niedziela, 29 września 2013

The Imaginarium of Doctor Parnassus / Parnassus (2009) - Terry Gilliam




Wyobraźnia Terry'ego Gilliama doprawdy niezwykła, a filmy jego zawsze oryginalne, przez co wyjątkowe. Nie inaczej jest oczywiście z widowiskowym Parnassusem, wszelako potrzebny dystans i specyficzne nastawienie aby autorski surrealizm "doktora" Gilliama wkręcił w swój świat. Atutami obrazu - festiwal osobliwości, kapitalna scenografia, wyborne zdjęcia, praca kamery, detaliczna precyzja oraz frapujące aktorstwo z odjechanym Tomem Waitsem na czele. I chociaż Gilliama klasykom takim jak Fisher King czy 12 małp zupełnie swoją prostotą treści w pełnej symboliki oprawie nie dorównuje, jednako poprzez tą barwną, atrakcyjną fasadę jest w stanie jako współczesna baśń wrażenie zrobić.

sobota, 28 września 2013

There Will Be Blood / Aż poleje się krew (2007) - Paul Thomas Anderson




Dzieło to kompletne, zamknięte kapitalnym finałem. Perfekcja w najdrobniejszych detalach, wirtuozeria w posługiwaniu się narzędziami dla uzyskania pasjonującego efektu. Każdy kadr zbudowany z precyzją, sceny dopieszczone z idealnym wyczuciem egzystujące na granicy ciszy i gwałtu. Brak gotowych interpretacji, pośrednie poszlaki tropem do odnalezienia sensu, między wierszami, w gestach, spojrzeniach emocje ukryte. Pulsująca siłą żywiołu emocjonalna uczta, pod powierzchnią minimalizmu środków głęboko skryta. Czysta poezja dla spragnionych kina nietuzinkowego, wstrząsająca i wzruszająca zarazem. Idealna symbioza obrazu, dźwięku i warsztatu aktorskiego z muśnięciem trudno definiowalnego geniuszu reżysera. Pejzaże zachwycają, oszczędna, treściwa i jak zawsze w przypadku obrazów Andersona awangardowa oprawa muzyczna intryguje, a rola Daniela Day Lewisa wyborna o znamionach majstersztyku! I oczywiście fundament w historii opowiadanej zawarty. Walka o rząd dusz tutaj w przekonaniu moim osią dla wydarzeń, pasja ewoluująca w obsesje. Dwie kluczowe postaci, których dążenie do założonego celu metodyczne. Cele ich pozornie zbieżne, jednako w zaistniałych okolicznościach wykluczające współprace. Hipokryzja i szaleńcza indywidualna ambicja genezą konfliktu. Całość klamrą spięta w finałowych porywających scenach kumulująca emocje tak intensywne, iż chłonięte niemal wszystkimi zmysłami. Twardy człowiek w nich w roli głównej, jednak zupełnie inna ich wymowa. Bezradność wobec autonomii syna, słowa, które bezlitośnie chłoszcząc przełamać rezerwę, dystans mają. Jednak miłość ogromna, pod twardą skorupą utrzymywana, latami pracę swą skutecznie wykonała by w synu spory pierwiastek ojca zaszczepić. I na drugim biegunie upokorzenie upadłego kaznodziei, którego duma finalnie do psiego skomlenia sprowadzona. Dzieło wybitne, ponadczasowe, ikona wręcz! Wspomnicie w przyszłości me słowa. :) Cytując Daniela - I'm finished - a w tle płynie wieńcząca ucztę muzyka. ;)

czwartek, 26 września 2013

Black Sabbath - Mob Rules (1981)




Rok 1981 i druga odsłona Sabbath z udziałem Dio wzbogaciła dyskografie legendy. Różnice, znaki szczególne Mob Rules proszę! Z pozoru żadne, gdyż sprawdzona formuła z Heaven and Hell tutaj podstawą, niemal jakby podczas jednej sesji  kompozycje z tych albumów powstawały. Solidny, raz żywiołowy, innym razem patosem podbity hard rock esencją, jednako po uważnej analizie krążka refleksja taka oto nadchodzi, że pośród osłuchanej riffowej zawieruchy sporo mroku się sączy, a nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, iż więcej tu nawiązań do klasycznych albumów z ery Ozzy'ego. Taki Voodoo gdyby przez specjalistę od dekapitacji nietoperzy był wystękany straciłby pewnie wszelkie hard rockowe walory na rzecz markowej Sabbath Bloody Sabbath aury. Smuci z perspektywy lat fakt, iż pomimo owocu w postaci dwóch kapitalnych albumów z pierwszego epizodu współpracy boga gitary i głosu, sukces artystyczny nie przełożył się na sielankę także we wzajemnych relacjach. Może gdyby nie tarcia w kwestii osobowości, czy może różne spojrzenia i wizje dalszej współpracy, trójka  w tym układzie równie dobrą dźwiękową ucztę by przyniosła. Tak wiem, potem za lat kilka był jeszcze Dehumanizer, jednak jego formuła z ogólną monotonią mnie się kojarzy, a przerwany śmiercią Dio triumfalny powrót pod szyldem Heaven & Hell tylko świetnym koncertowym DVD - Live at Radio City Music Hall mnie ucieszył, bo The Devil You Know wyłącznie we fragmentach uniósł ciężar legendy. :( Opuścił nas Ronald James Padavona i chociaż tak wielu wkoło fantastycznych wokalistów, nikt na dzień dzisiejszy nie jest jeszcze w stanie go zastąpić. Liczę jednak, że gdzieś w garażu lub zatęchłej piwnicy ćwiczący zaciekle diament się ukrywa, zdolny w ten charakterystyczny fantazyjny sposób moją wyobraźnię zainspirować. Póki co dwa klejnoty z początku lat 80-tych intensywnie nadal będę eksploatował.

środa, 25 września 2013

Black Sabbath - Heaven and Hell (1980)



 
Powolna agonia pierwotnego składu doprowadziła w konsekwencji do niechybnego zgonu Sabbath w tej formule, zadając jednoczesne pytanie o dalszą ewentualną egzystencje - życie po życiu w tym wypadku. :)  Dla wielu niewyobrażalne było aby tak ważne ogniwo, jakim niewątpliwie John Osbourne był, zastąpione z powodzeniem zostało. Musiało się to wiązać nie tylko z wprowadzeniem do formacji człowieka o równie sporej charyzmie, ale także o nietuzinkowym sposobie bycia i scenicznej prezencji. Dodatkowo w grę wchodziła zmiana muzycznej formuły, dopasowana do głosu następcy Ozzy'ego - nikt o racjonalnych przekonaniach, nie liczył prawdopodobnie na wrzucenie w skład jedynie jego kopii. Krzyżyk postawiony na zespole przez liczne grono radykalnych fanów okazał się przedwczesny, bowiem Iommi postawił karierę na pewniaka, sprawdzonego w bojach, jednako o walorach zupełnie odmiennych niż te Osbourne'a. Tutaj zamiast szarlatańskich sztuczek, siła o mocy dzwonu zawarta w głosie Ronnie'go Jamesa Dio dominowała, w miejsce tanich popisów i kontrowersji jedynie obfitość talentu. I w sukurs nowym możliwością oczywiście pójść musiały zmiany koncepcji muzycznej. Nie znam ja szczegółów powstawania Heaven and Hell, jednako słuchając tych ośmiu kompozycji jestem przekonany, iż w ich kreacji swój niebagatelny udział miał Dio. Muzyka stała się pewnego rodzaju hybrydą wpływów ELF i Rainbow, oczywiście na solidnych fundamentach stylowych riffów Iommi'ego. Nie pozwolił on by dźwięki przez niego firmowane utraciły całkowicie pierwotnego ducha Black Sabbath. Wykorzystał  z gracją jedynie nowe okoliczności, możliwości by doprawić album większą hard rockową świeżością oraz od czasu do czasu klawiszy muśnięciem. Dzięki takiemu zabiegowi wokal Dio kapitalnie wtopił się w muzyczną fakturę, budując nową jakość w karierze Sabbath, wyznaczając intrygujący kurs. Po kilku chudych latach albumem tym przerwali żenujący proces popadania w śmieszność i powrócili do wybornej formy, a taki już od lat epicki klasyk jak numer tytułowy dał okresowi z Dio status równie kultowego jak ten z lat 70-tych. Wyśmienita muzyka, wokalna ekwilibrystyka, brzmienie, które nawet dzisiaj wzbudza szacunek oraz oprawa graficzna o niezwykle sugestywnej symbolice dopełniła znamion dzieła kompletnego. Rozpoczęła się wtedy dla legendy nowa era i trzeba było zaledwie roku  by poszli za ciosem i równie skutecznie w chwilę potem popadli w kolejny kryzys.

wtorek, 24 września 2013

Audioslave - Audioslave (2002)




Soundgarden w 1997 roku odszedł do historii, a Rage Against the Machine wkrótce potem osierocony przez Zacka de la Rocha poszedł w ich ślady. Smutek po utracie tych formacji mnie ogarnął, przerwany wraz z radosną nowiną, iż części składowe tych grup siły połączyć postanowiły by atak pod nowym szyldem przypuścić. Panowie Cornell, Morello, Wilk i Commerford prezent wyborny mi zrobili łącząc zadziorną, bujającą stylistykę znaną z krążków R.A.T.M. ze stonerowym piachem oraz nietuzinkowym głosem Soundgarden. Już otwierający Cochise daje ogniem i niepodrabialną riffową Morello wirtuozerią, a później już tylko co najmniej równie doskonale lub lepiej nawet jest. Począwszy od rytmicznie kołyszących wycieczek, przez żywiołowe, drapieżne uderzenia, a kończąc na niemal balladowych perełkach. Ta płytka pozwala odjechać w pustynne pejzaże, prerii zakurzone przestrzenie czy przenieść się w góry skaliste malowniczo skąpane w czerwieni zachodzącego słońca. Niczym odjechaną, beztroska jazda oldschoolowym muscle carem z klipu do Show Me How to Live – taka prawdziwie męska przygoda w bezkresie, w towarzystwie wybornych dźwięków płynących z kaseciaka, kilkuset konnej maszyny i nieposkromionej przyrody. Szacunek mój do tej produkcji ogromny z każdym kontaktem potwierdzany. Przybyli, solidnie namieszali i co najważniejsze zwyciężyli – dając prztyczka w nos wszystkim tym, którzy w takich gwiazdorskich ansamblach wyłącznie skok na kasę węszą. Jak takie kapitalne albumy się robi to jak najbardziej wymierne korzyści finansowe się należą!

niedziela, 22 września 2013

Dzień Kobiet (2012) - Maria Sadowska


 


Ja rozumiem, że Marii Sadowskiej przyświecał niezwykle ważki cel, że chciała pokazać dżunglę dyskontu i dramat zagubionych w niej ludzi bez alternatywy lub zwykłych egzystujących w niej z powodzeniem bezwzględnych cwaniaków. Jednak w kinie oprócz historii liczy się jeszcze wymiar artystyczny. Tutaj w żadnym stopniu go nie odnalazłem, odnosząc wyłącznie wrażenie szablonowej, schematycznie odtworzonej, przewidywalnej do bólu produkcji. Mdła i nużąca ona, dodatkowo sztuczna, bez grama żywych emocji. Już lepiej potencjał przedstawionych wydarzeń odnalazłby się w formie reportażu, którym gdyby nie pewne niuanse mógłbym obraz Marii Sadowskiej z powodzeniem nazwać. Tam suche fakty istotą w najpłytszy sposób poruszające wrażliwe serca. Krótko mówiąc zamiast profesjonalnego kina - amatorski dokument obejrzałem, nieudolnie aspirujący do miana sztuki, równie bezpłciowy i kwadratowy jak aranżacje wnętrz sieciowych molochów. Finalnie zamiast spodziewanego wstrząsającego dramatu, otrzymałem dramatyczną infantylną kluchę - bezlitosny dla Pani piosenkarki jestem!

P.S. Świadomie nie skupiam się na ocennej kwestii samej podstawowej historii, bo oczywistym chyba jest, że kapitalizm w ukazanej mafijno-obozowej formie dla mnie nieakceptowalny!

sobota, 21 września 2013

Satyricon - Satyricon (2013)




Satyricon powrócił do lasu, jednako nie aby jednocząc się z groźną przyrodą do walki szykować, lecz by na emeryturze w komfortowej leśniczówce na wygodnym fotelu usiąść, dym z fajki puścić, opowiadając legendy opiewające własne z przeszłości dokonania. Pozwoliłem sobie tuż po dziewiczym przesłuchaniu krążka stwierdzić - w podnieceniu jeszcze i już niespełnieniu, iż w przekonaniu moim kategoria rozczarowanie roku 2013 ma już swojego triumfatora. Zakładając oczywiście, iż być może zdanie zmienię po kilkunastokrotnym odsłuchu tego materiału. Nic, lub może niewiele w tej materii uległo zmianie, zatem zapowiadaną gorycz i żal zmuszony jestem wylać! Odszedł brudny black'n'roll, a w miejsce jego wbity został siermiężny leśny doom. I nawet detalicznie postrzegając krążek, zauważając taki przebojowy Nekrohaven, odrobinę na dissectionowską lub bardziej ultra melodyjnego deathu  modłę, finalnie po osłuchaniu więdnie on pod naporem mdłej melodyki. Niezły Ageless Northern Spirit, Walker Upon the Wind czy Our World, It Rumbles Tonight odpowiednio z odrobiną ognia i nawet thrashowej motoryki. Wszelako jak na taką firmę to zbyt rzadkie przyzwoite przebłyski, takie co jawią się jako kopniaki, które zanim zostają wyprowadzone przeciwnik już uśpiony skutecznie. Jak go nawet już cios dosięgnie to Satyricon pytanie zamulone zadaje, czy byleby nie za mocno? A tak! Bolało, to przytulimy i do snu ukołyszemy dalej! Z szacunku milczę nad zwłokami Phoenix czy katarynkowego Natt, który z pewnością sponsorowała Lacrimosa. :) Nie dziwię się bogatszy w wiedzę na temat obecnej studyjnej formy ekipy Satyra, że tak ociągali się z wydaniem nowego produktu. Wyraźnie syndrom zagubienia i zadyszka inspiracją dla zawartości tego zakalca, zapowiadanego buńczucznie jako istota ich stylu. Brak powietrza, przestrzeni, nudne melodeklamacje i wszechobecne plumkanie wraz z eunuchowymi chórami i brakiem konkretnej decyzji jaki kierunek obrać. Chcieliby być surowi ale i nieco melodyjni i co gorsza przyjaźni laikom. Aż mnie jaja zaczynają boleć od tego ich rozkroku! Jak trafnie i treściwie jeden z kumpli moich, równie intensywnie jak ja, pierdolnięty muzycznym zajobem zechciał zauważyć - "już dawno nie słyszałem tyle żympolenia". A pewny jestem, że co najmniej kilkadziesiąt razy musiał się zmusić do kontaktu z tym żympoleniem :) gdyż nie ma w zwyczaju pochopnie opinii wypowiadać. Łącząc się zatem w bólu i żalu z nim oraz pewnie jeszcze wieloma fanami Satyra i Frosta mam jeszcze nadzieję, że incydentalny to spadek formy norwegów.

P.S. Jakby tak pomajstrować przy tym krążku, może i jakie solidne mini by się z niego wykroiło - z bezradności już takich chwytów się łapię. :)

piątek, 20 września 2013

Anathema - We're Here Because We're Here (2010)




Czekałem ja na ten album bite sześć lat w niepewności i niepokoju, od A Natural Disaster, czyli ostatniej na tamten czas odsłony geniuszu Anathemy. I cierpliwość moja została nagrodzona, a co najważniejsze obawa towarzysząca dalszym losom tych Liverpoolczyków rozwiana brakiem jakiegokolwiek poczucia rozczarowania. Mało tego ten album okazał się perfekcją w każdym dosłownie calu! Poetycki wymiar tych dźwięków niezwykle urokliwy – płyną one niczym strumień spokojny pozornie, jednak w odmętach jego, głębiej pod powierzchnią on wartki, pulsujący życiem w nim kwitnącym. Kiedy zanurzam się w kompozycjach z We're Here Because We're Here odbywam podróż trudno definiowalną, niczym w marzeniach sennych przebywam by odkrywać bodźce bogato emocjonalną paletą różnorodnych barw malowane. Album to równie subtelny w formie jak i żywiołowy w kształcie, w żadnym stopniu pomimo progresywnego rysu nieprzypominający ociężałych pretensjonalnością produkcji dla konwencji tej charakterystycznych. Różnicę czyni pulsująca podskórnie dynamika, nerwowa faktura, czasem wręcz pazur drapieżny. Tak wiem, szafuje opisem skrajnym biegunowo, jednak w tej dla laika balladowo-ckliwej powłoce ukrywa się tak potężne napięcie, iż zwyczajne definiowanie tego krążka jako takiego sobie pitu pitu – zbrodnicze. Wyłącznie pozbawiony całkowicie wrażliwości muzycznej, przypadkowy słuchacz w estetyce tej odnajdzie li tylko smutny gimnazjalny szloch. Każda kompozycja wyjątkowa i aż kusi by detalicznie ich strukturę w każdym przypadku rozpatrywać, jednak nie poddając się tej pokusie tylko znaczenie podkreślę deklamacji z Presence, wyraźnie bliźniaczej Hope z legendarnej Eternity, A Simple Mistake pęczniejącej od pomysłów, punkt kulminacyjny przeciągającej aż do porywającego finału, czy Get Off, Get Out ewidentnie nawiązującej do jeżozwierzowej formuły. Klamrą obejmując refleksje powyższe do zaskakującego pod względem światopoglądu jakim się kieruje wniosku dochodzę. Absolutnie subiektywnie nie pojmując i nie odczuwając fenomenu istoty najwyższej, wciągnięty w magię tych utworów zastanawiam się skąd talent taki i wyobraźnia u tych muzyków. Siłą rzeczy dotknięci zapewne zostali darem dla mnie pochodzenia niezrozumiałego, tak pięknym w postaci najczystszej, iż tylko od łaski najwyższej mogącym pochodzić (co ja plotę!). Zwyczajnie słuchając tej szlachetnej kreacji dotyk dobra odczuwam, wnioski zaskakujące snując. Coś mi Anathemo uczyniła, że ja typ racjonalny w mitach wytłumaczenia poszukuje. Kiedyś z mrokiem byłaś utożsamiana, niemal diabelską istotą dla wielu dotknięta, dziś w tobie światło najjaśniejsze zawarte, drogę do bycia lepszym ukazuje. Zaprawdę powiadam wam coś chyba w tym być musi! ;)

czwartek, 19 września 2013

Wolfmother - Cosmic Egg (2009)




Ostatnie posunięcia Andrew Stockdale’a groteskowe barwy w przekonaniu moim przybrały, bowiem rozwiązanie macierzystej formacji i wydanie pod własnym nazwiskiem albumu, który przez chwilę w sieci materiałem sygnowanym nazwą Wolfmother był – zwyczajnie niezrozumiałe! Do tego aby z powagi doszczętnie sytuacje odrzeć, po kilku zaledwie tygodniach od zamknięcia działalności wilczycy, na nowo została ona wskrzeszona. Przez pryzmat powyższych manipulacji do dnia dzisiejszego bliżej Keep Moving nie poznałem. Straciłem ja po prostu pod wpływem tej szopki część szacunku dla tego wszakże utalentowanego Australijczyka. Jednakowoż w moim prywatnym rankingu retro perełek drugi album Wolfmother zdecydowanie istotną rolę odgrywa, zatem skrobnięcie kilku linijek tekstu w jego temacie za obowiązek i przyjemność uważam. Odrobinę nieufnie odebrałem w roku 2005 debiut formacji Stockdale’a, zauważając naturalnie jego przyjście na świat, rozkręcone wokół niego promocyjne zaangażowanie, jednako nie przywiązując do niego większej uwagi. Dopiero wraz z Cosmic Egg przełom w odbiorze twórczości retro rockowej nadziei z krainy kangurów nastąpił. Ta w uproszczeniu sporym beatlesowsko-zeppelinowa hybryda, wkręciła mnie w swe tryby skutecznie i trzyma w nich do dzisiaj. Zarzucam sobie systematycznie ten krążek i beztrosko podryguje, przytupując nóżką w takt przebojowych, dla wielu archaicznych dźwięków. Odnajduje w nich ciężar i groove sabbathowy, rozjazdy i rzężenia zeppelinowe, pianina wtręty klasycznym rock’n’rollem inspirowane, żwawe podrygi rytmiczne i melodykę wyraźnie ambitniejszym popem muśniętą. Atutem dodatkowym klimat kojarzący się z beatlesowską definicją art rockowej aury oraz akustyczno-folkowym podejściem. Całość podlana progresywnym nieco zacięciem i specyficznym tembrem wokalu – drażniąco fragmentarycznie piskliwym ;) jednak w tym przypadku kapitalnie z dźwiękami współgrającym. Takie wszystko w jednym worze zrzucone, pomimo tej różnorodności w jednolitą bryłę spojone, własną już charakterystyczną jakością grupy spięte. Świetna to bezwzględnie robota i tylko prosiłbym by nie gwiazdorzyć tylko talent zaprzęgnąć do skomponowania kontynuatora Cosmic Egg – równie porywającego swą treścią!

P.S. Ja wiem, że w tamtym rejonie globu bardziej gorące głowy mieszkańcy posiadają, stąd Stockdale nadal jednak jeszcze u mnie kredyt zaufania posiada.

wtorek, 17 września 2013

Tajemnica Westerplatte (2013) - Paweł Chochlew




Będzie ciut kontrowersyjnie, bo w przypadku moich zapatrywań na obecną przedszkolną w formie patriotyczną ofensywę, tak być musi! W kontekście ostatniej histerycznej mody na pobieżną, jednowymiarową znajomość historii polskiej walki z najeźdźcami, lansowanie się na niej oraz wydmuszkowego patriotycznego uniesienia, Tajemnica Westerplatte wkłada odrobinę kij w to mrowisko. Ja w dzieciństwie karmiony PRL-owską propagandą dysonans poznawczy zaliczam spotykając się z przedstawionymi w filmie zachowaniami. Prawdziwi ludzie z krwi i kości, a nie superbohaterowie solą tych wydarzeń, nieprzygotowani psychicznie do stawiania oporu, pozbawieni wsparcia, porzuceni i poświęceni w beznadziejnej sytuacji - jednakowoż bez wątpienia szacunku godni! Mit Sucharskiego odarty z misternie budowanego heroizmu - jego choroba, stany psychozy i rozstrój psychiczny, dosłownie przygnębiające. Żadnej zbieżności z legendą tu nie ma, tylko i wyłącznie paraliżujący strach specyficznie zmieszany z poczuciem winy i bezradnością. Fakt otrząsa się po czasie z tego marazmu, jednak obnażona słabość nieprzyjemnie nad nim ciągły smrodek pozostawia, nie pozwalając tak do końca odzyskać pozycji dowódcy. Co symptomatyczne dla obrazu rywalizacji decyzyjnej, "jaja", charakter i nerwy Dąbrowskiego stalowe też do czasu. Może on zwyczajnie zimny i bezrefleksyjny z literatury romantycznej płynącym poczuciem honoru wyłącznie? Istotą tej produkcji złamanie narosłego wokół wydarzeń mitu, jednak pomimo klimatu całości przypominającego nieco paradokumenty Wołoszańskiego należałoby pamiętać, iż z fabularnym kinem mam tu do czynienia. Stąd zdanie o technicznej stronie realizacji oraz wrażeniu artystycznym jakie po seansie odniosłem. Oczywiście widać ograniczenia budżetowe, jednak nie mają one pomimo wyraźnie niezgrabnych efektów specjalnych czy skąpego obrazu niemieckiego desantu,  negatywnego wpływu na finalny odbiór produkcji. To nie hollywoodzki rozmach przecież jego istotą! Aktorstwo w kilku scenach toporne, wręcz amatorskie, bo chyba cześć z obsady to surowe chłopaki. Bardzo nierówne bo kiedy Żołędziewski, Zbrojewicz czy Englert fason trzymają, to takie "ikony" współczesnego polskiego kina jak Szyc, Adamczyk i Cypryański porażają nieporadnością - moje to subiektywne oczywiście odczucie podkreślam, by ich fanów nie rozwścieczyć! Przede wszystkim wstrząsający wydźwięk zdarzeń, podkreślony także bardzo przyzwoitą rolą Żebrowskiego oraz wartość sama w sobie jaką posiada dla prostowania naszej historii, pozwala na pozytywną ocenę obrazu. Zakładając oczywiście, iż przedstawione realia nie są li tylko kolejną formą manipulacji historycznej. Tego nie wiem, ekspertem nie jestem, zaufanie moje do eksperckiej wiedzy podważone ostatnimi laty prowadzoną walką historyków o partyjnych koligacjach, oczywiście skrajnie biegunowo różnie odczytujących jej bieg oraz konsekwencje! Tak się na koniec jeszcze (marginalizując kwestię po której prawda stronie) tylko zastanawiam ilu z tych buńczucznych, współcześnie wojujących paplaniną i transparentową retoryką dresowo-flekowych patriotów, postawionych w sytuacji obrońców Westerplatte robiło by jedynie intensywnie w majty!

poniedziałek, 16 września 2013

The Hellacopters - By the Grace of God (2002)


 


Bezpretensjonalna rock'n'rollowa furia, żywioł z przebojowym szlifem! Bez napinki, nadętej pozy czy uzurpowania sobie roli proroka, mesjasza w otaczającej rzeczywistości! Kolejna to już ówcześnie była rockowa odsłona pełnego inwencji Nicke Anderssona - natomiast pierwotny mój kontakt z The Hellacopters. Do dzisiaj skuteczna to broń kiedy nerwica ;) czy przygnębienie mnie dopada, kiedy piłkarze rodacy kolejne rozczarowanie przynoszą, politycy z troskliwymi minami kity wciskają, sąsiad od świtu kruszy mury udarem, a religijni fanatycy z każdej dziury niczym insekty wyłażą aby sprzedać mi zbawienie. Gdy w śniadaniowej telewizji na wszystkich kanałach dziennikarskie półgłówki  rozprawiają o niczym lub co gorsze o ważkich sprawach kompletnie bez pojęcia dyskutują, robota w rękach za cholerę się nie klei, wysiłek systematycznie wkładany, niweczony brakiem rozsądku książkowych mądrali, polityka szefa destrukcyjna, a od wazeliny wokół przywódcy aż gęsto. Kiedy to w zlewozmywaku tony naczyń oczekują na pieszczoty w pianie, a zamiast rano wstać z pieśnią radosną na buźce, łeb napierdalający z trudem podnoszę - taki zastrzyk rześkiej energii sygnowany logo The Hellacopters bezcenny! Te dźwięki wbijają banana mi na gębę skutecznie, zasłonę pesymizmu zrywając. Może to i trochę wtórne, gładkie powierzchownie muzykowanie, jednak żeby zawieszonym zjebem lub sfrustrowanym histerykiem nie zostać - ochrona kapitalna! Long live rock'n'roll - long live Nicke!

niedziela, 15 września 2013

Queens of the Stone Age - ...Like Clockwork (2013)




Od lat, odkryć wypieszczone dziecię Josha Homme’a bez powodzenia się starałem. Jakoś ta stylistyka nie potrafiła mnie w swoje tryby skutecznie wkręcić. Jednako każde konsekwentne, systematyczne działanie w perspektywie czasu korzyści przynosi, a praca włożona wymierne skutki daje. :) Spotkałem się ja w końcu z kompozycją Homme’a zaklętą w obrazie wyjątkowym, która to przełom przyniosła. I Appear Missing to błysk był i po nim otwarły się bramy sonicznej rozkoszy, wrota do fascynacji ...Like Clockwork! Kawał rockowego monolitu na krążek ten wtłoczony, począwszy od energicznych rockerów, po kołyszące czy eksperymentujące kompozycje, wszystkie one przede wszystkim wyjątkowo intrygujące. Tajemnicze, wybornie dojrzałością aranżacyjną spowite, bez niestrawnego przeładowania fajerwerkami, idealnie skrojone i zamknięte w optymalnych czterdziestu siedmiu minutach. Dla mnie na dzień dzisiejszy wyborne to dzieło do dalszej wnikliwej kontemplacji gotowe, w przyszłości przez pryzmat innych krążków grupy ocenione. Tyle na razie by było w kwestii subiektywnych odczuć, nie popartych jeszcze detaliczną znajomością dyskografii grupy. Zatem nie będę zgrywał mądrego krytyka, praktycznej szerokiej wiedzy będąc jeszcze pozbawiony, tylko z pokorą poświęcę się próbom odkrywania wcześniejszych krążków maestro Homme’a. Prawdę mówiąc już się z zapałem wkręcam w Lullabies to Paralyze, po dość specyficznej osobistej manipulacji przy tym albumie. Ale o tym kiedyś w przyszłości pewnie jeszcze zechcę napisać. Ciekaw jestem co po drugiej stronie tego zwierciadła odkryje, co wyobraźnia dowódcy QOTSA kryje!

P.S. Zbieg okoliczności zapewne sprawił, iż w podobnym czasie na rynku ukazały się dwie produkcje pierwotnej kyussowej załogi. W bezpośrednim jednak pojedynku Queens of the Stone Age i nowalijki w postaci Vista Chino, to ansambl Homme’a większą dojrzałością i pierwiastkiem intrygującym swój album w moim przekonaniu obdarzył.

sobota, 14 września 2013

Vista Chino - Peace (2013)


 

Trzon Kyuss pozbawiony oczywiście filaru w osobie Josha Homme’a, porzucając groteskowe zabawy z oryginalnym szyldem podjął kroki słuszne, rozsądkiem kierowane i zbudował jakość nową na kyussowskich fundamentach pod nazwą Vista Chino. Świeże otwarcie przyzwoite finalnie w odczuciu moim wrażenie robi, brzmieniem nasuwającym zdecydowane z legendą własną skojarzenia. W kompozycjach Panów Garcii, Oliveri (do czasu jak się okazało) i Bjorka jest piach pustynia, szorstka maniera, charakterystycznie stopniowo rozwijana melodyka, czy gitarowa przesterowana lawa. Niestety! I tutaj grymas zawodu na mojej twarzy się pojawia, po kilku przesłuchaniach odrobinę przewidywalne i toporne wrażenie krążek zdaje się robić. W miejsce fajnie bujających, w trafnych proporcjach przeplatających przebojowość z surowością bluesujących partii, wkrada się monotonia i mdława niedopracowana aura. Jednako cieszę się, że od czasu do czasu dzięki Peace w formie współczesnej do post kyussowskich odjazdów szansę będę miał powracać. A może album kryje w sobie tajemnice głęboko skrywaną, dopiero po dłuższej z nim przygodzie dla mnie dostrzegalną. Czas pokaże, czy te wiercąco-łomocące surowe dźwięki prócz solidnej fasady jeszcze bogatą drugą warstwę posiadają. Może? Właśnie, może?

piątek, 13 września 2013

Le Prénom / Imię (2012) - Alexandre de La Patellière, Matthieu Delaporte




Precyzyjne wprowadzenie za pośrednictwem żartobliwej charakterystyki postaci. Pozornie błahy żart, który zaczyna żyć własnym życiem, a później już lawina jakiej nikt z bohaterów nie jest w stanie powstrzymać! Sześć osób w pajęczynie relacji, burzliwych rewelacji, niespodzianek, ukrywanego detalicznego braku akceptacji, sympatii, skrywanych od lat tajemnic, różnorodnych osobowości, charakterów czy temperamentów. Imię tu katalizatorem dla przyszłych zdarzeń, dynamikę akcji niczym sprężyna pierwotnie nakręcającym, budującym potężne napięcie pomiędzy postaciami. Specyficzny dla maniery francuskiej wartki potok słów oraz zachowania jakby po amfetaminie odrobinę przytłaczają, jednak błyskotliwy scenariusz wraz z życiową tematyką i dobrym humorem rekompensują to wrażenie. Werbalna szermierka, ataki i riposty niczym w obrazie spod znaku płaszcza i szpady ;) z powodzeniem utrzymują w zaciekawieniu, wespół ze starannym dawkowaniem niemal wenezuelskich ;) jak i bardzo poważnych wątków na bieżąco ożywiając bieg wydarzeń. Wszelako najistotniejsze, że optymistyczne przesłanie puentą tutaj - takie zamknięte myślę w przekonaniu, iż póki ludzie potrafią ze sobą rozmawiać, nie zamykając się w szczelnej powłoce to pomimo intensywnego skakania sobie do oczu są w stanie finalnie się porozumieć. Długoletnia znajomość bowiem sprzyja bogatemu bagażowi różnorakich obserwacji, wniosków czy spekulacji, a nieprzepracowane nieporozumienia czy dylematy mogą piętrzyć się na potęgę. Chociaż nigdy przesadnym zwolennikiem w moim przekonaniu manierycznego kina francuskojęzycznego nie byłem, to w przypadku tej produkcji czas spędzony przed ekranem uważam za dobrą zabawę. Dla miłośników Rzezi Polańskiego obraz to z pewnością na swój sposób atrakcyjny!

czwartek, 12 września 2013

Lonely Kamel - Dust Devil (2011)




Ci norwescy piewcy tradycji stonerowego młócenia porwali mnie już przy okazji Blues for the Dead i wraz z pojawieniem się w głośnikach moich Dust Devil, utwierdzili tylko w przekonaniu o kapitalnej ich smykałce do tego rodzaju dźwiękowej estetyki. Różnica jednak pomiędzy powyższymi krążkami dość znaczna w przekonaniu moim. Tam gdzie poprzedniczka przyjemnie, bez zgrzytania piachu miedzy zębami swoją narracje płynnie prowadziła, album z 2011-ego zdaje się mieć więcej brudu i gruzu w sobie. Może to i rzeczywistości do końca nieoddające porównanie, jednak by w odrobinę przejaskrawiony sposób zobrazować ten stan – więcej na dwójce przebojowości debiutanckiego Audioslve, a na trójce kyussowej zadziorności. Zdecydowanie bardziej nieprzewidywaną produkcją Dust Devil się okazała, mniej poukładaną i nie mam tu w żadnym wypadku na myśli cech o jej niedopracowaniu aranżacyjnym świadczących. Ona bardziej drapieżna, we fragmentach kilku nawet rozimprowizowana, jednako zabieg ten z pewnością od początku w założeniach muzyków tkwiący. Zwyczajnie sypnąć im się piachem po instrumentach zachciało co efekt większej surowości materiału przyniosło, a dzięki przedniej jakości bujającym riffom i rytmicznej przez bite 45 minut niestrudzonej kombinacji nadal charakterystyczny przebojowy szlif zachowało. Tam gdzie rozjeżdżające się w pozornej niedbałości dźwięki dominują, tam efekt szaleństwa dla pikanterii wtłoczony, natomiast by niestrawną w odbiorze produkcją albumu nie czynić, przebojowy, nośny i niewątpliwie pomysłowy gitarowy szkielet w ryzach te brawurowe wycieczki utrzymuje. Tym zabiegiem wyraźnie zakomunikowali, iż łagodzenie i polerowanie nuty nie leży w ich zainteresowaniu. Intrygująca to przyznam ścieżka się wydaje, choć oczywiście z perspektywy marketingowej dość ryzykowna. Gratulacje za odwagę i życzenia umiaru w eksperymentatorskich zapędach, by ducha własnego nie zatracić, a może jednak niech idą za głosem instynktu, będzie to może skuteczny sprawdzian ich wartości. Wolę przecież by muzyka emocje i ekscytacje wzbudzała niż miałaby być zwyczajnie zachowawczością przesiąknięta.

Machine Head - Through the Ashes of Empires (2003)




Już od pierwszych taktów żywioł uwolniony uderza z siłą huraganu, młóci bezlitośnie gitarową ekspresją i rytmiczną kanonadą. Tak w skrócie można by opisać to, co wylewa się z głośników na starcie albumu za pośrednictwem Imperium. W 2003 roku kiedy to krążek pojawił się na rynku był niemałym zaskoczeniem, chociaż już Supercharger sugerował powrót do cięższego łojenia. Jednak kiedy poprzedniczka jedynie na motorycznym, nieco topornym ciężarze się opierała to Through the Ashes of Empires łaczyła w kapitalny sposób wszelkie cechy jakie do niej kojarzone dźwiękowo z Machine Head były. Zatem mamy tutaj solidnym groovem podbijane miażdżenie riffem znane z początków kariery, rytmy zainfekowane nu metalową falą jakiej w połowie lat 90-tych ekipa Robba Flynna się poddała, jak i aranżacyjne progresywne niemal zacięcie, które eksploduje w pełni za cztery lata wraz z The Blackening. Taka mieszanka wybuchowa tutaj sednem, koktajlem molotova eksplodującym skutecznie. Świeżość w podejściu do materii jaka dla wielu ówcześnie dosyć archaiczną się zdawała największym atutem krążka. W symbiozie idealnej egzystujące interesujące pomysły wraz z atrakcyjnymi fajerwerkami i sztuczkami oraz perfekcją wykonawczą sięgającą często niemal porywającej wirtuozerii - szczególnie intensywnej w przypadku potężnego bębnienia Dave’a McClaina. To zarówno efektowne jak i efektywne rozdanie w dyskografii kapeli, w pamięć zapadające przez pryzmat całościowego wrażenia, jak i samych poszczególnych kawałków, wśród których zamykający epicki, precyzyjnie napięcie stopniujący Descend the Shades of Night karze szacunek tym amerykanom oddać oraz przede wszystkim wspomniany na starcie otwieracz w postaci Imperium promowany dynamicznie, nowatorsko zmontowanym klipem. Wyborny to obrazek nawet z perspektywy już dziesięciu lat od powstania, idealnie współgrający z intensywną kompozycją. Gdy na początku dziesiątej dekady XX wieku w metalowym biznesie się pojawili, niemałe zamieszanie debiutem wśród czołówki nowoczesnego jazgotu ich udziałem się stało. Jednak pomimo sporej do nich sympatii dopiero za sprawą tej produkcji prawdziwą bombą kaloryczną mnie tuczyć zaczęli. Sztuka niecodzienna im się bowiem udała, taka z rzadka miejsce mająca - w moim przekonaniu wydestylowali z własnego stylu bogatą esencję kopiącej mocy, by uszlachetnić ją szeroką gamą  kunsztownych rozwiązań. Dzięki temu procesowi Through the Ashes of Empires na stałe do kanonu konwencji się wbiło na powrót przywracając u wielu fanów wiarę, iż Machine Head nadal rozwojową ekipą być może. Tą tendencję do dzisiaj wydają się podtrzymywać – zapewne nowych lądów odkrywać im się nie zdarza, jednak na pograniczu rzemieślniczej precyzji i artystycznego polotu kolejne dwa świetne krążki do dzisiaj wypracowali.

środa, 11 września 2013

Miłość (2012) - Sławomir Fabicki


  


Polskie kino w dramatycznej konwencji ma się od lat zupełnie dobrze. Liczyłem więc przed kolejnym seansem z tego rodzaju polską produkcją na wieczór z emocjonalną zawieruchą. Niestety tym razem rozczarowałem się, gdyż w przekonaniu moim Fabicki nie uniknął przerostu formy nad treścią, przyciężkawej, ciężkostrawnej bolesnej maniery. Nie jest to jeszcze zakalec, jednako zbyt łzawa forma nudzi zamiast poruszać i porywać w emocjonalną burzę. Dodatkowo kilka dosyć sztucznych, kwadratowych ujęć w połączeniu z szepcząco-jęczącą postawą bohaterów dopełnia poczucia znużenia. Ileż to można cierpienia aktorskiego Pani Kijowskiej i Pana Dorocińskiego wytrzymać. Natężenie udręki w postaci wtłoczonej przygniata - chyba, że zamierzeniem reżysera było podczas seansu taką metodą widzowi cierpienie sprawić? Ok, ja rozumiem temat poważny zatem komedii robić z tego nie można, jednak zastąpienie dramatu, ckliwym bełkotem to strategia samobójcza w takiej konwencji. Zakładam, że odrobina napięcia wstrząsnęłaby mną w tych momentach kiedy "flaki z olejem" pomagały odpływać w objęcia Morfeusza. Może ono wyrwałoby z jednostajnego letargu? Tutaj tymczasem płynna jękliwa konstrukcja wyłącznie epizodyczną rolą matki odrobinę ostrej retoryki do mdłego ogólnego oblicza dodała. Umierająca matka paradoksalnie miała więcej ikry w sobie niż cała pozostała paleta aktorskiej miałkiej obsady. Takie to kino finalnie i w detalach stereotypowe, przewidywalne, trywialne wręcz. Nieporadność, egoizm czy depresja kozetkowa  schematyczna do bólu. Czasami mam wrażenie, że polską specjalnością w kinie jest podkręcanie stężenia cierpienia w cierpieniu do wręcz groteskowych rozmiarów. Proszę na koniec wybaczyć w kontekście jakby nie było ważkiej tematyki takie zaskakujące skojarzenie, ale Fabicki niczym polscy piłkarze zamiast dostarczyć emocji, jedynie dał powód do łez i rozczarowania. 

P.S. A może moje odczucia zbyt świeże i czasu trzeba by obraz we mnie dojrzał? Być może? Na razie wszak jedynie rzemieślnicze wrażenie robi.

poniedziałek, 9 września 2013

Casino / Kasyno (1995) - Martin Scorsese




Powracanie do klasyków  to jak podróż w czasie do chwil konkretnych, to niezwykłe ale produkcje takie otwierają jakby portal, którym przenoszę się do nich. Namacalne wyjątkowo odczucie zmysłowe tamtych chwil przynoszą, szansę na chwile refleksji dają. A że nierzadko tęsknie do szczenięcych lat, często też powracam do tych wyjątkowych obrazów. Problem jednak w tym, że realnej perspektywy wieku nie zmienię - ewolucja, rozwój, dojrzałość prym wiodą i to co kiedyś kręciło, porywało dziś już czynić tego nie musi. Akurat w przypadku Kasyna odczucie rozczarowania nie występuje, tylko i wyłącznie wśród latami obeznanych wątków smaczki odnajduje pierwotnie nie dostrzegane. Wyjątkowa narracja w zasadniczej części muzyką prowadzona, standardami z epoki przepełniona, dla mnie naczelną zaletą tej pasjonującej opowieści o chciwości, przyjaźni i zaufaniu. Co tu ględzić, na kolana paść trzeba, gdyż dzieło to we wszystkich detalach doskonałe, godne wszelkich zachwytów. To ekscytująca przygoda z istotą kina, perfekcyjną koegzystencją obrazu, muzyki, aktorskiej biegłości i atrakcyjnej historii. Kontrowersyjnie na koniec będzie! Prawdę mówiąc, gdybym był człowiekiem kultu w jednostkach charyzmatycznych poszukującym, prędzej do półbogów w świecie kina i muzyki bym się modlił, oni przynajmniej realne, nie mityczne zasługi posiadają! ;)

niedziela, 8 września 2013

Requiem for a Dream / Requiem dla snu (2000) - Darren Aronofsky





Chociaż Requiem dla snu nie było debiutem Darrena Aronofsky'ego to z pewnością przepustką do pierwszej ligi niekonwencjonalnych twórców w Hollywood się okazało. Film niczym centralny dla obrazu narkotyk, wciągający podstępnie i bezwzględnie uzależniający. Tezę myślę mogę postawić, iż Aronofsky kręcąc film o uzależnieniu sam narkotyk twardy wykreował. Nikt w tak poruszający sposób, wieloperspektywicznie nie oddał dramatu pułapki nałogu. Podniety tutaj jądrem zrozumienia sensu tego bezpośredniego dzieła, w oczach bohaterów, w pustce życia bez niej egzystujących. Jednak sidła zastawione stan zadowolenia, ekstazy przynoszą wraz ze ścieżką prostą do zatracenia rozsądku na rzecz potrzeby przeżyć ekscytujących. Podstępne działanie bodźców w zależność wpychających - wyrywa z szablonu i monotonii by za chwile już uwięzić w schemacie degradacji stopniowej. Iluzja szczęścia kusi, kiedy równolegle pomyślność realna do osiągnięcia - kluczem tu jedynie droga, ta łatwa ku upadkowi prowadzi, trudna dojrzałości uczy. Przełamali twórcy scenariusza schemat w tej tematyce. Uzależnienia nie tylko i wyłącznie wśród braku dojrzałości żniwo zbierają, po drugiej stronie wieku równie podatne byty egzystują. Obraz ten to żadna subtelna, wymuskana produkcja, to gwałtowny cios, po nim otrzeźwienie szansę ma na przyjście. On niczym wychodzenie z uzależnienia - boli okropnie oddając tak realistycznie, namacalnie i przekonująco uczucia odurzenia, głodu i lęku. Muzyka towarzysząca zdjęciom maestrią głęboko przeszywająca, wraz z rozwojem akcji na ekranie synchronicznie wpleciona, aż po kulminacje gdzie rola jej w atmosfery kształtowaniu zasadnicza, szczególnie tematem przewodnim kapitalnym porażająca. Balet obrazu wyszukany, montaż dynamiczny, charakteryzacja oszałamiająca, a aktorstwo przekonywujące. Metamorfoza, rozkład fizyczny postaci wstrząsające. Wniosek końcowy poważny bo żarty tu mieć miejsca nie powinny, jakkolwiek życie pełne pokus, coraz więcej rozwiązań kuszących nam podpowiadające jedno nam do dyspozycji dane. Ryzyko zatem spore by nim nie ulegać, a uczenie się wyłącznie na własnych błędach często zgubę finalnie przynosi. Rozsądek i alternatywne ścieżki ku samozadowoleniu wyłącznie szansą na życie w pełni, bez sztucznych iluzji.

czwartek, 5 września 2013

Warrel Dane - Praises to the War Machine (2008)




To już ponad pięć lat minęło od wydania dziewiczej solowej próby tego charakterystycznego wokalisty. Zatem dodając, iż w 2010 ostatni wytop stali szlachetnej Nevermore poczyniło i niewiele wskazuje na szansę ponownego powrotu do systematycznego surówki spustu, gdyż wkrótce po wydaniu The Obsidian Conspiracy skład formacji się posypał. Toteż tęsknie już za świeżym produktem z przepony Dane'a płynącym i czekam z niecierpliwością na nowe otwarcie zmartwychwstałego Sanctuary oraz być może dwójkę jego solową. Debiut bardzo udaną płytą się wówczas okazał, taką bardziej płynną, mniej szarpaną niż krążki macierzystej formacji. Więcej na nim przestrzeni - skrojony on ze świetnych riffów, przebojowego szlifu aranżacyjnego i specyficznej głębokiej wokalnej ekspresji. Wszystko w odpowiednich proporcjach tu podane, takie maksymalnie profesjonalne, bez rozwiązań na siłę mających tworzyć nową, oryginalną jakość. Bazą doświadczenie w branży, instrumentalna biegłość i umiejętność uformowania interesującej, wyróżniającej się bryły z oczywistym szacunkiem dla maniery wokalnej. Tutaj nawet cover The Sisters of Mercy idealnie wtłoczony w ramy stylu, funkcjonujący niczym autorski produkt. Faktem niezaprzeczalnym o atrakcyjności finalnej produkcji decydującym, udział w jego powstawaniu Petera Wichersa - typa krojącego hity dla ansamblu pod szyldem Soilwork. Ten jego nośny styl komponowania kapitalnie współgrał z pomysłami Dane'a, a brzmienie ukręcone, idealnie uwypukliło wszelkie ich walory. Życzyłbym sobie w takim razie aby ich współpraca kontynuowana była, bo chemia jak słychać na Praises to the War Machine między nimi wyjątkowe dźwięki wykreowała. Szanse na nią węsze spore, gdyż Warrel Dane utrzymuje Nevermore w hibernacji, a Wichers ostatnio z Soilwork powtórnie się rozstał. Czas więc teraz na petardę od Sanctuary i mam nadzieje drugi cios solowy! 

P.S. Tak zerkam sobie na pozostałe nazwiska zaangażowane w hymny pochwalne dla wojennej maszyny i zaiste fachowcy to zacni.

środa, 4 września 2013

Opeth - Still Life (1999)




Czwarta odsłona geniuszu Mikaela Akerfeldta w godzinie z hakiem zamknięta, przełomowa nie tylko ze względu na zmianę bandery pod jaką wydana, lecz przede wszystkim za sprawą udoskonalenia proponowanej już od kilku lat wcześniej oferty. Tam gdzie jeśli moje przekonanie trafne na poprzednich produkcjach odrobinę nieporadne, dosyć jeszcze kwadratowe aranżacje dominowały tu już płynność w manipulowaniu wątkami iście porywająca. Charakterystyczna już, wypracowana w mozole struktura utworów szwedów pozostała nietknięta - subtelne akustyczne fragmenty z dyskretnym wokalem sternika formacji co raz rozbijane potężną ścianą ciężko dudniących riffów, głębokim bulgotem piekielnego ryku oraz dla zrównoważenia skali kontrastu posmakiem chóralnych niemal zaśpiewów. I tu wtrącić muszę, iż growl prezentowany od lat przez Akerfeldta rozrywa membrany moich wychuchanych podłogowych Tonsilów w sposób niewiarygodny, energią grzmotu w nim zawartą i ładunkiem napięcia odczuwalnego. Wszystkie elementy muzycznej mozaiki Opeth ze smakiem, odpowiednią dozą profesjonalizmu i artystycznej wrażliwości spojone. I chociaż to już czternaście lat służby tego albumu w mojej kolekcji muzycznych diamentów, krążek nadal intryguje i przede wszystkim zadowolenie z obcowania z nim przynosi. A Still Life tak naprawdę zaledwie początkiem fenomenalnej, dojrzałej ewolucji grupy do miejsca w którym znajduje się dzisiaj. Piękno w srebrnych krążkach zamknięte znaczy ścieżkę jaką Akerfeldt z kompanami od lat podąża!

poniedziałek, 2 września 2013

Apocalypto (2006) - Mel Gibson




Gibson swoje odjazdy w życiu prywatnym częste miewa, jednak jeśli takiej jakości obrazy od czasu do czasu zdarzy mu się nakręcić, ignorować wszelkie przejawy fanatyzmu i megalomanii jego zamierzam. A, że ja historykiem czy specjalistą od Majów kultury nie jestem, zatem na produkcje z perspektywy dokumentalnej nie patrzę. Dla mnie to przede wszystkim wciągające, ekscytujące kino w egzotycznym, intrygującym czasie i miejscu fabularnie osadzone. W tym konkretnym przypadku zdecydowanie mi to wystarcza! Kapitalna praca kamery, wstrząsające sceny, muzyka podkręcająca napięcie i autentyczna więź z bohaterami to sztuka jaką Gibson w przekonaniu moim osiągnął w stopniu znakomitym. Z tej właśnie perspektywy, pomijając nietrafne Łapy Jaguara z super bohaterem w osobie Ramba porównania, refleksje po kilkukrotnym z obrazem kontakcie niezmienną mam. Mianowicie okrutne to czasy dla współczesnego obywatela cywilizowanego  świata się wydają. Jednak wystarczy wieczorny systematyczny kontakt z programami o informacyjnym charakterze aby smutne wnioski się nasunęły. W wielu rejonach świata krew leje się równie intensywnie jak w scenach filmowych zamierzchłe czasy ukazujących, zmieniły się jedynie metody rzeźników, a ideologiczna ich motywacja bez zmian pozostaje. Grabież, przejmowanie kontroli nad atrakcyjnymi terytoriami, bezrefleksyjny kult bożków wszelakich czy  bezwzględna rozprawa z inaczej myślącymi. Cywilizacja znaczy ewolucja - nie jestem już teraz tego do końca pewny. Proszę wybaczyć kolejną moją w egzaltacje wycieczkę. :(

niedziela, 1 września 2013

True Grit / Prawdziwe męstwo (2010) - Ethan Coen, Joel Coen




Western - konwencja jarmarczna, zatem z rzadka wśród w niej egzystujących produkcji jakaś robiła na mnie długotrwałe wrażenie. Kilka jednak ze współcześnie kręconych z niszy tej obrazów do mojej "ultra/ekstra/naj naj" kolekcji się wbiło. O nich wszystkich jak nasz dzisiejszy dziki zachód w środku Europy pozwoli, pewnie kiedyś tu na łamach słów kilka skreślę. Dzisiaj pierwszy z nich braciszków Coenów dziełem będący, ze scenariuszem powtórnie przetworzonym w procesie recyklingu lub tuningu bardziej. Romantyczno-brutalny, wzruszająco-bawiący, klasycznie-nowatorski, brzydko-piękny, tak finezyjnie kombinujacy skrajnościami dzięki reżyserskiej wprawie. Jak w pigułce w  nim esencja wieloletniej gatunku historii, z szacunkiem do tradycji i jednocześnie charakterystycznym dla twórców puszczeniem oczka do widza, z korzyścią ogromną dla finalnego efektu. Kapitalnie frapujące postaci skreślili, rysy im fascynujące nadając, osobowością i psychiką wyraźną hojnie obdarzając. Zacny to produkt talentu wielowymiarowego głównodowodzących, bogaty wyczuciem i obeznaniem kanonu ze zręcznością je wykorzystujący. Dwie godziny przygody - wierzchowce, preria, colty, winchestery, źli rewolwerowcy, upadli bohaterowie, twardziele o gołębich sercach, typy z zasadami, whiskey, bourbon oraz coś jeszcze. Wszystko celnie wbite w punkt! Gratulacje! 

P.S. I oczywiście ten wyborny niczym dojrzałe wino Jeff Bridges jako Rooster Cogburn!

Drukuj