środa, 25 września 2013

Black Sabbath - Heaven and Hell (1980)



 
Powolna agonia pierwotnego składu doprowadziła w konsekwencji do niechybnego zgonu Sabbath w tej formule, zadając jednoczesne pytanie o dalszą ewentualną egzystencje - życie po życiu w tym wypadku. :)  Dla wielu niewyobrażalne było aby tak ważne ogniwo, jakim niewątpliwie John Osbourne był, zastąpione z powodzeniem zostało. Musiało się to wiązać nie tylko z wprowadzeniem do formacji człowieka o równie sporej charyzmie, ale także o nietuzinkowym sposobie bycia i scenicznej prezencji. Dodatkowo w grę wchodziła zmiana muzycznej formuły, dopasowana do głosu następcy Ozzy'ego - nikt o racjonalnych przekonaniach, nie liczył prawdopodobnie na wrzucenie w skład jedynie jego kopii. Krzyżyk postawiony na zespole przez liczne grono radykalnych fanów okazał się przedwczesny, bowiem Iommi postawił karierę na pewniaka, sprawdzonego w bojach, jednako o walorach zupełnie odmiennych niż te Osbourne'a. Tutaj zamiast szarlatańskich sztuczek, siła o mocy dzwonu zawarta w głosie Ronnie'go Jamesa Dio dominowała, w miejsce tanich popisów i kontrowersji jedynie obfitość talentu. I w sukurs nowym możliwością oczywiście pójść musiały zmiany koncepcji muzycznej. Nie znam ja szczegółów powstawania Heaven and Hell, jednako słuchając tych ośmiu kompozycji jestem przekonany, iż w ich kreacji swój niebagatelny udział miał Dio. Muzyka stała się pewnego rodzaju hybrydą wpływów ELF i Rainbow, oczywiście na solidnych fundamentach stylowych riffów Iommi'ego. Nie pozwolił on by dźwięki przez niego firmowane utraciły całkowicie pierwotnego ducha Black Sabbath. Wykorzystał  z gracją jedynie nowe okoliczności, możliwości by doprawić album większą hard rockową świeżością oraz od czasu do czasu klawiszy muśnięciem. Dzięki takiemu zabiegowi wokal Dio kapitalnie wtopił się w muzyczną fakturę, budując nową jakość w karierze Sabbath, wyznaczając intrygujący kurs. Po kilku chudych latach albumem tym przerwali żenujący proces popadania w śmieszność i powrócili do wybornej formy, a taki już od lat epicki klasyk jak numer tytułowy dał okresowi z Dio status równie kultowego jak ten z lat 70-tych. Wyśmienita muzyka, wokalna ekwilibrystyka, brzmienie, które nawet dzisiaj wzbudza szacunek oraz oprawa graficzna o niezwykle sugestywnej symbolice dopełniła znamion dzieła kompletnego. Rozpoczęła się wtedy dla legendy nowa era i trzeba było zaledwie roku  by poszli za ciosem i równie skutecznie w chwilę potem popadli w kolejny kryzys.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj