czwartek, 11 czerwca 2026

Zabriskie Point (1970) - Michelangelo Antonioni

 

Wpełzam właśnie w elitarny świat Antonioniego i zrobiłem pierwszy krok oczywiście odtwarzając Powiększenie, lecz że jako ono jeszcze jest przeze mnie przepracowywane analityczne (szczerze, bezradnie doczytuje :)), a w międzyczasie zobaczyłem też Zabriskie Point i szybciej wiem co o nim myśleć, to na pierwszy archiwizacyjny wpis tenże (a)chronologicznie wskakuje. Dziwny to klimat, dziwnie opracowana treść – chaos pozorny, bo otwierająca scena, bo przeskakiwanie z początku wątku na wątek różnych bohaterów ustawiczny i trzeba szybko łączyć konteksty raczej mało uporządkowane. Niejako nie ma gigantycznej trudności by zrozumieć, że Antonioni tutaj z perspektywy (nie)amerykańskiej luka na tamtejsze społeczno-polityczne i gospodarcze, w sensie kapitalistyczne uwarunkowania ustrojowe przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tradycja twardogłowej konserwy i finansjery korporacyjnej interes ponad wszystko (greed is good), wymieszane z akademickim buntem młodych, bardzo ideologicznym. Także świat prowincji i wielkomiejski - biedy i bogactwa, życia z daleka od nowoczesnej cywilizacji codziennością i walka o wpływy na szczytach. To jak domniemam w tradycji nowofalowej, światopoglądowy manifest krytykujący Amerykę z jej hipokryzją - kolebki współczesnej demokracji i wolności, samej w swoim gnieździe zwalczającej tendencje do równości i różnorodności. Wykorzystując do tego niezwyczajny, rozwijający się z poziomu ogólności do szczegółowości scenariusz, doskonały zmysł wizualny oraz (tutaj pierwsze mega wrażenie) kapitalną, intuicyjną grę aktorską jeszcze naturszczyków, tudzież aktorów bez doświadczenia. Przyznaję już otwarcie, iż artystyczna stronę polubiłem (odlot z golaskami w piaszczystych górach jest odważny i hipnotyzujący), tą ideową natomiast wmieszaną warstwę niekoniecznie potrafię tak samo skrytykować, jak poprzeć. Dla mnie zwyczajnie więcej jest tutaj do zobaczenia okiem i "duszą" (drugie mega wrażenie) niż do analizy treści o charakterze politycznym - paradoksalnie. Ciekawa filmowa praca tak na poziomie opracowania muzycznego (Jerry Garcia, czyli Grateful Dead plus PINK FLOYD proszę Państwa), wszystko-mówiącej symbolicznie metafory, dosłownie eksplodującej finalizacji dramatyczną oczywiście puentą, ale jeszcze mocniej interesująca i zachwycająca wymiarem technicznie wizualnym - z doskonałym zdjęciami i tym sznytem odlotowym nowofalowym, który miał gdzieś poprawność polityczną i cenzurę obyczajową.

P.S. Zapamiętam nie tylko przez wzgląd na malownicze ujęcia pustyni i młodych ciał okurzonych, ale też gdzieś na marginesie tragicznie krótkiej, tajemniczej historii życia niejakiego Marka Frechette - aktora dosłownie jednej roli i to akurat głównej, nie byle u kogo przecież.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj