sobota, 13 czerwca 2026

Fatherland / Ojczyzna (2026) - Paweł Pawlikowski

 

Pierwsza uwaga natury quasi socjologicznej, że Multipleks, pokazy przedpremierowe w godzinach okołoobiadowych, konkretnie środek tygodnia, największa sala i 8 osób stan frekwencji. Czy to coś wyraziście mówi o stosunku do kina ambitnego, ponad europejsko nazwiskiem polskich twórców promowanego i w elitarnym gronie nagradzanego? O tym dowiem się może kiedy Ojczyzna wejdzie już w standardowym trybie na ekrany i dostępne będą statystki oglądalności. Póki co wyciąganie wniosków może być nazbyt pochopne, choć rzecz jasna stwierdzę gorzko, iż bardzo mocno ich smutne kontury zostały we mnie niewątpliwie zarysowane. Oddalając się jednak od wstępu, chcę w miarę zwięźle pochwalić się własnymi przekonaniami nie o potrzebach dzisiejszego widza, lecz jakości trzeciego w tej samej formule wizualnej, najbardziej docenianego od lat polskiego reżysera dzieła. Pawlikowski trzyma się standardu wizualnego wypracowanego ostatnimi głośnymi produkcjami, stawiając na precyzję detali i ogólnie wywoływanie wrażenia wysmakowanego dla wytrawnego oka. To jest w tym segmencie optyki ilustracyjnej, kadrowania fotograficznego (Łukasz Żal) w każdym calu doskonałe, ale i prowadzenie narracji przywołuje przymiotniki bliskoznaczne określeniu eleganckie. Przepływamy przez ciąg wydarzeń skupieni na wartości obrazowej, lecz i historycznej, zinterpretowanej historii powrotu Thomasa Manna po wojnie na tereny obydwu podzielonych politycznie ówczesnych Niemiec. Mann wraz z córką opuszcza bezpieczne Stany Zjednoczone i odbywa podróż ze strony zachodniej na wschodnią, co wiąże się tak z zarysowaniem tła charakterystycznych cech przemian na wymienionych obszarach, jak i jeszcze wówczas zabieganiem obydwu ustrojów o pozyskanie przychylności laureata Nagrody Nobla - co szczególnie obserwacja zdarzeń po stronie Sowieckiej wywołuje poczucie absurdu i dyskomfortu. Wstrzemięźliwa, pozornie neutralna relacja historyczna jednako specyficznymi dla formy Pawlikowskiego środkami wstrząsa nie bezpośrednio, lecz za pośrednictwem doskonałego użycia dystansu, bez jasnej interpretacji, korzystając ze świadomości historycznej widza i jego merytorycznego przygotowania - znajomości kontekstów o znaczeniu elementarnym. Pobudza emocjonalnie charakterem jeszcze anomijnego i zarazem zamordystycznego tła politycznego, tak w układzie rzeczywistości zachodniej, w której faszystowskie demony pozostają w zaskakujący tylko dla gigantycznej naiwności sposób wciąż żywe, jak i dla tej za żelazną kurtyną, w której wszczepia i wczepia się w glebę równie mocno jak nazizm niebezpieczna ideologia komunistyczna. Na tle rodzących się zimnowojennych realiów Pawlikowski portretuje jednocześnie psychologicznie dwie sylwetki - ojca i córki. Kapitalnie oddaje w mimice i względnie kontrolowanych zachowaniach wewnętrzne rozterki, ból i cierpienie. To na swój inny niż otwarty sposób szarpie, bowiem aktorskie zabiegi stosowane tutaj, gdyby nie były realistyczne, natychmiast obnażyłyby złożoność stanów postaci i ich wymiar naznaczony starciem nadziej z brutalnymi faktami. To film gadany, a zarazem milczący, w znaczeniu iż dialogi posiadają swoja siłę wyrazu, lecz więcej dla emocji odczytujemy nie z ich bezpośrednio wybrzmiewających erudycyjnych tez, lecz tego co wokół wyrażania słowem się dzieje. Warstwy precyzyjnie kadrowanego obrazu, scenografii dopieszczonej i treści są mistrzowsko spójne i same w sobie za sprawą wymuskania efektowne. Efekt jest po raz kolejny na poziomie warsztatowym imponujący. Zewnętrznie zimny, ponuro dramatyczny, jak i nieomal poetycko rozedrgany - bliżej moim zdaniem do minimalistycznej Idy, niż bardziej rozbudowanej w wątki relacji osobowej i emocje wprost okazywane Zimnej Wojny. Styl Pawlikowskiego mnie w pełni satysfakcjonuje, ale bardziej fascynuje pytanie - jakby ten fenomenalnie czujący szlachetne metody filmowe mistrz planu wypadł w czymś formalnie zaskakującym. Konkludując Pawlikowski gdy już kręci to wie iż lepiej pozostawić niedosyt, niż uczcicie przesady, zamykając swoje ostatnie dzieła w około dziewięćdziesięciu minutach, więc myślę iż kolejny tytuł po wybrzmieniu tej nieformalnej monochromatycznej trylogii, przyniesie coś nowego, równie interesująco imponującego. Bardzo oczekuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj