Noah Baumbach

 

Obsada zacna, przede wszystkim rozpoznawalna, bowiem nie jak w przypadku Mistress America, prócz Grety raczej anonimowa. Choć brak gwiazd nie ujmuje wartości tego drugiego, przy czym obecność aktorów charakterystycznych (Naomi Watts delikatną urodą wciąż na maksa uwodzi, a Ben Stiller mimiką, grymasami rządzi :)) sporo pierwiastka sympatycznie znajomego dodaje. Film zasadniczo o spotykaniu się par (poziom fasadowy) i par w relacjach na różnym poziomie rezonowanie. W jednym studium charakterów, naturalnie rezygnująca z egoizmu dorosłość okrzepła i młodość beztroska - walory i wady poszczególnych życiowych momentów w interakcjach się krzyżujących wyeksponowane. Bezdzietna para plus czterdzieści (wspomniani) i para znacznie młodsza (Amanda Seyfried i Adam Driver). Jedni wykorzystują sytuację, po raz drugi, tym razem próbując otworzyć towarzystwem dwudziestolatków drzwi do młodości (bo okoliczności szansę podsunęły), drudzy z perspektywy młodości, ambicjami napędzani mają swoje kryte przez pozory i gierki plany - w tym przyjemnym dla oka i ciekawie angażującym par pokoleniowych mezaliansie. Fajna, zabawna historia podstępnej ustawki na ekranie, przykuwające uwagę praktyki spędzania wolnego czasu w amerykańskiej metropolii (NY i nowojorczycy są tacy inspirujący), mnogość hipsterskich i życiowych tematów do okiełznania, urocza więc tym samym intelektualna paplanina. Dialogi brzmiące jak u Allena, robią zatem robotę też w ujęciu autorskim Baumacha, a bez przecież Allena nie byłoby oczywiście tegoż i mam wciąż nadzieję (mimo że mnie trochę ostatnio zawodzi), że jak zabraknie aktywnego Woody’ego, to będę mógł liczyć na następcę, znacząco młodszego, ale już dawno jednak nie młodzieniaszkowego. W sumie już na niego liczę od lat wielu, a tą opowieść uznać mógłbym za jeden z najlepszych filmów Allena w ostatniej plus dekadzie, gdyby nie, no wiadomo. :)

środa, 3 czerwca 2026

Michael (2026) - Antoine Fuqua

 

Na gorąco, lecz z chłodnym jednak stosunkiem do efektu napiszę, że to płytka hagiografia była (zgadzam się), w dodatku pod okiem zainteresowanej rodziny i zapewne jak tylko możliwe, aby jednocześnie jednak nie było w stu procentach jedynie ładnie, mocno pro proporcjonalnie na korzyść wybielania ocenzurowana. Stworzona zatem pod dyktando, stąd gdyby komukolwiek z pilotów tego projektu przyszło na myśl cokolwiek bardziej kontrowersyjnego rozgrzebywać bardziej niż należy, pewnie projekt tak szybko jak powstał, tak szybko wylądowałby w szufladzie inwestora. Jeśli miało napełnić kieszenie (Michael wciąż jaja złote znosi) nie mogło być więc inaczej niż bezpiecznie i idealizacjo - bardzo domniemuje daleko od rzeczywistości, z zaakceptowaną (podkreślam jeszcze raz) dozą połowicznego, kontrolowanego dramatu. Powstał tym samym koncept tylko poprawny, ale warsztatowo maksymalnie na poziomie technicznym, po hollywoodzku zawodowo na ekran przeniesiony. Dwie figury w skąpym pod względem ekscytacji scenariuszu tutaj dominują - ojciec i syn, inaczej szef i podwładny, bądź skrajnie oceniając tyran i ofiara. Ojciec jako prezes finansowej korporacji i syn niewolnik, kura znosząca te złote jajka, uwalniająca się poniekąd spod buta autokraty-krwiopijcy, jednakowoż wciąż poddawana emocjonalnemu szantażowi. Michael od dzieciństwa traktowany jak tresowana małpka, karcony i motywowany zarazem, według najskuteczniejszych prawideł manipulacyjnych. Michael z natury szkolenia wycofany (do czasu może) w kwestii menadżerskiej, za to niezwykle efektywny i pracowity na poziomie artystycznym. Wrażliwy i ambitnych, kreatywny i zdyscyplinowany, wypracowujący jako gigantycznie utalentowany fenomen, we współpracy między innymi Quincey’a Jonesa zarówno własne brzmienie, jak i choreograficzny styl niepodrabiany. Tutaj film Fuqua akurat zyskuje, bo na poziomie scen ukazujących prace w studiu, na planie teledysków (robota przy Thrillerze po prostu Olimp choreograficzny) czy cały anturaż związany z występami stadionowymi, czyli część czysto muzyczna wypada kapitalnie, w czym główna zasługa tak specjalistów zatrudnionych by to się kleiło i wyglądało oraz rzecz jasna świetnie przeprowadzonego castingu - Michael mały i większy mega mega! Pomimo jednak że szołmeńsko dopracowane, choreograficznie wyborne, to kluczowa dla całościowego odczucia narracja, kompletnie bez flowu - co jest przy filmie o kimś z największym flowem w biodrach, nogach i każdej eksponowanej części ciała oraz głosie, niewybaczalne przerażająco. Dlatego pozwalam sobie na otwartą krytykę, jako produktu kompletnie na poziomie opowieści fałszem na granicy cynicznej przesady przesiąkniętego. Nawet nie próbując mnóstwa tutaj przekłamań konkretnie prostować, bowiem raz niby coś więcej wiem bo czytałem, słyszałem ze źródeł bardziej wiarygodnych, a dwa po cholerę to robić, jak i tak kto z tematem bardziej zaznajomiony, to z góry uświadomiony, że tutaj nie o szczerą do bólu prawdę chodziło. To ckliwa rozrywka i zachęta do na nowo wypromowania, pokazania na co stać na scenie i poza sceną artystycznie KRÓLA POPU było i skupiając się na wartości technicznej odtworzenia walorów talentu, za co można by ocennego maksa przyznawać. Za wartość artystyczno-historyczną tego zamówienia nie dałbym natomiast więcej niż trzy, może cztery na dziesięć.

wtorek, 2 czerwca 2026

Mistress America (2015) - Noah Baumbach

 

Kolejna moja jeszcze dotychczas nie sprawdzona wspólna praca Grety i Noaha. Jak się okazało i mnie to raczej nie zaskoczyło, napisana i zrealizowana z werwą i z błyskotliwym nowoczesnym sznytem. Zajebisty to tragikomiczny portret psychologiczny osobowości z ADHD, kamuflującej pod płaszczykiem charyzmy histeryczność i inne demony wewnętrzne. Dziewczyny sukcesu, tryskającej pomysłami i energią, nawijającej jak katarynka. Szczerej i bezpośredniej, pozornej narcystycznej osobowości, w której mnóstwo pasji i światła fascynującego. Wiwisekcja z celnym, pozostającym w głowie końcowym przesłaniem, dokonana i wybrzmiewająca z ust narratorki, z własnej, zupełnie odmiennej osobowościowo, wpatrzonej w "gwiazdę ekranu", a mimo to analitycznie uporządkowanej perspektywy wygłaszana. Opowieść kręcona z dystansem i z naukową skrupulatnością, bowiem raz naturalny u najlepszych jak dotąd kontynuatorów stylu Woody’ego odjechane, cięte poczucie humoru, dwa głębia w rozgryzaniu i wgryzaniu się w przystępnie, bo podług zasad klasycznych sztuk kilku aktowych, psychologicznych wątków soczystą materię. Kapitalna barwna paleta postaci, doskonałe wyczucie szlachetnego komedio-dramatycznego stylu w teatralnej niemal technicznej synchronizacji. Jestem po seansie szczęśliwy po prostu, że dostaję szansę czerpać wiedzę z takiej formy sztuki, jakby to nie zabrzmiało alogicznie, sztuki bezpretensjonalnie pretensjonalnej. :)  


poniedziałek, 1 czerwca 2026

Blindead 23 - Deuterium (2026)

 


Wyboista droga od dekady za członkami Blindead. Wpierw nie dający rady finalnie, z tymczasowym jak się okazało wokalistą Ascension. Kompletnie zaskakująca, jednako intrygująco dobra, jaka jednak pod innym szyldem powinna się ukazać Niewiosna i kilka lat temu info o powrocie Zwolińskiego do składu i pod kosmetycznie zmienionym szyldem na Blindead 23 zapowiedź otwarcia nowego rozdziału z pomocą epki. Dzisiaj natomiast już od kilku dni się u mnie kręci długo zapowiadany nowy pełny materiał i ja zamiast tu rozszyfrowywać kto się w składzie ostał, a kogo po drodze zabrakło i kto z kim nie mógł się dogadać i dlaczego problemy komunikacyjne czy inne kierunkowe zadecydowały o dziesięcioletnim chaosie, chcę po prostu skupić się na jakości Deuterium. Mam bowiem przekonanie, iż co by się przez te lata słabego nie wydarzyło i jakie w postaci materiałów studyjnych w międzyczasie Blindead/Blindead 23 stworzył płyty, to teraz cieszę się ogromnie, iż przedłużające się oczekiwanie na Deuterium okazało się warte cierpliwości. Czułem jak premierowo odpaliłem, iż za tym w pierwszej chwili dość wymagająco wyglądającym zestawem kompozycji, kryje się fantastyczna głębia do odkrywania systematycznego, poprzez co rusz odtwarzania i tak odkrywania nowego, intrygującego, jak wartości samej sobie pod postacią budowania w świadomości stopniowo numerów, które pozorną wyłącznie przez chwile nieskładnością zapowiadają utwory, jakie już teraz w mojej głowie tworzą znakomicie przemyślane metalowe przeboje, niepozbawione wszakże siły rażenia, przy sile emocjonalnego oddziaływania. Deuterium jest szyte świetnymi aranżerskimi ściegami, widać iż wykrojone świadomie części składowe, zostały biegle połączone ze sobą, a jakość wykorzystanej tkaniny dodaje im charakteru i elegancji. Deuterium jest wytrawne, ale i czuć w nim nie tylko posmak bardzo ambitnej, poważnej nuty, lecz melodyjne pasaże i znakomite wiązane wokalizy tworzą nie tylko energetyczny walor i walor przebojowy. To muzyka która skonstruowana została z tematów i wątków spajających poszczególne numery na poziomie jednej charakterystyki zaklętej w minimalistycznych, pomiędzy kompozycjami wspólnych nawiązaniach, zatem czuję iż jest bezpośrednią kontynuacją pomysłu koncepcyjnego z pierwszych trzech (nie liczę Devouring Weakness) krążków, ale te motywy pokrewne nie są aż tak silnie od razu słyszalne, więc mam wrażenie, iż Deuterium udowadnia, że przez ten czas od wydania Absence zespół, a dokładnie jego główny kompozytor wszedł na kolejny kompozytorski poziom i zdołał doskonale ten awans warsztatowy ukazać. Okiełznał swoje też wysokie ambicje i nie stworzył z ostałymi się współbraćmi kawałków wyłącznie technicznie zachwycających, bo kilka odsłuchów wykonanych przekonuje, iż są to kawałki wkręcające się chwytliwie w łeb - świdrujące i włażące pod skórę. Nie omieszkam już teraz wyrazić swojego głębokiego uczucia do Deuterium i wręcz zakochania we wściekłych niedźwiedzich rykach Patryka i jeszcze mocniej krystalicznych, wspaniale z rykiem korespondujących wokalach Rogera Öjerssona. To cudowny był pomysł aby tego z dorobkiem Szweda zaprosić do współpracy i też dzięki temu ruchowi, już dzisiaj dla mnie "ciężki wodór", czyli "stabilny izotop wodoru", a rzecz w skrócie o walce z problemami mentalnymi, powrocie do zdrowia psychicznego (będę skrupulatnie badał i pewnie się utożsamiał), to gigantyczny metalowy sztos, na równi traktowany jak wspomniane trzy startowe dzieła i dodam tylko jeszcze względem klasyfikacyjnym, iż brzmi on tak, że najlepiej by się zamontował pomiędzy Affliction, a Absence - ale że jest dopiero teraz to dla mnie żaden problem. Mega się cieszę że w takiej dwugłosowej między innymi postaci, a nie innej formie JEST W OGÓLE!

P.S. Jeżeli się bałem o powyżej wychwaloną jakość, to byłem niemądry. Widziałem przecież jakiś czas temu co obecny koncertowy skład Blindead 23, czyli po prostu Blindead na scenie jest w stanie zdziałać. Świadkiem mi krakowski Kwadrat. :) 

niedziela, 31 maja 2026

Remarkably Bright Creatures / Niezwykle szlachetne stworzenia (2026) - Olivia Newman

 

Zachęcony (choć przeczuwałem że za rekomendacją stoi szacunek dla kina ckliwego, kina szlachetnego, lecz bez impetu ponad emocje cieplutkie, dla serduszka milusie), wrzuciłem i bez gigantycznego zaangażowania obejrzałem. Historię na pozór przyjaźni ludzi po przejściach z ośmiornicą staruszkiem, która czuje więcej, wykraczając zmysłami i obserwacjami poza ludzkie pojęcie - opisującą rzeczywistość i to co w duszach ludzkich, mocno skrywane tkwi. Ośmiornica jest tu narratorem, a człowiek obiektem do rozpoznawania. Przyjaźń ze śluzowatym, inteligentnym stworzeniem i jako kluczowy wątek rodząca się więź pomiędzy starszą Panią, a młodym, zagubionym, pozornym lekkoduchem z rozpadającego się campera i dość banalnie, schematycznie jedno drugiemu zastępujące utracone ważne osoby. Ona traktuje go jak syna, a on ją niczym matkę i to jest słodkie, budujące, ale takie bez siły rażenia, mimo że zapewne w swoim dramatycznie familijnym i bardzo poprawnym wydaniu humorystycznym, łatwe do przyswojenia i potraktowania z sympatią. Miły aż do przesady seans, terapeutycznie dla osób wrażliwych seans wartościowy, ale niemożebnie płaski, dla wymagających intelektualnej głębi kompletnie nie ekscytujący. Doceniam cel w jakim powstało, ale nie ma możliwości bym napisał, że to coś więcej w wydaniu artystycznym niż letnia, a w ujęciu treści spłycona, uproszczona familijnie wersja życia na potrzeby niedzielnego seansu w gronie rodzinnym. Daje miłe wrażenia wizualne, czas na kojące kontemplowanie spokoju, relaksu, jednocześnie męczy, mdli uproszczeniami w znaczeniu prostotą psychologiczną. Jednak nie umieszczając w kategoriach tandety, uważam pomimo że momentami przekracza granice znośnej pogodnej ckliwości i wzruszu przesłodkiego. Liczyłem na coś po prostu bardziej wyważonego i wytrawnego, bez kierowania się w stronę finału z telenoweli, więc prawdę mówiąc przyjąłem taką skumulowaną dawkę rozczulania na dwa razy, bez względu że miło było zobaczyć Sally w czymś bardziej głośnym, po latach.

sobota, 30 maja 2026

Elephant / Słoń (2003) - Gus Van Sant

 

Minimalistycznie, po cichu, bez pod efekciarstwo narzucanych emocji, o rzeczywistej tragedii. Taki tam normalny dzień, takie tam zwykłe zabijanie. Obraz w połączeniu z muzyką, klasycznymi pasażami oddziałujący bardzo wymownie i szokująco. Dużo naturalności, autentyzmu, którego walory dodatkowo krew w żyłach niecodziennością w codzienności mrożą. Przekonujących do uczestniczenia w nich scen, ujęć śledzących zza pleców postacie, budujących tym samym ciekawą, powiązaną kilkoma punktami widzenia neutralną perspektywę. Szokujące okoliczności (nawiązanie tytułem do anglosaskiej metafory „słonia w pokoju”) i w swej ascetycznej, a celnej wymowie (do samodzielnej przede wszystkim interpretacji) wyjaśnienie uwarunkowań, stanu, motywacji autorów dokonanej krwawej zbrodni. Z zimną krwią przeprowadzonej egzekucji, z pytaniami jakie zostawiła dla świadków i postronnych obserwatorów medialnych doniesień oraz pracy Van Santa. Bez jednoznacznej odpowiedzi - co tak tych zgorzkniałych smarkaczy otępiło i kurwa w tej konkretnej socjalizacji poszło aż nie tak?! Zwięzły, bez opisów miejsca i czasu obraz, gdzie sekwencje kontrastowo długie, obiektywnie fakty inscenizujące. Wiemy co się zaraz stanie, bowiem film jest fabularyzowaną wersją ostatnich godzin życia ofiar i sprawców strzelaniny z amerykańskiego liceum w Columbine i doskonałą powściągliwą analizą w idealnie dobranej formie. Koncept niepodważalnie trafiony i swego czasu w Cannes doceniony został. To po słabszym czasie, był chyba dobry moment w karierze Van Santa. Przynajmniej ja mam takie odczucie, bo widzę że to taki niedosłowny Van Sant, jaki we mnie najczęściej najmocniej rezonuje.

P.S. Taka uwaga, że niby w te relacje z wydarzeń Gus Van Sant potrafi, a ostatnio mu nie wyszło - patrz Desperat z ubiegłego roku.

piątek, 29 maja 2026

Project Hail Mary / Projekt Hail Mary (2026) - Phil Lord, Christopher Miller

 

Mocno się przed wyrażeniem przekonania ociągałem, ważyłem bowiem bardzo ostrożnie za i przeciw zanim bym nazbyt pochopną opinię wydał. Pierwotne nastawienie mega optymistyczne, na które złożyć się miały zachwycone słowa, zdania, całe elaboraty, tak przeciętnego widza, jak raczej w przeważającym stopniu również rzadko zgadzającej się z ogółem, zawsze wymagającej poziomu najwyższego zawodowej krytyki, na początku pięknie się zgrały z moimi własnymi odczuciami. Niemniej jednak gdy chwila od seansu minęła, poczułem że nosem niepokojąco kręcić zaczynam, bowiem że za ciepły, za wzruszający i za za za, wszystko co kojarzy się z kinem o przyjaźni - kinem dalekim od wybitnego, ale jednocześnie takim którego pomimo jego wymienionych przywar, nie da się nie lubić. W tym sensie Projekt Hail Mary jest taki fajny, że wysyła większość konkurencji w czarną dziurę ze wstydu. Wzruszu tutaj masa, ale takiego emocjonalnego milusiania, które sprawnie zdaje się równoważone równą proporcjonalnie dawką doskonałego, uniwersalnego poczucia humoru. No nie ma opcji, żeby naturalnie finezyjnej interakcji dopktora Rylanda i Rocky'ego nie ulec, nie porechotać szczerze i nie poczuć ciepełka na serduszku, jak i nie przeżyć dramatycznych wątków, tak jakby oglądało się najlepszą z interpretacji historii o Lessiem. To właśnie poniekąd ten sam trop emocjonalny, który w kilkudziesięciu pewnie podobnych odsłonach wywoływał łzy, a najbardziej okazale je wyciskał, kiedy Parker Wilson (Richard Gere) zbudował niezapomnianą więź z Hachiko. :) Innymi słowy zamiast pieska dostajemy równie silnie łaskoczącą tam gdzie na duszy wrażliwe "żywą skamielinę". Do tego cała otoczka wizualna, czyli przestrzeń kosmiczna, efekty, zdjęcia i kolorystyka - wszystko to dodatkowo jeszcze skutecznie pociągające i hipnotyzujące. Familijny Interstellar poniekąd, czy doskonałe feel good movie w kosmicznym uniwersum, z czasem zasady bardziej, czasem mniej ssącym Goslingiem (cytuje stereotyp), któremu łątkę aktora "kluski" nie trudno przyszyć, tak jak nie ma problemu aby pośród jego już gigantycznego dorobku aktorskiego, nie znaleźć kreacji kontrargumentującej żarty prześmiewców, samych częstokroć śmieszniejszych w swych wywodach, niż sam słodziaśny Ryanek. Ryanek który przypominam że nieraz pokazał, iż posiada papiery na granie nie tylko komediowe - przeszukajcie proszę ten szeroki katalog zaczynający się od pajacowania, a kończący na twardzielach równych najtwardszych, tyle że z buźką ciasteczka. Tutaj trzyma się z charyzmą tej pierwszej z wymienionych skrajności, dodając oczywiście konkretną dawkę ciapowatości i prawdziwego oddania dla sprawy i zdobytego przyjaciela z dalekiej galaktyki. To Ryan po prostu po "ryanowskiemu" zdobywający serducho widza - udowadniający iż jak ktoś podsunie mu oryginalną wizję całościową, wdzięczny scenariusz oraz go trafnie obsadzi i pozwoli na swobodę, to odpłaca się zdobywając szczyty box office'u. Dołożyłem się do tego sukcesu w towarzystwie, z niekłamaną przyjemnością, nawet jeśli nie uznaję za kino które mi się pod skórą odłoży, to pośród wszystkiego co w większości obecnie wokół człowieka dołującego, fajna to przeciwwaga i odtrutka na czasem zbyt przeginaną wizję wszechogarniającego cynizmu. Za ten znakomicie ozdobiony też siłą rezonującą muzyki z tła powrót do fundamentu pośród wartości, to ja serdecznie wszystkim zaangażowanym w PHM dziękuję. Kategoria "miód na serduszku". :)

czwartek, 28 maja 2026

Einar Solberg - Vox Occulta (2026)

 

Główna i kładąca się cieniem długim na odczucia finalne, wymowna uwaga jaka mi się po kontakcie z Vox Occulta nasunęła, związana jest z faktem, iż pomimo z gruntu ciepłego przyjęcia drugiej solowej płyty wokalisty Leprous, ja do niej zdecydowanie tak często jako do ZNAKOMITEJ i wręcz UZALEŻNIAJĄCEJ jedynki nie powracam. Wówczas maksymalnie wkręcon, słyszałem w "szesnastce" wielowymiarowość w sensie sporego eklektyzmu, natomiast nowe jest również wielowymiarowe, jednak zdecydowanie bardziej ograniczone do przede wszystkim ilustracyjnej formuły - symfoniczności momentami nie nazbyt epickiej, ale dominującej. Gwoli ścisłości, poprzedni materiał absolutnie nie był pozbawiony podniosłej atmosfery, lecz pośród kompozycji porywających w klimaty orkiestracyjne, było też sporo tych, które świetnie nie tylko urozmaicały dramaturgię płyty, ale przede wszystkim ją w charakter różnych brzmień ubierały - wspierając jej atrakcyjność. Nie mam jednak pretensji o to, że Einar zawęził krąg poszukiwań i świadomie skupił się na stworzeniu swoistej, dla jego osobowości muzycznej identyfikującej go, ogólnie definiując "rock opery". Czuję tylko, iż to nie ta najbardziej otwarta z możliwych droga jaką powinien podążać. Być może jest to w perspektywie ślepa uliczka, bowiem paradoksalnie im dalej w las brzmień quasi filmowych, tym bardziej ściany się do wewnątrz zsuwają i miast powietrza w takiej nucie robi się od monotonii duszno. Jest zjawiskowo pięknie, majestatycznie, aranżacyjnie zdobnie, wokalnie rozbuchanie i w punkt zarazem, inaczej w pełni profesjonalnie, ale ja mam mimo to podczas tej muzycznej podróży w kręgi uzasadnionego i intrygującego pretensjonalizmu poczucie jakiegoś dyskomfortu. Porywają mnie tematy i wątki i jestem pełen szacunku dla twórcy i jego współpracowników, bo przeżywam w duszy muzyczne pejzaże (progresywno też rockowe) niezwykle wartościowe duchowo i instrumentalnie. Nie zmienia moje oddanie się kompozycjom z Vox Occulta jednakowoż przekonania, że zbyt szybko, albo wręcz niepotrzebnie, strategicznie błędnie Einar ukierunkował się na filharmonijną elitarność, spinając się wewnętrznie zbytnio w patetycznym dryfie, gdzie zwiewny, urokliwy liryzm, spotyka się z objawami lekkiego jednak nadęcia. Być może nieco nie mogę się zdecydować chwaląc i wysuwając na zmianę zarzuty, ale niezwykle cenię rozedrganie i puls wywołujący dreszcze ekscytacji w każdej kompozycji Einara, o których brak się podświadomie boję w przyszłości, kiedy już teraz siła wyrazu użytych majestatycznych orkiestracji sprowadza to co powstało, do wypolerowania natury dźwiękowej i wspomnianego zsuwania się niebezpiecznego ścian. Chciałbym się mylić, zaakceptowania ścieżki na mur nie do przebicia, przeskoczenia Einarowi przecież nie życzę. Czuję się tylko po każdym odsłuchu miast rozpalony, to znużony przesytem, a przecież towarzyszyła mi w trakcie muzyka niezwykle bogata, w teorii inspirująca, a w rzeczywistości troszkę pomimo wszystkich jej zalet miałka. Przejmująco osobista, do bólu poważna, cudowna brzmieniowo, lecz w fakturze wielopoziomowej, wbrew teorii, ku ograniczeniom stylistycznym płynąca.  

środa, 27 maja 2026

De rouille et d'os / Rust and Bone (2012) - Jacques Audiard

 

Nie dostrzegłem w tym klasycznym sentymentalizmie, lecz jednak potraktowanym nieco słodko i gorzko zarazem, tyle ile kobiecym spojrzeniem spostrzegła Lalu, stąd nie związałem się z obrazem i ze sposobem opowiadania oraz historią tak mocno, jakbym zapewne zdołał, gdybym przeskoczył ponad wewnętrzną barierą, która moje męskie ja chroni, możliwe że przed zrzuceniem pancerza. Czułem jednakowoż, iż kryje się w tej opowieści, formule przez Audiarda zastosowanej i stylu narracji nie tylko ta gładka, ale i szorstka (bliznowata) wrażliwość, która być może w moim przekonaniu, nie jest w stanie mną emocjonalnie targnąć, bowiem uwolnić się nie potrafiłem (mimo że chciałem) od poczucia, iż jestem tutaj u fundamentu już szantażowany. To mój problem, prawdopodobnie powiązany wprost z nastawieniem, gdy kluczowe dramatyczne wątki atakują błyskawicznie tragicznym wydarzeniem o gigantycznym kalibrze. Stąd do końca pozostawałem pod wpływem wewnętrznych podszeptów o wykorzystywaniu grubo szytych motywów i konfrontowaniem ckliwości z brutalnością, więc byłem tym samym poniekąd częściowo ślepy na wszystko co pomiędzy wierszami. Nie widziałem tak wyraźnie jak Lalu, że bolesna forma zewnętrzna, w środku pięknie mówi, iż sednem jest odnalezienie siebie na nowo, wysupłane z pokiereszowanych serc, powolne wychodzenie z mroku i wydobycie z czarnej głębi wrodzonej zdolności do odczuwania, okazywania emocji, a tym samym zatamowanie bolących, sączących się ran. Mistrzowski duet Marion i Matthias, przejmująco odegrał głęboką, zrodzoną z przyjaźni niewymuszoną miłość, bez wielkich słów i zbędnych gestów. Audiard natomiast wyeksponował silne połączenie ciał i dusz, okupione tragedią, traumą, bólem, poczuciem ogromnej samotności i tęsknoty za bliskością. Kiełkujące po cichu, subtelnie, z każdym spojrzeniem i dotykiem, w stronę chemicznego przyciągania, w rytmie przyjaźni, szacunku, oddania, współczucia i wzajemnej fascynacji. Dramatycznie, namiętnie i konsekwentnie poprowadził fabułę do poruszającego finału, który jest swoistym oczyszczeniem, zrozumieniem, spełnieniem, ukojeniem. Obiecuję sobie i Lalu, że jeszcze kiedyś to odkryję, tak by poczuć i zrozumieć.

wtorek, 26 maja 2026

You Can Count on Me / Możesz na mnie liczyć (2000) - Kenneth Lonergan

 

Sprężyną dla uzupełnienia wiedzy na temat filmografii Lonergana, czyli sprawdzenia jego debiutu, było info w necie, że tenże człowiek odpowiedzialny za bardzo mocny Manchester by the Sea, po 10 latach znów kręci, a ja od niego premiery, to z niecierpliwością oczekuję. You Can Count on Me, czyli pierwszy w dorobku Kennetha obraz, to z roku 2000-ego praca, czyli już szmat czasu od powstania minął, a w tym okresie reżyser zaledwie dwa tytuły zaoferował - co może o nim świadczyć dobrze, że wszystko co spod jego kierowniczego spojrzenia wychodzi, jest dopracowane szczegółowo, ale czy w praktyce tak to wygląda, może być kwestią sporną. Być może za długimi przerwami stoją inne zawodowe obowiązki lub pasje, bowiem myślę że debiut będąc kinem uroczo wzruszającym, ciekawym i dojrzale zabawnym, wywołuje poczucie nie do końca dopracowanego. Moje takowe spostrzeżenie wiążę z kluczową perspektywą, jaką poznanie debiutu już po doświadczeniu jego ostatniej, głośnej produkcji i skojarzeniach jakie konfrontacja pierwszego i ostatniego wywołuje. Mianowicie mam nieodparte wrażenie, iż scenariusz i rysy osobowościowe postaci w Manchester by the Sea, to rozbudowanie poprzez analogie, wątków właśnie z You Can Count on Me, bowiem zaczynając od podobieństwa fizycznego pomiędzy Ruffalo, a Affleckiem i Williams, a Linney, to zauważam też bardzo bliskie korelacje w kwestii ich sytuacji osobistej – pokrewne, chyba nieprzypadkowe przecież motywy w scenariuszu (brat i siostra vs. były mąż i żona oraz w pierwszej ośmiolatek kuzyn, a w drugiej kuzyn nastoletni, ponadto tu strata rodziców i strata dzieci tam, jak i w obydwu przypadkach powrót głównego męskiego bohatera na stare śmieci oraz nawet hobby które przez ekran przelatuje, to to samo wędkarstwo). Mniej rozbudowana historia, która wygląda jakby była mniej dramatycznie tragicznym w wyrazie fundamentem, zarysem skryptu z nagradzanego „manchesteru”. Te porównania urosłe w mojej głowie, trochę obniżają moją ocenę tego co startowe w karierze Lonergana, jednako nie powiem nic więcej o nim krytycznego, bo wszystko prócz minimalizmu w stosunku do, mocno na mnie oddziaływało - aktorstwo wyborne i ciepłe, mądre przesłanie przede wszystkim.

P.S. Dodać czuję w obowiązku, jeszcze pochwały dla najmłodszego w rodzinie aktorskiej Culkina, bowiem zasłużył sobie bezdyskusyjnie i wyróżnić najbardziej dramatyczną scenę - na pozór szokująco-wstrząsającą, lecz w swojej wymowie, biorąc pod uwagę dobro dziecka, w sumie dla niego o wydźwięku uwalniającym od idealizowania, budowania fantazji bez pokrycia w realiach. Kto widział, będzie wiedział co mam konkretnego na myśli. W sumie JEJU - nie wiem (gdy czytam przed opublikowaniem) czy tam, w tych istotnych wywodach wyraziłem się dostatecznie jasno. Na swoje usprawiedliwienie mam bardzo ciężkie powietrze po upalnym dniu - ono przecież nie pomaga w koncentracji.

poniedziałek, 25 maja 2026

Le meraviglie / Cuda (2014) - Alice Rohrwacher

 

Kino Alice Rohrwacher jest INNE. U niej nawet plakaty to INNA INSZOŚĆ. Dała mi maluczkiemu dowód zachwycający przy okazji dwóch ostatnich oryginalnych dzieł i ja teraz do tego zacnego grona dodaje Cuda z 2014-ego. Po prostu fundamentalnie mądre, pomysłowe, nieoczywiste, skromne w środki, soczyście poetyckie kino, jest warte pomijania systemowego, najbardziej wycacanego, a jednocześnie megalomańsko pośród najwyższego poziomu przegadanego elitaryzmu, erudycyjnego kina. Toż to ja tu, w tym miejscu deklaruje, iż będę starał się intuicyjnie, nosem do tej pory mam nadzieje nieźle wyćwiczonym wyniuchiwać co mi wali teatrzykiem dla intelektualnego wzwodu osiągania, czymś na kształt sobie, ponad przyjęty za przyzwoity, poziom dodawania - nadymania, a skupiać się na aktach cudownej naturalności, bez jednej skazy fałszu. Będę tropił i podszeptów wszystkich o guście niebanalnym, aczkolwiek stąpającym po twardym gruncie realizmu (biorę też ten magiczny rzecz jasna z podziękowaniami :)) słuchał. Potrzebuję kina najprawdziwszej prawdy, bez snobowania i będę go dzięki inspiracji między innymi Alice do serca i zwojów mózgowych chłonął. Będę chwalił tą, tutaj sprężynującą lecz małą skalą odzewu, a mocno rezonującą jakościowo historię, gdzie facet i wianuszek kobiet. Same córki, w ilości wygodnej do zarządzania. Figura ojca, któremu można tak samo pod wpływem emocji współczuć jaki i go bezpardonowo ganić. Za zawziętość, za do dyscypliny i udręczania dzieciaków niewolniczą niemal pracą skłonności. Brak niemal w stopniu radykalnym elementarnych oznak okazywanej miłości - bez zauważania starań i poczucia winy, bym po łysej glacy okładał. Za wbity i praktykowany w łeb zapewne w dzieciństwie, zaprogramowany od smarkacza surowy, mimo że po prawdzie konserwatywnej odpowiedzialności model wychowania. Jednocześnie gdy typ okaże, a okazałby myślę skruchę, gdyby właściwie go podejść, to za przykład dawany życia dla życia, a nie dla pustych atrybutów materialnych bym szczerze, z szacunkiem dłoń uścisnął. Oddałbym respekt miną doceniającą za umiłowanie wolności i przyrody gigantycznego w życiu świadomym znaczenia (sielskie niby, a wymagające w rzeczywistości warunki życia). Wszystko to powyżej bym, gdybym zamiast skupić się na głęboko w środku emocjach przeżywanych przez Gelsominę i jej siostry, ocenianiem postawy Wolfganga, podczas seansu się zajmował. Gdybym nie zauważył jakiego świata odchodzenie, tutaj Alice subtelnie opłakuje.  

P.S. Za zamykające kadry niszczejącego, opuszczonego domu (coś prze-przemawiającego) bym dodatkowo ozłacał.

niedziela, 24 maja 2026

In the Woods... - Cease the Day (2018)

 

To będzie krótki tekst, zawężony w zdecydowanym stopniu do przekierowujących odnośników, a związana taka strategii recenzjo-refleksji z faktem, że co miałem do powiedzenia w temacie powrotnych, gęsto wydawanych do dzisiaj albumów In the Woods..., to we wcześniejszych tekstach o Pure (2016), Diversum (2022) i Otra (2025) dałem już do zrozumienia. Cease the Day swego czasu pominąłem, bowiem być może przeszedł po prostu bez właściwego dla ważnej dla fana nuty klimatyczno-metalowej z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych echa. Ja zwyczajnie nie spodziewałem się, iż pójdą tak szybko za ciosem, bowiem Pure jako ciosu nie postrzegałem i raczej wróżyłem niepotrzebne przebudzenie do walki o swoje miejsce na scenie, niż powrót w chwale i po chwałę. Moje gusta być może się z gustami bardziej wiernych fanów rozjechały i zespół czując że jest dla niego miejsce, nagrał rzeczony, u mnie jak widać po macoszemu potraktowany. Ogólnie postrzegam go jako pomost naturalny pomiędzy mało przeze mnie chwalonym Pure (patrz recka archiwalna), a trochę bardziej zaciekawiającym Diversum (patrz ponownie recka archiwalna), ale i tak najlepsze co do tej pory nagrali w drugiej odsłonie, to ubiegłoroczna Otra. Szkoda czasu na mielenie co już przemielone. Dziękuję za uwagę. ;)

sobota, 23 maja 2026

Madder Mortem - All Flesh is Grass (1999)

 

Madder Mortem na sam koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy wydawali swój debiut, określani byli ekipą mogącą zastąpić dryfujący w kierunku tradycyjnie gotyckiego Theatre of Tragedy i ja się dałem na ten lepik przez chwilę nabrać, ale błyskawicznie się zorientowałem, że grupa ze stolicy Norwegii absolutnie nie prezentuje się w typowej dla startowego "teatru" doom-gotycko metalowej stylistyce, tak za sprawą dużo bardziej drapieżnej, mechanicznej odmianie riffów i w stu procentach brzmieniu głosu wokalistki - która rasowo trzyma ciekawe rejestry, kompletnie dalekie od niewieścich treli, nawet wówczas gdy wchodzi w rejestry piskliwe. Ten pisk to histeryczna jego odmiana, gdy w muzyce niepokojąco tajemniczej, psychodelicznej poniekąd, robi się wręcz kakofonicznie (gdy dramatyczna struna jest napinana), bowiem tak jak przed wydaniem dwójki już domniemałem, w Madder Mortem na All Flesh is Grass działa się mniej skrajnościami, a więcej szorstkimi ciężarami i specyficzną twardą ekspresją w poświacie mglistej atmosfery. Gdybym miał wtedy porównywać, to tak jak dzisiaj bliższe tropy bym widział tam gdzie My Dying Bride, doom swój gotycki rozsiewał, bowiem słuchając numerów z AFiG wpadam w otchłań, w której jednak sporo w warstwie rytmicznej łamanego się dzieje i tym samym kontekst Brytoli staje się jedynie fragmentarycznie bliźniaczy. Prawda jest dla Norweżki i Norwegów bardzo łaskawa, gdyż ich brzmienie i stylistyczne komponenty zmieszane w toku pracy kompozytorskiej wymykają się jednoznacznym szufladkom. To surowe poniekąd, same w sobie kanciaste dźwięki, zespojone jednak ze sobą pomysłami dynamicznymi i wokalnymi aranżami interesującymi i ja gdy dzisiaj powracam do dwójki może z podobną przyjemnością jak na przełomie milenijnym, ale dostrzegam w tychże ARANŻACH z pewnością więcej. Miałem długą przerwę, rozstałem się z Madder Mortem na lat ładnych naście i sobie zaledwie pół roku temu odświeżyłem na pierwszy rzut trójkę (Deadlands), a teraz już czuję, iż zwrot w przeszłość dla swojej satysfakcji i oddania tej muzyce sprawiedliwości konieczne, bym zrobił jeszcze dalej sięgający. Co też uczynię, zakładam bez czekania kilku miesięcy na prześwietlenie z perspektywy prawie trzech dekad.

środa, 20 maja 2026

Sirât (2025) - Oliver Laxe

 

Zanim teraz sprawdziłem (to był w sumie obowiązek) wpierw w kinie z niezapamiętanych powodów pominąłem - mimo że zapoznając się z przychylną krytyką pochłonąć chciałem, to w praktyce wstydliwie teraz przyznaję zignorowałem. Nim po tygodniach seans się odbył, powinienem też zrobić jakiś większy risercz, w jakich dokładnie okolicach geograficznych akcja się rozgrywa i z czym poza wysokiej jakości kinem w sensie treści się skonfrontuję. Obserwowałem więc bez przygotowania, z początku miejsca trudne mi do zdefiniowania i fascynująco od razu zaskakującą transową hipnozę - rave’owy vibe buchający, o dodatkowym pustynnym obliczu. Specyficzną medytację z potężnym bitem i szeroki w tłumie przegląd osobliwości ludzkich, których ilość za moment stopniała do jednostek kilku, może nastu bohaterów, fizycznym wyglądem, dość szokująco przykuwających uwagę. Dwa wątki z początku wyodrębniłem, czyli egzystencję dla pasji współczesnych pustynnych nomadów, wyrzutków i pośród nich poszukiwanie córki przez ojca i siostry przez brata. Dałem się oczarować egzotycznym widokom (przeprawa przez rozległe niezamieszkane tereny, grozą napawające góry), ilustracyjnemu potencjałowi i na życie ekscentrycznemu przepisowi. Narracji bez w treści większej jednak ekscytacji, gdy wlokła się karawana, podążała obranym szlakiem, aż do momentu, gdy w połowie scenariusz jeb-nął znienacka takim motywem, że do końca projekcji byłem zesztywniały, tym bardziej iż to okazał się dopiero początek zdarzeń, których śledzenie kosztowało mnie mnóstwo siły, by mierzyć się z obrazami, gdzie beztroska, nonszalancja i wolność, życie bez planu ale z ryzykiem, kończy się totalnym, makabrycznym koszmarem. Sirât, czyli podobno most/przejście mające oddzielić grzeszników od ludzi prawych, to do połowy trans, a od połowy potężne uderzenie - mocne sceny z sytuacjami w których widz jest brany przez i z zaskoczenia, kiedy szczena opada i serce niewygodnie kołacze. Od momentu kulminacyjnego napięcie jakiego dawno w wymiarze przygryzanej wargi i spoconej skroni, przed ekranem nie odczuwałem. Przestrzegam, bowiem to przykra, bolesna jest emocja, ale bardziej entuzjazmem się kierując namawiam.

wtorek, 19 maja 2026

In die Sonne schauen / Wpatrując się w słońce (2025) - Mascha Schilinski

 

Wygląda jak ruchome, płynnie zmontowane stare zdjęcia i stąd ten przeszywający klimat - trzech epok, powiązanych jednym skrywającym wiele ludzkich tajemnic miejscem. Opowiada obrazami, wręcz ujęciami fotograficznymi, autentycznie oddziałuje z ekranu gamą stonowanych odcieni, światłem naturalnym, ciepłem archaicznych żarówek, lamp naftowych i wreszcie świec. Ziarnistą fakturą uwypuklając przygaszone oświetlenie w pomieszczeniach i odgłosami natury niepokojące, mimo swego przyrodzonego piękna, przyrodnicze okoliczności akcentując, w hipnotyzującej historii, w swej złożoności narracyjnej świadomie z pozoru chaotycznej. Być może trudnej, niejasnej, lecz wystylizowanej perfekcyjnie. Wywołuje dreszcze przeszywające, niepokojem obcowania z obecnością śmierci, rozpala zmysły za każdym razem, gdy przenosimy się w czasie, dryfując według planu twórczyni za bohaterkami - nieomal w tradycji dziewiętnastowiecznego dreszczu istniejąc, kiedy kinem grozy dzieło Maschy Schilinski przecież nie jest, choć określenie go arthouse’owym horrorem ma w sobie więcej niż okruchy sensu. Podziw wzbudza wysmakowana scenografia, także dekoracje, atrybuty miejsc i z równą pieczołowitością dobrane rekwizyty czy charakteryzacje, stroje - mnóstwo w tym zachodu, by odtworzyć prawdziwe warunki. Trzy główne narratorki (znakomite kreacje nazwisk bez znanej mi dotychczas historii) splatają losy kobiet w rzeczywistościach na pozór odmiennych, jakby w jednej przestrzeni wiążąc je doświadczeniami wszczepianych traum, wpływem tak osobistych zgryzot, udręczenia, ale i cieni, powidoków przenoszonych z pokolenia na pokolenie w postawach i przeszłości miejsc. Cierpienie bohaterek jest zakamuflowane, nie epatujące, ale przemawiające mimo to niezwykle boleśnie. Kiedy pozwolimy się tym obrazom w transowym mroku pochłonąć, wytężając zmysł wzroku, dostrzeżemy przerażone oczy - w rzeczywistości dla kobiet opresyjnej, tolerującej cichą przemoc, nieme krzyki wydobywające się z napiętych mięśni, drżących dłoni. Reżyserka w zasadzie przychodząc znikąd (jej nazwisko nawet dla wybitnych koneserów kina europejskiego jest nic raczej nie mówiące), stworzyła dzieło fascynujące, w autorski sposób wiążące trudny temat, kameralne jego ujęcie, w paradoksalnie rozbudowane między wierszami o konteksty, powiązane z rolą przestrzeni - szeroko, przenikliwie i wysmakowanie wykorzystując doskonałe oko operatorskie. Szczerze polecam jak tylko zdarzy się okazja przyswoić.

poniedziałek, 18 maja 2026

Kramer vs. Kramer / Sprawa Kramerów (1979) - Robert Benton

 

Oscarowy hit, który  zgarnął aż pięć statuetek, bez jednakowoż laurów przyznanych, komuś kto w moim przekonaniu w całokształcie przedsięwzięcia najbardziej na wyróżnienie zasłużył. O tym na końcu, potrzymam w niepewności co na myśli mam. Zanim tajemnicę zdradzę skupię się na udziale rozchwytywanego wówczas Dustina Hoffmana, grającego dużo i z ogromnym sukcesem oraz rozpalającej w owym czasie swój wieczny jak się okaże gwiazdorski płomień Meryl Streep. Obydwoje na fali i obydwoje na najwyższym szczeblu docenieni, zapewne przez pryzmat finałowych konfrontacji na sali sądowej i klamry skrojonej pod wzrusz niewyobrażalny. Ogólnie bowiem Sprawa Kramerów to bardziej dzieło pod konkretnego klienta skrojone, gdzie celem jest przede wszystkim poruszanie, a wtórnie myślę odbierane są jego walory poznawcze - rola opiekuńcza ojca zrównoważona z rolą opiekuńczą matki. Zaczyna się dość niewinnie, obyczajowo z lekkim dramatycznym tąpnięciem, przechodząc w nieco komediową formę, aby w momencie kulminacyjnym stać się porządnie nie tylko angażującym, ale wręcz targającym emocjonalnie dramatem sądowym i uzasadnienie ckliwym łez wyciskaczem. Prowadzą przed oblicze Sądu wydarzenia złożone i w międzyczasie perypetie tato-mamy z nagromadzeniem problemów (co chwila mocniejszy deszcz nad głową postaci Hoffmana) oraz co kluczowe, silnie uczuciowym związkiem jaki wiąże postać syna i ojca, na tle pozostającej chwilowo poza zasięgiem, zagubionej, poddanej próbie traumy depresji matki. W tym miejscu pora zdradzić, iż ja skupiłem całą niemal uwagę nie na kondycji rodziców, a stanie i sposobie przeżywania wydarzeń przez Billy’ego. Kiedy Billy płakał, ja z nim wyłem i twierdzę stanowczo, iż nie tylko same nominacje smarkaczowi (Justin Henry) się należały. Wielka to bowiem malca kreacja była.

niedziela, 17 maja 2026

All that Jazz / Cały ten zgiełk (1979) - Bob Fosse

 

Surrealistyczny nieomal klimat w czymś co zapowiadało się jako film muzyczny, bliski ramowo musicalowi, a okazało się taneczną tragifarsą „niesamowicie bolesną opowieścią o destrukcyjnej sile obsesji i uzależnienia od pasji, pracy i perfekcjonizmu” - inaczej autobiograficznym obrazem finezyjnie opowiadającym o tragicznych w skutkach, dramatycznych losach samego jego twórcy. Brutalnie gorzkim, skomponowany odważnie, nieco przedwczesnym testamentem oryginalnego reżysera, barwnego choreografa, utalentowanego tancerza, w którego wcielił się znakomicie Roy Scheider. Oddając i przelewając na ekran mam pewność w zgodzie i przy naturalnie akceptacji twórcy i tworzywa jednocześnie, wszystkie jego tak karykaturalne, jak i skrajne cechy, jakimi między innymi arogancja i oddany sztuce fanatyzm. Fosse postać kontrowersyjna, świadomie nieodporna na pokusy i dominująco biernie agresywna, narcystyczna jak można domniemać, ale i twierdzę ironicznie, satyrycznie autokrytyczna na własnych, prowokująco groteskowych zasadach. Tworząca za życia dla siebie epitafium - być może tak samo pretensjonalne, jak błyskotliwe. Świetny Roy i znakomicie zaadaptowana i potraktowana jazzującym pulsem broadwayowska muzyka. Powiązanie w fundamentalnym anturażu tradycyjnej burleski, późnych, dość posępnych (mimo że swobodnych), obskurnych, tandetnych wizualnie lat siedemdziesiątych. Widowiskowy spektakl w którym podskórnie pulsuje kontemplacyjne gorzkie przesłanie, gdzie show musi trwać pomimo swego destrukcyjnego charakteru - napędzane animuszem deksedryny i dla uspokojenia zarazem równoważone jak i podsycane gigantyczną ilością nikotyny. Potrzeba chwili aby się pozwolić wkręcić w ten psychologiczny klimat upatrzony psychodeliczną dziwacznością i osobliwie oryginalną, a zarazem szokującą artystyczną filozofią. Upstrzony mrocznymi odjazdami, zagospodarowany scenami, które przemawiają na innym niż standardowy kinowym poziomie. Dzisiaj od tamtej pory kino widziało już niemal wszystko, trudno zatem mu zaskoczyć, a wtedy wyobrażam sobie że podzieliło i mogło namieszać (mnóstwo nagród), gdy tym bardziej przemysł filmowy tkwił jeszcze w dużym rozkroku, pomiędzy przywiązaniem do kostniejącej tradycji firmowanych legendą Franka Sinatry i tendencjami rozerotyzowującymi czy antyestetycznymi - w tymże układzie odniesienia mocno szokującymi. Być może ja sam spodziewałem się prawie jeden do jednego drugiego Kabaretu, a otrzymałem podobnie nakręconą formę narracyjną, bliską wizualną (sceny tańczone, kadry, montaż, dynamika podobna), lecz zdaje się totalnie odmienną, rozbudowaną obficie o konteksty, konwencją w sensie właśnie filozofią, w jakiej nie wiadomo „gdzie kończy się łgarstwo, a zaczyna prawda”.

sobota, 16 maja 2026

The Cure - Pornography (1982)

 

Kilka "nie wiem" i paradoksalnie w kontrze w post scriptum "wiem" w tym tekście się pojawi, bowiem nie wiem wciąż czy mogę siebie nazywać chociaż częściowo i umownie fan boyem The Cure i wiąże się z tym brak pewności w odczuciach i osądach. Wahania we mnie kolosalna ilość i nie wiem na przykład czy bardziej cenię Disintegration czy Pornography, a może miałbym pośród albumów ekipy Robercika jeszcze bardziej lubiany, gdybym znał coś więcej niż tylko odrobinę powyżej fundamentalnego standardu. Nie wiem dlaczego przez wiele lat kręciłem się wokół tejże dyskografii i dopiero dekadę lub odrobinę później, zaciągnąłem się krążkami które mogę bez problemu policzyć na palcach jednej dłoni. Nie wiem też zbyt wiele naturalnie o szczegółach i kontekstach sytuacji w jakiej powstawało Pornography i wiedzę czerpię od tych którzy tak ówcześnie jak i może w dalszej perspektywie zdobyli szersze postrzeganie zawartości czwartego longa, tych najjaśniej chyba świecących prekursorów nowej fali i kilku odmian stylistycznych powiązanych. W Wikipedii bowiem obok NEW WAVE jak byk stoi, że ta nuta to pop-rock, rock alternatywny, pop alternatywny, indie rock, rock gotycki, post-punk, dance-rock i cokolwiek to znaczy college rock. :) Sporo sporo, ale zawężając stylistykę na potrzebę recko-refleksji czwórki, to ja swoim uchem osłuchującym się wciąż na bieżąco i z materiałami z przeszłości elektronicznie-rockowej nuty, dosłuchuje się tutaj wyłącznie syntezatorowo, basowo-perkusyjnej psychodelii owiewanej cierpiącym głosem lidera. Robercik nie był w tym czasie w najlepszym jak donoszą źródła stanie. Płakał na scenie, przeżywał załamanie nerwowe, pogrążając się w depresji, co odbijało się na atmosferze w grupie. Alko i narkotyki robiły swoje - demony przywołując, drenując mroczną podświadomość. Spięcia między muzykami były codziennością pracy nad Pornography i klimat ten odkładał się niczym ponury cień na finalnym efekcie. Co jednak w tej mrocznej opowieści pozytywne, to charakter emocjonalny sesji spowodował, iż powstał jednoznacznie jakościowo album kapitalnie wieńczący pierwszą fazę działalności zespołu, oceniany jednogłośnie jako jedno z najlepszych osiągnięć epoki. Zapewne sukces zahamował być może ostateczne tendencje rozpadowe, choć jak doczytałem, kolejna płyta nie spełniła oczekiwań, ani nie wznosząc się na poziom opisywanej, ani nawet nie dopasowując się do niej stylistycznie. Ta zimna, duszno-klaustrofobiczna poświata się straciła, a starcia osobowości, pesymizm i melancholia konstytuująca Pornography podczas komponowania, tym razem nie mogły mieć wpływu, bo i Robercik sam napisał większość materiału - świadomie kierując go w lżejsze, banalnie jałowe popowo piosenkowe rejony. Nie dziwi więc, że fani utożsamiający się z nostalgicznymi instrumentów westchnieniami, egzaltowanymi wokalami i przykrymi emocjami ją odrzucili, jako produkt bez rezonującej historii. Rozumiem ich, bo wiem jak bardzo dobrze (paradoks takich mroków) Pornography robi mi minimalistycznym chłodem, mechanicznym rytmem, idealnym współbrzmieniem basu i perkusji, gdzie dudnią zarazem maszynowa precyzja i otulający pogłos. Może i nie łączy mnie sentyment, ale na ile to możliwe silnie mnie Pornography angażuje i rzutuje na samopoczucie, rezonując z moim ja tu i teraz.  

P.S. U góry "nie wiem" a u dołu "wiem", bo domyślam się jednak co nieco, gdyż miałem na to mnóstwo czasu by wewnątrz bańki swojej, szeptem odpowiadać sobie na pytanie dlaczego. Wiem że nie miałem starszego rodzeństwa, które by mnie wkręcało i wiem, iż świadomie zaczynając słuchać muzyki, to wychodziłem z bardziej gitarowego stuffu (grunge, potem metal, a jeszcze wcześniej punk i punk rock) i wiem dodatkowo jak trendy powracają i że ostatnie lata, to renesans brzmień ejtisowych i tym samy dla mnie sprężyna do przeszłości, gdy dzisiaj wielu podobne nuty w najwyższej jakości komponuje, ubogacając je po swojemu i mnie z tą na poły mainstreamową modą w ostatnich latach bardzo po drodze. 

piątek, 15 maja 2026

Los domingos / Niedziele (2025) - Alauda Ruiz de Azúa

 

Powołanie do służby Bogu, do klasztoru klauzulowego młodą dziewczynę głos wewnętrzny wzywający. Starsze, dojrzałe jak na swój wątły wiek, lecz jeszcze w zasadzie dziecko, żyjące w dużej, trzypokoleniowej rodzinie częściowo niewierzącej, bez tradycji większej do religii przywiązania. Ambicje uniwersyteckie, nadzieja pokładana przez bliskich i w kontrze decyzja za którą stoją trudne do uzasadnienia emocje, metafizyczne odczucia. Trzeba sobie wówczas zadać pytanie i sprawdzić czy za odczuwaną potrzebą stoi rzeczywista, świadoma i dojrzała, wiarygodna, nie wyłącznie odruchowa niezbędność, czy może na nią wpływ wywierają doświadczenia utraty matki w dzieciństwie, wysoka wrażliwość, potrzeba ucieczki, zaznania opieki, bezpieczeństwa we wspólnocie, bądź naturalnie przychodzące impulsy testujące, gdy mowa o poważnych zobowiązania - w nie w pełni dojrzałym wieku zwodzące zmienne, czynniki. Dylematy i rozważania, w duchu troski opowieść osadzona w kontekście różnych postaw, kierunków przekonań i spostrzegania obiektywnego obrazu przez subiektywne doświadczenia. Temat bardzo dokładnie przemyślany i sportretowany, pozbawiony zaburzającej obraz z góry obranej perspektywy światopoglądowej, jednowymiarowej i jednokierunkowej, bez rezygnacji jednako z zaangażowania - takie empatyczne i erudycyjne. Poważne traktowanie tematu, ale bez fanatyzmu i tym bardziej z drugiej strony ośmieszania, choć momentami z poczuciem humoru, świadomie w odmianie zachowującej szacunek. Niedziela nawet jeśli z tła prowokuje, to do przemyśleń wartościowych. Przesuwając się z argumentami to na jedną to na drugą stronę, nie podając widzowi żadnego wniosku czy tym bardziej nie narzucając rozwiązań. Każdy więc ma szansę dostrzec to co najważniejsze, po stonowanie starannej, cierpliwej analizie. Może to z gruntu smętne kino, kontemplacyjne i skromne, bez dramatycznych w scenariuszu skandali, nadużywania wysuniętych na pierwszy plan emocji, ale kino intensywnych troskliwych rozważań i jego walorem przynajmniej dla mnie kluczowym, jest dążenie do wspomnianej równowagi ideowej.

P.S. Radykałów trzymać z daleka, albo wręcz przeciwnie - podstępem betonom podrzucić, obserwować reakcje. :)

czwartek, 14 maja 2026

L'inconnu de la Grande Arche / Wielki Łuk (2025) - Stéphane Demoustier

 

Z pewnością nie jest tak bombastyczny w wybrzmiewaniu i wymowie jak The Brutalist i brakuje mu podobnego realizacyjnego rozmachu, jak i koncepcja artystyczna nie sięga poziomu tego co nakręcił Brady Corbet, ale tematycznie, gdyby odpędzić porównania techniczno-warsztatowe, obraz to zaiste o podobnej wizjonerskiej, ekscentrycznie-osobliwej, pełnej przede wszystkim pasji i determinacji w byciu upartym i w zgodzie ze sobą postawie. Może z racji skromniejszych aspiracji, środków zaangażowanych w stosunku do zasugerowanej konkurencji bardziej nikłych, nie jest siłą ograniczeń tak szczegółowo dopracowany i malarsko inspirująco ekscytująco opowiedziany, jak bardziej znany i doceniony, intensywniej zdobny i dorodny amerykański brat bliźniak, ale w teorii i praktyce oraz kategorii mniejszych form, z ascetyczną formalnie (podkreślam budżet mniej okazały) koncepcją, to naprawdę interesujące kino. Kino o człowieku osobnym, wielkim oryginale funkcjonującym gdzieś na granicy wybujałego ego, arogancji wręcz nieznośnej, bądź po prostu (z perspektywy respektu dla własnej myśli) radykalnej uczciwości wobec siebie. Z intelektualnym, teoretycznie przede wszystkim zafiksowanym, trudnym bezdyskusyjnie we współpracy charakterem, bowiem nie uznającym kompromisów w realizacji projektów będących jego dzieckiem. Biopic, zapis fabularny ostatnich lat życia duńskiego, bez większego, rozpoznawalnego dorobku architekta Johanna Otto von Spreckelsena, który wygrawszy rozpisany przez ówczesnego francuskiego Prezydenta konkurs, „stawia” w bólach mierzenia się z problematyczną materią techniczną i trafiając tak na przychylność władzy (mecenasem  François Mitterrand) i jednocześnie na opory polityczne (francuska prawica), na linii reprezentacyjnej Alei Paryża, charakterystyczny dzisiaj budynek nazwany Grande Arche de la Fraternité. Budynek idee, dzieło sztuki wizualnej, ale i kaprys, tak jego samego, jak i finansującego ten przerost formy nad treścią Mitterranda. Ekstrawagancji pochłaniającej astronomiczne kwoty, dowodu zarazem myślenia kategoriami estetyki, jak i będącego przedmiotem marnotrawstwa środków publicznych - którego formalnie, w dramatycznie osobistych okolicznościach ze względów wyżej wymienionych finalnie nie kończy, pozostawiając DZIEŁO swojego życia bez ojcowskiego nadzoru i pogodzenia się z sytuacją.

środa, 13 maja 2026

Heartburn / Zgaga (1986) - Mike Nichols

 

Opowieść małżeńska pary po doświadczeniach, w wieku średnim, gdzie on wchodzi w ten związek z porządnie udokumentowaną reputacją kobieciarza, a ona pod wpływem jego czaru tracąc zdrowy rozsądek, mimo że powinna być już względnie ostrożna w doborze pod wpływem emocji. ;) Po-spolerujmy niewinnie nieco, że zapoznanie, wesele i zaraz dzieciak, czyli życie płynie według uniwersalnych reguł i raczej też standardowo prowadzi do uczuciowego znużenia, znaczy ekscytacji wstępnej wypalenia. Czuć od początku, iż coś tu zacznie trzeszczeć, ścierać się i dochodzi do punktu kulminacyjnego, przełomu i wówczas „rozmemłane kluchy” małżeńskie przeradzają się w „rozmemłane kluchy” zmagań po raz drugi ciężarnej zdradzonej kobiety z codziennością. Rachel odchodzi, bo Mark wbił w przygodę z inną, ale to nie koniec i im dalej w las tym... no niestety mimo zakrętów bardzo przewidywalnie i „rozmemłanie kluskowato”. Obyczajowo poprawne, uprę się i powtórzę „rozmemłane kluchy”, z upragnionym wyczekiwaniem, że ta całkiem przyjemna sielanka się skończy i porządnie coś w końcu je-bnie. Wyczerpie się ona i on, bo rutynowe to i tamto - wiadomo jak to jest zazwyczaj. Niestety scenariusz nie przewidywał tutaj posiadania mocy konkretnie sprzedanej dramaturgii i bez ognia, schematycznie, w pociągu do tendencji w kierunku lajtowej nijakości zamiast rozgrzewać, powodował moją obojętność, bo to w założeniu bardziej niż z prawdziwego zdarzenia interakcyjna bomba, ckliwa i ospała, zdobna w niemal same mielizny, paplanina z happy endem. Może jednak tylko szczęśliwym zakończeniem częściowym, bowiem babeczki zdradzone często powracają, ale nigdy w pełni nie wybaczają, a to nie bardzo pomaga i faceta jednak przerasta i sypie się obustronnie (nie tropmy przez kogo bardziej) takie pozorne z poczucia winy i zranienia bez żarliwej motywacji naprawianie. Podsumowując, lubię od czasu do czasu ciepłe filmy, ale nie „rozgotowane kluchy”. Dzięki przyzwoitym ale nie na miarę gigantycznego talentu Meryl i Jacka kreacjom – z esencjonalnym dość więc nadzieniem, ale jednak ROZCIAPANE przez zbyt intensywnie długie gotowanie KLUCHY.

P.S. Jest Meryl i jest Jack, jak zauważam, ale najlepsza, będąca wisienką na tym zbyt mdłym torcie kreacja, to tej rudej bodaj około trzyletniej dziołszki, bo przemknięcie kilka razy przez ekran, po znajomości samego  Miloša Forman, jest raczej nietrafioną, wątpliwą tego tortu ozdobą.

wtorek, 12 maja 2026

Magic / Magia (1978) - Richard Attenborough

 

Świetna, wręcz fenomenalna, niewystarczająco znana jak mi się zdaje rola Hopkinsa. Doskonała warsztatowo, łącząca kapitalną synchronizację i koncentrację (aby być jednocześnie komikiem brzuchomówcą i magikiem-iluzjonistą) z komediową żyłką, w jak się okaże (ku memu zaskoczeniu) dramatycznej i zupełnie inaczej gatunkowo ewoluującej historii. Majstersztyk jak tra la la i ja się cholera dziwię że dopiero Lalu mi uświadomiła, takie coś znakomite jest do obejrzenia (o czym kontekstowo w post scriptum oryginalnie przeklejone) - sama dowiadując się kilka tygodni wcześniej bodaj, gdy szczerą do bólu autobiografię Hopkinsa przede mną przeczytać zdążyła. Kupił sir Anthony mnie na marginesie swoją podsumowującą życie, niepozbawioną goryczy i autoironii, a jednak w sumie ciepłą i oczywiście dojrzale intelektualną wypowiedzią literacką i przekonał podobnie w „starym kinie” sznytem stylistycznym, w punkt obsadą i scenariuszem na podstawie intrygującej, nabitej klasycznie grozą historią też sir Richard. Wciągający i sugestywnie jak cholera przejmująco-wstrząsający bowiem skrypt tenże, jaki nawet nie jest tu największym walorem, bo najjaśniej świeci jak od startu donoszę fascynując i przerażając zarazem, zaburzona postać Hopkinsa, która dodaje niesamowitego klimatu, zaliczając porażającą przemianę – może nieco inną merytorycznie, ale porównywalną jakościowo do tej Normana Bates’a, wiadomo że z Psychozy. Psychiczne zaburzenia zostały absorbująco zagrane na poziomie wiarygodności niezwykle wysokiej. Schizofrenia, rozczepienie osobowości, czy osobowość wielokrotnie sprytnie kamuflowana. Trochę nie wierzę, ale jest faktem dla mnie w tym momencie niezbitym, iż Attenborough jako aranżer sceny lepszy tutaj od samego Hitchcocka.

P.S. Magię napędza fenomenalny Hopkins, brawurowo odegraną rolą zaburzonego psychicznie magika brzuchomówcy. Niezwykle przekonujący, raczkujący jeszcze, ale jakże dojrzale, dr Hannibal Lecter, z nerwem, potem napięciem i wściekłym okiem. Niebezpiecznie poddany umysłowo swojej scenicznej lalce Fatsy, tworzy z nią pełen sprzeczności duet dwóch popaprańców, zamkniętych w ciele i psychice jednego. Klimatyczną atmosferę podkręca muzyka J. Goldsmitha, poruszając i odurzając drażliwymi i nadpobudliwymi dźwiękami.

środa, 6 maja 2026

Immolation - Descent (2026)

 

Przy poznawaniu i rozgryzaniu poprzez wgryzanie, w przypadku płyt Immolation sprawa jest zawsze szczególna. Rolę odgrywa kluczową, tak ostatnimi czasy wkręcenie (tak najbardziej od Atonement) oraz wciąż brak fanowskiego obeznania poprzez przekonanie się do przede wszystkim materiałów startowych, jak i każdego z tych późniejszych, od których odpychało mnie (miałem swego czasu na licencyjnych taśmach zestaw od trójki do siódemki) dewastujące brzmienie - ekstremalnie ciemne, duszne, produkcja gęsta i przymulona. Próbowałem ale poległem, za starych czasów nie osiągnąłem upragnionego uparcie punktu wejścia, gdyż prócz kwestii kręcenia gałkami nie złapałem ducha - do smoły i demoniczności ówczesnej nie dojrzałem. Nie zatrybiło i się tym samym nie tęskniło, więc jak już dzisiaj mam wiedzę, iż dwa pierwsze krążki podobno dysponowały większą selektywnością, to i tak nie znajduję na razie czasu aby odszukać i zweryfikować przekonania. Skupiam się na tym co współcześnie w wymiarze szerokiego wachlarza interesujących mnie stylistyk, a może bardziej poszczególnych ekip jakie bez względu na gatunkową przynależność uznaje za oryginalne i przez to fascynujące, a Immolation tak naprawdę poznając na nowo (od czasu uważam istotnie zmieniającego mój stosunek Atonement) - wpadając w łapska Nowojorczyków najczęściej przy okazji wydania nowego albumu. Zatem mam od kilku dni do dyspozycji Descent i staram się go ogarniać, tak z perspektywy pełnowymiarowego krążka, jak i oczekiwań jakie wzbudziły przed premierą promowane single. Przychodzi mi to podobnie łatwo i ciężko jak poprzednio, ale z przewagą przyciągającej ciekawości nad przytłaczającym rozmachem i dziwną, osobną ciężkością Immolation, pośród przedstawicieli amerykańskiej szkoły death metalu. Chcę prze to dać do zrozumienia, iż po raz kolejny czytelna, zbalansowana i zniuansowana produkcja stawia go pośród tych zestawów numerów, do których zabieram się bez balastu niechęci do kwestii studyjnej obróbki. Stąd badam Descent na przyjemnym lajcie, ale po wybrzmieniu ostatniej nuty, jak to zwykle czuję się zmasowanym atakiem wirtuozerii przeorany i potrzebuję odmiany, jakbym musiał po sesji przewietrzyć pomieszczenie, bowiem zrobiło się w nim nazbyt zawiesiście, by mój układ oddechowy zniósł kolejny seans łomotu, bez rozdzielenia ich czymś mniej wymagającym. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż w historii Immo było znacznie więcej uderzeń bardziej przytłaczających, ale ja jak donoszę mam bardziej ograniczone doświadczenie i głównie nowość odnoszę do dwóch ostatnich studyjnych rzeczy. Tym samym myślę, że bliżej Descent Acts of God, niż w pewnym sensie przyjaźniejszemu szaleńcom z doskoku korzystającym z uroków milenia death metalowego Atonement. Kolejny to przemyślany krok udoskonalający własny sposób młócenia lub z drugiej mańki, następny ruch łopatą aby okopać się na wcześniej zdobytym terenie, gdzie zespół zdążył obrosnąć kultem. Nie ma na co utyskiwać, bo wszystko tutaj w kategoriach "album Immolation" jak powinno gra (zajebiście gra - dudnienie przez które słychać cykanie, sekcja, riffy, szczątkowe, gustowne melodie, wreszcie popisy), lecz gdyby ktoś chciał poznać zdanie jedynie w 1/3 nie laika, to nie nagrali drugi raz z rzędu czegoś bardziej mnie hipnotyzującego od Atonement. 

P.S. Plus na korzyść 13 nad 12, że jest krócej, a przez to szybciej można doczekać się oddechu, po otwarciu okien. ;)

wtorek, 5 maja 2026

Crippled Black Phoenix - Sceaduhelm (2026)

 

Sytuacja wygląda mianowicie tak, że mam już przed sobą i kilka razy zdążyłem się przez niego przegryzać, nowy, mniej obfity album ekipy Justina Greavesa, a do rozczytania głębszego i wymierzenia maksymalnie subiektywnej jeśli będzie potrzeba takowo krytyki, pozostaje mi nadal album poprzedni, gigantyczny, przed czterema laty wydany. Wypadałoby podejść zasadniczo chronologicznie do wyzwania, ale Banefyre swego czasu po oględnym sprawdzeniu nie przytrzymał mnie jak widać na dłużej, więc porzucając zasady i nadal uciekając przed przytłaczającą czasowo potęgą dwupłytowca z roku 2022, zabieram się za bieżący materiał. Przyciągła mnie bowiem Sceaduhelm oprawą graficzną, kolorystycznie ascetyczną, ale i obrazkową stroną tego co w necie z nowej płyty grupa wizualnie promuje. To jasne nawiązanie do ilustracji z w międzyczasie wydanego krążka na okazję jubileuszu i jak dla mnie fajna kontynuacja tejże ciekawej koncepcji, więc skuszony chyba bardziej na pierwszym etapie plastycznie niżby muzycznie donoszę co poniżej. Donoszę twierdząc co następuje, że Sceaduhelm pomimo z pozoru piosenkowego charakteru należy wciągać z determinacją długo, aby pod bardziej niż dotychczas ograniczonej jednak stylistycznie powierzchnią dostrzec wciąż istotne w tej muzyce niuanse. Może mniej tutaj progresywnego, doom rockowego (tak to nazwę) zadęcia, a więcej skomasowanego rocka, lecz to nie są tylko zwięzłe pioseneczki, a całość poprzez sporą ilość dopuszczonej do udziału w dramaturgii narracyjnej samplowanej gadki, wciąż może być katalogowana jako epickie spostrzeganie dark rocka czy metalu. Jestem skłonny zarazem stwierdzić, że ten materiał jest w odróżnieniu od wcześniejszych bardziej efektywny niż efektowny, ale czuje również podczas wieczornych podróży przez ten nowy koncept, iż oferuje mi on znacznie więcej niż bym pomyślał po jednym czy dwóch odsłuchach. Jedzie tu szef projektu na klimacie wokalnym (szorstkość i tajemniczość, bodaj trójki głosów) i brzmieniach bliższych prostocie aranżacyjnej ejtisowej klasyki brytyjskiego rocka gotyckiego, ale o inspirowaniu się nimi wprost po całości raczej nie ma mowy. Moim zdaniem mocny bit perkusyjny i basowy trzon - on tylko motywacją dla fundamentu zacieśniającego obecny związek Crippled Black Phoenix z wymienioną sceną, gdzie toporne (czytaj ascetyczne :)) brzmienie i specyficzny sound, lokowany pomiędzy zimną sterylnością, a garażowym brudem, tworzą idealną symbiozę z dotychczasowym style CBP i wykorzystanymi tutaj filmowo samplowanymi monologami, dialogami i odgłosami. Uznaję, iż bardzo okej psychodelicznie gotycko rockowy album nagrali, który na koniec nieco przed finałowym, podniosłym, ośmiominutowym hymnem subtelnie zwalnia, jaki ma też tajemnicze oddziaływanie na psychikę, bez konieczności nawet wgryzania się w teksty - jak w moim przypadku na razie ma to jeszcze miejsce. 

Drukuj