środa, 30 lipca 2014

The Town / Miasto złodziei (2010) - Ben Affleck




Zwabiony Operacją Argo sięgnąłem do wcześniejszej produkcji Afflecka i niestety odrobinę się zawiodłem gdyż obejrzałem tylko poprawny film akcji będący w moim odczuciu jedynie mniej wartościową kopią Gorączki Manna! Takie to zwyczajnie rzemieślnicze mi się wydało, nie wciągnęło, strasznie sztucznością emocjonalnej tandety raziło i w ogólności do mojego serduszka nie dotarło - a przyznam, że tego rodzaju ekranowa zabawa w policjantów i złodziei dosyć łatwo mnie przekonuje :) Jedyny naprawdę jasny punkt to kapitalna rola Jeremy'ego Rennera, który w tej twardej powłoce wypadł naprawdę wyśmienicie. Zdecydowanie okazał się ratunkową przeciwwagą dla drażniącej płaczliwą manierą Rebeccy Hall - ona nie do zniesienia, totalny koszmar i dyskwalifikacja jej kolejnych kreacji przynajmniej na kilka miesięcy. Nie zniósłbym teraz jej kolejnych mimicznych popisów. Brrr! 

poniedziałek, 28 lipca 2014

The Monuments Men / Obrońcy skarbów (2014) - George Clooney




Bezpośrednie nawiązanie do kina co tak w okolicy lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych największe triumfy święciło. Taka czysta niezobowiązująca rozrywka chociaż w realiach dramatycznych historycznie osadzona i jakby nie odbierać tego specyficznie hollywoodzkiego podejścia do tematu w miarę przyzwoita zabawa w towarzystwie aktorskiej elity, dobrego rzemiosła realizacyjnego, męskiej przygody i szczypty humoru. Dla urozmaicenia filmowej oferty całkiem niezgorsza propozycja, ponadto absolutnie nic więcej. Tak się zastanawiam skąd u Clooney'a pomysł na odświeżenie takiej konwencji? Zakładam, iż to czysta emanacja sentymentalnych szczeniackich fascynacji - przecież każdy z chłopców z jego pokolenia ekscytował się Złotem dla zuchwałych, Parszywą dwunastką czy O jeden most za daleko. :)

niedziela, 27 lipca 2014

Only God Forgives / Tylko Bóg wybacza (2013) - Nicolas Winding Refn




Gosling u Rehna po raz drugi! I kiedy pomimo nie do końca rajcujacej mnie formuły Drive finalnie przyzwoite wrażenie zrobił to Only God Forgives wynudził mnie okrutnie. Kino dla twardzieli, a że ja do tej elity ;) nie aspiruje to i z kinem made in Rehn w takim wydaniu mi nie po drodze. Doceniam i rozumiem jeszcze kierunek jaki przy okazji Drive obrał, bo to po trosze taka próba flirtowania z manierą jaką w swych obrazach MISTRZ Tarantino serwuje. Niemniej jednak ten Duńczyk do klasy soczystego kina Tarantino oczywiście nie dorasta - twórca Pulp Fiction oko puścić do widza i grymas uśmiechu potrafi wzbudzić, a tu powaga i powaga rzecz jasna. :( Sama przemoc, surowa narracja i ogólnie brutalna formuła w przypadku super hero Juliana to zbyt mało, a próby naznaczenia treści intelektualną pozą żenują zamiast waloru całości dostarczać. Postaci są bezgranicznie zimne, a przez to pozbawione jak na mój gust autentyzmu, stąd obserwacja ich działań empatii czy zrozumienia nie wzbudza. Artystyczna strona jedynie do prostackiej manipulacji wkurwiającą czerwienią się sprowadza - wespół z dominującą czernią czy innymi barwami o jaskrawej charakterystyce infantylnym mrokiem śmieszy, a zupełnie nieprzekonujący Gosling w ten koncept idealnie swą sztuczną pozą się wtapia. I sedno, czyli sama oklepana historia z mścicielem co po trupach sprawiedliwości poszukuje - przedszkole dla zafascynowanych prostactwem siłowych rozwiązań gówniarzy. Oni mordobicia i krew spływającą jednoznacznym chóralnym ZAJEBISTE spuentują, zaś psychologiczne detale jak to bywa kiedy rozumu brakuje, zignorują. Dla kogo zatem to zostało nakręcone się zastanawiam. Rehn ma pewnie potencjał, dlatego ja akurat tego czegoś mu nie wybaczę. ;)

sobota, 26 lipca 2014

Vallenfyre - Splinters (2014)




Z sentymentu dla mojego bohatera sprzed lat, nadal staram się śledzić co tam sobie w dźwiękach rzeźbi i chociaż ten powrót do niby klasycznego łojenia pod szyldem Paradise Lost jednoznacznie mało udanym widzę, to brutalna archetypiczna surówka z krążków Vallenfyre spływająca cieszy moją rogatą psyche. Jaka tam ona dziś rogata, te różki już dawno stępione, a w ich miejsce uduchowiona świadomość innego rodzaju kulturalnej strawy pragnie. :) Może i obecnie tego rodzaju dźwięki coraz rzadziej mnie kręcą, jednakowoż od czasu do czasu nadal lubię zarzucić na słuchawki mocarny gwałt soniczny. On spod łap najczęściej starej gwardii jedynie do mnie dociera, bo pomimo mniej lub bardziej zaangażowanego śledzenia współczesnej deathowej sceny jakoś ochoty i entuzjazmu mi brakuje by przesłuchiwać krążki nowych odkryć. Wiem, że death nie sczezł dokumentnie, a nawet więcej - on ma się dziś całkiem dobrze za sprawą licznych młodych pasjonatów hałasu. Ja jednak już chyba za stary jestem, lub górnolotnie stwierdzając bardziej wytrawnych dźwięków poszukuje - młócę buntowniczą latorośli pozostawiam i cieszę się okrutnie, że ona jest i aktywność swoją wyraźnie akcentuje. Niech Pan Ciemności będzie z wami, prowadzi was ścieżką lewej ręki! ;) Starczy starego dziada prywaty, kilka zdań dotyczących istoty tego rozważania, znaczy Spilnters na klawiaturę przelać czas. :) Rzut oka na kopertę albumu i już jestem kupiony! Toż to kapitalne dzieło, jest srogo, mrocznie i odstraszająco wszelkich bogobojnych histeryków, czyli jak kanony gatunku nakazują. Tytuł i zawartość muzyczna idealnie współgrają z plastyczną oprawą - fakt DRZAZGI są ciosane, iskry lecą, a gruz się sypie. To czym me uszy ekipa starych wyjadaczy infekuje to klasycznie upiorny wymiot, prosto z trzewi spływający. Wszystko rzęzi, trzeszczy, charczy, buczy jak przykazano z oczywistym sznytem gitarowej maestrii i charakterystycznego brzmienia wiosła Macintosha, które w solówkach bez cienia wątpliwości jęczy jak za zamierzchłych czasów. Urozmaicone tempa (nie liczcie jednak na jakąś wywrotową kombinatorykę) dają szanse na zarówno doomowe walcowanie jak i energiczną toporną łupankę, a wszystko spięte charkotem lidera i ponurym klimatem piwnicznej stęchlizny. Jak chujowo masz w życiu i melancholia wespół z depresją tobą targa to trzymaj ten krążek z dala od odtwarzacza, bo niechybnie ostrza do aktu samookaleczenia użyjesz. Jak zamiast apatycznej osobowości dojrzałą naturą dysponujesz lub twoje życie to pasmo ciągłych sukcesów i optymistyczne usposobienie posiadasz to wrzucaj do kieszeni i słuchaj. Szczęśliwie ponuractwo i labilność emocjonalna mi obca, zatem paradoksalnie z kompozycji Vallenfyre przyjemność potrafię wydestylować, a Splinters tropem Bloodbath i albumów kilku innych wyjątkowych formacji cyklicznie będzie sączył jad w me małżowiny - taki to będzie katharsis, kiedy pewne symptomy zmęczenia tym co teraz dla mnie w muzyce najciekawsze odczuję. Szczęśliwie nie zamykam się w gatunkowej jednowymiarowości, czystek ze względu na konwencje nie robię. Lata doświadczenia jednego mnie nauczyły, nie gatunki tylko konkretne albumy bez względu na szufladki są wartościowe. Otwarty umysł we mnie muzyczna pasja wykształciła, a to w mym odczuciu najbardziej cenna nagroda za lata poszukiwań i wyrzeczeń. :)

środa, 23 lipca 2014

Argo / Operacja Argo (2012) - Ben Affleck




Tak się po amerykańsku ekscytujące kino robi! :) Trzeba jako fundamentu dobrą historie z archiwów służb specjalnych wyciągnąć, bo na faktach fabuła oparta znacznie większe wrażenie wywołuje. Na jej trzonie, dodając rzecz jasna odrobinę patosu i polityczno-patriotycznej poprawności wraz z amerykańszczyzną w wydaniu szałowym, zbudować hybrydę rozrywki i poważnej retoryki. Wszystko sowicie podlane aktorską biegłością, warsztatowym pietyzmem co zadba o mistrzowską muzykę, scenografie i charakteryzacje rzecz jasna. Efektem tych zabiegów kawał kapitalnego klasycznego kina akcji gdzie trzymająca w napięciu fabuła nie tylko na samym wątku sensacyjno-szpiegowsko-politycznym oparta. To świetnie oddany egzotyczny klimat kraju ajatollahów, Ameryki zarówno tej z mentalnością hollywoodzką jak i polityczną przełomu lat 70-tych i 80-tych pozwalający podczas seansu delektować się także mozolnie budowaną fabułą. Affleck wyraźnie szlakiem Clooney’a podąża z równą skutecznością i klasą! Mnie absolutnie ta produkcja porwała, bez względu na jej oczywiste marketingowe intencje.

P.S. Na marginesie zdanie na temat fanatyzmu religijnego wygłoszę. Ludzie obłędem skażeni, a ich celem uniformizacja, indoktrynacja, manipulacja. Wszystko dla Boga, dla chwały jego (sic!). Czy jeszcze ktoś wątpliwości posiada, gdzie taki fundamentalizm prowadzi - nie istotne islamski czy chrześcijański. Był nazizm, był komunizm, czyżby fundamentalizm przyszłością? Rozlewa się ten szlam intensywnie. :(

poniedziałek, 21 lipca 2014

Jagten / Polowanie (2012) - Thomas Vinterberg




Jest kino europejskie, jest mocny temat, jest przeżycie konkretne! I chociaż już na wstępie zaznaczę, iż z arcydziełem wybitnym w tym przypadku się nie zetknąłem, to z pewnością Polowanie za wysokiej klasy produkcje uważam. Może pod względem artystycznym czy warsztatowym to nic wyjątkowo porywającego, raczej jedynie solidne rzemiosło rządzi, jednako sugestywny wymiar historii daje radę i bezlitośnie podnosi ciśnienie. To bez cienia wątpliwości mocne kino, pozornie ospałe, a tak emocjonalnie gwałtownie targające. Ciężki seans i wciągający, trzymający w napięciu obraz, duże obciążenie psychiczne - naprawdę konkretny cios. Nie zwykłem treści zdradzać, skłonny zawsze jestem do refleksji wyłuszczenia zrozumiałej wyłącznie dla tych co z obrazem już kontakt mieli. Nie zmienię i w tym przypadku zasad, jednako zdecydowanie łatwiej materie omówić gdy jasno fabuła byłaby tu nakreślona. Zachęcę zatem do seansu, ostrzegając, że ciężki balast po nim odczuwalny będzie, a poniżej zwięźle w kilku zdaniach kłębiące się we mnie emocje uwolnię. Jak łatwo z człowieka w oczach innych potwora zrobić, jak niewiele potrzeba by go zniszczyć - odrobinę zbiegów okoliczności, przypadkowości, większej lub mniejszej złej woli i histerii zdrowy rozsądek wraz z faktami na margines sprowadzającej. Konsekwencją tytułowe polowanie, bezwzględna nagonka i osaczenie - zaszczucie w ostracyzmu więzach. Kto za to odpowiedzialność ponosi, co doprowadza do takiego obłędu? Wiele powodów, tropów czy koncepcji wyjaśniających, jednako nie potrafię uwolnić się od przekonania, iż jedno z kluczowych uzasadnień w naturze człowieka zawarte. W niej zbyt wiele instynktów zwierzęcych które ewolucja gatunku jedynie w sensie formy zmieniła. Ich natężenie, intensywność bez zmian i na tyle silna, że rozum w żadnym stopniu nie jest w stanie obrazu instynktem obronnym formowanego zweryfikować. Potrzeba ochrony stada i instynkt stadny dominują, doświadczenia jednostkowe, synteza i analiza na marginesie bezrefleksyjnie ląduje. Na drugim biegunie poprawność polityczną w sensie ogólnym umieszczam, ona współczesną chorobą w równym stopniu rozsądek zżerającą. Liczą się pozory, teatr złudzeń kreowany, egoistyczne pobudki które zewnętrzny obraz  jednostki ponad trzeźwością i rozwagą stawiają. W tym tyglu kształtowani, zbyt wyczuleni na jedne słowa jesteśmy, jednocześnie zbyt głusi na inne. A wewnątrz naszej histerii kolejne dorastające pokolenia coraz szybciej świadome i bardziej bezwzględne. Chrońmy tych najbardziej bezbronnych, ale w ferworze szlachetnych działań "dziecka z kąpielą nie wylewajmy". Tak często z dobrych intencji wyłącznie ofiary wynikają! :(

P.S. Na koniec jeszcze pytanie z serii, co by było gdyby! Załóżmy, że główny bohater tego ohydnego czynu się dopuścił, czy szaleństwo wokół sprawy nie byłoby podobne, lecz tym razem już usprawiedliwione, a postaci dramatu zupełnie odmiennie byłby spostrzegane - z jednym oczywiście wyjątkiem! Taka przewrotność tej historii, ale to już tylko otwarte umysły zauważą. 

niedziela, 20 lipca 2014

Coheed and Cambria - Year of the Black Rainbow (2010)




Tak znienacka ten album wydali ale i zaskoczeniem też po prawdzie częściowa jego zawartość się okazała. Mianowicie wśród kompozycji co sztandarowe cechy twórczości na pierwszym planie akcentują sporawa ilość kombinacyjnych działań w obrębie rytmiki czy zabawy dźwiękami swe miejsce odnalazła. Taki Guns of Summer specyficzną elektroniką, zapętlonymi bitami (czy jak to się nazywa ;) ) frapuje, wtórują mu po części inne numery co z powodzeniem czy to w tle czy na planie pierwszym eksponują eksperymenty brzmieniowe. Jasne, że grupa nadal pozostała tak dalece charakterystyczna, iż pomylenie jej z jakimkolwiek innym projektem w podobnej niszy obsadzonym dla nawet mało osłuchanego osobnika jest niemożliwe. Świetne aranże ich największym walorem, umiejętność absolutnego zrzucenia przyciasnej formuły żenującej miałkości tam gdzie chwytliwość do głosu dochodzi. Nucę pod nosem lub śpiewam na głos bez poczucia wstydu frazy z kapitalnymi liniami melodycznymi i ani przez chwile wrażenia nie mam, że to jest uwłaczające dla mojego wykwintnego gustu. ;) Nie ma mowy - stanowcza KROPKA! Dziać się tak nie może wszak żadnej nędzy czy prostactwa na Year of the Black Rainbow czy innych albumach formacji nie ma. Nawet gdy ckliwie i słodziutko być zaczyna to w tych dźwiękach taki dojrzały magnetyzm tkwi, iż ulec mu i nie docenić profesjonalizmu czy wysmakowania nie można. Kapitalnie przebojowa, efektowna i powabna to porcja muzyki, idealnie wyważona dawka dynamiki i refleksyjnej aury, na poły energetyczny koktajl i wytrawny trunek z zachwycającym progresywnym zamknięciem w  postaci The Black Rainbow. Kolejny krążek CaC, który dla mnie już pewnie na lata w kanonie doskonałości pozostanie. Przetrwał tam już cztery lata, świeżość i atrakcyjność zachowując, zatem nic nie wskazuje na rychły spadek jego notowań. Coheed and Cambria to taki diamencik pośród ogromnej ilości chwytliwej muzyczki odkryty. Młodzi twórcy, utalentowani, osłuchani i warsztatowo perfekcyjni. Ambitni, a tak okrzepli i zdystansowani - dla mnie symbol i nadzieja w jednym. Symbol ciągłego poszukiwania w obrębie utartych schematów, a nadzieja, że rock zamiast umierać jak wielu mądrych inaczej wieszczyło nadal istotną rolę w muzyce będzie odgrywać. Jeśli nie zabraknie ich i im podobnych jestem spokojny, że nadal co słuchać mieć będę, znaczy wśród nowości płytowych wciąż odnajdę pasję i intrygujące pomysły. Nie wszyscy na szczęście wyłącznie dla kasy grać pragną! 

P.S. Dodam, że Year of the Black Rainbow to sfinalizowanie konceptu na czterech kolejnych albumach rozwijanego - wyśmienite zakończenie ambitnego, wielokierunkowego projektu. To dla głębiej zainteresowanych informacja - szukać, odkrywać. :)

piątek, 18 lipca 2014

Obława (2012) - Marcin Krzyształowicz




Świat nie jest czarno-biały, a ludzkie działania oparte są na trudnych wyborach o skomplikowanej etiologii - szczególnie w niespokojnych czasach. Surowy, zimny, duszny i niepokojący, próbujący zmusić do myślenia i głębszej refleksji, szczególnie tych co w swoim zaszufladkowanym świecie nie znajdują miejsca dla poznania motywów działań innych, a historie odczytują według gotowych szablonów! Kapitalne kino nawiązujące charakterem w moim przekonaniu do Róży Smarzowskiego, jednak przynajmniej dla mnie pod brutalną powłoką kryjące zdecydowanie więcej. Znakomity, sugestywnie przekonujący Maciej Stuhr, wyjątkowo dobry Dorociński i co zaskakujące naprawdę świetna Weronika Rosati - bo w sprawie talentu Bohosiewicz, Zielińskiego, Mastalerza czy Żukowskiego chyba nie muszę agitować. Po raz kolejny stwierdzam z pełną odpowiedzialnością - polskie kino ma się wybornie, szczęśliwie otrząsnęło się z chwilowego zapatrzenia w amerykańszczyznę, odkryło własną tożsamość, młodych zdolnych dopuściło i racjonalne sposoby finansowania znalazło. To ostanie ogólnej natury stwierdzenie.

czwartek, 17 lipca 2014

Gangster Squad / Pogromcy mafii (2013) - Ruben Fleischer




Dynamiczna akcja, widowiskowe sceny i można by rzec to wszystko! Szkoda, że zamiast intrygującej fabuły więcej tu naiwności niemal wprost z Rambo! I nawet uzbrojenie w tak szacowne nazwiska jak Nolte, Penn, Brolin, Patrick cz Gosling nie uratowały obrazu z gatunku do którego podchodzę niemal bezkrytycznie, bo w tej odsłonie taka to przeciętna rozrywka bez jakichkolwiek większych ambicji. Oczywista lekcja z tego seansu płynie, że sami aktorzy bombowego widowiska nie zrobią, gdy scenariusz miałki, a osoba reżysera bez charyzmy z gatunku prostackiego kina familijnego pochodząca. Wprost nie do wiary, że w projekt Pana znikąd tak zacne persony dały się wkręcić. Pewnie po premierze były równie rozczarowane jak ja. Jeśli nie to fatalny mają gust - tylko współczuć. ;) 

P.S. Jak mogłem jednocześnie tylu moich aktorskich bohaterów obrazić - nie mogę sobie teraz spojrzeć w twarz. ;)

środa, 16 lipca 2014

Tesis sobre un homicido / Egzamin z morderstwa (2013) - Hernán Goldfrid




Dobry kryminał - nie jest zły, że taką refleksją błysnę! Ona jak ten Egzamin z morderstwa nic poza prostą (nie prostacką) prawdą oddająca, że większość obrazów ten gatunek reprezentujących to nic innego jak zwykła rozrywka, z naciągana fabułą, naginanymi na wszelkie sposoby faktami, sztampowym do bólu szkicem postaci i obowiązkowym tandetnym psychologicznym jądrem. Tyle, że to ambitne z założenia sedno wokół którego budowana akcja to bardziej jądro ciemności, niż creme de la creme. Tą grupę niestety obraz absolutnie nieznanego mi argentyńskiego reżysera reprezentuje. Szczegóły jak treść i slogan reklamowy głosi powinny być jego atutem, w rzeczywistości one do rzemieślniczej produkcji efekt całościowy sprowadzają. Wszystko jest ze wszech miar konwencjonalne, w żadnym detalu ponad poziom poprawny nie wyrastające. Miało być niemal naukowo, a główny bohater jako ekspert z trudną osobowością, analitycznym umysłem i rzecz jasna zagmatwaną biografią miał wzbudzać sympatię i wyrozumiałość. Miał, próbował - bezskutecznie! Dodatkowo kiedy finał z domysłami mnie porzucił, jedno mnie już tylko zastanawia - czy twórcy tak się pogubili, że bardziej zgrabnie i dosłownie nie potrafili syntezy przeprowadzić. Chyba, że ja niczym ta startowa refleksja - zbyt prosty (nie prostacki) oczywiście jestem. ;) :) 

P.S. Szczęśliwie rozczarowanie nie było aż nadto brutalne, a mogło być gorzej - ja sobie w założeniach z Sekretem jej oczu ten tytuł zestawiałem. W porę jednak ktoś mnie przed seansem po części na ziemie sprowadził. Nauka z tego też taka, że kina o egzotycznym pochodzeniu nie należy oceniać po tak fragmentarycznej autopsji jaką za sprawą Sekretu przeprowadziłem. Ten sam aktor to będzie równie wielkie przeżycie, naiwnie zakładałem. Sam nie wierzę jakim tępym ignorantem się okazałem. ;) :)

poniedziałek, 14 lipca 2014

Labor Day / Długi, wrześniowy weekend (2013) - Jason Reitman




Taka para aktorska na ekranie to smakowity kąsek dla fana ich talentu - do kompletu reżyser co dobre kino niewątpliwie skroić potrafi i z nadzieją na emocje przed ekranem natychmiast zasiadam. Oczekiwania mam spore, a Jason Reitman płynnie je od startu zaspokaja. Wkręca w tkaną po aptekarsku opowieść, porusza z perspektywy nastolatka narracją i pobudza do dojrzałej rodzicielskiej refleksji. Przez dwie godziny czuje napięcie, jestem podekscytowany rozwojem wydarzeń, ustawicznie budowanym niepokojem, ewolucją relacji bohaterów czy rzecz jasna masą celnych spostrzeżeń z treści płynących. Upajam się wybornymi poetyckimi ujęciami, precyzyjną scenografią, muzyką subtelnie obraz wzbogacającą jak i równolegle krótkimi surowymi dźwiękami potęgującymi pasję i obawę. To w mym odczuciu takie kino, jakie częściej oglądać pragnę - intrygujące, bo w prostych prawdach najwięcej nam umyka, wartościowe, gdyż o najistotniejszych dla człowieka kwestiach traktuje. Świetnie warsztatowo kreowane, bez prężenia na siłę muskułów, bez eksperymentalnych rozwiązań tylko z odpowiednim wyczuciem i świeżością klasyczne patenty wykorzystujące. Dwie godziny uczty we wszelkich aspektach - ja jestem ukontentowany! A ty bardziej wymagający widzu? ;)

niedziela, 13 lipca 2014

Nevermore - The Obsidian Conspiracy (2010)




Absolutnie porzucona już nadzieja, że jeszcze gdzieś w przyszłości szansę otrzymam na skorzystanie w nowej płytowej odsłonie z talentu czterech typów co pod szyldem Nevermore przez dwadzieścia lat kapitalne albumy komponowali. Wiem, że każdy z nich w jakiś tam sposób w branży muzycznej pozostaje i swoje umiejętności na dźwiękową strawę przekłada, jednako dla mnie właśnie ta konfiguracja personalna, gdzie trzonem Loomis i Dane pozwalała wyjątkowych rzeczy oczekiwać. Teraz każdy sobie, na własną rękę rzeźbi, jednako nawet z takim przytupem obwieszczany powrót Sanctuary, gdzie głos Warrela Dane'a na powrót w nowych numerach usłyszę, nie wzbudza w najmniejszym stopniu podniecenia równego temu, jakie byłoby we mnie wzniecone w momencie powrotu do żywych Nevermore. Niestety to chyba już tylko w sferze marzeń pozostanie, a ja będę musiał zaspokajać głód wyłącznie indywidualnymi projektami członków tej legendy. Starczy ględzenia, żalów i cierpiętniczego tonu - mam szczęśliwie w kolekcji kilka albumów które fanom pozostawili, dając szanse na wieczne uniesienia. Do tej elity pozwolę sobie zaliczyć ich ostatnią produkcję, która to w 2010 roku w moje łapska wpadła - w chwili premiery niemalże. Pierwszy odsłuch (jeśli pamięć nie myli) i pewne poczucie niedosytu mną zawładnęło, bo po genialnym This Godless Endeavor, ciosu równie nokautującego się spodziewałem. Tym razem okazało się, że album potrzebuje trochę więcej czasu by w świadomość się wgryźć i ostatecznie na lata tam pozostać, z pełnym przekonaniem konsekwentnie budując najwyższą ocenę. Tak z perspektywy czasu to widzę, tak spostrzegam proces jaki latami prowadził do ostatecznego sądu. Na werdykt który The Obsidian Conspiracy wśród pereł w dyskografii Nevermore umieszcza kilka systematycznie analizowanych poszlak się złożyło. Mianowicie przekonanie, że mniejsza bezpośrednia siła rażenia ukrywa ogromny potencjał ujawniany z każdym kolejnym przesłuchaniem, mniej przebojowo, bardziej detalicznie jest, a to walor co ponadczasowość płycie może zapewnić. Dalej niemal chirurgiczna precyzja w wykorzystaniu wszystkich charakterystycznych cech co o nietuzinkowości kolejnych albumów świadczyły. Mam tu na myśli sterylność poniekąd zmieszaną z chwytliwością jaka na Dead Heart in a Dead World gościła, szaleństwo znane z Enemies of Reality, moc i epickość This Godless Endeavor i ciut szorstkiego szlifu z Dreaming Neon Black. Jest technicznie i zarazem przebojowo, wymagająco ale i chwytliwie, sporo ciężaru jak i mnóstwo dla kontrastu subtelnej maniery do usłyszenia. Tony egzaltowanego patosu i bezpośredniego ciosania skrzących się riffów, szybkich efektownych zagrywek i wielowątkowych solowych popisów. Inaczej mówiąc chciałoby się rzec, że chyba główne postaci tego całego zamieszania czuły, że to ostatnie tchnienie w takiej konstelacji będzie. Tak czy inaczej, świadomie czy podświadomie powstał krążek wszystkie walory formacji wykorzystujący, taki przekrojowo traktujący całą twórczość. Jakby podsumowanie długiej podróży - dzisiaj nie potrafię się temu przekonaniu oprzeć!

sobota, 12 lipca 2014

Cloud Atlas / Atlas chmur (2012) - Tom Tykwer, Lana Wachowski, Andy Wachowski




Niestety to niemal trzygodzinne widowisko w zamierzeniach zapewne o głęboko filozoficznych podstawach pada od natłoku kiczowatych realizatorskich fajerwerków. Szkoda, gdyż bardziej oczywista prezentacja wątku centralnego plus mniej tandetnego efekciarstwa pozwoliłoby rozkoszować się ciepłym, mądrym obrazem. Zamiast tego dostałem niestety bardzo poprawną typowo hollywoodzką produkcje gdzie autorzy stanęli w klasycznym rozkroku. Niestety! Ubolewam i rozczarowanie spore czuje, bo na zdecydowanie więcej się przygotowałem, a tu niemiła niespodzianka i ściana bezzasadnej ambicji trójki reżyserskiej o którą rozbiły się moje oczekiwania. Było równie spektakularnie jak na siłę ambitnie, tak ekscytująco, że niemal z wrażenia pod siebie zrobiłem i intelektualnie, aż zwoje mi się poprzepalały. ;) Złapać wszystkie sroki za ogony, pomieszać gatunki, superprodukcje z budżetem imponującym dla milionów konsumpcjonizmu smakoszy zrobić, by oni przez chwilę poczuli, że też potencjał na jajogłowych mają. ;) Przeprodukowane, przekombinowane, przeintelektualizowane i co subiektywnie dla mnie najistotniejsze, nie do zaakceptowania, że tyle czasu na to poświęciłem - a mogłem się zwyczajnie przespać.

czwartek, 10 lipca 2014

Adaptation / Adaptacja (2002) - Spike Jonze




Przeoczyłem swego czasu Adaptacje i pod wpływem zachwytu nad Her filmografię Spike Jonze'a uzupełniam. Jest z pewnością oryginalnie, tak wręcz unikatowo jak w przypadku Being John Malkovich było. Jednak tutaj ten firmowy dla Jonze'a tygiel osobliwości męczy, a fabuła z założenia pełna intelektualnych wyzwań irytuje. Ja rozumiem, że ten film jest o czymś istotnym, że to swoiste wyzwanie, że to nie jest jedna z tysięcy pierdół wyłącznie dla zaspokojenia niewyszukanych potrzeb prostaków. Jednak mym zdaniem zbyt skomplikowana forma odtwórcza treść, a dokładniej przesłanie gubi pozostawiając nawet widza z wysokim poziomem IQ w konsternacji. Adresatem dla niego elita intelektualna, taka dodatkowo ze zwichrowaną od nadmiaru analitycznych wyzwań osobowością. Dla tych jajogłowych co niczym Charlie Kaufman zamiast impulsom czy intuicji się poddać, wszystko na czynniki pierwsze bez wyraźnej potrzeby muszą rozkładać. Cierpi Charlie powieść w twórczej hipnozie adaptując, cierpię ja gdy zgłębić sens jego bolesnych poczynań próbuje. Czasem tak myślę, że po cholerę robić z prostych rzeczy intelektualne labirynty! Ścieżki twórcy się zapętliły, poprzecinały, porozwidlały mechanicznie w różnych kierunkach, a ja biedny mam je bez klucza jaki w jego głowie ukryty rozplątać! Nie dziękuję, wolę bardziej bezpośrednie produkcje.

P.S. Film mnie rozczarował, Meryl Streep uwiodła, Chris Cooper zachwycił, a Nicolas Cage usatysfakcjonował. To zaprawdę wyjątkowa chwila w której warsztat aktorski Cage'a doceniam. :)

środa, 9 lipca 2014

Amour / Miłość (2012) - Michael Haneke




Ostrzegam tych wszystkich co bólu w kinie nie tolerują, tych co zbyt wrażliwe dusze posiadają oraz rzecz jasna tych co w filmie jedynie rozrywki poszukują. Trzymajcie się od tej Miłości z daleka, bo to obraz co cierpienia dostarczyć z pewnością potrafi. Ono zarówno w samej technicznej oprawie zawarte (scenografia, muzyka), dramaturgii głęboko pod warstwą nudy skrywanej jak i przede wszystkim samej opowieści czy przeżyć co postaci są udziałem. Katusze sugestywne tak dalece, że niemal fizycznie odczuwalne, ja tego stężenia udźwignąć nie potrafię, zbyt wątła jeszcze ma konstrukcja psychiczna by kiedykolwiek do tego obrazu powrócić. Są tu ogromne pokłady emocji zawarte, jednako nie w sensie gwałtownego ich narastania, a równomiernego nasycenia nimi drugiego planu. Historia płynie i pozornie prócz banalnej prawdy o zmaganiu się ze starością niczego wyjątkowo odkrywczego nie proponuje. W tej oczywistości tymczasem niebywałe bogactwo detali twórcy umieścili - one zakamuflowane między wierszami, w gestach, mimice mistrzowsko przemycone. Wyjątkowe bezsprzecznie kino zobaczyłem, adresowane do każdego kto z łatwością sądów pochopnych się dopuszcza, do każdego kto bez fundamentalnej empatii ludzkie działania piętnuje. Co ja wiem o umieraniu - ciała czy duszy bez wyjątku, co przeżyłem by sens istnienia w pełni rozumieć! Pokory pełen dalszej publicznej interpretacji zatem unikam, na koniec wyłącznie pytanie zadam - jak się zdecydujesz widzu, mimo uczciwych ostrzeżeń dwie godziny przed ekranem spędzić odpowiedz sobie co zrobisz gdy tobie ze starością w tak okrutnym wydaniu przyjdzie się zmierzyć! 

P.S. By być dobrze zrozumianym, potrafię też dostrzec piękno które głęboko pod ciężką warstwą cierpienia ukazane. To piękno prawdziwą miłością nazywane.

wtorek, 8 lipca 2014

Mastodon - Once More 'Round the Sun (2014)




Miałem trochę obaw, więcej nadziei i przede wszystkim niepewność we mnie była, gdzie droga jaką Mastodon podąża zaprowadzi tych niewątpliwie wyjątkowych muzyków. Była miazga, gruz się sypał i psychodeliczne odloty kwasu odrobinę wtłaczały na początku kariery, potem kombinowali na potęgę i przejmowali dominacje w eksperymentatorskich rejonach by poprzez wielowątkowe kompozycje dotrzeć do miejsca gdzie wraz z wszystkimi firmowymi im zagraniami chwytliwość, a może nawet przebojowość miejsce na The Hunter odnalazła. Krótko mówiąc dotarli w pewnym sensie do ściany bo czegóż innowacyjnego można było się spodziewać. Pewnie dalszego łagodzenia formuły, dojrzewaniem nazywanej lub w popłochu nawiązywaniem bardziej lub mniej bezpośrednio do szorstkiej stylistyki z przeszłości. Takie opcje mogłyby wchodzić w rachubę wyłącznie w stosunku do tych formacji co jedno, lub dwu pierwiastkową formułę w karierze wypracowali. Mastodon jednak to ekipa co na prostackim ;) dualizmie nie poprzestaje, zatem w ich twórczości multum składników swą rolę w zaczynie fundamentem do dalszej obróbki będącym odgrywa. Posiłkując się więc tym bogactwem pomysłów po raz kolejny udowodnili że takich czterech jak oni to nie ma ani jednego. :) Tworzą ci goście tak sprawnie funkcjonujący konglomerat niezwykłych inspiracji, oryginalnych muzycznych doświadczeń i umiejętności zarówno instrumentalnych jak i aranżacyjnych, że ja po raz kolejny padam przed ich dziełem na kolana - ustawiam Once More "Round the Sun na ołtarzyku i w parareligijnym uniesieniu wchłaniam dźwięki na krążku zapisane. Wszystko tu spięte perfekcyjnie się jawi, w odpowiednich proporcjach szaleństwo, improwizacyjne odjazdy, szeroko rozjeżdżające się aranże, jak i jednocześnie na pozór skrajnie biegunowo odmienne zwarte motywy, chwytliwe refreny i piosenkowy niemal charakter. Z tym, że ci Amerykanie posiadają umiejętność konsolidacji tych przeciwstawnych komponentów w jednolita bryłę, gdzie nośne fragmenty zupełnie nie kontrastują z multi precyzyjnymi kanonadami czy pasjonująco rozwijanymi, głęboko natchnionymi progresywnymi wycieczkami. Żadnego potknięcia, słabszej sekwencji czy zwyczajnie ludzkiego błędu, tylko same wyborne numery w sensie całościowego odbioru, jak i detali, akcentów czy finezyjnych ornamentów - z tym na czoło wysuwającym się skandowaniem z Aunt Lisa, tak bardzo sentymentalnie przenoszącym mnie do czasów kiedy to Faith No More na Angel Dust jebnęli Be Aggressive. Mastodon już nie od dziś udowadnia, że miejsce w historii rocka wśród najczcigodniejszych  Bogów im się należy. Dzięki Once More 'Round the Sun tylko potwierdzają tak wysokie aspiracje i systematycznie na ten szczyt się wspinają. Co będzie gdy tropem tych najbardziej docenianych tam zasiadą? Byleby wtedy nadal pasje tworzenia czuli i kolejnymi doskonałymi dziełami fanów raczyli!

P.S. Jedyna słabość jaka w nich tkwi to podobno wokalne popisy na żywca dawane. Z autopsji live tej męki nie znam, jednako z wielu źródeł słyszałem niestety iż perfekcyjnie nie jest - koncertowy Live at the Aragon też z takim przykrym osobistym przekonaniem mnie pozostawił. Nie mniej jednak jak na klubowym gigu na polskiej ziemi się pojawią postaram się tam zameldować. Nadzieja w tym, że zanim to nastąpi ten mankament naprawią. :) 

niedziela, 6 lipca 2014

Blood Ties / Więzy krwi (2013) - Guillaume Canet




Lata siedemdziesiąte, rzeczywistość analogowa i dramat policyjno-gangsterski. Jasne więc, że już na starcie lubię to! Innymi słowy ekipa odpowiedzialna za Blood Ties była jednocześnie uprzywilejowana i z góry niestety skazana na wysokie oczekiwania. Seans już za mną i kilka zdań aż się wyrywa by na łamach autorskiego bloga zaistnieć. Po pierwsze dwa atuty, czyli kwestia wybornie z pietyzmem dopracowanych detali klimat epoki na ekran przelewających. Dopieszczona w szczegółach scenografia - lokacje, budynki, wnętrza, kolorystyka w stonowanych barwach plus charakteryzacja wiarygodna, taka autentyzmem przekonująca. Dodatkowo bardzo udanie ukazane relacje międzyludzkie i psychologiczny fundament postaw postaci. Dwóch braci po skrajnych stronach barykady w swym życiu egzystujących, na pozór tak różnych, a w rzeczywistości posiadających tak wiele cech wspólnych, które to niestety do konfrontacji muszą prowadzić. Gdzie dwaj twardzi samczy zawodnicy, rozbitkowie równie mocno przez życie poturbowani, bezradni wobec prywatnego życia, non stop w zakrętach w poślizgi wpadający, tam z pewnością iskry krzesane będą. Są zatem spięcia, skakanie do oczu i wewnątrz utrzymywanie wszelkich twardzielom nieprzystających uczuć. Przecież męska, a tym bardziej braterska przyjaźń musi być szorstka - ha, to twierdzi typ co rodzeństwa płci męskiej nie ma. :) I na koniec coś co mimo wszystko najbardziej wartościową prawdę odsłania, że lojalność braterska ponad wszystko wznieść się potrafi gdy zagrożenie rozmiary poważne przybiera. Było o walorach to i o pewnych mankamentach by uczciwie sprawę postawić być musi. One może nie sprawiają, że walory na plan dalszy są spychane, a ogólne odczucia po konfrontacji z całością rozczarowują. To jedynie pewne potknięcia, jak kreacja Clive'a Owena - tak drażniąca manierycznością, irytująca mnie zupełnie nieprzekonującą gestykulacją, mimiką nieznośnie sztuczną. Równowagę szczęśliwie przynoszą kapitalna rola Billy'ego Crudupa oraz cieszące oko oraz oczywiście zmysł artystyczny piękne panie: Mila Kunis, Zoe Saldana i Marion Cotillard. One zjawiskowe ukrywać tego faktu nie zamierzam. :) Rzecz jeszcze ostatnia, taka co w miarę wciągania się w proponowaną historię z wady w zaletę ewoluuje - ten senny, nieco monotonny sposób zawiązywania akcji i jej rozwijania. Myślałem, że się szybciej i bardziej gwałtownie rozkręci ale on w założeniach taki  mało brawurowy - brak spektakularnych strzelanin i krwi intensywnie spływającej to cecha jego charakterystyczna. To nie kino spektakularnie adrenaliną napompowane tylko kameralne ujęcie ludzkich zachowań. Prawdziwe emocje dominują, więc jak ktoś nakręconej na hajp hollywoodzkiej produkcji się spodziewa to srodze się rozczaruje. Mnie z fotela nie wyrwał, z opadem permanentnym szczęki nie pozostawił ale zaintrygował i pobudził do sentymentalnych rozważań, a to dla mnie istotne w przygodzie z kinem.

sobota, 5 lipca 2014

Arthur Newman / Drugie życie króla (2012) - Dante Ariola




Tajemniczo jest od początku i pytań wiele w związku z zagadką ekranową sią pojawia. Zmiana tożsamości, dlaczego, jaki powód takiego radykalnego cięcia? Bardzo nieśmiało, oszczędnie debiutant Dante Ariola wątek kluczowy rozwija, sączy szczątkowe dane, chcąc zapewne klimat enigmatyczny wzbudzić i przez długi czas go utrzymywać. Niestety w tym przypadku taka strategia nie wypaliła, gdyż po chwili zamiast intrygować zwyczajnie przynudzać akcja zaczyna. Nie wzbudza większych emocji, a nawet zabija potrzebę zrozumienia o co tu chodzi! Domniemam, że o przełom i wyrwanie się z bezsilności wobec latami narastającej warstwy życiowego szlamu. :) Miał być poetycki, a jest nudny! Miał być o czymś, a jest zupełnie o niczym. Taka moja bezlitosna ocena! ;)

P.S. Tak po części na marginesie refleksją przez ten obraz pobudzoną się tu pochwalę - jak bliski odchodzi i wpływ na rzeczywistość z tego względu jest utracony to wtedy niemoc potrafi "buta" wypłacić. Nie zmienia jednak szansa na prezentacje tak błyskotliwej autorskiej mej myśli faktu, że strasznie mnie Arthur Newman wynudził - jedna jaskółka wiosny przecież nie czyni. :)

piątek, 4 lipca 2014

Saving Mr. Banks / Ratując Pana Banksa (2013) - John Lee Hancock




Fascynujące kulisy genezy powstawania legendarnej disneyowskiej superprodukcji. Ze wspaniałym wartościowym przesłaniem, dojrzałą puentą, wybornym aktorstwem i urokliwą warstwą muzyczną. Piękny, taki promienny film, równie zabawny co poruszający - jakby zbudowany ze światła i mroku jednocześnie. Równie dosadnie ukazujący człowiecze słabości co jego zalety. Z niezwykle pozytywnym przesłaniem co nie demonizuje ludzkich błędów, a pozwala w nich odnaleźć szansę dla siebie. Wyjątkowy dla mnie bezspornie, w prostej formie zamknięty, a tak niezwykle bogaty emocjonalnie. Wzruszający i głęboko dotykający, łączący lekką, niemal typową gatunkowo familijną rozrywkę z poważną treścią. W nim fascynujący świat wykreowany, bez tej współcześnie wszechogarniającej technologicznej ściemy. Taki prawdziwie czarujący, baśniowy niemal - dziś niestety tak trudny do odnalezienia.  Ja w nim się zatraciłem z pasją śledząc starcia dwóch silnych osobowości, śmiechem beztrosko wybuchając by w chwile później łzy wzruszenia spływające ocierać. On do wielu, szczególnie ojcowskich refleksji mnie skłonił, o oczywistościach przypomniał, wspaniały analityczny portret ludzi z krwi i kości prezentując. Jestem zachwycony, oczarowany! Od czasu Marzyciela nie oglądałem tak bajecznie uroczego obrazu! Polecam wszystkim, nie tylko tym uczuciowym duszom. :)

P.S. Oczywiście chylę czoła, pokłony bije przed pełną obsadą - zachwycającą Emmą Thompson, wybornym jak zawsze Paulem Giamattim, przekonującym Tomem Hanksem i coraz częściej potwierdzającym klasę Collinem Farrellem. Niemal jak muszkieterowie - wszyscy za jednego, jeden za wszystkich! Cudowne wszystkie kreacje, od tych epizodycznych do pierwszoplanowych. Bez wyjątku!

Drukuj