wtorek, 9 czerwca 2026

A.A. Williams - Solstice (2026)

 

Więcej gęstego wysysam z krążków i z intensywniej szarpiącego stylu Chelse'a Wolfe. Tam jest szczodrzej względem pulsującego nerwu, ale do A.A. Williams poprzedniego krążka nie wstydzę się  sympatii dużej. As the Moon Rests mocno do serducha przytulam i odwdzięcza mi się on za każdym razem, mroczno-refleksyjnym dźwiękowym otulaniem, gdzie emocje około romantyczne też w sobie z autentyzmem wiąże. Chelse'a to więcej mrocznego obłędu, a jej po gatunkowym fachu kumpela płynie w kierunku lirycznego klasycznego gotyku - drenując fakturę i własne wnętrze, lecz oszczędzając siebie, unikając ekstremalnego psychicznego sponiewierania. Zapewne gdybym teraz nie przyhamował, to mógłbym tu jeszcze wyliczać różnice, wskazać stylistyczne autorskie rozbieżności, ale miast wyłącznie porównywać, zapędzając się tym samym w kozi róg wartościowania, co lepsze co gorsze, lepiej, bo też bezpieczniej oddać szacunek nowemu albumowi Brytyjki. Zanim poddałem Solstice subtelnemu filetowaniu, wspomnę iż zapoznałem się wpierw z singlami zapowiadającymi i te próbki zdały mi się w kwestii kompozycyjnej dość przewidywalne - nastawione wyłącznie na melancholijną kontemplację, przy wtórze VERY klimatycznych tematów. Złapałem się na tym, że to jest zbyt schematyczne granie i obawach, iż takie plumkanie z fragmentarycznym doładowaniem szybko mi się znudzi. Nie wiem jak sytuacja będzie wyglądała za kilka miesięcy bodaj, bowiem nie wykluczam iż pierwsze wrażenie może powrócić po przyswojeniu wszystkich indeksów w całości i dogłębnie. Na teraz jednak uważam, będąc pod wrażeniem mocy przykuwającej uwagę całości, że w takim wdzięcznym niezwykle, przepełnionym smutkiem albumie, jestem w stanie się otwarcie zakochać. Okazuje się iż zamiast przynudzać, można uzyskać efekt hipnotyzującej, niemal transowej zwiechy i Solstice mi ten lot nad sobą, lewitację swoistą pięknie gładziutko, w wymagającą codzienność, bezinwazyjnie wtłacza. Wielkie THANKS!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj