środa, 30 września 2015

Shadow Dancer (2012) - James Marsh




Na wstecznym biegu jadąc przeglądam w miarę możliwości twórczość kilku reżyserów którzy w mojej świadomości dopiero teraz się pojawili, bardzo pozytywne wrażenie swoimi ostatnimi produkcjami robiąc. Cofam się w ich przeszłości zakładając iż ta podróż do głębi pozwoli trafić na wartościowe obrazy. Taką strategią się kierując sięgnąłem po produkcję Jamesa Marsha (ubiegłoroczna poruszająca biografia Stephena Hawkinga) i cieszę się z tego kroku bo Shadow Dancer to fachowe mocne kino przede wszystkim "ciszą kręcone" z minimalnym udziałem dialogów. Głównym walorem klimat przekonujący autentyzmem który w tle czasy niespokojne akcentuje, pełne gniewu napędzającego spiralę przemocy. Zemsta staje się celem a metody stosowane po obu stronach barykady bezwzględne. Na pierwszym planie kobieta pod permanentnym wpływem dziecięcej traumy, miotająca się pomiędzy lojalnością wobec ideologiczo-politycznej sprawy, a dobrem najbliższej rodziny i własnymi zaniedbanymi potrzebami. W tym brutalnym świecie zasady podporządkowane są celom, człowiek zaplątany w sieci poddany szantażowi przy pełnym ryzyku podwójną grę prowadzi.  To było oczywiste, że w takich okolicznościach walka zrodzi ofiary.

poniedziałek, 28 września 2015

Solaris (2002) - Steven Soderbergh




Przyznaję bez bicia, znaczy używania w wersji praktycznej środków przymusu bezpośredniego, że oryginału Lema nie znam. Mam na półce tylko czasu zawsze za mało by przeczytać, kiedy tyle do sprawdzenia gorących biografii person ciekawych. Stąd, że ta wizja Soderbergha okrojona, bądź bardzo luźno nawiązująca do prozy Stanisława Lema dowiedziałem się opinie i recenzje przeglądając. Nie odnoszę się więc naturalnie do pierwowzoru, a tylko do samego filmu zaznaczając, iż ekranizacja jakakolwiek by nie była nigdy pod względem bogactwa treści literackiej formie nie dorówna, to oczywiste. To kino s/f głęboko w filozofii i psychologii zatopione, intensywnie naukowe z masą pytań i nielicznymi odpowiedziami. Skomplikowane i wymagające skupienia pełnej uwagi, a że ja akurat tego wieczora podczas seansu zmęczony byłem to nie bardzo radę dawałem. :) Moralne dylematy, wybory egoizmem skażone dostrzegłem, tyle że ten błyskotliwe przenikliwy kontekst realizacyjnie zbyt sterylny się zdawał. Emocji ze mnie nie wykrzesał tylko podziw intelektualną maestrią wzbudził, ale to chyba wyłącznie zasługa Lema co fundament postawił. Takie umiarkowane zadowolenie mi towarzyszyło - czułem się zaintrygowany, lecz bynajmniej nie pobudzony. 

piątek, 25 września 2015

Slayer - Repentless (2015)




Gorący temat i siłą rzeczy emocje rozgrzane maksymalnie, aż się obawiam własną opinie względem Repentless wygłosić. ;) Szczególnie, że tuż po premierze pojedyncze świeżutkie recki poznałem i niezbyt przychylne one się okazały. Zbudowałem więc mur obojętności na wynurzenia innych oraz ukułem sobie taką tezę, że jak kiedyś od lat za negatywną opinię względem dzisiejszych żelaznych klasyków zabójcy zostałbym publicznie okaleczony, przynajmniej usunięciem rąk które te bluźnierstwa spisały, to dziś biorąc pod uwagę okoliczności odwagą jest o Repentless z nawet umiarkowanym entuzjazmem prawić. Przecież to truizm, że nic nie stoi w miejscu, dynamika jest podstawą wszelkich procesów więc i stosunek do ikony podlega zmianom. ;) Jednak kiedy emocje nieco siadły i frustraci swoje żale gwałtownie wylali to i kolejne refleksje (wspomniany powyżej mur nieszczelny się jednak okazał :)) wyważone i co cieszy konstruktywne być raczyły - tym sposobem szlag trafił moje pozowanie na bohatera co iść samotnie pod prąd będzie. :) Kilka odsłuchów materiału z "bez skruchy/mniej żalu" czy jak to tam poprawnie tłumaczyć :) plus lektura wywiadu z Kerrym Kingiem zamieszczona w magazynie z hałasem w nazwie przekonały mnie, że ta karkołomna misja kontynuowania działalności baz Jeffa i Dave'a ma jednak sens. A przyznaje, że tuż po druzgocącej wiadomości o śmierci Hannemana i opuszczeniu pokładu przez Lombardo jak większość postawiłem na legendzie krzyżyk i chwilą wymownej ciszy uczciłem jej (nie)świętą pamięć. Ja tu do grobu ich składam, a oni pomimo wieka zamkniętego i piachem przysypanej trumny wyłażą z dołu i to jeszcze z dumnie podniesionymi głowami. Zaprawdę to najtwardsi z twardych skurwieli! Zapuszczam dziewiczy odsłuch, a z całości bije autentyczna pasja i szczerość, zaangażowanie jakby za wszelką cenę chcieli udowodnić, że Slayer to nie tylko Hanneman i Lombardo. I ta sztuka się udaje, a przyłapanie się na poczuciu, iż nie brakuje tu dwóch filarów stało się miejscami faktem, za co oczywiście brawa należą się również rezerwie która z ławki do gry weszła i przesądziła o kapitalnej grze nowego składu. Przecież Bostaph jak zwykle precyzyjny, choć ani odrobinę w szaleństwie Lombardo dorównujący, a tym bardziej Holt sroce spod ogona nie wypadli - ten drugi to tak po prawdzie tego rodzaju weteran który już kiedy Slayer jeszcze anonimowy pozostawał to na scenie swoją obecność zaznaczał. Stąd też po części pochodzi obecna siła formacji i efekt uzyskany za pośrednictwem nowych kompozycji. I teraz dopiero konkretnie napiszę jak w moim przekonaniu jest na Repentless. Jest drodzy niedowiarkowie (kieruje to także do siebie :)) dobrze, a w porywach bardzo dobrze i okazjonalnie wręcz genialnie. Proporcje pomiędzy motoryką, marszowym mocarnym dołem, a galopadą są wyważone doskonale, chaotyczne wiercące solówki zgrabnie współgrają z chwytliwym riffem. Wiosła tną precyzyjnie jak tradycja nakazuje, pozostawiając broczące krwią rany i jedynie aranżacyjnie jest chwilami zbyt ubogo. Jednak czy to takie istotne kiedy riff konkretnie kopie, a brzmienie ukręcone przez Terry'ego Date'a dostarcza porażającej mocy. :) Fakt, że nieco siermiężnie sklejane pomysły to jest wada tego materiału która absolutnie nie pozwala na stawianie Repentess na równi z finezyjną trójcą Reign-South-Seasons, jednakowoż nie poddaje też ten argument w wątpliwość stwierdzenia, iż pod dowództwem Kerry'ego i Toma Slayer bardzo przyzwoity nagrał. Na mojej półce krążek numer jedenaście w dorobku zabójcy stawiam tuż obok Divine Intervention (okoliczności powstania) i w bezpośrednim sąsiedztwie Christ Illusion (skojarzenia z zawartością) i już teraz spontanicznie deklaruje oczekiwanie na kolejny. Jak okrzepną w tym składzie, pewności co do własnych dużych możliwości nabiorą oraz może przekonają się w praktyce o niemal bezwarunkowej lojalności fanów (życzyłbym) to spodziewam się jeszcze mocniej rażącego ładunku. Teraz bogatszy nie o materiał genialny lecz o uzasadnioną nadzieję na "więcej i jeszcze lepiej" stwierdzam, że dobrze się stało iż King i Araya nie odpuścili i ambitnie przeciwstawili się krzywdzącym opiniom o bezdyskusyjnej wyższości tej labilnej części pierwotnego składu nad tą bardziej odpowiedzialną. 

P.S. Jak stwierdził Kerry King "... zawsze znajdzie się grono niezadowolonych lub takich, co skreślili nas w imię swoich nieracjonalnych przekonań..." - przykro tylko, jak zauważam ja, że ich koncentracja w tym kraju wyjątkowo duża. Im to dedykuję soczyste - jak się nie podoba to wypierdalać! ;) Bluzg to pewnie konsekwencja obcowania z chamskim thrashem. :) ;)

czwartek, 24 września 2015

Tale of Tales / Pentameron (2015) - Matteo Garrone




Tak się składa, że nawet kiedy podrostkiem byłem to od fantazyjnych opowieści w baśniowej estetyce zatopionych wolałem te historie co mocniej w racjonalnej rzeczywistości osadzone. :) Nie dziwi mnie zatem, iż odporność na taką konwencję nadal we mnie aktywna i stając do konfrontacji nawet z jej dorosłym odpowiednikiem nie jestem w stanie poddać się całkowicie sugestywnemu jej oddziaływaniu. Jednako nie popadając przy okazji widowiska wyreżyserowanego przez Matteo Garrone w ton euforyczny, potrafię docenić rozbuchany artyzm, wyszukane środki stylistyczne, surrealistyczny odlot i realistyczne przesłanie jakie w nim zawarte. Obrazową muzykę, plastyczny przepych i wartościową treść pośród licznych metafor i alegorii skrzętnie przemycaną. Bo jak doczytałem Garrone korzystając z przypowiastek niejakiego Giambattisty Basilego i zachowując ich pierwotny charakter stworzył z kilku z nich mozaikę, która o ważkich kwestiach traktuje. Pragnienia i poświęcenie to słowa tutaj kluczowe jak się zdaje i wokół nich cała misternie pleciona opowieść osnuta. Każde pragnienie posiada swą cenę, ona tym wyższa im ono bardziej gwałtowne - czy gotów jesteś ponieść te koszta? Zdaje się takie pytanie Garrone zadawać odpowiadając na nie rozbudowanym ciągiem zdarzeń, gdzie krew spływa wartkim potokiem pośród osobliwie kreślonych postaci i groteskowej formy. Nie było słodkiej puenty, ani płytkich konkluzji. Było za to sporo goryczy, bólu i cierpienia.  

środa, 23 września 2015

Southpaw / Do utraty sił (2015) - Antoine Fuqua




Rocky A.D. 2015? Trudno poniekąd się z taką tezą nie zgodzić - podobna kompilacja uproszczeń i emocjonalnych oczywistości je łączy, które to fundamentem powszechnie zrozumiałego hiciora. To z pewnością prawie czterdzieści lat temu się udało i dzisiaj także było możliwe. Święci triumfy obraz Antoine Fuqua i do kin sporo ludzi przyciąga, bo takie historie o upadku i powrocie na szczyt tak uniwersalną magią obdarzone, że łączą ponad podziałami wszelkie grupy społeczne. :) Southpaw jest prosty niczym przekaz głoszony przez współczesnych motywatorów co za sprawą coachingu kieszenie sobie wypychają. Znaczy zrozumiały on nawet dla przeciętnego, mało rozgarniętego intelektualnie fana boksu. Jednak nawet jeżeli bije po oczach kliszą, frazesami i banałem to robi to z impetem, a autentyzm najzwyczajniej przekonuje. Stąd staje murem za tą produkcją wystawiając jej wysoką notę i daje swoją niewiele znacząca rekomendację. Pochwalę realistyczne sekwencje walk, które dalekie są od blagierskiego młócenia powietrza z obowiązkowym podkładem dźwiękowym imitującym soczyste trafienia - tutaj autentycznie czuje się niemal na własnej szczęce ich siłę. Niemniej jednak przed seansem nastawiłem się na coś więcej niż wyłącznie techniczny profesjonalizm. Liczyłem na emocje i to nie tylko na poziomie dosłownym, oczekiwałem czegoś pomiędzy wierszami co by pozwoliło uniknąć obcowania z czystym schematem. Zadaje sobie więc pytanie, czy gdyby Fuqua zrobił dramat mniej bezpośredni, pozbawiony aż tak dosłownej wymowy i rutynowych środków to czy fani mordobicia by jego istoty nie zrozumieli? Walka z samym sobą to najbardziej wymagające starcie, a cel sam w sobie i jego zdobycie powinien być pretekstem do ukazania wieloaspektowych przemian psychologicznych. Zabrakło głębi tego fascynującego procesu, a sam sens został sprowadzony do zejścia do dna by móc od niego się odbić. Z drugiej strony czegóż można wymagać gdy głównym bohaterem typ (kreacja Jake'a niczego sobie) którego w dojrzałości przewyższa dziewięcioletnia córka. :) Notabene sceny z jej udziałem dostarczały tych bardziej intensywnych emocji, które poruszeniem lub wzruszeniem są nazywane. Duże brawa za rolę Leily!

P.S. Przyznaje, chciałem szerszą refleksję spisać, miałem już nawet prawie w pełni wątek boksu jako specyficznej odmiany gry w szachy opisany, jednak doszedłem do przekonania, że po cholerę mam się tutaj produkować, gdy Fuqua sam najprostszą z dróg poszedł. 

wtorek, 22 września 2015

Foals - What Went Down (2015)




Mój entuzjazm równie szybko zgasł i wyparował jak się narodził i kiełkować z perspektywą wzrostu zaczął. Wraz z dwoma singlami w sieci zamieszczonymi, odpowiednio tytułowym i Mountain At My Gates sporego apetytu na What Went Down nabrałem - z tym charakterystycznym podniecającym dreszczykiem towarzyszącym poznaniu zupełnie nowej dla mnie ekipy co namieszać w najbliższym czasie by mogła w tym w czym akurat ja się osłuchuje. Dwa typowe numery gdzieś tak w rejonach alternatywnego rocka się odnajdujące, jakby fachowo napisać shoegaze'owe, czyli z fajnym pulsem i odrobiną gwałtu na instrumentach by cięższego brzmienia dodać. Do tego ciekawe obrazki jakie wspólnie z dźwiękami cieszą oko artystycznym zacięciem, czyli pisząc potocznie, zostałem skutecznie nakręcony. :) Tyle, że kiedy licząc na więcej brudu i szaleństwa już od trzeciego kawałka wpadam w sidła plumkającego indie rocka całkowicie pozbawionego rzężenia gitar to moja ekscytacja gwałtownie spada. Wiem, mój błąd, moja wina, moja cholera jasna wielka wina, że robiłem sobie nadzieje bez zasięgnięcia szerszej informacji co Panowie z Oksfordu od kilku już lat i dwóch płyt grają. Poszedłem na żywioł teoretycznie nieprzygotowany, stąd licząc na perełkę podobną Arctic Monkeys z ich ostatniego longa (powtórzę to po raz kolejny i póki co będę powtarzał, że wyśmienitego) trafiłem na album, który zamiast kojarzyć się z ekipą Alexa Turnera stanowi asocjację grania na modłę Coldplay i Alt-J, czyli czegoś co szanuję ale w większych dawkach nie jestem w stanie przetrawić. Takiego melodyjnego klawiszowego plumkania z żwawym tętnem i w sumie intrygującym klimatem ale bez większej ikry. Fakt, że podobnie jak twórcy An Awesome Wave goście z Foals w tych rejonach poruszają się niezwykle sprawnie i w czołówce sceny pewnie na lata pozostawać będą, ciesząc wyznawców takiej stylistyki produktami wysokiej jakości. Ja jednak jeszcze na bardziej zaangażowany romans, ewentualnie trwały związek z taką zwiewną estetyką nie jestem przygotowany. Wolę emocje innego sortu, chyba, że może kiedyś przejdę na tą stronę mocy lub chociaż pozwolę na przerzucenie akcentu.

P.S. Jak czułem tak napisałem, później na kilka recenzji znawców tematu wpadłem i oni nie do końca zachwyceni poziomem What Went Down się okazali. :)

poniedziałek, 21 września 2015

Grave Pleasures - Dreamcrash (2015)




Bardziej szyld Beastmilk mi pasował, dosadniej i sugestywniej charakter muzyki oddawał, stąd żałuje, iż kwestie organizacyjne czy też biznesowe logo zmienić nakazały. Jednako jak mawiają dziennikarze poczytnego Faktu - nie samym nagłówkiem brukowiec stoi. ;) To taki cierpki żart, może gdybym wiedział co to samokrytyka, nawet suchar. :) Do śmiertelnie poważnego tonu jednakże powracając, ważniejsza jest treść, a dokładnie jej oddziaływanie na odbiorcę niż nawet najbardziej krzykliwa fasada. Szczęśliwie bardziej interesuje mnie muzyka niźli sensacje na których żerują sępy w padlinie gustujące i ich nieświadome (bo głupie) ofiary. Nawiasem pisząc korzystające pełnymi garściami z wszelakiego dorobku cywilizacji łacińskiej, w naszej hipokryzją przeżartej rzeczywistości w dziewięćdziesięciu kilku procentach żarliwi choć zdystansowani od praktyki katolicy. ;) Proszę łaskawie o wybaczenie, że tu i teraz taką kwiecistą w formie, a przygnębiającą w treści dygresję kreślę ale podświadomie coś mnie gnębi i w taki sposób się ujawnia. ;) Gówno zawsze będzie śmierdziało bez względu jakimi ekskluzywnymi perfumami będzie odór kamuflowany! Stop, ostatecznie kończę podświadomości projekcję bo nie o moich frustracjach tylko o debiucie Grave Pleasures miałem pisać. Czekałem więc niecierpliwie na przyjście Kvohsta w nowym/starym wcieleniu z pewną obawą czy poziom Climax zostanie utrzymany. Powrócił na szczęście w chwale choć pierwsza sesja z Dreamcrash fragmentami dosyć trudna była, bo to co odróżnia debiut Grave Pleasures od startowego longa Beastmilk to stopień przyswajalności od pierwszego odsłuchu. Kiedy krążek sprzed dwóch lat z biegu porywał to tegoroczny album musiał dostać co najmniej kilka szans by swoje walory w pełnej krasie zaprezentować. Teraz kiedy od premiery tygodnie już minęły, a licznik odtworzeń drugą lub nawet trzecią dziesiątkę wskazuje widzę i słyszę więcej, czuje intensywniej i powracam z entuzjazmem do tych numerów. Odnajduję tutaj zimną falę, gotycki półmrok, punkową szorstkość i odrobinę surówki wylewającej się z głośników. W jednym tyglu te składniki zmieszane i w finezyjnej formie podane. Z każdym kolejnym kontaktem aktywnie apetyt na jeszcze zaostrzające czyniąc mnie co zaskoczeniem, smakoszem tego rodzaju grania. Pytanie czy jest na rynku ktoś im podobny czy są może na scenie ewenementem i do archiwalnych nagrań ojców inspiratorów wkrótce zacznę sięgać, mimo że do tej pory nie bardzo było mi z nimi po drodze?

piątek, 18 września 2015

Ziarno prawdy (2014) - Borys Lankosz




Teraz Polska, znaczy teraz polskie! Rodzime kino ostatnio rasowe kryminały proponuje, bo był zaledwie chwilę temu porządny Jeziorak, kapitalny Fotograf i obecnie (wiem spóźniony jestem, bo rzadko do kina maszeruje) Ziarno Prawdy Borysa Lankosza na podstawie powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Jak to bywa z adaptacjami książek ich bogactwo nie ma szans na przetrwanie w starciu z filmowym formatem, zatem pominę oklepane dywagacje porównujące literaturę i kino. Skupiam się teraz wyłącznie na tym co z ekranu do mnie przychodzi, choć nie wykluczam, że apetyt obrazem zaostrzony zagoni mnie i do lektury. :) Już od startu czuć, że srogo będzie, bo czołówka malarstwem inspirowana, a za pomocą grafiki komputerowej wykreowana broczy krwią i obłędem smaga, intensywnie mroczną aurę kreując. Sugestywny patent, choć nie bardzo trafnie skorelowany z tonacją obrazu jaka sam film zdominowała - to tak na marginesie, gdyż ten incydent wpływ na odbiór całości miał znikomy. Mroku tutaj pod dostatkiem, on systematycznie gęstniejący niczym mgła poranna co w otwartej przestrzeni wilgoć na polach osadza. On ciekawie i zręcznie podsycany muzyką niemal żywcem wyjętą z kinematografii lat sześćdziesiątych, gdzie brzmienie klarnetu wiodącą rolę odgrywało - ciekawość rozniecając i nasycając dramaturgię charakterem. Czuć istotny w gatunku wpływ niepokoju, lecz prócz eksponowania tej roli Lankosz skupia się przede wszystkim na Miłoszewskiego diagnozie rzeczywistości jaka pochodną latami w społecznościach budowanej psychozy strachu. "Zło bierze się z gadania", powielania plotek, zabobonów kultywowaniu i braku rzeczywistej wiedzy. Histeria opanowuje tych co w panikę stadną wpadają tocząc zapiekle tą kupę gówna która nawozem dla rozkwitu kolejnych źródeł fobii. Lanie żółci to nasza narodowa dyscyplina jak nie narzekasz, potem nie nienawidzisz, nie plujesz jadem z odpowiednią intensywnością to nie jesteś "prawdziwym Polakiem" i twoja pozycja w rankingu towarzyskim (realnym czy wirtualnym) niska. "Wskrzesić demony aby się pośród nich ukrywać" to intencja wszelkiej maści manipulatorów na prostackim rozumieniu ambicji i wolności przez ludzi żerujących. Okładamy się później bezrefleksyjnie napędzani antagonizmami w pętli obracając - pętlę na szyi jednocześnie zaciskając. "To Polska - musieli ją za coś nienawidzić" mówi prokurator rozwikłujący mroczną szaradę i w tym jednym zdaniu mentalność większości spośród nas opisuje. Bo Ziarno prawdy to kapitalny kryminał, umieszczony w rodzimej rzeczywistości małomiasteczkowego środowiska, gdzie przeszłość okupiona krwią i cierpieniem, historia skomplikowana, a legendy z nią związane liczne i co najgorsze ogromnie groźne, stąd wszelkie konotacje ryzykownie kontrowersyjne. Leją się zatem często pomyje na twórców kiedy kwestia antysemityzmu narodu bez skazy zostaje poruszona i nie ważne, że rola ofiary i kata niejasna, a narodowość ukazana nie implikująca zwykłej przyzwoitości. Racjonalna samokrytyka zostaje zdeptana przez hasłową pustkę na sztandarach biało-czerwonych z dumą w radykalnej opozycji do wstydu prezentowaną. Dotyka mnie i rani głęboko ta tendencja choć bezpośrednio nie odczuwam jej skutków, bo zdaje sobie odpowiedzialnie sprawę, że historia wielokrotnie pokazała jaki finał takiego amoku. Wiem, rozpisałem się w kontekście przesłania marginalnie traktując sam wątek kryminalny, zatem spieszę na koniec donieść, że spojrzenie zabójcę zdradziło, a potem już kostki domino przewracały się zgodnie z podejrzeniami. Wiedząc kto, pytanie oczywiście zostało zaktualizowane do kwestii dlaczego? I tutaj wstrząsająca historia z cienia wychodzi, pełna historycznej zawiłości. Jeżeli już myślicie, że wszystko jasne to zaskoczeni (tak jak ja) zostaniecie. Ludzka zawiść i zazdrość w egoistycznej odsłonie fizyczną postać przybierają, a tuż pod nosem w mgle duch przeszłości z wolna sunie. Takie to do wymagającej interpretacji zakończenie.

P.S. Chociaż to co teraz jeszcze dopiszę w podstawowym tekście powinno się odnaleźć to musi być tu na marginesie, bo za cholerę nie potrafię wpleść tego tak by dramaturgii wpisu nie spieprzyć. :) Mianowicie: Więckiewicz w tej aroganckiej pozie błyskotliwego bystrzachy wyborny, Trela jak zwykle to czyni przekonujący, Magda Walach jest i poza poprawne rzemiosło nie wychodzi, Zieliński epizodycznie ale z klasą oraz Ola Hamkało bez błysku. Jednak na tronie zasiada Krzysztof Pieczyński, który końcową sceną w cieniu pozostawia całą mozolnie dopieszczaną robotę Więckiewicza. To co w kilku minutach Pieczyński pokazał to nie zwykłe aktorstwo - to sztuka przez drukowane, tłuste S!

czwartek, 17 września 2015

The Age of Adaline / Wiek Adaline (2015) - Lee Toland Krieger




Dwa filmowe skojarzenia od początku seansu miałem, mianowicie przez podobny charakter historii z  The Curious Case of Benjamin Button Davida Finchera i poprzez wzgląd na kwestię realizacyjną ze zdjęciami na czele z Shutter Island Martina Scorsese. To obiektywnie luźne analogie, lecz na tyle wyraziste w odczuciu moim, iż silnie zagnieździły się w mojej świadomości i wpłynęły akurat bardzo korzystnie na odbiór obrazu nieznanego mi dotychczas Lee Tolanda Kriegera. Przywołane produkcje Finchera i Scorsese wysoko cenię także kiedy The Age of Adaline prócz skojarzeń z nimi okazał się także świetnie zrealizowany warsztatowo z doskonałymi kreacjami aktorskich weteranów, siłą rzeczy entuzjastyczna ocena stała się faktem. Tyle zimnej praktycznej analizy, teraz czas na refleksję czysto emocjonalną. Zaskoczony jestem, iż ten bujający w obłokach melodramat, to dosyć niezwykłe story o bajkowym charakterze zanurzone w spowijającej subtelnie nostalgicznej aurze tak bardzo mi się spodobało. Zważywszy na to, że pod wieloma względami skażone zostało banałem i dosłodzone zbytnią ilością kostek co oczywiście dojrzałego chłopa powinno natychmiast zmusić do reakcji alergicznej. :) Baśniowy splot zdarzeń, dar co przekleństwem się staje, ludzie i ich relacje, wspomnienia i uczucia z nimi związane - materiał wymarzony dla romantycznych wrażliwców. :) Nie pomyślałbym iż jestem jednym z nich. ;) Tyle że to jedna strona tego medalu, na rewersie wytłoczone poważne oblicze i dojrzałe przesłanie obrazu. Wybierasz człowieku przyszłość korzystając z doświadczeń przeszłości, postępujesz racjonalnie idąc za analitycznym głosem lub też kierując się intuicją i emocjami stąpasz po ruchomych piaskach. Czasem jednak serce i rozum tożsamą drogę podpowiadają - nawet nie wiesz jakie szczęście cię spotkało gdy one jeden kierunek podpowiadają. 

P.S. Jedynym dla mnie usprawiedliwieniem ekscytacji obecność Blake Lively - jak ona tutaj męskiego widza oczarowuje. Ufff. :)

środa, 16 września 2015

High on Fire - Luminiferous (2015)




Matt Pike, lider High on Fire opowiadając o ramach gatunkowych w jakich porusza się jego formacja twierdzi, że to mikstura wszystkiego co da się wcisnąć pomiędzy thrash, a hardcore/punk, pomiędzy doom, a blues. Kimże ja jestem by polemizować z analizą głównego kierownika zamieszania, szczególnie, że ona z mojego punktu widzenia po prawdzie adekwatna do rzeczywistości. :) Na cholerę też szufladkować, rozbudowane wnioskowania uskuteczniać, cenny czas na tą czynność tracąc, kiedy większa przyjemność z czerpania radochy z obcowania z muzyką bez konieczności czynienia intelektualnych wygibasów by ktoś tam nie w temacie bez osłuchania z albumami "pi razy drzwi" wiedział co tam ci Amerykanie łupią. Jakby jednak ktoś się uparł, że pisząc o muzyce należy choćby generalniei bez detali zaakcentować "z czym się je" opisywane granie to napisałbym na najwyższym poziomie ogólności, że to twarde napierdalanie gdzie w żelaznym uścisku trwają grzmocące riffy i chłoszczące rytmy. Surowizna, krew, pot i testosteron bez pierdół i udziwnień uwagę odciągających od rdzenia. Tutaj maestria zostaje sprowadzona do intensywnej esencji, a skromne środki stylistyczne paradoksalnie odwołują się do całej masy inspiracji płynących wartkim strumieniem ze źródeł ciężkiej i brutalnej rockowo-metalowej estetyki. One w jednym monolicie w zwartej bryle która emanuje mocą potężnego rażenia z brzmieniem masywnym o stopniu szorstkości znacznym. Jest groove bujający uskuteczniany i miazga konkretna czyniona, jest i owszem chwytliwość w wersji brutalnej także przemycana. Tym o to sposobem w pułapkę wpadłem! Chcąc uniknąć etykietowania rozbudowaną metkę ze szczegółowym składem im przyszyłem. Na koniec dodam, że to wszystko co powyżej w wypocinach autora tekstu zawarte na Luminiferous w jakości Q zagrane, udowadniające, że załoga weterana Pike'a wciąż poziom wysoki utrzymuje.

wtorek, 15 września 2015

Street Kings / Królowie ulicy (2008) - David Ayer




Keanu Reeves gwiazdor monotonny taki przeważnie ograniczony warsztatowo, może jedynie w dwóch, trzech przypadkach w czasie dotychczasowej kariery ponad rzemieślnicze standardy wychodzący tutaj gania po mieście swym wypasionym współczesnym muscle carem, jako glina utracjusz walczy z typami spod ciemnej gwiazdy. Fart dla tego schematu, że za kamerą staje mistrz kina sensacyjnego - tego akurat relatywnie młodego pokolenia. Dzięki temu ten wyjściowy szablon nie nudzi, a wciąga, bo podany jest dynamicznie i autentycznie. Dostajemy więc dobrze skrojone męskie kino - twarde, brutalne, nie tandetnie oczywiste i kiczowato miałkie. To czysta adrenalina dożylnie podana by kopsiura zasadzić ale i też względnie skomplikowana zagadka aby zwoje mózgowe pobudzić i jednowymiarowego tępego gapienia się na superbohatera z blachą uniknąć. Bo prócz niego zaangażowano aktora o aparycji okaleczonego niedźwiedzia z gołębim sercem, który przeciwwagą dla bez skazy fizycznej chłoptasia. On wnosi autentyzm, aktorską maestrię - hipnotyzuje i jako wilk w owczej skórze intryguje. Forest Whitaker zmienia proporcje, przenosi akcenty, myli tropy, budzi niepokój - odwala kapitalną robotę.

poniedziałek, 14 września 2015

Automata (2014) - Gabe Ibáñez




Prócz atrakcyjnej strony wizualnej nic mnie w tej historii nie urzekło. Fabuła sztampowa, realizacja wyprana z emocji, dynamika płaska, aktorstwo bez ikry, nijakie i sztuczne jak te roboty, bez lub z protokołami. ;) Zatem w miejsce wnikliwej analizy i emocjonalnej refleksji kilka surowych, automatyzmem rymowanych haseł. :) Szablon - człowiek nadzorca, maszyna zniewolona, stracona kontrola, filozofia nie nowa, coś się kończy, coś się zaczyna, zmiana jest nieunikniona. Protokół precyzyjny wyłącznie w reżysera wpisany - nie porywać, takie by zanudzić widza Ibáñeza plany. :)

czwartek, 10 września 2015

Fear Factory - Genexus (2015)




Słuchałem już kilkunastokrotnie nowego Fear Factory i pewność zyskałem, że ekipa Burtona i Dino od kilku ładnych lat to specjaliści od odliczania do dwóch. Znaczy co drugi ich album można brać w ciemno - były marne Transgression i The Industrialist oraz kapitalne Archetype i Mechanize. Teraz przyszła pora na Genexus i to jest ta pierwsza liga (w sensie jakości), choć prawdę mówiąc niczym nie zaskakują tylko w klasyczny dla siebie sposób łączą agresje, mechaniczny puls z chwytliwością. Jest często wręcz nadto przebojowo ale i rozwiązania stosowane na swój sposób intrygują, będąc paradoksalnie i jednoznacznie w zaimpregnowanym stylu osadzone. Dzisiaj Fear Factory to taki sztandarowy przykład wizjonerów z lat dziewięćdziesiątych co w jednym miejscu i jednej tematyce się zafiksowali. Zahibernowani na wysokości przełomu Demanufacture i Obsolete tylko kosmetyczne zmiany w dźwiękową fakturę wprowadzając. Genexus to taka przemyślana i racjonalna hybryda istotnych cech każdej z tych płyt co uznanie im przyniosły. Umiarkowanie według algorytmu to przepis na względny sukces i utrzymanie się w czołówce legend, które pomimo różnych przetasowań w składzie i perypetii z funkcjonowaniem grupy związanych nadal pośród liczących się nazw swoje miejsce odnajdują. Innymi słowy kompromis dominuje, a względny entuzjazm raczej doświadczeniem jest podyktowany. Lirycznie także bez ruchów innowacyjnych, znaczy człowiek-maszyna i konotacje wszelkie związane z relacją na tej linii, stąd większego niźli pobieżnego sprawdzenia o co, po co i dlaczego zainteresowania we mnie nie pobudzili. Słucham zatem najnowszej produkcji sygnowanej nazwą Fear Factory i cieszę się z profesjonalnej roboty jaką ekipa wykonała, a mam tylko jedną wyraźną pretensję. Ona z obrazem z frontu związana, bo to co na okładce się pojawia tak nieznośnie zlewa się z tym co na Mechanize i poprzedniczce było, iż pytanie sobie zaczynam zadawać czy ten maszynowy puls z muzyki na produkcję seryjną względem grafik już na stałe się nie przełożył. Błagam o odrobinę finezji i przewietrzenie plastycznej formy.

środa, 9 września 2015

The Sword - High Country (2015)




Doskonale pamiętam jak w okresie osłuchiwania się poprzednim albumem zarzut poczyniłem, że ta droga kursem na rzemieślnicze odtwarzanie wykutego wzorca nastawiona niechybnie doprowadzi do sytuacji, iż The Sword w mieliźnie sczeźnie, a retro rockowa pierwsza liga zdecydowanie ich wyprzedzi. Zakładałem schemat pesymistyczny, a tu na najnowszej produkcji dostałem z zaskoczenia scenariusz optymistyczny. Bo oto Amerykanie obudzili się z chwilowego letargu i idąc za głosem rozsądku wyraźnie przewietrzyli salę prób, pisząc materiał zdecydowanie świeższy i odważniejszy niźli na Apocryphon się znalazł. Już otwierający minimalizm i puls chwytliwy Unicorn Farm daje znak, że pomysły to się Panom muzykom nie wyczerpały i jeszcze będą mieli coś w retro niszy do powiedzenia. Potwierdzeniem tej ukutej naprędce tezy jest elektroniczna miniaturka zatytułowana Agartha, mechaniczne Seriously Mysterious i liryczne Silver Petals bliźniaczo podobne manierze Eddie'go Veddera, z tych solowych albumów. Poza tym dęciaki z Early Snow czy rozmyte i refleksyjne Turned to Dust także urozmaicają krążek. Oczywiście pośród ciekawych detali dość gęsto poupychanych oraz oryginalnych prób nie brak charakterystycznych numerów bujających heavy-stonerową rytmiką. Empty Temples, Tears Like Diamond, The Dreamthieves, Buzzards, Ghost Eye czy wałek tytułowy to przykłady jak nagrywając coś oczywistego i typowo po swojemu uciec jednocześnie od poczucia nieznośnej powtarzalności. Bo High Country jest ulepiony z ciekawych pomysłów i aranżacyjnej biegłości, daje satysfakcję zarówno przy premierowych odsłuchach jak i po wielokrotnych natrętnych zapętleniach. Tak, złapałem się na tym, że potrafiłem nawet sześciokrotnie z rzędu odtworzyć High Country zapominając, iż istnieją jeszcze inne płyty którym czas poświęcić byłem winny. Niespodziewany to dla mnie obrót spraw z najnowszym albumem The Sword - zaskoczenie spore i radość równie duża.

wtorek, 8 września 2015

Elephant Song / Pieśń słonia (2014) - Charles Binamé




Xavier Dolan wyłącznie w jednej roli, znaczy tym razem jako aktor, nie jako aktor i reżyser jednocześnie. Obecnie dwudziestosześciolatek, który w branży filmowej jest absolutnym fenomenem, bo nikt inny w tym wieku nie mógłby mu dorównać pod względem twórczego dorobku. Przynajmniej ja nie znam takiej osoby, lub też nie orientuje się w tej materii na tyle sprawnie by taką tutaj przytoczyć. Jednakże ten młokos pozbawiony mnogości funkcji w żadnym wypadku nie stracił na jakości warsztatowej, gdyż prowadzony przez doświadczonego (choć jak wyczytałem przede wszystkim w produkcji seriali) reżysera wspiął się po raz kolejny na wyżyny własnych umiejętności, kreując postać wieloznaczną o sugestywnym charakterze i z wyborną mimiczną ekspresją. Jest tutaj błyskotliwy i ponadprzeciętnie inteligentny z lekkością i wprawą odgrywając niemal monodram. Intryguje i przeraża, wzbudza jednocześnie sympatię i niechęć manipulując widzem i postaciami dramatu. Przejmuje naturalnie jako bohater pierwszoplanowy dominację, lecz tutaj zasługa nie do podważenia Charlesa Binamé który na zbytnie przeszarżowanie nie pozwala, a z klasą wspomagają go proporcjonalnie uznane hollywoodzkie gwiazdy w osobach weterana Bruce'a Greenwooda oraz dwóch dojrzałych i pięknych kobiet - Catherine Keener i Carrie-Ann Moss. Poza tym zakładam, iż w takim towarzystwie ambicje Dolana zostały zapewne odrobinę stłumione i rozsądną pokorą zastąpione, chociaż to tylko moje luźne osobiste spekulacje jedynie na fundamencie wiedzy o dojrzewaniu i wpływie wczesnego sukcesu na rozwój osobowości budowane. :) Hmm, zabrzmiało zarozumiale, a może arogancko? ;) Ok, powracam do meritum i chwalić nadal zamierzam, bo Elephant Song w moim przekonaniu to wyrafinowane ujęcie teatralnej maniery w filmowej formie. Jakoby sztuka teatralna odgrywana z kinowego ekranu, coś na kształt żeby daleko w czasie nie szukać, Rzezi albo Wenus w futrze Polańskiego czy też Sunset Limited w reżyserii Tommy Lee Jonesa. Finezyjna minimalistyczna konstrukcja wystarczająco czytelna w budowie, by przenikanie się retrospekcji z bieżącymi wydarzeniami nie gubiło uwagi widza. Z dużo bardziej skomplikowaną warstwą psychologiczną sprawnie we frapującej zagadce zatopioną. Bo oto w tej historii wydarzenia z dzieciństwa, takie traumy dla dorosłych niezauważalne, a dla rozwoju osobowości dziecka decydujące postawione są w korelacji ze wstrząsami i urazami które to z kolei na psychice dojrzałych jednostek potrafią głębokie rany pozostawić. Stąd też obraz Charlesa Binamé odbieram jako niezwykle pouczający i inspirujący do zadawania sobie istotnych pytań. Poszukiwania odpowiedzi w kwestiach w codziennej bieganinie z pozoru marginalnych. 

poniedziałek, 7 września 2015

La French / Marsylski łącznik (2014) - Cédric Jimenez




Skojarzenia z legendarnym Francuskim łącznikiem przez samo marketingiem kierowane polskie tłumaczenie tytułu oraz przez wzgląd na tematykę, bezwzględnie usprawiedliwione, bo La French poprzez fabułę z nim powiązany. Kiedy obraz sprzed ponad czterdziestu lat historię z perspektywy amerykańskiej opowiadał to film Cedrica Jimeneza naturalnie skupia się na francuskich postaciach tego autentycznego dramatu. Wspólna obu produkcjom jest także wysoka jakość, stawiająca je w czołówce kina gangsterskiego, natomiast odróżnia specyfika pochodzenia. Skupiając się naturalnie w tych okolicznościach na obrazie Jimeneza wyraźnie wyczuwalne są inspiracje klasyką filmowej gangsterki znad Sekwany. Europejskim kinem gatunkowym szczególnie epoki Delona czy Belmondo. Tyle, że będąc w pełni uczciwym i precyzyjnie spostrzegawczym to ta francuska maniera została udanie wzbogacona o szlachetne pierwiastki kina made in Scorsese czy nawet przez wzgląd na specyfikę pojedynku pomiędzy samcami alfa Gorączki Michaela Manna. Takie towarzyszyły mi skojarzenia kiedy pełen zachwytu obserwowałem rozwój zdarzeń, gdy w pełni realistyczną walkę wymiaru sprawiedliwości ze światem przestępczym obserwowałem. W głównych rolach twardych gości z silnymi osobowościami i determinacją ogromną - godnych siebie przeciwników stających do pasjonującej konfrontacji. Wiele ich łączy w sensie psychologicznym ale jeszcze więcej w sensie wartości odróżnia. Nie do pogodzenia obrona partykularnych interesów mafiosy z heroicznym bojem o zasady w wykonaniu Sędziego. Ryzyko po obu stronach ogromne lecz profity za nie nieporównywalne. Po jednej stronie barykady świat luksusu na ludzkim nieszczęściu zbudowany z drugiej zaś jedynie sława i uznanie w oczach zwykłych praworządnych obywateli do zdobycia. Chociaż także rycerz sprawiedliwości skaz rzecz oczywista niepozbawiony to rola jaką odgrywa uzasadnia metody stosowane, jednoznacznie wyrozumiałość i zdecydowanie sympatię widza wzbudzając. Bohater z zasady nie ma łatwo, bo zaangażowanie w sprawę, niezłomność i ofiarność często wymiary obsesji przybierają. Nie ma mowy by półśrodkami ambitne cele zdobywać zatem poświęcenie idei druzgocące spustoszenie w życiu rodzinnym i emocjonalnym czyni. Nawet herosi odporności bezgranicznej nie posiadają - trzymają ludzkie emocje głęboko skrywane lecz pozbyć się ich nie są w stanie. Stres bezustanny przy blasku dnia, w dynamice wydarzeń zostaje zagłuszony, a nocami jako strach paraliżujący powraca. Świadomość ryzyka nie własnego życia, a przede wszystkim najbliższych zderza się z fiksacją na aspiracjach. Dla przeciętnego człowieka niezrozumiałym są zachowania z takim hazardem związane stąd pytanie się rodzi co decyduje o podjęciu tego rodzaju decyzji. Czy to osobiste ambicje, uzależnienie od adrenaliny czy może przywiązanie do wartości i idei? Jeśli oglądając to wyśmienite kino z równym zaangażowaniem skupimy się na akcji jak odczytywaniu tego co między wierszami poukrywane pewnie odpowiedź znajdziemy. Postać sędziego Michela myślę, że daje taką szansę. Na koniec gdyby powyższe dywagacje bardziej do kwestii filozoficznio-psychologicznych niż ocennych w odczuciu czytelnika się odnosiły dodam z pełnym przekonaniem i w bezpośrednich słowach, iż La French to kapitalne kino pod każdym warsztatowym względem dopieszczone perfekcyjnie - w mojej ocenie prawdziwa bomba o potężnej sile rażenia. Nie dziwi zatem swego czasu laurka jednogłośnie mu przez ekspertów wystawiona. Jestem przekonany, że dzieło Cedrica Jimeneza z czasem do miana klasyki gatunku urośnie.

piątek, 4 września 2015

Set Fire to the Stars / Rozpalić gwiazdy (2014) - Andy Goddard




Niejaki Robert Allen Zimmerman (pewnie współcześnie już tylko dosyć okrojonej grupie osób znany), jako Bob Dylan w świadomości fanów funkcjonujący, przyjął takiż artystyczny pseudonim pod wpływem twórczości ekscentrycznego walijskiego pisarza i poety. Nim właśnie był Dylan Thomas, a obraz Andy Goddarda to historia istotnego fragmentu jego życia powiązanego bezpośrednio z treścią poematu "Miłość w domu obłąkanych". Opowieść o postaci nader kontrowersyjnej, człowieku pogrążonym w chaosie własnych pragnień, walorów wrażliwej osobowości oraz słabostek psychiki. Dotkniętym wyraźnymi zaburzeniami - spontanicznym, nieokrzesanym, nieodpowiedzialnym straceńcu uzależnionym od alkoholu. Bo Dylan Thomas w tym (zakładam autentycznym) ujęciu to taki nadwrażliwy labilny dzieciak w sklepie z zabawkami co wszystkiego musi dotknąć, spróbować po czym z impetem porzucić by szukać natychmiast nowych podniet. Taki "wymięty chłopczyk" o fizyczności niezguły i inteligencji geniusza. Jednak czy jest on tutaj postacią centralną, czy może tylko wypełnia tło w którym dominację przejmuje John M. Brinnin - nieco okolicznościami sterowany bohater niańczący szalonego geniusza. Mam wrażenie, iż akcent proporcjonalnie na te dwie postaci rozłożony, a widz odkrywa wszelkie psychologiczne aspekty ich relacji przez pryzmat zupełnie skrajnie biegunowo odmiennych dyspozycji psychicznych. Odpowiedzialność w konfrontacji z beztroską, usystematyzowanie i uporządkowanie w opozycji do totalnego chaosu, przenikają się bezustannie. Dla obydwu mężczyzn, ich rozmowy, burzliwe emocjonalnie zależności to bezcenne lekcje, wzajemnie przekazywane doświadczenia w toku intensywnych interakcji. Set Fire to the Stars to bogactwo psychologicznej treści w poetyckiej formie obrazu osadzone. W czarującym wizualnie mariażu czerni i bieli o wyrazistych artystycznych inklinacjach i z wyrafinowaną muzyką ducha epoki i miejsc skutecznie przywołującą. Pełnometrażowy debiut znanego z serialowych dokonań Goddarda jawi się niczym błyskotliwa nostalgiczna poezja sklecona z obrazu, idei i stanu umysłu, jako wartość ulotna, uchwytna tylko dla tych co poziom wrażliwości na piękno sztuki i jej intelektualne bogactwo osiągnęli. To wspaniałe doznania wyłącznie dla dusz artystycznych, one z pewnością odnajdą tutaj magię intensywną. 

P.S. Tu powyżej forma filmu zrazu narzuciła stylistykę refleksji. :)

czwartek, 3 września 2015

Cop Car (2015) - Jon Watts




Napisze krótko! Niespodzianka o wysokiej kaloryczności za psie pieniądze pewnie :) wyprodukowana. Z jednym głośnym nazwiskiem i resztą skromnej obsady zupełnie mi nieznanej. Kevin Bacon robi kapitalną aktorską robotę jednak prawdziwymi gwiazdami dwóch młodocianych amatorów. Gówniarze grają naturalnie i niezwykle przekonująco co szczerości i temperamentu akcji dostarcza. Wraz z interesującą fabułą, przemyślaną, nieprzeszarżowaną dynamiką i intrygującą minimalistyczną muzyką finalnie daje sześć kwadransów porządnego mocnego kina. Tak już jest, że czasami dla człowieka ożywczą okazuje się prosta aczkolwiek niebanalna rozrywka.

P.S. Na marginesie dopisze, że po pewnym niedosycie w tej gatunkowej niszy jaki Blue Ruin i The Rover ostatnio zafundowały to właśnie Cop Car obudził we mnie nadzieje, że tego rodzaju kino nadal może być świeże.

środa, 2 września 2015

Soilwork - The Ride Majestic (2015)




Zakładałem, że zapoznanie się z najnowszym krążkiem Soilwork nastąpi wyłącznie z sentymentu, przyzwyczajenia czy z obowiązku, bo przekonanie miałem, iż ten rodzaj muzycznej formuły przejadł mnie się już całkowicie. Jakież też było moje zdziwienie gdy po pierwszym odsłuchu z miejsca nastąpił drugi, trzeci, a nawet i czwarty bez jakiegokolwiek poczucia znużenia. Ot zwyczajnie dałem się porwać ze świeżym entuzjazmem dźwiękom jakie Szwedzi na The Ride Majestic zamieścili. Czemuż taki łasy na tego rodzaju formułę znowuż się stałem - takie pytanie sobie zadawać próbowałem i nijak nie mogłem skupić się na poszukiwaniu na nie racjonalnej odpowiedzi, kiedy totalnie wkręcony w kompozycje razem ze Stridem (ja pod nosem) on z cała mocą, teksty wyśpiewywałem. :) Noż jasna cholera przecież tyle razy to już robili, niewiele zmienili, bo jedynie ognia w porównaniu do poprzedniej produkcji więcej rozniecili z jednoczesnym zachowaniem regularnej chwytliwości w fantastycznych liniach melodycznych zawartej. Wielu pewnie te przebojowe inklinacje odrzucą bo przecież gdzie w agresywnej muzie miejsce dla nośnych wokaliz. ;) Ja akurat w przypadku Soilwork (mimo, że zbytniej słodyczy w gitarowym graniu nie znosze) jestem jak widać już chyba wiecznym niewolnikiem ich sposobu łączenia przebojowego charakteru z energetycznym czy może bardziej precyzyjnie się wyrażając soft brutalnym ;) wiosłowaniem i perkusyjna kanonadą. A tego jest na The Ride Majestic pod dostatkiem, w dodatku w wybornym solówkowym sosie podane i z autentyczną pasją zaprzeczającą jakoby lata na scenie z witalności ogałacały. Gdy dodam do tego ciekawie uchwycony motyw z koperty płyty to jestem w pełni usatysfakcjonowany. Nikt na siłę nie obiecywał (szumu wielkiego wokół płyty nie zanotowałem) że będę ponadstandardowo zadowolony, więcej sam byłem przekonany, iż ekipa Soilwork stając nawet na wysokości zadania, wznosząc się na wyżyny własnych umiejętności nie będzie w stanie mnie już zainteresować. Bardzo finalnie się zdziwiłem, że efekt przyjmuje z taką ekscytacją, szczególnie, iż na nowo się nie zdefiniowali, żadnej rewolucji nie przeprowadzili, a tylko udoskonalili formułę od dawna już dopieszczaną. 

wtorek, 1 września 2015

Vintage Trouble - 1 Hope Rd. (2015)




Admiratorzy klasycznych brzmień z drugim albumem na rynek wkraczają i tym samym udowadniają, że XXI wiek nie tylko ultranowoczesnością stoi ale pośród niewolników technologii spora tęsknota do kultury co duszę posiada się odzywa. Bo to co Vintage Trouble proponuje to bezpośrednie nawiązanie do czasów gdy muzyka przede wszystkim organiczny pierwiastek posiadała. Żywe brzmienia na scenie dominowały, przepełnione pasją i groovem dziś w tak intensywnym stopniu rzadko spotykanym. Szlachetny blues plus eteryczny soul z subtelnymi wpływami energii rock'n'rolla czy też country spod znaku Johnny'ego Casha. Tyle, że maniera wokalna Taylora to typowo czarna barwa, pełna głębi rytmu niźli głębi klimatu - chociaż to tak kapitalny pełen wielu zalet wokal,  iż odbieranie mu waloru kreacji atmosfery byłoby dużą niesprawiedliwością. Miast zapętlać się w próbach nakreślenia tej niejasności, sprowadzę to wprost do stwierdzenia - człowieku (adresatem rzecz jasna Taylor :) ) James Brown byłby z ciebie dumny! Gdybym musiał też dopatrywać się różnic pomiędzy debiutem, a 1 Hope Rd. to zwróciłbym uwagę na proporcję. Mniej rock'n'rolla więcej zmysłowych bujających pościelówek. Stąd gdyby ktoś poderwać babkę z klasą potrzebował ekipa Vintage Trouble pomoże. :) Posiadają te dźwięki czar ogromny na który coraz bardziej z wiekiem ja też jestem podatny, liczę jednak iż w przyszłości Krzysztofa Krawczyka nie zacznę słuchać. ;) Kierunek w którym podążam chyba jednak nie aż tak niebezpieczny. :)

Drukuj