wtorek, 29 kwietnia 2014

The Big Lebowski (1998) - Joel Coen




To ten rodzaj poczucia humoru i estetyki przez Coenów firmowany,  co mnie nie do końca pociąga, znaczy wolę więcej surowizny, mięcha w brutalnej intelektualnej oprawie. Dlatego w towarzystwie No Country for Old Men czy Fargo zdecydowanie lepiej się odnajduje, a oglądając między innymi The Hudsucker Proxy czy opowieść o "kolesiu" :) niezrozumiały, zagubiony wyraz twarzy mam. Nie trybie o co, po co i dlaczego taka wizualizacja! :) Zdecydowanie wolę braci w tej bardziej dusznej, twardej konwencji, niż z tym specyficznym usposobieniem na pierwszym planie. Stąd zaznaczam, że widziałem, nie zasnąłem i zdaje sobie sprawę z kontrastowego wykorzystania psychicznie niezrównoważonego weterana i odjechanego hippisa - zakamuflowania w treści wielu istotnych wątków i odniesień do amerykańskiej mentalności. Ja to wszystko widzę i aktorskim warsztatem Goodmana i Bridgesa jestem usatysfakcjonowany. Nie rozumiem jednak za cholerę takiej konwencji i myślę, że szans brak by nagły zwrot w tym temacie nastąpił. Możecie twierdzić, że jestem ograniczony :) może to i prawda, ale nieszczerości i pozerki mi nie wmówicie. :)

P.S. Jedno mi się podobało i ekstremalnie intensywnie mi na gębę uśmiech wbiło – scena z rozsypaniem prochów Donny'ego. Rechotałem szalenie i nawet na samo wspomnienie śmieje się do łez. Jak mi cholera jednak niewiele potrzeba. ;) 

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

The Sword - Warp Riders (2010)




W samym środku smakowitego retro rockowego trendu w moje łapska Warp Riders, The Sword wpadło i od startu do siebie skutecznie przekonało. Bo oto przewidywalna do bólu klasyczna gitarowa koncepcja, gdzie podstawą na wszelkie sposoby przerobione klisze, pewną nową jakość otrzymała. Nią klimat szczególny, czego dowodem tematyka fantasy jaka w tekstowej materii zawarta i tak intensywnie w teledyskach przemycana. Ta na wpół magiczna, szamańska po trosze wizja przygód do złudzenia z obrazami tak popularnymi w kinie w latach osiemdziesiątych mi się kojarzy – rozumiecie, superbohater, wojownik postawny Conan, a z innej mańki mściciel Mad Max, czy baśniowy Willow. Jest zatem podczas kontaktu z tymi dźwiękami specyficzny odjazd w te rejony, gdzie surowy brud, brutalna przemoc w komitywie z magią i romantycznym na swój sposób nastrojem koegzystuje. Dojrzały ze mnie chłop, a takie infantylne, niskich lotów pop kulturalne skojarzenia mi się nasuwają, a co gorsze w zwidach półsennych siebie widzę, jak przy tło wypełniających numerach The Sword na rumaku szerokie pustkowia pokonuje, w kniei się na noc zaszywam lub też swoim zdezelowanym, acz wiernym pojazdem kosmicznym galaktyki pokonuje. Mam misje do wykonania! Z pełną pasji werwą będę świat z mend wszelkich oczyszczał i naturalny takim dokonaniom podziw pośród bezbronnych niewiast wzbudzał. :) Ok, rzucam to co biorę! :) ;)                                                                                        

niedziela, 27 kwietnia 2014

Brokeback Mountain / Tajemnica Brokeback Mountain (2005) - Ang Lee





Sporo ostatnio nowych produkcji obejrzałem, szczególnie tuż przed galą oscarową zatrzęsienie ich w krótkim okresie czasu było. Naturalnie po tak intensywnym przypływie pewna posucha nadeszła. Oczekując, więc na kolejną falę kapitalnych nowości do sprawdzonych już tytułów powróciłem, takich co mocno w pamięć się wryły status kultowy zdobywając. Tą drogą Tajemnica Brockeback Mountain na tapecie i kilka zdań grubo ciosanej refleksji wokół tego obrazu. Pewnie kontrowersyjny temat otwartą przestrzeń dla demonstracji prywatnych poglądów daje, jednako ja zamiast ideologiczno-politycznego bełkotu sedna bardziej uniwersalnego w produkcji Anga Lee bym się dopatrywał. W moim przekonaniu to opowieść o zwyczajnym życiu, podejmowanych decyzjach i odpowiedzialności za nie – takich racjonalnych i emocjonalnych wyborach, działaniach przemyślanych i instynktownych. Poszukiwaniu niezdefiniowanego szczęścia, spełnienia w poczuciu satysfakcji jak i porzuceniu własnych potrzeb na rzecz wyższych celów. Burzliwych relacjach międzyludzkich z najbliższym otoczeniem jak i szerokiego ich oddziaływania na wszelkie aspekty codziennej egzystencji. Może to moja instynktowna próba zmarginalizowania homoseksualizmu bohaterów, gdyż nie rozumiejąc specyfiki spostrzegania sfery erotycznej z takiej perspektywy trudno opiniować, czy bardziej empatią ich działania ogarniać. Łatwiej mi szerzej stanowiska nie zajmować, niżby bez najmniejszych podstaw elaboraty w temacie wypisywać. :) Kij w mrowisko niewątpliwie został wetknięty, co oczywiście nie podlega dyskusji, gdyż umieszczenie w środowisku konserwatywnej prowincji gejowskich „odszczepieńców” innego celu mieć nie mogło. Podkurwić tych radykałów, co z ciężkimi buciorami do intymnej strefy „kochających inaczej” się wpieprzają, tych ultrakonserwatywnych, bogobojnych (bo taka tradycja) fanatyzmu miłośników. ;) Udało się to z nawiązką, gdyż szeroka reklama oburzonych produkcje w wielu środowiskach wypromowała, a świetna realizacja warsztatowa zainteresowanie i poklask u koneserów kina wzbudziła. Ja odpowiedzialnie tylko napiszę, że wzruszający i poruszająco dojrzały to obraz, doskonale zrealizowany we wszelkich aspektach rzemiosła filmowego – zrobił wrażenie i w pamięci się zakotwiczył, w moim przypadku bez względu na podjęty temat z tabu związany.


P.S. A może tu tylko o czysty popęd niezaspokojony z winy okoliczności chodziło, a cała reszta to nadinterpretacja? ;) Robię teraz bardzo mądrą minę i jak to czyni cesarz internetu (znacie typa?) kilkukrotnie by efekt intelektualny uzyskać słowo „może” powtarzam! :)

piątek, 25 kwietnia 2014

Hunger / Głód (2008) - Steve McQueen




Za ciosem idę! Był Zniewolony, chwile potem Wstyd i teraz na Głodzie kończę. ;) Tak poznać reprezentatywny dorobek McQuenna chciałem i plan swój w miarę szybko zrealizowałem. ;) Do sedna, starczy miałkich żarów, częstochowskich rymów bo temat jaki powyższy obraz podejmuje w żadnym wypadku jajcarski! To ciężkostrawna, trudna i wstrząsająca historia na faktach z życia oparta przez co jeszcze silniej poruszająca. Zimna, surowa - w takiej estetyce ascetycznej zamknięta, bez muzycznego tła z dopracowanymi detalicznie szokującymi kadrami i przekonującą grą aktorską. Jednako ja go docenić w pełni nie potrafię, gdyż aplikowany mi obrazem ból zbyt duże spustoszenie emocjonalne czyni przez co męczy i torturuje bezwzględnie. Traciłem ja siły wraz z bohaterem, umierałem z nim obserwując niezrozumiałe, nonsensowne cierpienie. Wyrażę zatem uczciwie uznanie dla warsztatu reżysera, że tak sugestywnie emocje uchwycić zdołał, jednocześnie zdecydowanie deklarując, iż to ostatnia moja konfrontacja z tym jego obrazem. Nie mam zamiaru już więcej tego krzyża dźwigać. ;)

P.S. Centralny kilkudziesięciominutowy dialog w jednym ujęciu zamknięty oddaje w pełni finalne moje odczucia wobec całości. W nim artystyczna maestria, kapitalny warsztat, intrygująca atmosfera i bogata treść, jednocześnie sroga, sadystyczna wręcz mordęga. Tak to widzę, tak to czuje, tak opisać pragnę i nieistotne, że być może logiki w tym brak!

czwartek, 24 kwietnia 2014

Whatever Works / Co nas kręci, co nas podnieca (2009) - Woody Allen




Czym jest ta kolejna produkcja Allena, sposobność w końcu miałem sprawdzić, gdyż w porze obiadowej publiczna telewizja na Kulturze seans zaproponowała. Korzystając z tej okazji w czasie posiłku w ekran wzrok wbijalem, słuch wytężałem i o dziwo pomimo, iż żadnym wielkim fanem twórczych działań patyczakowatego okularnika nie jestem, tym razem wkręciłem się w tą błyskotliwą przypowieść. To z pewnością w przekonaniu moim jedna z najlepszych komedii paplającego przykurcza, taka co idealnie równowagę złapała pomiędzy zbytnią egzaltacją przeintelektualizowanej maniery, a lekkostrawną popularną komedią. Kapitalna łebska rozrywka, której podstawową zaletą postać Borisa Yellnikoffa, z którego paszczy pełne logicznych spostrzeżeń rozważania  się sączą - w sarkastycznej pozie zatopione ogromną frajdę dają, przekonując, że taki przenikliwy osąd kondycji ludzkiej pomimo pozornie pesymistycznych fundamentów finalnie ku pozytywnym zmianom może prowadzić. Refleksja wieńcząca odwrotnie proporcjonalna do zaprzęgniętej w dialogi treści - one pełne zręcznej erudycji, a puenta banalna. Mianowicie co ludzi przed byciem szczęśliwymi powstrzymuje? Może sztuczne granice i nonsensowne schematy w jakie się wbijają. Skostniałe i powielane bezrefleksyjnie monotonne działania. Zwalczane lub co gorsze zaspokajane pokątnie wstydliwe potrzeby o pokus charakterze. Spójrz człowieku X, jednostko Y w lustro, zajrzyj w głąb siebie i kierując się filozofią typa o ksywie Laska odpowiedz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie! Co lubię w życiu robić, a potem zacznij to robić! Oczywiście, jeżeli nie masz na utrzymaniu rodziny, nie grozi ci głód, nie jesteś Tutsi ani Hutu i te sprawy! ;)

wtorek, 22 kwietnia 2014

Valley of the Sun - Electric Talons of the Thunderhawk (2014)




Odrobinę wody w dół rzek spłynąć musiało nim pełnowymiarowy produkt tej niewielu osobnikom znanej załogi światło dzienne ujrzał. Zapowiadany jako naturalne rozwinięcie stylu zaprezentowanego na mini  The Sayings of the Seers, dopiero teraz pod szyldem Electric Talons of the Thunderhawk swoją zawartością cieszy. Raduje się autor tych słów, bowiem materiał to na zdecydowanie wysokim poziomie, gdzieś pomiędzy przebojową manierą brzmienia Seattle, a stonerowym mieleniem zawieszony. Z klasycznie manierycznym zawodzeniem zdolnego krzykacza oraz  wyśmienitym wyczuciem gatunkowych wymagań. Kapitalny zmysł kompozytorski, talent niezaprzeczalny ekipy VOTS każe przypuszczać, że jeśli w sukurs możliwościom i umiejętnościom przyjdzie fart w postaci zainteresowania zamożniejszej (oczywiście w kategoriach niszowych) wytwórni to wkrótce szerzej ich szyld na rynku wypłynie. Jest ku temu fundament i okoliczności sprzyjające, gdyż od lat nie było takiego top nakręcenia na tego rodzaju granie. Znaczy mam tu na myśli przestrzeń daleką od mainstreamowej tandety, co zarabiając kasę produkt jałowy i kiczowaty daje. Ta wartościowa mym zdaniem moda dosięga tych co w gitarowym młóceniu na klasycznej podbudowie, swych idoli poszukują. Do tych muzycznych fanów początku lat dziewięćdziesiątych z pewnością Valley of the Sun ma ogromną szanse skutecznie dotrzeć i swą propozycją w głowach im zamieszać. Teraz jak na razie ich zasięg jeszcze dosyć mizerny, zatem w środowisko flanelowo-pustynne czas wpuścić więcej informacyjnej inicjatywy. Pojawił się świetnie zapowiadający band i potrzeba mu wsparcia – słuchać, chwalić, rozpowszechniać, a mam przekonanie, że już wkrótce za ciosem idąc jeszcze lepszym albumem nas poczęstują. Czekam więc już na kolejny akt!

P.S. Manewr pewien wobec Valley of the Sun zastosowałem, sklejając w jeden album Electric Talons of the Thunderhawk i The Sayings of the Seers - dzięki temu pełny, taki całkowicie satysfakcjonujący materiał zyskałem. :)

niedziela, 20 kwietnia 2014

Traffic (2000) - Steven Soderbergh




Ostatnie produkcje Soderbergha w postaci Side Effects czy Contagion rozczarowały, zatem czekając z obawą ale i z nadzieją w resztkach zaufania tkwiącą na najnowszy obraz, jakim historia Liberace, postanowiłem po raz wtóry przeżyć emocje z największym moim zdaniem dotychczasowym jego dokonaniem. Traffic bowiem to dzieło kompletne w fenomenalną formę specyficznej mozaiki ubrane, gdzie losy wielu złożonych bohaterów się przeplatają. Narkotyki tu osią i wokół wszelkich aspektów z nimi związanych fabuła sprawnie zbudowana – polityka, kartele, rodzinne rozterki i zawodowe problemy w ścieżkach działań podejmowanych się przecinają. Są emocje w intensywnym stężeniu, w bezpośrednich, mocnych scenach i sugestywnym przesłaniu zawarte, jest rodzaj łamigłówki i przede wszystkim naturalnie klimat miejsc i postaci oddany. Wszystko niezwykle sprawnie zaaranżowane, wciągające i do głębokich refleksji inspirujące. Właśnie tych cech od interesującej produkcji wymagam i w przypadku Traffic w pasjonującym kształcie je wszystkie otrzymałem. Stać Soderbergha na sporo, czas więc Panie reżyserze umocnić swą pozycje współczesnym dziełem.

piątek, 18 kwietnia 2014

Lesser Key - EP (2014)




Na głębokim sentymencie na powierzchnie rynku muzycznego Lesser Key wypływa, bowiem sternikiem tej załogi Paul D’Amour, czyli pierwotny basista legendy pod szyldem Tool funkcjonującej. I zapewne jedynie ktoś całkowicie w temacie "narzędzia" nieobeznany, wpływu macierzystej formacji lidera LK w dźwiękach odgrywanych przez ekipę Paula nie wychwyci. Trudno też jednoznacznie pomiędzy tymi grupami znak równości postawić - tu pewne specyficzne echa toolowskie wyłącznie na finalny kształt dźwiękowej masy Lesser Key oddziaływują. Jasne, że głównie basowe punktowanie tak firmowe w swej specyficznej manierze osią kompozycji. W sukurs dla rytmicznego kręgosłupa przychodzi melodyka o melancholijnej estetyce, wespół z wokalną ekspozycją głosu w zaangażowanym tonie emocjonalnie zaciągającego. I teraz czas na zasadniczą kwestie, co różnice pomiędzy grupami czyni, nią w stopniu znaczącym brak w stylu Lesser Key drapieżnej natury, porzuconej na rzeczy wrażliwości. Ten zabieg waloru czarującego dostarcza, jednako kolorytu w finalnym odbiorze pozbawia. Budzi się we mnie przekonanie, że pomimo sporej ambicji by w nieszablonowym graniu zaistnieć, muzycy jednocześnie zbyt gładko chcieliby do młodych ckliwych serc dotrzeć. Żaden to zarzut, gdy muzyka o wysokiej, jakości taki target obiera, życzyłbym sobie jednako by w przyszłości na pełnowymiarowym debiucie pomiędzy rzewne numery porcję jadu wtłoczyli. Nie wiem czy bez takiego kroku kilkadziesiąt minut smęcenia mnie do snu nie utuli. :) Powabny to debiucik w sześciu numerach zamknięty, z wieloma pięknymi motywami, ale i sporymi jeszcze niestety brakami. Jeżeli z Toolem go bezpośrednio porównywać, polegnie on w takiej konfrontacji, jeśli natomiast zupełnie zapomnieć o personalnej i gatunkowej konotacji perspektywiczna to propozycja.

P.S. Pan śpiewak musi jeszcze sporo pokory do własnych umiejętności nabrać lub też w trybie ekspresowym braki nadrobić, bo w obecnej formie fragmentaryczne przeciągania fraz, co najmniej lekkie rany mi zadają. :(

czwartek, 17 kwietnia 2014

The Counselor / Adwokat (2013) - Ridley Scott




Ridley Scott to już niemalże instytucja w hollywoodzkim światku, którego produkcje pomimo czasem mniejszych innym razem odrobinę poważniejszych potknięć poniżej pewnego względnie wysokiego poziomu nie schodzą. Dodatkowo obsada z Fassbenderem ostatnimi czasy dynamicznie wschodzącą gwiazdą i Bardemem, człowiekiem o tysiącu przekonujących twarzy, mimo dość chłodnych opinii recenzenckich mnie akurat apetytu narobiła. Nie kierując się zatem uprzedzeniami o pismaczej genezie do seansu z Adwokatem zasiadłem! Już wnioski idą, refleksje na ekran się przelewają. ;) Zbudował Scott koncept na bazie specyficznej literackiej maniery Cormaca McCarthy'ego, a że ja bezwzględnie oddanym fanem scenariuszy Sunset Limited i  No Country for Old Men toż gadki z ekranu dobiegające wkręcić mnie zdołały. Bazą dialogi rozbudowane, elokwentne z nutką dekadencji i w formie wyrafinowane. Bez wybuchowej natury za to z pulsującym głęboko pod powierzchnią treści napięciem. To zarzut w przekonaniu moim o słowotoku rozwleczonym przeroście podważa, a że dobry dramat kryminalny obejść się może bez setek dynamicznych pościgów, strzelaniny co kilka minut i spływającej hektolitrami krwi, gdy zagadka precyzyjną strategią wciąga, nie muszę przekonywać. :) Mnie porwały filozoficzne deliberacje z ust bossów karteli płynące, refleksje cynicznych twardzieli nastawione na efektowne wrażenie. Świat interesów, działań nakierowanych wyłącznie na szmal i władzę - luksus, elitarni cwaniacy, bezwzględni dranie u stóp których świat pada. I wśród tych autentycznych grubych ryb, ten co o sobie takie przekonanie zdołał nabyć, zapomniał jednak, że z rekinami pływając pamiętać trzeba by ci główki nie upierdoliły, bo akurat zgłodniały. :) Szczerze to miałem przez chwile pewne wątpliwości, po części mieszane odczucia, że zbyt naciągany i w ogólności pretensjonalny po trosze - one zniknęły kiedy przez dłuższy czas spokoju mi nie dawał. Seans dobiegł końca a treść ze mną została i z pewnością już niebawem do powtórnej konfrontacji mnie zmusi. Jest w niej coś czego nie dostrzegam, czego do końca nie rozumiem, a taka sytuacja zawsze intrygującą, niemal jak Malkina, ta femme fatale tak wybornie przez Cameron Diaz zagrana. :)

P.S. Istna galaktyka pierwszoplanowych postaci hollywoodzkiej fabryki marzeń nie pozwala w tekście pominąć jeszcze istotnych ról Penélope Cruz, Brada Pitta, epizodycznych Bruno Ganza czy Rubéna Bladesa - kapitalna scena o naturze filozoficznej ;)

wtorek, 15 kwietnia 2014

12 Angry Men / Dwunastu gniewnych ludzi (1957) - Sidney Lumet




Nie będę powielał truizmów, że to klasyka, ikona itd. tylko w kilku zwięzłych zdaniach, według subiektywnych kryteriów oddam geniusz i długowieczność tego obrazu. Podstawowym walorem obok wybornego warsztatu aktorskiego brak trików, co by po latach żenadą w oczy kłuły. Surowa forma, bez zbędnych spektakularnych ozdobników – tylko czysta treść. Temat fascynujący do głębokich przemyśleń skłaniający, taki co pretekstem do szerszego spojrzenia na rzeczywistość. Taki prosty pomysł, a mimo to trzyma w zainteresowaniu i napięciu, bo o ludzkich słabościach traktuje i z metodyczną konsekwencją je obnaża. Nic nie jest oczywiste, każde zachowanie sprowokowane skomplikowaną etiologią. To co oczywiste się zdaje, pozorami może omamić, czujność uśpić prowadząc bezpośrednio do fałszywych wniosków. Uprzedzenia i stereotypy jako ich  fundament wyroki najczęściej wydają – tak łatwo nam nimi się posiłkować, a pamiętać trzeba, że ofiarą ich bezrefleksyjnej, bezwzględnej natury sami paść możemy. 

P.S. Tak na marginesie odjazd w kierunku innego mistrza z filmowego podwórka zrobię – myślę, że rodak Polański dostrzegł tą minimalistyczną drogę i wartość w niej zawartą, stąd Rzeź i ostatnio Wenus w futrze w jego dorobku reżyserskim zaistniały. W tym przypadku kino koło zatoczyło, przesytem efektownej lecz bezwartościowej papki znudzone, swe kroki ku korzeniom skierowało – w teatralnej, pierwotnej manierze się odnajdując. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Wolfmother - New Crown (2014)




Pan Stockdale to już przypadkiem natury klinicznej zaczyna się jawić, gdyż posunięcia jego ostatnimi czasy pełne niezdecydowania lub nawet chaosu o obłędu znamionach. Tak to więc rozwiązuje Wolfmother, kilka dni później reaktywuje, w międzyczasie zapowiadając solowy album, wypuszczając go na rynek by w kilka miesięcy po tym debiucie z zaskoczenia całkowitego wydać trzeci album macierzystej formacji. Kto za gościem trafi? Pewnie jedynie niewielu szaleńczo oddanych fanów, bo to co światło dzienne ujrzało pod zbiorczym tytułem New Crown, w żadnym stopniu nie jest w stanie dorównać klasie materiałom poprzednim. Ja na New Crown nie znajduje jakiegokolwiek numeru, który mógłby stanąć w konkury z kompozycjami z Cosmic Egg. Taka surowa ocena związana z wrażeniem, jakie przez cały album kołacze mi się w głowie, że ten album zrobiony dla jaj lub na złość tym wszystkim, którzy tak zajadle warczeli po porzuceniu szyldu Wolfmother. Innych wytłumaczeń brak, gdyż w tym chaotycznym tyglu miejsce znalazły wielorakie inspiracje rockowej tradycji potraktowane bez należnego im szacunku. Tak odbieram niechlujne aranżacje tylko w przypływie dobrej woli surowymi określane, wokalne popisy często nie do zniesienia, fałszem wokalnej ekspresji przesiąknięte. Nie daje rady, uszy cierpią, zęby bolą jak sternik tego tonącego okrętu wyje niemiłosiernie. I nie myślcie, że ja nie rozumiem archaicznego bezpośredniego rocka! Z mojej jednak subiektywnej oczywiście perspektywy każdy, kto w tym krążku odnajdzie wartościowe odniesienie do chlubnej tradycji da się nabrać aroganckiej naturze beztroskiego Australijczyka. Czyżby miał nosa Mike Patton – wtajemniczeni wiedzą co mam na myśli. ;)

sobota, 12 kwietnia 2014

Sunnata - Climbing the Colossus (2014)




Satellite Beaver sprawnie w Sunnate się przepoczwarzył i pełnowymiarowym debiutem uderza. Miażdży, bo dźwięk w takich rejestrach spreparowany, że kolumny moje buchają mocą potworną. Niestety coś za coś, gdyż ten bardzo nisko ukręcony sound traci na selektywności, a wrażenia w konfrontacji z innymi produkcjami z tej niszy gatunkowej budzą w moim odczuciu mieszane odczucia. Buczy, huczy, rzęzi, trzeszczy ale i bezlitośnie męczy tą zbitą w ciężki monolit manierą, nudzi monotonnym jednowymiarowym szlifem kompozycji. I tutaj mój największy zarzut wobec Climbing the Colossus tkwi, bo gdy The Last Bow w swoim programie zawierało zarówno numery energetyczne, żwawe, takie rzekłbym nawet rock’n’rollowym sznytem muśnięte, jak i te betonowe kolosy to debiut sprowadzony jedynie do płynących wolnym nurtem, rozwijających wątki z progresywnym zacięciem, zapętlanych obsesyjnie wielominutowych kompozycji, systematycznie klimatycznymi miniaturami poprzeplatanych. One programowo szorstkie,  ale w strukturze niemal sobie bliźniacze. Stąd te ponad trzy kwadranse z pierwszym albumem Sunnaty pomimo w ogólności bardzo pozytywnego wrażenia, dosyć jednostajnym, a przez co względnie mało odkrywczym jest doświadczeniem. Czuje się zmęczony kiedy ostatnia kompozycja wybrzmiewa, a nie tego oczekiwałem, bo zwyczajnie mini Satellite Beaver u końca swego ogromny apetyt na więcej wzbudzał - automatycznie do powtórnego odsłuchu zachęcając. Climbing the Colossus takiego automatyzmu nie powoduje i analizując szerzej powód takiego stanu rzeczy, widzę go w tym transowym, zapętlonym w wygrywanych motywach charakterze. Kiedy The Last Bow był krążkiem ekstrawertycznym to Climbing the Colossus swoistym autyzmem jest obarczony. Odjechali Panowie muzycy w swój wewnętrzny świat, zatracili się w nim, trwoniąc tym samym jeden z istotnych własnych walorów. To przykre i po trosze rozczarowujące – czekając na klejnot, jedynie bardzo dobry rzemieślniczy produkt otrzymałem, oczekując zjawiska, sztampą muszę się zadowolić. Ona jednakowoż na tyle atrakcyjna, że zapewne jeszcze nie raz album ten będę katował, ma albowiem w sobie ten przyciągający pierwiastek - gdzieś tam bez użycia egzotycznych instrumentów, mantryczny charakter w tle pulsuje. Może jednak to tylko moje takie odczucie. :)

piątek, 11 kwietnia 2014

A Beautiful Mind / Piękny umysł (2001) - Ron Howard




Niczego porywająco oryginalnego w temacie Pięknego umysłu nie wymyślę, a że to produkcja tak hollywoodzko modelowa (w pozytywnym znaczeniu), w taki też szablonowy sposób kilka zdań po kolejnym seansie spiszę. Największym życiowym sukcesem pokonanie własnej ułomności i takiego czynu John Nash dokonał, przy okazji zdobywając uznanie świata nauki swoimi wybitnymi osiągnięciami. Sam jednak byłby bezsilny wobec destrukcyjnej mocy schizofrenii i tu role niebagatelną kobieta jego życia odegrała. Będąc wyrozumiałą, troskliwą, a zarazem konsekwentnie oddaną prawdziwą głęboką miłością się wykazała. Wspierany przez rodzinę i przyjaciół genialny umysł, nękany permanentnym zaburzeniem drogę przez mękę przeszedłszy na szczyt zdołał się wspiąć, a prestiż i uznanie jakie zdobył, bezcenne. Poruszająco powyższą autentyczną historie Ron Howard opowiedział, może bez spektakularnych fajerwerków, jednak z dużą dozą ciepła i silnych emocji. Z dbałością o wciągającą atmosferę, klasyczne arkana filmowe, ze świetnie dobraną obsadą i jej efektownymi kreacjami. Zasłużenie to wzorcowe w formie kino laury najwyższe zebrało, na lata pozostając w pamięci, już dziś status legendarny posiadając. Tyle!

czwartek, 10 kwietnia 2014

The Shawshank Redemption / Skazani na Shawshank (1994) - Frank Darabont




Wszyscy oglądali, wszyscy zatem opinie własną posiadają. Ja tylko posiłkując się pośrednio dwoma kluczowymi cytatami z kwestii bohaterów zaczerpniętych prywatną refleksje upublicznię. Ona dwie perspektywy ukazuje - ludzkiej podatności na latami budowaną izolacje wobec świata zewnętrznego, w obrębie którego zmiany tak intensywne, iż w konsekwencji człowiek bez szans na odnalezienie się w tych warunkach. Lata w więziennych okolicznościach, z taki trudem i znojem zdobywana pozycja czy w miarę zwyczajne, bezpieczne miejsce w grupie odnalezione zinstytucjonalizowaną jednostkę tworzą. Te mury to dziwna sprawa, najpierw ich nienawidzisz, potem się przyzwyczajasz, minie trochę czasu i uzależniasz się od nich. Wolność wtedy karą miast nagrodą się stają, a człowiek powrotu do tego co pewne i bezpieczne pragnie. Czasem jednak ewenementy się zdarzają, osobowości zupełnie wyjątkowe, całkowicie niepogodzone wewnętrznie z dramatycznymi realiami i odporne na przemocą odbierane marzenia - one ku wolności prą. W nich ta potrzeba wyzwolenia i poczucie krzywdy siłę nieobliczalną wyzwala, samozaparcie, wytrwałość i konsekwencje działania, które finalnie do realizacji niewyobrażalnego celu prowadzą. Niektórym ptakom nie służy klatka, mają za jaskrawe piórka. Oni marzą i działają, za oddech swobody życie zaryzykują. Przyjaźń szczerą zdobywając na lojalność i ludzkie odruchy nawet w największym bagnie mogą liczyć. Takim typem Andy Dufresne, a jego historia to porywająco zrealizowany, dojrzały i poruszający majstersztyk. Jeżeli jest ktoś, kto jednak nie widział, natychmiast niech tą zaległość nadrobi! Ten diabeł literacki jakim Stephen King przecież w tym swoje paluchy maczał. :)

wtorek, 8 kwietnia 2014

Nevermore - Dead Heart in a Dead World (2000)




Głos Warella Dane’a z pewnymi początkowymi oporami do mojej subiektywnej elity wokalnej się wkręcał. Ta charakterystyczna maniera jednocześnie równie intrygująca, co nieznośnie irytująco drażliwa, początkowo mi się zdawała. Szczęśliwie dojrzałem merytorycznie ;) by jej nietuzinkowy walor docenić i z tej platformy inicjacyjnej w muzyczną zawartość albumów nazwą Nevermore firmowaną zostać wkręconym. A zacząłem swoją przygodę tak na serio dopiero od Dead Heart in a Dead World co wydaje się było fartownym wyborem. To najbardziej komercyjnie czy przystępnie skrojony krążek grupy – jeśli w ogóle uznanie jakiegokolwiek dokonania tych amerykańców można by mianem łatwego w odbiorze określić. Oczywiście zupełnie to dźwięki niestosowne dla pospolitego zjadacza świeżutkiego pieczywa polecanego w telewizji śniadaniowej przez lanserskiego dietetyka. :) Ja jednak znając już dokładnie dyskografie ekipy Dane’a z pełną świadomością najbardziej lekkostrawnym album z 2000 roku mogę nazwać. Fundamentem tej tezy przede wszystkim najbardziej harmoniczne struktury, przebojowe wątki i czyściutkie, niemalże sterylne brzmienie. Ono zarówno wadą jak i zaletą, bo oto po Dreaming Neon Black nieznośnie niestety pogłosem położonym (chyba, że to efekt mojego stereo ;) ) martwe serce w martwym świecie tak rozkosznie zmysły welurowym dźwiękiem pieści. Na niekorzyść tu jednakże ten wygładzony szlif także wpływa, bo przynosząc klarowną formę sporo z drapieżności zostało utracone. Szczęśliwie kompozycje mimo, że ugrzecznione nadal sporo jadu posiadają i kąsać nadal skutecznie potrafią. To walor dla tego albumu kluczowy, że świetne aranże perfekcyjnie ożeniły wielowymiarowe pasaże maestrii, pełne harmonii frazy z jadowitym charakterem rzemiosła Loomisa i Dane’a. Efekt daje sporą satysfakcje i chociaż nie jest to w moim przekonaniu najlepsze dokonanie formacji to swoją specyficzną istotą na stałe zagościł wśród moich ulubionych krążków. Często do niego wracam i nie zapowiada się by tendencja ta została porzucona. 

niedziela, 6 kwietnia 2014

Deftones - Diamond Eyes (2010)




Co uważniejszy czytelnik mojej amatorskiej grafomanii, tak bezkrytycznie przeze mnie spostrzeganej pewnie w temacie Deftones i stosunku do tej formacji jest zorientowany. Bowiem w wielu konfiguracjach miejsca, przestrzeni i tematyki w kółko powtarzam, że miłość (tak nie boje się takiego określenia ;)) do ekipy Chino Moreno zakwitła zupełnie niespodziewanie po wielu latach funkcjonowania grupy na scenie. Rok 2010 przyniósł nagły zwrot akcji w temacie, a impulsem do przewartościowania mojej postawy Diamond Eyes się stało. Ignorując jak miałem to w zwyczaju kolejne wzmianki o nadchodzącej nowej produkcji, pozbawiony świadomości, iż przypadek już za moment zmieni zimny dystans w ogniste zaangażowanie, przeglądałem portale muzyczne w poszukiwaniu intrygujących muzycznych zjawisk czy oczekiwanych premier. Tak intensywnie wypełzające z każdego zakamarka internetowej przestrzeni single w postaci Rocket Skates i numeru tytułowego siłą rzeczy musiały przebić się do odsłuchu. I tak się stało, a efekt tego doświadczenia piorunujący, bo opętany ich najwyższą jakością uwolnić się już nie zdołałem. Diamond Eyes w kółko odtwarzane zachwycało w ogólności i detalach, a jego siłą porzucenie nadęcia wespół z komplikowaniem na siłę struktur aranżacyjnych, jakie na wcześniejszych albumach dominowało, na rzecz jasnej, przejrzystej konstrukcji rozwiązań melodycznych wspieranych pomysłowymi rozwiązaniami w obrębie dynamiki i wokalnej ekwilibrystyki Moreno. Nic na siłę, nic z przekonaniem, że musi być nader ambitnie. Wpół drogi, w naturalny sposób spotkanie kombinatoryki i chwytliwości – to recepta by moje zaangażowanie zdobyć. Myślę jednak, że ten przełom nie tylko przeze mnie doceniony, pewnie wielu takich, co dopiero przy okazji diamentowych oczu do Deftones się przekonali, a zapewne równie sporo wśród dotychczasowych fanów, takich co pomimo uczucia do starszych albumów to zjawisko z 2010 roku wielbią. Wiedzą to fani, wiedzą muzycy obecnie grupę tworzący, czego dowodem ostatni długograj. Koi No Yokan naturalnym rozwinięciem stylistyki Diamond Eyes z czego ja, człowiek równie gwałtownie ekspresyjny co obsesyjnie refleksyjny ogromnie się cieszę! Ano właśnie, moja osobowość to takie muzyczne odbicie twórczości Deftones – oczywiście z dwóch ostatnich albumów, bo tych starszych nadal przetrawić do końca w stanie nie jestem.

sobota, 5 kwietnia 2014

The Ninth Gate / Dziewiąte wrota (1999) / The Ghost Writer / Autor widmo (2010) - Roman Polański




W duecie swoistym te produkcje Polańskiego odnajduje i nie mam tu na myśli tematyki którą widza w zainteresowaniu przed ekranem utrzymują, a pewnej bardzo bliźniaczej formy, w jaką indywidualne historie są spięte. Bowiem główni bohaterowie to kalki niemal, a ich przygody podobnym tokiem są prowadzone tyle, że w przypadku przejść Deana Corso mistycyzm w roli głównej, a Pan Widmo w politycznej intrydze zatopiony. Tutaj Johnny Deep i Ewan McGregor w pełne tajemniczej aury zagadki za pośrednictwem wykonywanego zawodu zostają wplątani, a ja zaintrygowany przebiegiem akcji krok w krok za nimi podążam by w finale oczywiście nagrodę w postaci zakamuflowanego rozwiązania otrzymać. Po drodze Polański serwuje obficie wszelkie swoje sztuczki już w okrzepłej postaci od Frantica tak dobrze znane. Jest skomplikowany sekret, zmowa i gierki wokół bohatera rozgrywane. Systematycznie, powoli odkrywane karty, odwracanie uwagi od sedna, kamuflowanie i mylenie tropów. Trochę zaskoczeń, napięcie zarówno akcją jak i przede wszystkim czarowną muzyką kreowane. Świetnie do charakteru dobrane pejzaże, miejsca jak i zdjęcia kolorystyką kapitaną ozdobione, odpowiednio odcieniami sepii czy szarości dopieszczone. Ta charakterystyczna maniera reżyserska z jakąkolwiek inną nie da się pomylić, ona niczym odbicie linii papilarnych. W powyższych obrazach tak silnie to piętno i dar zarazem odbite, że cieszą one jak i nudzić mogą równie skutecznie. Szczęśliwie ja taki przewidywalny szlif Polańskiego uwielbiam i jeżeli tylko mistrz poczuje chęć kontynuacji takiej formy narracji to w mojej osobie na oddanego widza może liczyć. Nie dziw się czytający te wywody, że ja taki schemat wielbię – nie przypadkiem chyba fanem przygód Poirota i Marple jestem. :)

piątek, 4 kwietnia 2014

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (2008) - David Fincher




Pośród licznych bieżących nowości jakie dosyć systematycznie ostatnio konsumuje, często wtłaczam seanse z sentymentalnym zacięciem. Wracam do klasycznych już pozycji, zatapiam się w nich by na nowo poczuć ten dreszcz, który pierwotnym projekcjom towarzyszył. Tym szlakiem na ekran powrócił Ciekawy przypadek Benjamina Buttona i z powtórnej już perspektywy kilka zdań w jego temacie nie omieszkałem spisać. Poniżej efekt tych refleksji zamknięty w kilku zdaniach. Kompletne to dzieło w swojej niszy gatunkowej, tak wyraźnie formą i poziomem wartości do ikonicznych przygód Forresta Gumpa nawiązujące. Szablon przez Zemeckisa wykreowany, kapitalnie Fincher na swój sposób zinterpretował uzyskując efekt wyśmienity. Piękny to film, dojrzały i mądry, w tak artystycznie wysmakowanym stylu prezentujący wspaniałe zdjęcia gdzie klimat architektonicznych perełek z porywającymi pejzażami współistnieje, a plastyczne efekty specjalne i pseudo archiwalne ujęcia, zjawiskowe wręcz wrażenie robią. Refleksyjny charakter tej specyficznej baśni do licznych rozważań skłania, a kluczową w mym prywatnym przekonaniu ta, że kiedy starość człowieka dopada, a życie ku końcowi dobiega, dystans i pokora każe wartość bogatych doświadczeń docenić. Niestety paradoks naszego istnienia taki, iż dopiero gdy świadomi tego jesteśmy czasu na wykorzystanie tego bogactwa już nie mamy, późno już niestety by móc cokolwiek jeszcze zmienić lub zwyczajnie wątła fizyczność energii pozbawiona na czyny jej nie jest w stanie przełożyć. Stąd pozornie brzemieniem obarczony Benjamin, w rzeczywistości szansę dostaje by mądrość zebraną w okresie największego rozkwitu wykorzystać. Czy taki porządek rzeczy nie uczyniłby nas bardziej szczęśliwymi, a przynajmniej wartościowymi istotami - takie pytanie sobie zadaje? ;)

czwartek, 3 kwietnia 2014

Alice in Chains - Black Gives Way to Blue (2009)




Jaką ja miłością szczerą darze tak udane powroty moich faworytów sprzed lat. Jak szeroki uśmiech mi one na buźkę wbijają, ileż radości dostarczają i przekonania, że nie wszystko jeszcze stracone. :) Szczęśliwie ostatnimi czasy kilka takich kapitalnych ponownych przyjść w chwale zaliczyłem i jedynie brak wśród nich z utęsknieniem i coraz lichszą nadzieją oczekiwanych geniuszy z Faith No More ten nastrój pełnej euforii zakłóca. Jednak, że ja takim niepoprawnym optymistą wciąż pozostaje, zatem wiem, iż nadejdzie wkrótce taki dzień co studyjnie ten wyjątkowy band wskrzesi! Pomarzyłem sobie, ale do rzeczywistości czas wracać. :) Fartownie ona równie atrakcyjna co świat  fantazji, wzbogacona dzięki działaniom Jerry’ego Cantrella o wspaniały hołd dla ikonicznych dzieł z przeszłości. Dostarczył mi bowiem mistrz w roku 2009 zestaw jedenastu świetnych nowych numerów pod zbiorczym szyldem Black Gives Way to Blue funkcjonujących. Wśród nich kilka pereł niezwykłym blaskiem lśni, a przyjemność z konfrontacji z przykładowo Last of My Kind czy A Looking in View to doświadczenie niemal o mistycznej proweniencji. Wiem podniecam się ogromnie, ale już od początku ten album tak intensywnie na mnie działał, a siła jego jeszcze większa dziś, kiedy okrzepł i wymiaru kultowego w moich oczach nabrał. Powód takiego stanu rzeczy w kapitalnym odnalezieniu magii, jaka Facelift czy Dirt w swoim czasie towarzyszyła, mimo przeszkód oczywistych związanych z brakiem Staley’a idealnie w ramy firmowej muzycznej konwencji głos tak bliźniaczy jego porywającym zawodzeniom odnajdując. Dźwięki Black Gives Way to Blue wypełniające tak szlachetnie prowadzone - charakterystycznie mozolne, przygnębiająco ciężkie i jednocześnie zwiewnie finezyjne, iż owładnięty tym fenomenem spisek jakowy węszyć poczynam. Czy aby Cantrell jakiego cyrografu z jego mrocznością nie parafował, a jego finałem tragedia równa zejściu Layne’a nie będzie? Nie wiem, nie znam się na igraszkach z diabłem, zakładam jeno, iż takie układy z Panem w nieskończoność efektów diabelnie cudownych przynosić nie mogą. Dziś z perspektywy drugiego już po powrocie albumu, wiem z pewnością, że ten krwią zapewne spisany kontrakt już na kolejny album został przedłużony. Nadzieje na koniec wyrażę, co by jeszcze wkrótce, chociaż jedną równie ekstatyczną propozycją dźwiękową Amerykanie zechcieli mnie zaszczycić, zanim zobowiązanie wobec Jego będzie musiało być wykonane. Gdyby do realizacji trzeciego albumu Cantrell podżyrowania potrzebował, jestem w stanie poniekąd tą ofiarę ponieść. ;) Nic do stracenia i tak przede mną bramy raju pewnie zamknięte - Święty Piotruś czy jak mu tam klucze by mi otworzyć to mityczne miejsce zgubił. :)

środa, 2 kwietnia 2014

Chce się żyć (2013) - Maciej Pieprzyca




Co tu dużo filozofować, czy na erudycje wysokich lotów się silić. Tu trzeba prostych, bezpośrednich słów by przekaz płynący z ekranu zilustrować. Człowiek więzień bohaterem, pechowiec (Bóg cię kocha! :( ), zamknięty w upośledzonej cielesnej powłoce. Umysł bystry i wrażliwy, swój dramat pomimo cierpienia w pozytywne podejście do życia przekuwający. Dla wszystkich zimnych, bezrefleksyjnych tępaków niczym szarańcza zalewających naszą rzeczywistość Matusz i mu podobni swą fizycznością zawsze z debilami będą utożsamiani. Obraz Macieja Pieprzycy dla nich mękę intelektualną nie do przejścia będzie stanowił – może jedynie salwy śmiechu wzbudzając, bo on kurwa tak zajebiście „przechuj” tym ryjem miny strzela. Tak to już jest, że jak ktoś wartościowy to ten krzyż musi dźwigać, a skurwiele darem życia bez trosk łaskawie są obdarzani. Nigdy tego nie zrozumiem, że ta statystyka dla nich tak przychylna! Niewiarygodne! Stąd u mnie wiary w tym metafizycznym sensie brak! Jednakowoż ja pozbawiony katolickiej filozofii spojrzenia na cierpienie dostrzec też potrafię, że surowe okoliczności wzrastania ku większej dojrzałości mogą prowadzić, a cierpienie pokorniejsze spojrzenie na rzeczywistość wyzwala. Nie zrozumiem jednak pewnie nigdy tej porażająco nielogicznej i przypadkowo nieweryfikowalnej idei nagrody w niebie. Może ten ziemski padół byłby dla nas dużo bardziej uchwytnym rajskim mitem, gdyby wprost proporcjonalnie do naszych czynów już tutaj w życiu doczesnym bylibyśmy nagradzani czy karceni. To takie banalnie proste i jednocześnie nonsensownie komplikowane przez „wszystkowiedzący” byt boski. Ale bez filozofii nadętej być miało, więc się już hamuje i dodam jedynie, że dzięki wybitnej roli Dawida Ogrodnika i wprawnie w symboliczne rozdziały splecionej formie, wyjątkową produkcję zobaczyłem. Niezwykle wartościową, dojrzałą opowieść o życiu w którym istotą codzienne pokonywanie własnej ułomności. Taką lekcje życia osadzoną w zwyczajnej rodzinie i jej niezwykłej roli, wsparciu i zawodach, porażkach i sukcesach – zwyczajnie o człowieczeństwie.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Das Leben der Anderen / Życie na podsłuchu (2006) - Florian Henckel von Donnersmarck




Latami zbierałem się by z tym obrazem się zapoznać. Znając liczne entuzjastyczne o nim opinie zapewne jedynie dystans z brakiem znajomości kinematografii zachodniego sąsiada związany oraz specyficzna alergia na brzmienie języka niemieckiego na kilka lat premierę opóźniły. Strasznie to nieprofesjonalne podejście rozumiem, gdyż tym tropem dzieło wybitne mogłem zignorować, jednako już teraz bogatszy o doświadczenie z seansem związane swą wyważoną opinię mogę wyrazić. Ona pozbawiona niestety wszędobylskiego pochlebstwa, do jedynie uznania poprawności w obrębie filmowej maestrii się sprowadzająca. Trudno mi o zachwyt, bowiem psychologicznie czy emocjonalnie klasyczną, stereotypową tezę potwierdza, że niemiecka precyzja równocześnie do produktów zza Odry toporność wtłacza. Spory potencjał zaprzepaszczony brakiem naturalności i przeładowaniem patosu dawką przyciężką. Ona jeszcze zapewne do zaakceptowania dla osób co z autopsji rzeczywistość socjalistyczna znają, lecz dla młodego odbiorcy dla którego obraz niebagatelną wartość poznawczą mógłby posiadać to patetyczne męczeństwo niezrozumiałe i nie do ogarnięcia, że się współczesnym slangiem podeprę. Życie w tych okolicznościach z perspektywy dzisiejszego komfortu bezpieczeństwa, niemal wymysłem wyobraźni scenarzysty się jawi, pomimo zaledwie trzech dekad jakie nas dzielą od tych trudnych czasów coraz więcej osób pewnym trudno wytłumaczalnym sentymentem je darzy, inni zaś ulegając kiczowatym trendom, realny socjalizm z przymrużeniem oka traktują. Bohaterowie ówcześni w zapomnienie popadają, a dzieła ich heroicznych postaw coraz częściej relatywnie są spostrzegane. Spoglądając na nasze Polskie podwórko, gdzie coraz rzadziej wyłącznie incydentalnie tezy o ograniczaniu wolności słowa się pojawiają, pytanie sobie zadaje - co wy rozpieszczeni komfortem bezpieczeństwa w bamboszkach ujadacze wiecie o zamykaniu ust, pętaniu myśli czy głębokim lęku. Jak daleko, będąc uczciwie w stosunku do politycznego koryta bardzo krytycznym, dzisiejszym naszym przywódcom do ówczesnej buty i arogancji władzy! Trzeba kolejnej bolesnej lekcji historii by dzisiejszą wolność docenić? Stop, koniec bo się odrobinę napuszyłem i zbytnio na margines zagalopowałem, a o Życiu na podsłuchu przecież miało być. Wracając więc do sedna, jeszcze tylko na jedną kwestię, tym razem czysto techniczną zwrócę uwagę. Mianowicie kapitalną rolę wykreował tu Ulrich Mühe, jego zimne oczy skrywające skutecznie ludzkie odruchy, z precyzją przez system zaprogramowane gesty oraz zaprzedana dla władzy prywatność to największą artystyczna zaleta obrazu - ona potencjalnie prawdziwą wisienką na torcie. Szkoda, że sam tort tylko prawie znakomity. 

Drukuj