środa, 10 czerwca 2026

Picnic at Hanging Rock / Piknik pod Wiszącą Skałą (1975) - Peter Weir

 

Niedawno (a w rzeczywistości archiwizacyjnej, gdy na bieżąco staram się relacje zdawać) to full temu (kłania względne poczucie czasu), wybrałem się do KINA na „piknik” pod skałę wiszącą, z okazji 50 rocznicy premiery klasyka Weira. Wstyd się przyznać, ale prawda jest dla mojej reputacji maniaka kina druzgocąca, że ja właściwie to nie kojarzyłem bym wcześniej ów standard filmowy w całości kiedykolwiek widział. Były jakieś fragmenty uchwycone w TV i rzecz jasna, była już później w życiu dojrzałym (wiadomo że piszę wyłącznie o dojrzałości wspomnianego kinematografii względnie ambitnej miłośnika) całkiem duża świadomość znaczenia tytułu w historii Muzy dziesiątej. Krok za krokiem w atmosferze święta do multipleksowej sali tuptałem, by zobaczyć co się okazało, że pośród kilku starszych nawet jeszcze ode mnie (są tacy - mnóstwo takich przecież jest) widzów, spore grono zaskakująco małoletniej jeszcze widowni przed dużym ekranem zasiadło. Cieszył mnie bardzo taki widok, napawał wręcz optymizmem rozwój sytuacji, co nie przeszkadzało mi zadawać sobie pytania, czy wszyscy tutaj tak samo świadomie jak ja - się pochwalę byłem, by korzystać z możliwości, której rzecz jasna gdy oryginalna premiera miejsce miała, mnie jeszcze na tym padole nie było - ufff! Kombinowałem też czy ta tutaj opowiedziana historia, ogarniana jest z pozycji wiedzy, iż jej źródłem jest powieść niejakiej Joan Lindsay, a inspiracja dla niej, to z kolei autentyczne wydarzenia z dzieciństwa, które dziwnym trafem przywołała ona w pamięci, dzięki snu, jaki w wieku już bardzo zaawansowanym ją nawiedził. Błyskawicznie powidoki spisała i tym samym dała znakomity materiał do interpretacji nietuzinkowemu talentowi Weira. Ten zrobił rzecz przedziwną estetycznie (kostiumowe widziadło), być może na czas kiedy kręcił i dał światu kinowemu do zanalizowania i przede wszystkim przeżycia, opowieść puchnącą od niedomówień. Historię „o duchach bez duchów, łamigłówkę bez rozwiązania, opowieść o seksie bez seksu” - coś co śmiało mogło zaklinać, hipnotyzować, jak irytować brakiem jakiejkolwiek próby czegokolwiek wyjaśnienia. Enigmatyczną fabułę, wzbudzającą wrażenie zbiorowej i jednostkowej halucynacji, wywołanej atmosferą poetyckiego uniesienia - słoneczną gorączką leśno-łąkowego lenistwa fantastycznie podsycaną. W tej atmosferze Weir buduje nastrój zarazem wspomnianej odprężającej refleksji, jak i zagrożenia niewidocznego, które w podświadomości uczestników wycieczki powoduje uczucie niepokoju, bowiem miejsce to wyjątkowe, otoczone nimbem szamańskiego kultu. Jakiego? Łatwo dotrzeć do źródeł! Jeśli ja w swoim nieznośnym lenistwie dokonałem przewertowania Internetu w celu zaspokojenia ciekawości, każdy jest w stanie się zmotywować, aby spróbować rozwiązać tajemnicę, która nigdy nie została i nie zostanie obiektywnie wyjaśniona. Idealne okoliczności do puszczenia wodzy fantazji, jeśli już człowiek się otrząśnie z onirycznej psychodelii - koronkowej reżyserskiej roboty w koronkowej dosłownie oprawie.

wtorek, 9 czerwca 2026

A.A. Williams - Solstice (2026)

 

Więcej gęstego wysysam z krążków i z intensywniej szarpiącego stylu Chelse'a Wolfe. Tam jest szczodrzej względem pulsującego nerwu, ale do A.A. Williams poprzedniego krążka nie wstydzę się  sympatii dużej. As the Moon Rests mocno do serducha przytulam i odwdzięcza mi się on za każdym razem, mroczno-refleksyjnym dźwiękowym otulaniem, gdzie emocje około romantyczne też w sobie z autentyzmem wiąże. Chelse'a to więcej mrocznego obłędu, a jej po gatunkowym fachu kumpela płynie w kierunku lirycznego klasycznego gotyku - drenując fakturę i własne wnętrze, lecz oszczędzając siebie, unikając ekstremalnego psychicznego sponiewierania. Zapewne gdybym teraz nie przyhamował, to mógłbym tu jeszcze wyliczać różnice, wskazać stylistyczne autorskie rozbieżności, ale miast wyłącznie porównywać, zapędzając się tym samym w kozi róg wartościowania, co lepsze co gorsze, lepiej, bo też bezpieczniej oddać szacunek nowemu albumowi Brytyjki. Zanim poddałem Solstice subtelnemu filetowaniu, wspomnę iż zapoznałem się wpierw z singlami zapowiadającymi i te próbki zdały mi się w kwestii kompozycyjnej dość przewidywalne - nastawione wyłącznie na melancholijną kontemplację, przy wtórze VERY klimatycznych tematów. Złapałem się na tym, że to jest zbyt schematyczne granie i obawach, iż takie plumkanie z fragmentarycznym doładowaniem szybko mi się znudzi. Nie wiem jak sytuacja będzie wyglądała za kilka miesięcy bodaj, bowiem nie wykluczam iż pierwsze wrażenie może powrócić po przyswojeniu wszystkich indeksów w całości i dogłębnie. Na teraz jednak uważam, będąc pod wrażeniem mocy przykuwającej uwagę całości, że w takim wdzięcznym niezwykle, przepełnionym smutkiem albumie, jestem w stanie się otwarcie zakochać. Okazuje się iż zamiast przynudzać, można uzyskać efekt hipnotyzującej, niemal transowej zwiechy i Solstice mi ten lot nad sobą, lewitację swoistą pięknie gładziutko, w wymagającą codzienność, bezinwazyjnie wtłacza. Wielkie THANKS!

poniedziałek, 8 czerwca 2026

While We're Young / Ta nasza młodość (2014) - Noah Baumbach

 

Obsada zacna, przede wszystkim rozpoznawalna, bowiem nie jak w przypadku Mistress America, prócz Grety raczej anonimowa. Choć brak gwiazd nie ujmuje wartości tego drugiego, przy czym obecność aktorów charakterystycznych (Naomi Watts delikatną urodą wciąż na maksa uwodzi, a Ben Stiller mimiką, grymasami rządzi :)) sporo pierwiastka sympatycznie znajomego dodaje. Film zasadniczo o spotykaniu się par (poziom fasadowy) i par w relacjach na różnym poziomie rezonowanie. W jednym studium charakterów, naturalnie rezygnująca z egoizmu dorosłość okrzepła i młodość beztroska - walory i wady poszczególnych życiowych momentów w interakcjach się krzyżujących wyeksponowane. Bezdzietna para plus czterdzieści (wspomniani) i para znacznie młodsza (Amanda Seyfried i Adam Driver). Jedni wykorzystują sytuację, po raz drugi, tym razem próbując otworzyć towarzystwem dwudziestolatków drzwi do młodości (bo okoliczności szansę podsunęły), drudzy z perspektywy młodości, ambicjami napędzani mają swoje kryte przez pozory i gierki plany - w tym przyjemnym dla oka i ciekawie angażującym par pokoleniowych mezaliansie. Fajna, zabawna historia podstępnej ustawki na ekranie, przykuwające uwagę praktyki spędzania wolnego czasu w amerykańskiej metropolii (NY i nowojorczycy są tacy inspirujący), mnogość hipsterskich i życiowych tematów do okiełznania, urocza więc tym samym intelektualna paplanina. Dialogi brzmiące jak u Allena, robią zatem robotę też w ujęciu autorskim Baumacha, a bez przecież Allena nie byłoby oczywiście tegoż i mam wciąż nadzieję (mimo że mnie trochę ostatnio zawodzi), że jak zabraknie aktywnego Woody’ego, to będę mógł liczyć na następcę, znacząco młodszego, ale już dawno jednak nie młodzieniaszkowego. W sumie już na niego liczę od lat wielu, a tą opowieść uznać mógłbym za jeden z najlepszych filmów Allena w ostatniej plus dekadzie, gdyby nie, no wiadomo. :)

środa, 3 czerwca 2026

Michael (2026) - Antoine Fuqua

 

Na gorąco, lecz z chłodnym jednak stosunkiem do efektu napiszę, że to płytka hagiografia była (zgadzam się), w dodatku pod okiem zainteresowanej rodziny i zapewne jak tylko możliwe, aby jednocześnie jednak nie było w stu procentach jedynie ładnie, mocno pro proporcjonalnie na korzyść wybielania ocenzurowana. Stworzona zatem pod dyktando, stąd gdyby komukolwiek z pilotów tego projektu przyszło na myśl cokolwiek bardziej kontrowersyjnego rozgrzebywać bardziej niż należy, pewnie projekt tak szybko jak powstał, tak szybko wylądowałby w szufladzie inwestora. Jeśli miało napełnić kieszenie (Michael wciąż jaja złote znosi) nie mogło być więc inaczej niż bezpiecznie i idealizacjo - bardzo domniemuje daleko od rzeczywistości, z zaakceptowaną (podkreślam jeszcze raz) dozą połowicznego, kontrolowanego dramatu. Powstał tym samym koncept tylko poprawny, ale warsztatowo maksymalnie na poziomie technicznym, po hollywoodzku zawodowo na ekran przeniesiony. Dwie figury w skąpym pod względem ekscytacji scenariuszu tutaj dominują - ojciec i syn, inaczej szef i podwładny, bądź skrajnie oceniając tyran i ofiara. Ojciec jako prezes finansowej korporacji i syn niewolnik, kura znosząca te złote jajka, uwalniająca się poniekąd spod buta autokraty-krwiopijcy, jednakowoż wciąż poddawana emocjonalnemu szantażowi. Michael od dzieciństwa traktowany jak tresowana małpka, karcony i motywowany zarazem, według najskuteczniejszych prawideł manipulacyjnych. Michael z natury szkolenia wycofany (do czasu może) w kwestii menadżerskiej, za to niezwykle efektywny i pracowity na poziomie artystycznym. Wrażliwy i ambitnych, kreatywny i zdyscyplinowany, wypracowujący jako gigantycznie utalentowany fenomen, we współpracy między innymi Quincey’a Jonesa zarówno własne brzmienie, jak i choreograficzny styl niepodrabiany. Tutaj film Fuqua akurat zyskuje, bo na poziomie scen ukazujących prace w studiu, na planie teledysków (robota przy Thrillerze po prostu Olimp choreograficzny) czy cały anturaż związany z występami stadionowymi, czyli część czysto muzyczna wypada kapitalnie, w czym główna zasługa tak specjalistów zatrudnionych by to się kleiło i wyglądało oraz rzecz jasna świetnie przeprowadzonego castingu - Michael mały i większy mega mega! Pomimo jednak że szołmeńsko dopracowane, choreograficznie wyborne, to kluczowa dla całościowego odczucia narracja, kompletnie bez flowu - co jest przy filmie o kimś z największym flowem w biodrach, nogach i każdej eksponowanej części ciała oraz głosie, niewybaczalne przerażająco. Dlatego pozwalam sobie na otwartą krytykę, jako produktu kompletnie na poziomie opowieści fałszem na granicy cynicznej przesady przesiąkniętego. Nawet nie próbując mnóstwa tutaj przekłamań konkretnie prostować, bowiem raz niby coś więcej wiem bo czytałem, słyszałem ze źródeł bardziej wiarygodnych, a dwa po cholerę to robić, jak i tak kto z tematem bardziej zaznajomiony, to z góry uświadomiony, że tutaj nie o szczerą do bólu prawdę chodziło. To ckliwa rozrywka i zachęta do na nowo wypromowania, pokazania na co stać na scenie i poza sceną artystycznie KRÓLA POPU było i skupiając się na wartości technicznej odtworzenia walorów talentu, za co można by ocennego maksa przyznawać. Za wartość artystyczno-historyczną tego zamówienia nie dałbym natomiast więcej niż trzy, może cztery na dziesięć.

wtorek, 2 czerwca 2026

Mistress America (2015) - Noah Baumbach

 

Kolejna moja jeszcze dotychczas nie sprawdzona wspólna praca Grety i Noaha. Jak się okazało i mnie to raczej nie zaskoczyło, napisana i zrealizowana z werwą i z błyskotliwym nowoczesnym sznytem. Zajebisty to tragikomiczny portret psychologiczny osobowości z ADHD, kamuflującej pod płaszczykiem charyzmy histeryczność i inne demony wewnętrzne. Dziewczyny sukcesu, tryskającej pomysłami i energią, nawijającej jak katarynka. Szczerej i bezpośredniej, pozornej narcystycznej osobowości, w której mnóstwo pasji i światła fascynującego. Wiwisekcja z celnym, pozostającym w głowie końcowym przesłaniem, dokonana i wybrzmiewająca z ust narratorki, z własnej, zupełnie odmiennej osobowościowo, wpatrzonej w "gwiazdę ekranu", a mimo to analitycznie uporządkowanej perspektywy wygłaszana. Opowieść kręcona z dystansem i z naukową skrupulatnością, bowiem raz naturalny u najlepszych jak dotąd kontynuatorów stylu Woody’ego odjechane, cięte poczucie humoru, dwa głębia w rozgryzaniu i wgryzaniu się w przystępnie, bo podług zasad klasycznych sztuk kilku aktowych, psychologicznych wątków soczystą materię. Kapitalna barwna paleta postaci, doskonałe wyczucie szlachetnego komedio-dramatycznego stylu w teatralnej niemal technicznej synchronizacji. Jestem po seansie szczęśliwy po prostu, że dostaję szansę czerpać wiedzę z takiej formy sztuki, jakby to nie zabrzmiało alogicznie, sztuki bezpretensjonalnie pretensjonalnej. :)  


poniedziałek, 1 czerwca 2026

Blindead 23 - Deuterium (2026)

 


Wyboista droga od dekady za członkami Blindead. Wpierw nie dający rady finalnie, z tymczasowym jak się okazało wokalistą Ascension. Kompletnie zaskakująca, jednako intrygująco dobra, jaka jednak pod innym szyldem powinna się ukazać Niewiosna i kilka lat temu info o powrocie Zwolińskiego do składu i pod kosmetycznie zmienionym szyldem na Blindead 23 zapowiedź otwarcia nowego rozdziału z pomocą epki. Dzisiaj natomiast już od kilku dni się u mnie kręci długo zapowiadany nowy pełny materiał i ja zamiast tu rozszyfrowywać kto się w składzie ostał, a kogo po drodze zabrakło i kto z kim nie mógł się dogadać i dlaczego problemy komunikacyjne czy inne kierunkowe zadecydowały o dziesięcioletnim chaosie, chcę po prostu skupić się na jakości Deuterium. Mam bowiem przekonanie, iż co by się przez te lata słabego nie wydarzyło i jakie w postaci materiałów studyjnych w międzyczasie Blindead/Blindead 23 stworzył płyty, to teraz cieszę się ogromnie, iż przedłużające się oczekiwanie na Deuterium okazało się warte cierpliwości. Czułem jak premierowo odpaliłem, iż za tym w pierwszej chwili dość wymagająco wyglądającym zestawem kompozycji, kryje się fantastyczna głębia do odkrywania systematycznego, poprzez co rusz odtwarzania i tak odkrywania nowego, intrygującego, jak wartości samej sobie pod postacią budowania w świadomości stopniowo numerów, które pozorną wyłącznie przez chwile nieskładnością zapowiadają utwory, jakie już teraz w mojej głowie tworzą znakomicie przemyślane metalowe przeboje, niepozbawione wszakże siły rażenia, przy sile emocjonalnego oddziaływania. Deuterium jest szyte świetnymi aranżerskimi ściegami, widać iż wykrojone świadomie części składowe, zostały biegle połączone ze sobą, a jakość wykorzystanej tkaniny dodaje im charakteru i elegancji. Deuterium jest wytrawne, ale i czuć w nim nie tylko posmak bardzo ambitnej, poważnej nuty, lecz melodyjne pasaże i znakomite wiązane wokalizy tworzą nie tylko energetyczny walor i walor przebojowy. To muzyka która skonstruowana została z tematów i wątków spajających poszczególne numery na poziomie jednej charakterystyki zaklętej w minimalistycznych, pomiędzy kompozycjami wspólnych nawiązaniach, zatem czuję iż jest bezpośrednią kontynuacją pomysłu koncepcyjnego z pierwszych trzech (nie liczę Devouring Weakness) krążków, ale te motywy pokrewne nie są aż tak silnie od razu słyszalne, więc mam wrażenie, iż Deuterium udowadnia, że przez ten czas od wydania Absence zespół, a dokładnie jego główny kompozytor wszedł na kolejny kompozytorski poziom i zdołał doskonale ten awans warsztatowy ukazać. Okiełznał swoje też wysokie ambicje i nie stworzył z ostałymi się współbraćmi kawałków wyłącznie technicznie zachwycających, bo kilka odsłuchów wykonanych przekonuje, iż są to kawałki wkręcające się chwytliwie w łeb - świdrujące i włażące pod skórę. Nie omieszkam już teraz wyrazić swojego głębokiego uczucia do Deuterium i wręcz zakochania we wściekłych niedźwiedzich rykach Patryka i jeszcze mocniej krystalicznych, wspaniale z rykiem korespondujących wokalach Rogera Öjerssona. To cudowny był pomysł aby tego z dorobkiem Szweda zaprosić do współpracy i też dzięki temu ruchowi, już dzisiaj dla mnie "ciężki wodór", czyli "stabilny izotop wodoru", a rzecz w skrócie o walce z problemami mentalnymi, powrocie do zdrowia psychicznego (będę skrupulatnie badał i pewnie się utożsamiał), to gigantyczny metalowy sztos, na równi traktowany jak wspomniane trzy startowe dzieła i dodam tylko jeszcze względem klasyfikacyjnym, iż brzmi on tak, że najlepiej by się zamontował pomiędzy Affliction, a Absence - ale że jest dopiero teraz to dla mnie żaden problem. Mega się cieszę że w takiej dwugłosowej między innymi postaci, a nie innej formie JEST W OGÓLE!

P.S. Jeżeli się bałem o powyżej wychwaloną jakość, to byłem niemądry. Widziałem przecież jakiś czas temu co obecny koncertowy skład Blindead 23, czyli po prostu Blindead na scenie jest w stanie zdziałać. Świadkiem mi krakowski Kwadrat. :) 

Drukuj