poniedziałek, 27 lutego 2017

Arcturus - La Masquerade Infernale (1997)




Poniżej sentymentalna wycieczka w czasy dość zamierzchłe, zapowiadana już w połowie roku 2015-ego, tuż po premierze Arcturian, a zrealizowana dopiero teraz. Poślizg znaczący jednak usprawiedliwiony, bowiem dziś daleko mi z obecnymi zainteresowaniami do podobnych klimatów jakimi ówcześnie Arcturus mnie hipnotyzował, a i ostatni album posiadaczy wymyślnych pseudonimów przyniósł miast rozpalenia zmysłów, zimny niestety prysznic. Po prawdzie to nie wiem nawet, czy tego rodzaju stylistyka na scenie ma swoich kontynuatorów, ewentualnych propagatorów, może chociaż zwolenników, którzy po dwudziestu niemal latach potrafią z podobną jak wtedy ekscytacją chłonąć dźwięki z La Masquerade Infernale. Nie mam wiedzy, czasu brak na jej zdobywanie, a jedyne co mogę tutaj napisać to kilka zdań refleksji z pamięci wydobytych i tych pochodzących z dzisiejszej konfrontacji z materią z drugiego, przełomowego krążka Norwegów. Jak zasygnalizowałem, w roku 1997 kontakt z grupą złożoną z tuzów black metalowej sceny był szokiem zupełnym, stycznością ze sztuką (świadomie użyte górnolotne określenie) wychodzącą poza moje wyobrażenia, spotkaniem z materiałem definiującym w mojej świadomości określenie metalowa awangarda. Bo pomimo, że na albumie masa klawiszy i dodatkowo jeszcze kwartet smyczkowy pierwsze skrzypce odgrywa, a cała teatralno-groteskowa oprawa z patetycznym, napuszonym wokalem nijak się ma do sceny ekstremalnej, to jednak pochodzenie muzyków i ekstremalnie jazgotliwa, trudno przyswajalna formuła stawiała i stawia ich pośród formacji nadal metalowych. Przynajmniej takie miałem wtedy przekonanie, a dzisiejszy odsłuch płyty znacząco tego wyobrażenia nie zmienił. To co słyszałem w tej muzyce wtedy, a to co współcześnie w niej dostrzegam to w miarę spójne przekonania i odczucia. Różnica zasadniczo zmieniająca ogląd rzeczywistości polega wyłącznie na tym, iż kiedyś był to kult absolutny, obecnie zaś rodzaj ciekawostki, która nostalgią jedynie zostaje pobudzona. Żeby jasno być zrozumianym już wyjaśniam, iż te 45 minut z dźwiękami absolutnie osobliwymi nie były męczarnią, ani też doświadczeniem na nowo rozbudzającym pasję. One uświadomiły mi jak długą i kształcącą drogę przebyłem, ile musiałem ostrych zakrętów pokonać, w jak wiele ślepych uliczek zabrnąć by znaleźć się tu i teraz i posiadać takie, a nie inne priorytety w obrębie muzycznych zainteresowań. Szanuję pomysł i realizację, odwagę i bezkompromisowość, jednocześnie trudno mi znieść cholernie płaskie brzmienie, już na standardy sprzed dwóch dekad nie do przyjęcia. Tutaj wszystko rzęzi nieprzyzwoicie szarpiąc nerwy i odbierając wybornym instrumentalnym popisom oraz aranżacyjnym odlotom głębię. To grzech podstawowy, chociaż w przypadku rozprawiania o piekielnej maskaradzie, ilość sprzeniewierzeń zasadom powinna być wprost proporcjonalna do zawartości diabła w pięciolinii. :) Żart się pojawia i on też usprawiedliwiony, gdyż odnoszę wrażenie, że ten ośmioaktowy spektakl to rodzaj świadomego przerysowania, bo ten patos i próba stworzenia wyrafinowanej opery na bazie „parapetu” nie mogła być do końca poważna. Z drugiej jednak strony jak przypomnę sobie śmiertelną powagę ówczesnych muzycznych „Panów Ciemności” to uśmieszek politowania na twarzy spod fikuśnej maski założonej dla uchwycenia klimatu się przebija. :) To jest prawdopodobnie mój największy problem z tego rodzaju twórczością, bo nie mam do końca pewności jak sami muzycy efekty własnej pracy spostrzegali, jakie były źródła ich motywacji. Do tej "niepewności" czy aby między innymi ze mnie żartów sobie nie robili, dodaje teraz niemal stu procentową pewność, że tego rodzaju mocno przestylizowana awangarda próby czasu nie przetrwała. Świadczy o tym brak (ja akurat nie znam) kontynuatorów oraz porażka samej formacji, która nagrywając dwa lata temu nowy album sama dostarczyła masy argumentów dla wydania tak radykalnego osądu. Mierząc się z Arcturian przeżyłem tortury, powracając do La Masquerade Infernale doznałem w miarę przyjemnego, aczkolwiek tylko chwilowego niestety spełnienia. Sentyment ogromny we mnie tkwi nadal, prawdziwa, czysta miłość do tych kompozycji bynajmniej już dawno wygasła. 

piątek, 24 lutego 2017

Moonlight (2016) - Barry Jenkins




Kapitalna seria się trafiła. Trzy tytuły, trzy dzieła! W poniedziałek wystartowała wraz z Manchester by the Sea, w chwilę później kontynuowana była za sprawą Juste la fin du monde Xaviera Dolana, a dzisiaj tą ucztę zakończył Moonlight. Żadnego z tych obrazów ponad inny nie wyróżnię, bo mimo że korzystające z podobnej stylistyki, gdzie ambicje artystyczne przenikają się z tymi intelektualnymi, a wszystko ubrane za względnie skromne pieniądze w kameralną oprawę, to jednak każdy z nich czym innym mnie oczarował. Moonlight się we mnie konsekwentnie i cierpliwie osadzał, gdyż wśród nich najintensywniej przesiąknięty jest czymś w rodzaju metafizyki - pozazmysłowym, trudno definiowalnym dotknięciem kwestii społeczno-psychologicznych. Obserwując intymny proces przywdziewania przez bohatera pancerza chroniącego jego wrażliwą duszę, nie mogłem pozbyć się upartego wrażenia, że jeden filmowy przykład otworzył we mnie zupełnie nową perspektywę spojrzenia na kwestię odgrywania ról społecznych. Miałem oczywiście tą świadomość, iż rola determinowana jest okolicznościami, miejscem budowania własnej tożsamości oraz niezaspokojonymi potrzebami. Nie do końca jednak uświadamiałem sobie, iż przy tak powszechnych uwarunkowaniach ten wybór może być wyłącznie zero-jedynkowy, a potrzeby zostają zminimalizowane do co najwyżej tych bezpieczeństwa. Bez względu na wrodzone predyspozycje psychiczne i w najmłodszych latach wykształcone cechy osobowościowe człowiek zostaje postawiony przed prozaiczną koniecznością dostosowania się, a wyrwanie się z ram niezbęnych wyborów jest niemal niewykonalne. Gdy nie ma wsparcia w rodzinie, instytucje państwowe są skostniałe i niewydolne, życie można kontynuować na marginesie staczając się w otchłań wewnętrznych frustracji, bądź obudowując sukcesywnie własną wrażliwość izolującą skorupą z kamienia zapewnić sobie względny spokój i komfort. Barry Jenkins jako reżyser błysnął niebywałym talentem zderzając dokument społeczny z czystą fabularną poezją. Utkał subtelną opowieść o lękach i ich przezwyciężaniu, o trudnym budowaniu własnej tożsamości, o przemianie i ocaleniu, wreszcie o miłości. Dokonał tego używając przemyślanych środków i spoglądając na kreowaną rzeczywistość od wewnątrz, z perspektywy dziecka, młodzieńca i wreszcie dorosłego. W trzech aktach dokumentujących przemianę determinowaną jedną nadrzędną potrzebą. Potrzebą bezpieczeństwa i koniecznością adaptacji!

środa, 22 lutego 2017

Juste la fin du monde / To tylko koniec świata (2016) - Xavier Dolan




Co tam u Dolana? Ciekawość mnie zżerała i po męczącym oczekiwaniu została wreszcie zaspokojona. Wszystko „w porządku”, znaczy dysfunkcjonalność w zainteresowaniach rządzi, czyli hmmm... rodzina, ach rodzina oraz człowiek jest złożony, a neurozy i psychozy to chleb powszedni jego codzienności. Zatem jak uznany już w reżyserskim fachu młodzieniec w tych rejonach deliberuje to jednowymiarowo nie jest, to emocje gwarantowane i dla każdego kto bystry dyskretna harmonia, względnie głęboko zakamuflowana równowaga pomiędzy wierszami do dostrzeżenia. Temat z temperamentnym potencjałem oraz z kontrowersyjnym pierwszym planem - życie realne i z tła problemy bohaterów widzowi bliskie. Atmosfera wykreowana gęsta, w duszach postaci się gotuje i stężenie złych emocji niczym smog zatruwa płuca łaknące czystego powietrza. Masa wzajemnych pretensji relacje destabilizuje, każdy ma własne zaburzenia i przybiera nieskutecznie pozy skrywające prawdziwe ja. Frustracja i niemoc rządzi, brak prostych metod na radzenie sobie z własnymi uczuciami. Chcę ale nie potrafię! Próbuję, staram się, a wychodzi jak zawsze! Skąd to znamy, jak często we własnym życiu to przerabiamy! Z rodziną podobno najlepiej wychodzi się na zdjęciu i to jeśli ono jest odpowiednio pracowicie upozowane, taka „prawda” pospolita funkcjonuje i w zasadzie zwięźle prawdziwie oddaje istotę sprawy. Uogólnienia jednak mają jedną podstawową wadę – temat spłycają do jednego mianownika sprowadzając, a Xavier Dolan nie zwykł prostymi środkami, oczywistych prawd w przewidywalny sposób opisywać. Nawet jeśli czasami ociera się o pretensjonalność, tudzież banał to w tym przypadku stara się unikać tego rodzaju przerysowań, może jedynie dla uzyskania dynamiki przyodziewa je w szaty jaskrawe, maksymalnie ekspresyjne i dla kulminacyjnych wybuchów z racji znaczenia znamienne. Z atencją podchodzi do sprawy ekranizacji sztuki Jean-Luca Lagarce, z przenikliwego materiału wyciskając esencje i przygotowując z niej niezwykle aromatyczny napar. Bo rzadko oglądam filmy, które potrafią we mnie tak wysoki poziom identyfikacji wzbudzić i zajrzeć tak głęboko do mej jaźni, nakazując przejrzeć się w lustrze i konstruktywne, aczkolwiek bardzo bolesne wnioski wyciągnąć. Nie mam zamiaru jednak tutaj duszy obnażać, w szczegóły bardziej niż to konieczne wchodząc. Napiszę tylko, że pośród charakterystycznych dla wypracowanej dolanowskiej formuły teledyskowych odlotów, w bogactwie scen wrzących od emocji, finał mnie totalnie zdruzgotał. Zobaczyłem w nim (o zgrozo) dokładnie w reakcjach jednego z bohaterów, po części siebie, więc rozumiecie, że moja rzeczowa krytyka obrazu może być teraz wykluczona! Trudno z dystansem ocenić materię z takim impetem uderzającą w człowieka. Zresztą nie wydaje się by można jakieś zaniedbania realizacyjne Dolanowi i całej ekipie zarzucić. Nie zwykł on przecież przypadkowych ludzi dobierać i sam fuszerki odwalać. 

poniedziałek, 20 lutego 2017

Manchester by the Sea (2016) - Kenneth Lonergan




Dużo dobrego o najnowszej (trzeciej) produkcji Kennetha Lonergana się nasłuchałem. Dodatkowo ogromnym admiratorem talentu zarówno Michelle Williams jak i Casey'a Afflecka jestem, zatem nie mogłem być głuchy na ten głos zachwyconej krytyki i zignorować kolejne popisy warsztatowe tych wybitnych aktorów. Nie zakładałem więc przed seansem nawet w najczarniejszych myślach porażki i spędzenia wolnego czasu na męczarniach, wręcz odwrotnie spodziewałem się obrazu wybitnego, który na lata pozostanie w mojej pamięci by przebić się do żelaznej klasyki ambitnego kina. Dokonał tego! Jestem już teraz przekonany, że pozostanie ze mną na długo, a gdy pamięć o nim będzie blakła z miejsca do niego powrócę. Dlaczego? Powodów obfitość, a ten najistotniejszy to gatunek filmowy i idealne wyważenie proporcji, jakie jego istotą. Komediodramat jest jednym z najbardziej wymagających wyzwań w sztuce filmowej - trafienie w złoty środek, gdzie emocjonalne zaangażowanie, biczowanie widza smutkiem nie będzie gryzło się ze scenami wywołującymi autentyczny uśmiech. Łzy poruszenia na zmianę ze łzami śmiechu tutaj koegzystują w idealnej symbiozie, a harmonia pomiędzy nimi tak realistycznie oddaje całą prawdę o ludzkim życiu, w którym te dualizmy przenikają się na każdym kroku, pozwalając je poznać, docenić ich siłę i znaczenie. Bohaterowie są do bólu zwyczajni i jednocześnie wyjątkowi, bo dzięki kapitalnym kreacjom stają się widzowi bliscy poprzez właśnie tą ich prozaiczność i bezceremonialność gestów. To film detali, wszystko ma w nim decydujące znaczenie, najdrobniejsza pauza, kontrapunkt czy kameralna konstrukcja odrobinę tylko uatrakcyjniona interwałami odbija się bezpośrednio na kinowej publiczności, co czuć było we wszelkich jej westchnieniach, pojawiających się na twarzach oznakach głębokiego przeżywania emocjonalnej intensywności. Każda scena to ocean przeżyć i wartościowy materiał do zagospodarowania dla doskonalenia siebie i zrozumienia, co jest w tym naszym życiu naprawdę ważne. Tu na ekranie w głównym wątku wykuwa się trudna, barwna i przede wszystkim trwała relacja dwóch rozbitków. Doświadczonego błędami i potworną tragedią stryja i startującego w dorosłość przygotowanego teoretycznie, ale zagubionego w praktycznym wymiarze sytuacji bratanka. W tle zaś liczne skomplikowane relacje z innymi bliskimi osobami, dramaty totalne i te drobniejsze, wszelkie zawiłości, zakręty życiowe i losowe zdarzenia – nie bez wpływu na charaktery i osobowości każdej z postaci. Odkupienie win, rozgrzeszenie nie wchodzi w grę, gdy czasu nie da się cofnąć, zmienić biegu wydarzeń, odpokutować nieodpowiedzialności, odbudować tego, co pomimo starań na zawsze w gruzach już pozostanie. Można jedynie zmienić przyszłość, startując od dnia teraźniejszego, sprawić by egzystencja nieważna stała się na nowo istotna. Bo nie żyjemy wyłącznie dla siebie, istotą istnienia jest bycie dla innych i wpływ naszej obecności na kształt życia osób bliskich naszemu sercu. Czasem z zaskoczenia, w dramatycznych okolicznościach przychodzi na to szansa! O tym jest ten mały w formie, a wielki w znaczeniu film, w którym może nie ma permanentnego światła, ale są jego pojedyncze bardzo jasne promienie.

P.S. Jest w tym obrazie wysokie natężenie scen emocjonalnie angażujących, jednak w tym bogactwie materii do autentycznego głębokiego przeżywania, jest ta jedna, jedyna wybijająca się ponad wszystko co do tej pory zobaczyłem. To przypadkowe spotkanie na ulicy, kiedy Lee i Randi… Zresztą jak widzieliście to wiecie o czym mowa. Jeśli jeszcze niedane wam było zobaczyć, to czym prędzej to zróbcie, bo ja nie potrafię o tym napisać, ot tak bez drżących rąk i oznak wzruszenia na twarzy.

piątek, 17 lutego 2017

Queens of the Stone Age - Songs for the Deaf (2002)




Moja miłość do królowych epoki kamienia bardzo spóźniona, zaledwie od kilku lat systematycznie dojrzewająca. Poczynając od nagłej fascynacji, zauroczenia intensywnego …Like Clockwork, przeobrażając się następnie w stabilne uczucie i obejmując „niemal” całą już dyskografię. Wyjątki jednakże, w tej wzruszającej historii są, i to aż dwa. Debiut, do którego zabieram się od jakiegoś czasu, lecz podświadomość robi wszystko by to spotkanie odwlec jeszcze. I podejrzewam, iż coś w tym sabotażu być musi, a podświadomości to myślę ufać należy, niczym kumplom obytym w muzycznym temacie, gdy dyskografię nieznanej zespołu polecają odkrywać w ściśle przykazanej, według tajemniczej metody kolejności. Drugi to nadal niezgłębiona Era Vulgaris, kilka razy bez sukcesu przez zmysł słuchu przepuszczona i wytężonej analizie intelektualnej poddana. Zwyczajnie nie dotyka mnie ten krążek, jego magia obca, lub obiektywnie on jej pozbawiony. Szczegółami w tej kwestii podzielę się w odpowiedniej chwili, kiedy broń złożę i temat sobie ostatecznie odpuszczę, albo przełom, którego akurat nie wieszcze nastąpi. Teraz to o trzecim albumie w dyskografii Queens ma być i będzie. Moje spojrzenie na Songs for the Deaf z racji odkrywania dyskografii od nienaturalnej strony, rzecz jasna odmienne od tego, jakie posiadają fani od początku towarzyszący ewolucji stylu grupy. Szczególnie, że jak już nadmieniłem kilka linijek wyżej dotychczasowa znajomość materiałów sygnowanych tą uznaną marką, nadal względnie wybiórcza. Stąd daruję sobie porównania z pozostałymi płytami, nie będę różnic i zbieżności wymieniał, a skupię się tylko na doświadczeniach oraz odczuciach wprost z nastu pieśni dla głuchych płynących i niekonwencjonalnie opiszę subiektywne doznania z tej ekscytującej przygody wyniesione. Nie było łatwo wgryźć się tak z biegu w te niby chwytliwe kompozycje, ale to cecha immanentna ogólnie wszystkich dotychczas poznanych długograjów amerykańskiej formacji. Bowiem Królowe mają w zwyczaju melodyjność oblekać nie tylko szorstkim brzmieniem i jazgotliwie świdrującymi gitarami nerwy podrażniać, ale i w obrębie numerów łamać rockowe schematy, ewentualnie korzystając z bogatej rock’n’rollowej spuścizny i własnego obfitego doświadczenia tłoczyć do struktury masę motywów pobocznych, nie mylić z marginalnymi. :) To cecha dla wielu zaporowa, bo aby docenić aranżacyjne mistrzostwo i wyjątkową muzyczną wyobraźnię, inaczej by z tego plonu wysokiej klasy mąka była, należy przemielić to oporne, twarde ziarno, pełne skumulowanej wartości odżywczej, co najmniej kilkunastokrotnie. :) Wtedy uzyskana baza staje się w miarę jednolita, przez co podczas konsumpcji nie ma obaw, że coś pomiędzy trójki, a czwórki wlezie i będzie uwierać, właściwą kosztowanie zaburzając. Zatem cierpliwością trzeba się wykazać, a nagrodą produkt jakościowo z półki najwyższej i cholerna satysfakcja, że osobisty upór tak szerokie doznania estetyczne i smakowe zapewnił. Ja przynajmniej stosując powyżej opisaną procedurę do niezwykle esencjonalnego bukietu smaków dotarłem i teraz w przypływie megalomani mogę nazywać siebie koneserem wyrafinowanych rockowych dźwięków. Bo tak to już jest z materią wymagającą, że jak już ją należycie zgłębimy to ona nas na wyższy poziom mentalny wystrzeliwuje i jakoś wtedy czujemy się lepsi, bo z szerszymi horyzontami. :)

P.S. Jeśli spodziewaliście się większej ilości konkretów, a nie spodziewaliście się quasi pamiętniczka, to znaczy, że pierwszy raz coś ode mnie czytacie. :) A może pogrywam z wami odrobinę. ;)

czwartek, 16 lutego 2017

Acid Drinkers - The State of Mind Report (1996)




Mam spory sentyment do tej akurat płyty amatorów wina kwaśnego, markowego inaczej, chociaż jasno stwierdzam, że pod względem mocy i dramaturgii nie ma startu do mojej ulubionej Verses of Steel. To był czas, kiedy do moich wtedy jeszcze późno nastoletnich uszu "plastelina" dotarła i ówczesny kierunek poszukiwań muzycznych w dość wyraźnym stopniu odzwierciedlała. Gdzieś tak część mojej gówniarskiej duszy potrzebowała energii, jaką emanowały hiciarskie krążki Illusion, Flapjacka, czy innych zapomnianych już dzisiaj Tuff Enuff względnie Dynamind. The State of Mind Report to dla mnie płyta realnie określająca moment w którym krótkotrwale, ale znamiennie wpadłem w objęcia nowoczesnego crossovera. Kiedy żywe, energetyczne i niekoniecznie skomplikowane granie robiło wśród polskich małolatów furorę. Przejrzyste formalnie, drapieżne brzmieniowo i młodzieńczo żywiołowe, ujmę to dosadnie – może nawet trendziarskie, a z pewnością dziarskie. :) Solidny riff, bez nadmiernych udziwnień, jedno oko na thrash, drugie na hard core i ewentualnie ten zez rozbieżny jeszcze jakimś cudem sfokusowany na czarny groove rymujących typów zza oceanu. Taki oto kopiący konkretnie destylat brzmień, z tego przeboje, szybko zapamiętywane, bo cholernie chwytliwe i posiadające jak się okazuje przez tą niewyrafinowaną formę cechy ponadczasowe. Chyba, że w moim spojrzeniu z perspektywy dwóch dekad jest już tylko tęsknota za wiekiem późno pacholęcym, a walory muzyczne prezentowane w tym okresie przez kwasożlopów i im podobnych są mocno naciągane. Ch** z tym, kiedy dziadek M. niczym kultowi Beavis i Butthead zarzuca rytmicznie łbem podczas tych wycieczek w przeszłość. Fakt, dość rzadko, bo organizm nie regeneruje się już tak szybko jak niegdyś bywało. :)

środa, 15 lutego 2017

System of a Down - System of a Down (1998)




Obecnie, A.D. 2017 System of a Down to dla mojego pokolenia już legenda. Oczywiście mam tu na myśli wszystkich tych rówieśników, którzy ciężkimi brzmieniami się interesowali, bez radykalizacji stanowiska wobec czystości gatunku metalem potocznie zwanego. Grupa która zbyt krótko w takiej pierwotnej formie na scenie gościła i zanim formułę muzyczną wyczerpała, w pełnym blasku popularności i apogeum sił twórczych odeszła. Wiem, iż pojawiają się od kilku lat wzmianki o nowym albumu, a ostatnio nawet jednoznacznie potwierdzane przez źródło. Jednak sceptyczny wobec tych wzmianek pozostanę i póki ponoć przygotowanego materiału nie obwącham to nie uwierzę. :) Pozostaje mi zatem, do tego oczekiwanego dnia zadowalać się tą skromną dyskografią do której wracam zawsze z ekscytacją i pytaniem, gdzie ci goście by dzisiaj byli gdyby dalej systematycznie studyjną historię SOAD pisali. To kwestia spekulacji, natomiast faktem miejsce z którego do walki o obecny status wystartowali. Nie ma się co oszukiwać, że początki były powiązane wyłącznie z docenianiem przez środowisko tego co zaproponowali, a hermetyczna widownia od razu przyjęła ich z szeroko otwartymi ramionami. Osadzona na klasycznych hard corowym fundamencie muzyka była za sprawą egzotycznego pochodzenia muzyków oraz niekonwencjonalnego podejścia do ciężkich brzmień twardym orzechem do zgryzienia dla metalowych ortodoksów, o czym Amerykańscy Ormianie szczególnie dotkliwie przekonali się podczas wizyty ze Slayerem w naszym grajdołku. Sprawa jest znana i nie będę się tutaj w jej szczegóły zagłębiał. Chodzi ogólnie o fakt że ta eklektyczna rąbanka trafiła u nas na opór, bo z nurtem nu metalu była kojarzona lub też obrażała uczucia siermiężnych metaluchów zapożyczaniem ze źródeł absolutnie nie godnych. :) Słysząc po raz pierwszy dźwięki z ich debiutu moje myśli ówcześnie płynęły w stronę  inspiracji twórczością Sepultury, tym co od Chaos A.D. proponowali i na Roots do poziomu ideału doprowadzili. Nie uważałem jednak w żadnym razie, iż to ślepe naśladowanie, przez pryzmat skojarzeń z etnicznym posmakiem, pójście prostą ścieżką w tym samym kierunku. System of a Down tworzył na zapożyczonym fundamencie coś wyraźnie własnego i owych czasach cholernie oryginalnego, z szeroko otwartym umysłem, podobnie jak swego czasu robiły to ikony z Faith No More. Czyli prawie żadnych granic, bo dobra aranżacja i zmysł kompozycyjny wszelkie ciekawe wpływy z surowym riffem sprawnie ożeni. Numery miały w sobie potężny ładunek energii, były organiczne i buzowała w nich adrenalina. Hałaśliwe ale i w miarę chwytliwe, bo pośród twardego łojenia, melodii za sprawą szczególnie sporych możliwości wokalnych Serja Tankiana nie brakowało. To on dodawał tej muzyce specjalnego waloru, dzięki nietuzinkowej osobowości i wokalnej ekwilibrystyce, od potężnego growlu, poprzez histeryczne krzyki i melodeklamację do melodyjnych, pełnych patosu zaśpiewów. Nie obojętne dla miejsca i czasu były także teksty niosące hasła związane z krytyką systemu, walką z jego patologiami, rewoltą w myśleniu - sprzeciwem wobec ucisku silniejszego, nierówności szans, bezwstydnym bogaceniem się tych już obrzydliwie bogatych. Tak sobie teraz myślę, że dzisiaj w zdecydowanie innych czasach może być im trudno powrócić i odnaleźć się w dużo bardziej złożonej rzeczywistości. Bunt ma zupełnie inną barwę i ze sztuką przestaje być wiązany, bo na prymitywnych instynktach cynicznie przez manipulatorów oparty. A może się mylę - w sumie to chciałbym nie mieć racji.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Deepwater Horizon (2016) - Peter Berg




Jest napięcie, niepokój i rozmach produkcyjny - ta platforma i jej złożoność robi wrażenie, a ludzie tam pracujący autentycznie zdają się być twardzielami i profesjonalistami. Do czasu kulminacyjnego wydarzenia masa tutaj dialogów, gęstych, pełnych branżowych, zawodowych pojęć i tak typowo po amerykańsku praktykowanego niby sarkazmu, takich efektownych przepychanek słownych. Później już tylko dynamiczna akcja i prawdziwe piekło żywiołu na ekranie. Efekty specjalne robią wrażenie, ogień szaleje realistycznie, a ludzie w takiej sytuacji są marnym pyłem, bezbronnym przedmiotem pomimo względnej przecież władzy i sporych technicznych możliwości. Panika, walka o życie, przetrwanie i w chwilę później ewakuacja podczas emocjonującej akcji ratowniczej. Pamiętam dwa tytuły, które lata temu bliźniacze wrażenie robiły i o zbliżonych wydarzeniach traktowały. Eksplozje i pożary w Ognistym podmuchu Rona Howarda królowały, a żywioł wody spustoszenie siał w Gniewie oceanu Wolfganga Petersena. Tam dramatyczne wydarzenia także rasowo z hollywoodzkim ciśnieniem ukazane wciągnęły mnie jednak mocniej i na dłużej sentyment do nich w pamięci zakorzeniły. W przypadku Deepwater Horizon niestety już po zaledwie kilku dniach wspomnienia w pamięci przyblakły i żadnej potrzeby ponownego przeżycia tej opartej na autentycznych wydarzeniach katastrofy nie odczułem. To pomimo niepodważalnych technicznych walorów produkcji argument z grona potencjalnych gatunkowych klasyków najnowsza produkcję Petera Berga wykluczający.

The Martian / Marsjanin (2015) - Ridley Scott




Stało się! Choć jeszcze chwilę wcześniej absolutnie stać się nie miało! :) Naturalnie niezachęcony krytycznymi bądź umiarkowanymi recenzjami, świadomie zrezygnowałem z seansu kinowego, potem z rozpędu, a może za sprawą konsekwencji, także z premiery DVD. Przyszedł jednak ten dzień, kiedy po pracy i obiedzie usiadłem przed telewizorem i przerzucając kanały trafiłem idealnie w punkt, kiedy na C+ Marsjanin się zaczynał. Odebrałem ten fakt jako glos przeznaczenia i poświęciłem dwie godziny na obserwację poczynań skrzyżowania współczesnego Robinsona Crusoe z ejtisowym MacGyverem, z domieszką współczesnego telewizyjnego celebryty. W nieprzyjaznych środowiskowych warunkach Marsa pan botanik tworzy sobie pole do uprawy i walcząc z kapryśnym sprzętem próbuje przetrwać do chwili, gdy NASA przyśle misję ratunkową. Przyznaje, że nie mając zbyt wielkiego naukowego pojęcia o fizyce, astronautyce czy botanice nie powinienem i nie będę polemizował z możliwymi czy niemożliwymi osiągnięciami bohatera. Skupię się tylko na własnościach kinowych i stwierdzam że, pomimo iż to żadne wielkie dzieło, to obiektywnie zrobione tak by się nie nudzić i w miarę ciekawie spędzić czas przed ekranem – subiektywnie nie do końca, bo systematyczne kilkuminutowe odjazdy w objęcia Hypnosa zaliczyłem. :) Ridley Scott gwarantuje niemal zawsze wysoki poziom i tutaj poniżej przyzwoitości z tego, czego nie przespałem wynika, że nie zszedł. Ale ja od takich tuzów więcej oczekuje (przynajmniej bym nie przysypiał :)) i w miarę zadowolony po pokonaniu senności będąc na coś więcej niźli rzemieślniczą poprawność liczyłem. Tym bardziej, iż podobno podstawa literacka dla scenariusza sporo emocji gwarantowała - tak przynajmniej donoszą ci, co znaleźli czas na jej lekturę.

P.S. Ja tu gadu gadu, coś tam o tym i trochę o tamtym, a i tak największą gwiazdą Marsjanina jest taśma na hełmie skafandra. Każdy fachowiec wie przecie, że bez takiej taśmy, która wszystko sklei to ani rusz. :)

piątek, 10 lutego 2017

Jackie (2016) - Pablo Larraín




Ostrzeżenie! Polecam wyłącznie tym, którzy są w stanie znieść ponad sześć kwadransów druzgocącej dawki ludzkiego cierpienia. To taki rodzaj filmu, który boli fizycznie i już w jego połowie widz pragnie, aby się zakończył - a kiedy już do końca seans dobiegnie i człowiek poniekąd się z depresji otrząśnie, przychodzi głęboka refleksja i film ze łba nie chce wyleźć przynosząc gorzką prawdę o ludziach żyjących na świeczniku i też o nas, tych którzy wobec tych mitycznych postaci z czerwonego dywanu mają swoje wymagania. Jackie jako fabularny dramat, to w moim przekonaniu tonąca w czarnej melancholii i goryczy próba uzmysłowienia jak bardzo amerykański naród ówcześnie ale i także dzisiaj wciskanej bajki pragnie, takiej gdzie ona urodziwą księżniczką, a on mądrym królem. Pięknej, paradnej opowieści, w której na życzenie mity pierwszoplanową rolę odgrywają, a często mroczna rzeczywistość dla dobra wszystkich i nikogo zostaje pieczołowicie przykryta teatralną kreacją. Zakładam, że z tego powodu Jacqueline Kennedy taką nienaturalną pozę i manierę wypowiedzi w kontaktach z mediami przyjmowała, a reżyser by uwypuklić to przekonanie tak tłustym drukiem te wszystkie ujęcia stylizowane na archiwalne z uporem maniaka wciskał. Widz dostrzegł, zrozumiał - widz uwierzył, został zadowolony? I tutaj jest fundamentalny problem! Bowiem Pablo Larrain przygnębiająco realistycznym klimatem, potworną dawką smutku i rozpaczy, potęgowaną przenikliwą muzyką (co poniekąd przecież naturalne, gdy chce się pokazać człowieka w głębokim dole emocjonalnym) odciągnął skupienie od meritum. Nie zrobił tego jednak odwróceniem uwagi na masę wątków pobocznych, a zwyczajnie zmęczył totalnym przygnębieniem. Szczerze mówiąc już dawno w kinie nie widziałem tak sugestywnie przytłaczającego i intensywnie przeszywającego obrazu smutku wdzierającego się do umysłu z ekranu i jednocześnie tylu osób odpływających w objęcia snu. :) Kto zatem był na wstępie już zmęczony (zapewne dodatkowo ciężkim dniem w pracy) miał trudności by utrzymać koncentrację, aby móc odczytać to, co reżyser pomiędzy wierszami próbuje przekazać. Jednak jeżeli nie poddał się fali znużenia, to wyszedł bogatszy w prawdziwą wiedzę o „Camelocie” i żyjącej w jego murach „Ginewrze”. Niestety tych osób pewnie znikoma ilość, bo to obraz dla widza wytrwałego, bystrego i przede wszystkim kochającego film ambitny, z głęboko zakamuflowaną treścią na wielu poziomach symboliki i według artystycznych standardów skrojonego. Stąd zapewne wysokich notowań i entuzjastycznej prasy nie ma, a absolutnie na ignorancje nie zasługuje i krytyce pod względem, jakości nie powinien być poddawany. Cieszy mnie zatem, że pomimo ciężaru gatunkowego fenomenalna rola Natalie Portman została zauważona i jej katorga na planie już nagrodzona. Trzeba było wykazać się ogromnym profesjonalizmem i odpornością na stres, gdy kamera wyłącznie na niej sfokusowana, a pozbawiające całkowicie intymności emocjonalnej zbliżenia z detaliczną precyzją pokazywały najdrobniejsze ruchy mimiczne, mogąc z łatwością obnażać warsztat aktorski i także wszelkie niedostatki charakteryzacji. Tyle, że praca wykonana przez aktorkę, operatora oraz speców od filmowego makijażu to poziom mistrzowski, czyniący z filmu Larraína autentyczne świadectwo dramatu, pustki przeżywanej przez jego uczestników. Zderzenia z ciosem zadanym przez śmierć, ale i w większości kurtuazyjną empatią politycznego środowiska, tym pozbawionym ludzkich odruchów pragmatycznym, zimnym zawodowym profesjonalizmem. Presją zachowania fasonu, pozorów w obliczu żałoby z emocjami utrzymywanymi na postronku wymagań pozycji społecznej, ale i konieczności pełnej naturalności, rzecz jasna paradoksalnie wedle wyobrażeń opinii publicznej. Miałem ogromne oczekiwania i obawy równie duże. Spodziewałem się portretu wyrazistego i bogatego niuansami, wrażliwego emocjonalnie jak i ekspresyjnego wykonawczo. Taki też finalnie do przetrawienia otrzymałem. Nie miałem jednak pojęcia, że to będzie takie trudne i bolesne doświadczenie, niczym uczestnictwo w pożegnaniu kogoś z kim nie było się związanym, ale samo obserwowanie żałoby i rozpaczy najbliższych powoduje kolosalne udręczenie.

czwartek, 9 lutego 2017

The Founder / McImperium (2016) - John Lee Hancock




Do „Maka” to ja nie chodzę, bo jest mi nie po drodze. Problemem nie jest mój weganizm czy wegetarianizm, a zmysł czysto estetyczny. Zwyczajnie nie lubię patrzeć na te zunifikowane postaci, w mordę uprzejme, ze zautomatyzowanym posłuszeństwem wobec klienta. Nie jestem w stanie zdzierżyć tych sztucznych uśmiechów przyklejonych do twarzy, ludzi odzianych z godności, niczym małpy wystawionych na widok klienta i ogólnie całego tego kolorowego plastiku wokół i na tacce. Natomiast biografie, czy inne quasi monografie wszelkiej maści od zawsze były mi po drodze, zatem na film o postaciach związanych z początkami fast foodowego giganta pójść musiałem, chociaż te wszystkie nazwiska z burgerowego imperium absolutnie mi nieznane. Dodatkowym atutem filmu zdawał się Michael Keaton, który drugą młodość na ekranach przeżywa i zdaje się przekonywać, że ten powrót sięga sporo wyżej niż to, czym przed laty zasłyną. Tutaj żadnego zawodu nie zanotowałem, bo w roli Ray’a Krocka odnalazł się wyśmienicie i rzeczywiście to on obok kilku równie dobrych aktorów stanowi o ogólnie pozytywnym wrażeniu, jakie film na mnie zrobił. Typowo amerykańska historia, sen amerykański spełniony, czyli od niemal zera do dosłownie miliardera. Od zdesperowanego sprzedawcy szejkerów, który trafia na żyłę złota i dzięki WYTRWAŁOŚCI i niestety, co w biznesie symptomatyczne, bezwzględności, w wątpliwych etycznie okolicznościach zmienia mały rodzinny interes w korporacyjnego potentata, trzęsąc w wieku przedemerytalnym całym rynkiem. Zeżryj konkurencję, zanim ona ciebie skonsumuje, złam umowy, bo one jak serca, a ludzie przecież je łamią. Idź po całości, bez skrupułów, wpadając w obsesję, stając się zawodową pijawką w bezlitosnym świecie interesów. Nagrodą będzie fortuna i LEGENDA, którą twoja postać zostanie owiana, a koszty? Jakie koszty? Z kasą jesteś do przodu, a ludzie, których po drodze zdeptałeś, jakoś się pozbierają i odnajdą w nowych okolicznościach. :( Pomimo, że The Founder to taka wdzięczna, nieskomplikowana w formie, nieprzekombinowana opowieść o kreacji, to jednak płynący z niej morał jest niestety gorzki, mimo masy cukru w tej light coli. To tajemnica upadku dobrej idei, na rzecz pogoni za pieniądzem i sławą. Kuluary zbudowania nowego amerykańskiego kościoła, w którym miast gorliwego symbolicznego konsumowania Chrystusa, wpierdala się wprost tłuste kotlety, budując wokół idealistyczny mit. Jako historia, socjologiczny i biznesowy fenomen jest to fascynujące, lecz niestety z za małą ilością ikry opowiedziane. Poprawnie i z momentami, z niezłym tempem, ale bez permanentnego napięcia.

środa, 8 lutego 2017

Soen - Lykaia (2017)




Nowy Soen jest nieprawdopodobnie uzależniający, zasysa i nie puszcza mimo, że ilość kolejnych bezpośrednio po sobie już wykonanych przesłuchań wskazywałaby na zajeżdżenie numerów poprzez obsesyjną powtarzalność. I chociaż nie jest to tak skomplikowany materiał jak ten z Tellurian, to jednak pośród ogromnej chwytliwości i emocjonalnej intensywności, wyczuwalnych jest sporo aranżacyjnych smaczków do ciągłego odkrywania. To zadziwiające, iż kompozycje skrojone dość schematycznie, pełnię kolorytu odkrywają ze zdwojoną silą po wielokrotnych odsłuchach. Mienią się wtedy bogatymi odcieniami przejmujących emocji, wraz z każdym kolejnym spotkaniem dojrzewając w słuchaczu. Mam zasadne przekonanie, iż magia tej płyty tkwi w świadomości aranżacyjnej, gdyż nie ma niej zbędnego dźwięku, a struktura utworów nie będąc przeładowana nadmiarem idealnie została wyważona. Ogólnie to na chwilę obecną najbardziej harmonijny krążek sygnowany nazwą Soen i ogromny powód do dumy dla tych muzyków. Dziewięć kompozycji w stawce, wraz z zaskakującym bo tylko bonusowym na edycji limtowanej God's Acre, wśród których nie odnajduję faworyta ani jakiegokolwiek utworu, chociaż w drobnym stopniu odstającego od stawki. Wszystko cholernie równe i precyzyjnie przemyślane by ta równowaga i harmonia odnosiła się do każdego aspektu krążka – od kwestii czysto wizualnych oprawy graficznej, poprzez koncept liryczny, po merytoryczne uzasadnienie użycia konkretnych rozwiązań melodycznych i rytmicznych. Startując z pułapu, gdzie jednoznaczne skojarzenia z muzyką Toola były rozpoznawane, przeszli przez etap względnego podobieństwa do A Perfect Circle, a teraz wyraźnie korzystając z tego co najlepsze w obydwu uwypuklili trzeci punkt odniesienia swojego stylu. Mianowicie tam gdzie mniej sterylnej mechaniki, a więcej nastrojowej przestrzeni, królują kiedyś jeszcze nieco w tle zatopione, a dzisiaj już pierwszoplanowe opethowe pejzaże, wzbogacane klasycznymi przepięknymi solówkami niczym spod palców Davida Gilmoura i wyrafinowanym brzmieniem szlachetnie użytego klawisza. Aby konstrukcja była kompletna subtelne partie wokalne przenikają do najgłębszych pokładów mojej emocjonalności, napięcie permanentnie wzrasta i dzieje się tak kilkakrotnie na przestrzeni poszczególnych utworów, w symbiozie z raz egzotyczną bliskowschodnią ornamentyką czy innym razem z ambitną rytmiką. Progresja w znaczeniu rozwoju umiejętności kompozytorskich wyznacza kierunek dla Soen i cieszę się ogromnie będąc od dłuższej chwili pod wpływem czaru płynącego z tego urzekającego albumu, że horyzont dostrzegają i z klasą bez ryzykownych działań próbują go osiągać. Bo to płyta która w gatunku wyróżnia się pewnym rodzajem dostojeństwa, a Soen z nikim się nie ścigając nie pragnie na siłę przechodzić na kolejne poziomy strukturalnej komplikacji, zyskując na tym co w dobrej muzyce najistotniejsze – na docieraniu do słuchacza poprzez emocje. Muzyka pisana wewnętrzną potrzebą tworzenia tu dominuje, płynąca prosto z serca, co czuć w każdej sekundzie tej uroczej podróży. Pytanie sobie tylko zadaje będąc nauczony doświadczeniem, biorąc pod uwagę fakt że te albumy, które szybko sympatię zdobywają czasem równie prędko na zasadzie nadmiaru dobra, na jakiś czas na margines muszą być odłożone. Na jak długo potencjału Lykaii wystarczy? Nie wyobrażam teraz sobie by poczucie przesytu przyjemność korzystania z tego wyjątkowo uzależniającego szwedzkiego daru zakłóciło.

P.S. Czekam teraz na emocje koncertowe - bilet na wrocławski gig już nabyty. :)

wtorek, 7 lutego 2017

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2017) - Maria Sadowska




Taka to oto wielka i przyjemna niespodzianka! Bowiem pani piosenkarka, jurorka i reżyserka (w ogóle wielu talentów posiadaczka ;)) której to poprzednie wątpliwej jakości dzieło pozwoliłem sobie skrytykować kontynuuje prace w branży filmowej i powraca z rewelacyjnej jakości produkcją. Może to niespodzianka połowiczna, bo temat posiadał spory potencjał i trzeba by się bardzo postarać aby go zaprzepaścić. Nie oszukujmy się jednakże, prawda i rzeczywistość bywają brutalne, zatem nie jednemu reżyserowi udało się spieprzyć coś co spieprzyć teoretycznie nie mógł. Zatem uznanie dla Sadowskiej że podołała zadaniu i tym razem zrobiła film wartościowy, bo o ważkim temacie traktujący ale i z obowiązkowym też dystansem i wynikającym z niego rześkim poczuciem humoru. Lecą zatem z ekranu obrazowe określenia intymnych części ciała - ciała w wymyślnych pozach sztukę kochania w praktyce prezentują i ogólnie odważnie aktorska golizna świeci. Jednak mimo, że ona bez cięć cenzorskich  to wulgarności w niej nie odnajdziecie, bo nawet jeśli bezpośrednia to z kobiecej perspektywy pokazana. Tak jak filozofia Michaliny Wisłockiej, w której akt seksualny bez ciepła uczuć bezwartościowy, lub przynajmniej niepełny. Do tego cała plejada aktorskich osobowości, przedstawicieli świata rozrywki w osobliwych rolach daje fantastyczny popis! Ze smaczkami w rodzaju tanecznego Szyca, Lubosa jako (jak doczytałem w kobiecych komentarzach skutecznie podniecającego) najbrzydszego amanta w historii kina, imponującego rozmiarem brzucha kuracjusza Grzegorza Halamy (bo przyrodzenia akurat on nie pokazał :)) i czarującej głosem i urodą Ani Rusowicz osadzonej w czasach panowania na scenie jej matki. Jednak największym walorem Sztuki kochania jest bezdyskusyjnie, mimo zabiegów charakteryzacji pomniejszającej urodę o kilkanaście poziomów atrakcyjniejsza fizycznie od kreowanego oryginału Magdalena Boczarska. Ona tą zjawiskowa rolą zasłużyła na całą masę branżowych nagród, a jakiekolwiek jej pominięcie w przyszłych nominacjach w sezonie festiwalowym uznam za totalną ignorancję, tych którzy o jakości polskiego kina pośrednio decydują. Podsumowując, bo mimo wszystko (tutaj będzie aluzja :)) lepiej sztukę kochania uprawiać niż o niej czytać, lub odnosząc się do filmu w kontrze do tego tekstu – oglądać niż opisywać, to rewelacyjnie pokazana, znakomicie zagrana niesamowita historia nietuzinkowej, wielobarwnej postaci. Charyzmatycznej heroski swoich czasów, kobiety która idealnie wpisała się w potoczne rozumienie przysłowia „Gdzie diabeł nie może tam babę pośle". Która z pewnością nie była ślepa, że tak barwnie „o kolorach napisała” i empatią oraz naturalną troską wszystkie „kochanieńkie” i „skarby” zjednywała. Historii jej życia, w którą bez obiekcji, dzięki ekspresyjności formy chce mi się wierzyć, iż była w pełni prawdziwa, chociaż z zasady zawsze w filmowych biografiach doszukuję się manipulacyjnych sztuczek, które mają na celu dodatkowe uatrakcyjnienie i wiem, bo „wierząc” to naiwny nie jestem, że i w tym przypadku twórcy nie omieszkali tego uczynić. Wybaczam im te potencjalne ingerencje, ten nieco usprawiedliwiający ton dla ewidentnych rodzinnych zaniedbań bohaterki, bo bawiłem się rewelacyjnie, a film zamiast zamęczyć typowo polskim psychologicznym dramatyzmem na granicy udręki miał tak zwyczajnie dostarczyć wartościowej dobrej zabawy. Jestem też wdzięczny za niego od strony praktycznej w dwojakim znaczeniu. O pierwszym będę milczał, bo to kwestia, psss… intymna. ;) O drugim bez ogródek, wstydu i strachu napiszę. Dziękuję za niego właśnie teraz, kiedy co smutne walka z homontem zakładanym przez świętoszkowatych hipokrytów musi być na nowo podejmowana.

P.S.  Przyznaje że jestem nieco zbity z tropu, teraz w Polsce „dobrej” bo „naszej”, jedynej i właściwej partyjnej zmiany. Zaskoczony okolicznościami, bowiem ostatnio Powidoki, a teraz (z przytupem) Sztuka kochania wypełnia sale studyjnego kina do oporu, a ja muszę bilet na trzy dni wcześniej kupować. Polskie kino ma się dobrze w czasach panowania propagandy oczyszczającej suwerena z godności, o czym nie tylko frekwencja na tych dwóch tytułach świadczy.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Mother's Cake - No Rhyme No Reason (2017)




Czują chłopaki rytm, znaczy soczysty groove jest ich największą siłą, ale i wyobraźnia muzyczna która przede wszystkim z trzech podstawowych instrumentów wykrzesać potrafi zarazem siarczystą rockową alternatywę, uduchowiony nastrojowy blues jak i błogo bujające funky. No Rhyme No Reason to ciekawy materiał, dość różnorodny i z pasją nagrany, który dotarł do mnie dzięki uporowi dwóch gości, którzy podobnie jak bracia Cavanagh poznali się już wcześniej na tych młodzieńcach. Miałem ja przyjemność jeden z gigów zobaczyć i muzykę poznać, kiedy to Austriacy swego czasu jako rozgrzewacz zabrani zostali w jedną z tras Anathemy. Chociaż ówcześnie jeszcze nie powalili mnie na kolana, to czuć było, iż na scenie potrafią dać czadu i robią to z prawdziwą radością. Komunikuje dzisiaj za pośrednictwem tego tekstu że wraz z nowym albumem zagościli częściej w moim stereo, może już na stałe, a pewien dystans absolutnie ze sceptycyzmem nie wiązany w dużej części znikł i chyba już nie powróci. :) Chłopcy okrzepli, doświadczenia i obycia nabrali, w muzyków o dojrzałych umiejętnościach kompozytorskich się przeobrazili. Chociaż poprzednie albumy do słabych za cholerę nie należały to ten tegoroczny ma już większość cech krążka kompletnego i w ich karierze (tu wróżę choć wróżką nie jestem) może nawet będzie tym przełomowym. Z takim albumem, obecną koniunkturą na rockowe tria i sceniczną charyzmą wykonawczą z pewnością zasłużyli i mają szansę na wkroczenie na wyższy pułap rozpoznawalności. 

sobota, 4 lutego 2017

Café Society / Śmietanka towarzyska (2016) - Woody Allen




Woody Allen w stałej wysokiej formie, systematycznie ze szwajcarską punktualnością wprowadzający na ekrany swoje produkcje. I tym razem, co nie może stanowić żadnego zaskoczenia zrobił tak po swojemu uroczą satyrę, z charakterystyczną nadrzędną narracją, potoczystymi dialogami i mnóstwem innych właściwych jego niepodrabialnemu stylowi walorów. Dodatkowo w przypadku Cafe Society z zawsze oczarowującym mnie klimatem lat 30-tych i udaną kreacją Jesse Eisenberga w roli jakby wizualnego substytutu samego Allena. :) W ogóle obsada znakomita i w tej allenowskiej konwencji pomimo specyficznej nieco pretensjonalnej maniery odnajdująca się świetnie. Rzutka, niezłośliwa „romantyczna” drwina ze śmietanki towarzyskiej, pod inteligentną komediową fasadą błyskotliwa diagnoza jej przywar w rozrywkowej formule i z ironicznym drugim dnem. Lekkie ale finezyjne kino, może nieco wtórne, bo zrobione według wielokrotnie użytej receptury Allana Stewarta Koningsberga, ale tym fenomenem jego osobowości wciąż czarujące. :)

piątek, 3 lutego 2017

American Pastoral / Amerykańska sielanka (2016) - Ewan McGregor




Kolejny już aktor w stosunkowo dojrzałym wieku będąc zajmuje miejsce za kamerą i próbuje swych sił w fachu, w którym typowego szkolnego przygotowania to nie ma. Ciekawe jest, że dość często przedstawicielom rodziny aktorskiej równoległe rozwijanie kariery aktorskiej i reżyserskiej z sukcesem się udaje. Jest to jak odważnie zakładam argument udowadniający poniekąd prymat teorii przyswajanej na poziomie praktycznym lub przynajmniej dowód na to że obserwacja prawdziwych fachowców, często wręcz mistrzów w akcji daje dobre przygotowanie. :) Z drugiej strony jak staje się za kamerą i przed jej obiektywem jednocześnie to ryzykuje się że brak spojrzenia z zewnątrz niekorzystnie wpłynąć może na realistyczne odegranie roli i potrzebna będzie ogromna samodyscyplina, bardzo wysokie wobec siebie wymagania i czasem bolesna autokrytyka by tą perspektywę skutecznie zastąpić. Zaznaczam teraz że do tego miejsca tekst przygotowałem przed seansem, to co poniżej to już jednostkowe z rzeczywistością starcie powyżej postawionych tez. Niestety!!! (tutaj trzy wykrzykniki uzasadnione) Ewan McGregor nie udźwignął podwójnej roli, bowiem aktorsko wypadł przeciętnie, chwilami wręcz żenująco amatorsko, a jako szef na planie obnażył sporo braków, na front wypychając żałosny brak doświadczenia. Jestem na niego tym bardziej wściekły, że zaprzepaścił ogromny potencjał dramatyczny, jaki bez najmniejszych wątpliwości w powieści Philipa Rotha istnieje. Nie znając literackiego pierwowzoru pozwalam sobie na takie wnioski, gdyż temat jest złożony i człowiek nagrodzony Pulitzerem za jego rozwinięcie w powieści nie mógł go spłycić i okroić tak dalece, jak to scenarzysta i reżyser karygodnie zrobili. Dodatkowo dla mnie, jako ojca relacja bohatera z córką z praktycznego i emocjonalnego punktu widzenia była powiązana z oczekiwaniem bardzo intensywnych przeżyć, chwytając za ojcowskie serducho. Tutaj tylko kilka scen wrażenie na emocjach wywołało i smutne, że akurat nie były to w pierwszym rzędzie te na linii Swede-Marry. Pomiędzy tymi rzadkimi uniesieniami dominowała masa nijakości i mocno napompowanych patosem banałów, które gasiły chwilami pojawiający się względny żar. Zabrakło charyzmy, napięcie siadało, gdy trzeba było do pieca dorzucić, a zamiast rozgrzanego ostrza haratającego treścią i wizualną oprawą było w praktyce głaskanie czymś nieco bardziej szorstkim niż pawie piórko. Nie dziwić powinno, zatem, że będąc nakręcony wiedzą o literackim pierwowzorze oraz wybornym zwiastunem na rasowy sugestywny dramat, jestem totalnie zdruzgotany (mimo że to nie jest absolutna klapa), iż obejrzałem wyłącznie przeciętną i cholernie asekurancką ekranizację. 

czwartek, 2 lutego 2017

A Single Man / Samotny mężczyzna (2009) - Tom Ford




Kiedy najnowszy obraz Toma Forda spostrzegany jako prawdopodobnie najlepszy w zeszłorocznej stawce, należy bez zbędnego ociągania uzupełnić treść na blogu o kilka zdań w temacie debiutu reżyserskiego artysty niezwykłego, bo niewątpliwie wielu talentów. Jakość Nocturnal Animals nie była dla mnie zaskoczeniem, kiedy A Single Man od kilku lat doskonale znany i w samych superlatywach przy każdej nadarzającej się okazji oceniany. Teraz tylko z kronikarskiego obowiązku i z większego dystansu czasowego powinność spełnię pisząc co następuje. Wysoka wrażliwość estetyczna poczynaniami Toma Forda kierowała, nadrzędna potrzeba eksponowania pięknych przedmiotów w wyrafinowanej kompozycji, zarówno w subtelnym ruchu jak i w wypielęgnowanych statycznych pozach. Czysty artyzm dominuje w scenografii i operatorskiej pracy wybornie zsynchronizowanej z muzycznym tłem, ale także poetycka forma treść niesie w temacie zasadniczo zapewne kontrowersyjną jak i z pewnością emocjonująco głęboką. Jak poradzić sobie ze stratą bliskiej osoby w tragicznych okolicznościach, odnaleźć się w nieoczekiwanej pustce samotności, gdy cierpienie psychiczne nie do zniesienia. Czy użalając się nad sobą w melancholii tonąć, czy stając w obliczu wyzwania pozwolić by nowy etap w życiu płynnie świeży sens zdefiniował. Niestety kiedy on kwitnąć zaczyna kres czasu z zaskoczenia przychodzi. 

środa, 1 lutego 2017

La La Land (2016) - Damien Chazelle




Najgłośniejszy film sezonu, przebój kasowy jak ta lala. :) Sporo wyróżnień już na koncie i teraz deszcz nominacji do największych w branży nagród. Musicalowe reminiscencje, czyli powrót do kolorowych lat 50-tych, ale przez pryzmat współczesności, bo to nie tyko czysty sentyment ale kapitalny talent Damiena Chazelle, który odświeżając formułę wszczepił jej charakter własnej twórczości. Przyznaję, że takie taneczne show nigdy nie wzbudzało mojego zachwytu w tym jednak wydaniu robi kapitalne wrażenie, bo daje autentycznego kopa i rozrywkę z intensywną dynamiką i pulsem. Wirują piękni i młodzi, tak uroczo pląsają w retro anturażu w takt musicalowych orkiestracji, zahaczających jedynie o rubieże, ale tylko tego klasycznego swingującego jazzu. Za nimi operator w długich ujęciach z gracją podąża, bawi się spec od świateł na zmianę przygaszając i rozświetlając scenę, a wyobraźnia scenarzysty i reżysera w jednym wciąż dostarcza nowych wizualnych podniet. Nie spodziewałem się, iż taki będzie kolejny krok obiecującego i już w sporym stopniu spełnionego młodego reżysera. Rozbił po raz drugi bank idąc po ryzykownej linii. Odważnie ale kto nie ryzykuje ten szampana podobno nie pije. :) Zresztą czego do tej pory Chazelle nie dotknie to wszystko w złoto zamienia, zatem umówmy się - o jakim ja tu ryzyku piszę. :) 

Drukuj