czwartek, 12 września 2013

Machine Head - Through the Ashes of Empires (2003)




Już od pierwszych taktów żywioł uwolniony uderza z siłą huraganu, młóci bezlitośnie gitarową ekspresją i rytmiczną kanonadą. Tak w skrócie można by opisać to, co wylewa się z głośników na starcie albumu za pośrednictwem Imperium. W 2003 roku kiedy to krążek pojawił się na rynku był niemałym zaskoczeniem, chociaż już Supercharger sugerował powrót do cięższego łojenia. Jednak kiedy poprzedniczka jedynie na motorycznym, nieco topornym ciężarze się opierała to Through the Ashes of Empires łaczyła w kapitalny sposób wszelkie cechy jakie do niej kojarzone dźwiękowo z Machine Head były. Zatem mamy tutaj solidnym groovem podbijane miażdżenie riffem znane z początków kariery, rytmy zainfekowane nu metalową falą jakiej w połowie lat 90-tych ekipa Robba Flynna się poddała, jak i aranżacyjne progresywne niemal zacięcie, które eksploduje w pełni za cztery lata wraz z The Blackening. Taka mieszanka wybuchowa tutaj sednem, koktajlem molotova eksplodującym skutecznie. Świeżość w podejściu do materii jaka dla wielu ówcześnie dosyć archaiczną się zdawała największym atutem krążka. W symbiozie idealnej egzystujące interesujące pomysły wraz z atrakcyjnymi fajerwerkami i sztuczkami oraz perfekcją wykonawczą sięgającą często niemal porywającej wirtuozerii - szczególnie intensywnej w przypadku potężnego bębnienia Dave’a McClaina. To zarówno efektowne jak i efektywne rozdanie w dyskografii kapeli, w pamięć zapadające przez pryzmat całościowego wrażenia, jak i samych poszczególnych kawałków, wśród których zamykający epicki, precyzyjnie napięcie stopniujący Descend the Shades of Night karze szacunek tym amerykanom oddać oraz przede wszystkim wspomniany na starcie otwieracz w postaci Imperium promowany dynamicznie, nowatorsko zmontowanym klipem. Wyborny to obrazek nawet z perspektywy już dziesięciu lat od powstania, idealnie współgrający z intensywną kompozycją. Gdy na początku dziesiątej dekady XX wieku w metalowym biznesie się pojawili, niemałe zamieszanie debiutem wśród czołówki nowoczesnego jazgotu ich udziałem się stało. Jednak pomimo sporej do nich sympatii dopiero za sprawą tej produkcji prawdziwą bombą kaloryczną mnie tuczyć zaczęli. Sztuka niecodzienna im się bowiem udała, taka z rzadka miejsce mająca - w moim przekonaniu wydestylowali z własnego stylu bogatą esencję kopiącej mocy, by uszlachetnić ją szeroką gamą  kunsztownych rozwiązań. Dzięki temu procesowi Through the Ashes of Empires na stałe do kanonu konwencji się wbiło na powrót przywracając u wielu fanów wiarę, iż Machine Head nadal rozwojową ekipą być może. Tą tendencję do dzisiaj wydają się podtrzymywać – zapewne nowych lądów odkrywać im się nie zdarza, jednak na pograniczu rzemieślniczej precyzji i artystycznego polotu kolejne dwa świetne krążki do dzisiaj wypracowali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj