poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Napalm Death - Time Waits For No Slave (2009)




Time Waits For No Slave to jak się teraz z perspektywy lat i dwóch późniejszych płyt zdaje ostatni album (a może to jednak Utilitarian) z serii zapoczątkowanej przez Enemy of the Music Business. Mam tutaj na myśli charakter, który odjeżdża zarówno od typowej grindowej młócki, gdzie dominuje punkowy wkurw i asceza środków, jak i zimnej, niemal industrialnej tonacji, czy też noisowych odjazdów na rzecz rozbudowanych kompozycji w duchu instrumentalnej progresji. Bo oto numery są złożone nie tylko z furii i mrocznej klaustrofobicznej atmosfery, totalnej agresji na przemian z ultra ciężkimi zwolnieniami miażdżącymi bezlitośnie. One znacznie częściej mieszczą się w przedziałach, gdzie średnie tempa wyznaczają środek ciężkości, a arsenał zasobów aranżacyjnych daje więcej możliwości kombinacyjnych, jak i pozwala utwory nazwać znacznie chwytliwszymi. Żeby była jasność, a żadnemu radykałowi nie dać powodu do "złośliwej" krytyki, pisząc iż album jest chwytliwy, nie mam na myśli typowego znaczenia tego frazesu - ja tylko postrzegam Time Waits For No Slave jako materiał bardziej przejrzysty w formie, a przez ten fakt przystępniejszy. Riffy jak zawsze złożone dostają więcej przestrzeni w duchu technicznego death metalu, pozbawione jednako zostają w ramach coś za coś rebelianckiej furii i swoistej anarchii. Niebagatelną, a nawet często kluczową rolę w uzyskaniu takiego efektu odgrywa produkcja kładąca nacisk na wyrazistość, czasem nawet nazbyt podkręconą sterylność dźwięku, uwydatniając zaciekle detale poszukiwań brzmieniowych i progresywny charakter wciąż przecież ekstremalnej gitarowej rzezi. Napalm Death z Time Waits For No Slave to pełna pasji i energii wciąż ekspansywna maszyna do cięcia ostrymi riffami. Tym razem jeszcze bardziej precyzyjna i ukierunkowana na nowoczesne eksperymenty brzmieniowe w mocno ograniczonej konwenansami estetyce. To cholernie mechaniczny album, w którym duch Napalm Death zostaje jednak zachowany, aczkolwiek pewnie dla wielu fanów tego pierwszego, najmocniej bezkompromisowego oblicza będzie on bardzo trudno dostrzegalny. Dla wszystkich tych, którzy zapewne w tym kierunku nie odnaleźli spełnienia, ekipa Shane'a Embury'ego nagrała dwa lata temu książkowo gwałtowny Apex Predator - Easy Meat. Znaczy, dla każdego coś mile napierdalającego. :)

czwartek, 17 sierpnia 2017

The Name of the Rose / Imię róży (1986) - Jean-Jacques Annaud




Największe, a na pewno najbardziej znane literackie dzieło Umbero Eco, zekranizowane przez Jeana Jaquesa Annaud ze świetną obsadą i w każdym fragmencie filmowej sztuki na poziomie mistrzowskim zrealizowane. Mając do dyspozycji pierwowzór który już sam w sobie jest gwarantem emocji, własny talent reżyserski jak i najlepszych specjalistów od zbudowania odpowiedniego sugestywnego nastroju (muzyka, scenografia) nie jest zaskoczeniem, iż efekt finalny przeszedł do historii kina jako dzieło wyjątkowe. Pamiętam, że pierwotny seans odbyłem za czasów szkolnych dzięki zaangażowaniu ówczesnej mojej wychowawczyni, która dając jednocześnie dojrzewającym młokosom odrobinę kultury i przerwę od zajęć lekcyjnych dała szansę na spotkanie ze sztuką filmową najwyższej klasy. Średniowiecze w pełnej krasie na ekranie, mroczne wieki zdominowane przez hipokryzje i władczy charakter kleru. Herezje wszędzie podkopujące władzę kościoła, inkwizycja powołana by w ryzach jednomyślności trzymać, posępne opactwo mrokiem osnute, zakonnicy niczym duchy jakie, niebezpieczna tajemnica, śmierć jako codzienność, śledztwo w miejscu, gdzie diabeł w owczej skórze bynajmniej nie przysypia. Starcie przesądów z niemile widzianym podejściem naukowym, światle rozumowym, czysto zdroworozsądkowym. Ludzie niczym upiory, pozbawieni człowieczych emocji, jakiejkolwiek wrażliwości, zatraceni w ascezie, zagubieni w zabobonnej filozofii. W tych okolicznościach William z Baskerville obserwuje, czyta uważnie pomiędzy wierszami, wyrywa strzępy informacji, niczym detektyw z wieków dużo późniejszych dedukcją się kieruje, posługuje czystą logiką, wyciąga przenikliwe wnioski i działa pod presją, bo ustawicznie czujnym okiem zainteresowanych jest obserwowany. William tropi, łączy fakty i poszlaki korzystając z doświadczenia i zdobywanej na bieżąco wiedzy dzieląc się nią i swoim zamiłowaniem dla rozumu z młodym uczniem, który ponadto rozkoszy czysto fizycznych zaznaje, żądzą ciała się poddając. Zaiste kino to tak samo mistyczne, jak bliskie człowieczej naturze. :)

środa, 16 sierpnia 2017

Wall Street (1987) - Oliver Stone




Kultowy Gordon Gekko i jego słynna sentencja "greed is good". Money, Money, Money, można by zanucić obserwując jak działa wielka finansjera, jak po trupach stąpają królowie życia, brać cwaniaków nakręcona na jeden cel, na kasę która wszystkie drzwi otwiera ale i z człowieka pokusą i luksusem kupionego podstępnie niewolnika czyni. Jak idzie to jest git, ale w tej branży upadek bardziej prawdopodobny od długotrwałego sukcesu, a stabilizacja to absolutnie w grę nie wchodzi, bo tu trzeba zarabiać by mieć, posiadać - by na kolejne poziomy zarabiania wkraczać. Grube ryby kręcą gigantyczne wałki, gierki i manipulacje w głowach, motywacyjne sztuczki by zapalić do działania, wykorzystywać przyjazne zbiegi okoliczności i własną przebojowość – wszystko inspirowane w jednym celu. :) Klasyka kina, najwyższa półka w dorobku Oliviera Stone’a – z dziecięcą buźką Charliego Sheena, z symbolem dolara w oczach Michaela Douglasa. I nawet jeśli po latach w konfrontacji z kilkoma współczesnymi tytułami o podobnej tematyce nie lśni już tak intensywnie, blask przyblakł co nieco, tajemnica wraz z zaskoczeniem z branży została zerwana i nic już nie dziwi, to i tak przez wzgląd chociażby na kultowe zdanie wypływające z namiętnością z ust GG ikoniczna dla kina produkcja.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Extremely Loud & Incredibly Close / Strasznie głośno, niesamowicie blisko (2011) - Stephen Daldry




Na Daldry’m nie można się zawieść, jest gwarantem wielkiego kina i nawet jeśli Strasznie głośno, niesamowicie blisko nie od razu uznałem za dzieło, to z perspektywy czasu i po ponownym seansie nabrał w moich oczach cech kina wyjątkowego. Dwie tragedie, dwa dramaty jako fundament dla błyskotliwie skonstruowanej fabuły - ten zza oceanu dla mojego pokolenia mimo że daleko stąd, ale przez pryzmat przeżywania na żywo bardzo silnie odczuwalny i w tle ten sprzed wielu laty dla ojczyzny konsekwencjami czarny, przodków moich bezpośrednio dotykający. Przeplatają się w zamyśle Daldry’ego, lecz nie zazębiają w sposób oczywisty, stanowią bazę i punkt odniesienia dla przeniesienia na widza poczucia niewyobrażalnej straty nie tylko ojca w znaczeniu rodzica, czy opiekuna ale przyjaciela i przewodnika. Druzgocąca żałoba i radzenie sobie z traumą wyniszczającą młodego, wrażliwego człowieka. Potworna tęsknota, której konsekwencje łagodzone wyobraźnią, pasją będącą darem i terapią jednocześnie. Przygoda, śledztwo niezwykłe, poszukiwanie klucza do zrozumienia siebie i innych w zapętlonych losach przypadkowych osób. Fantastyczny pomysł na poruszająca opowieść, oryginalny i co najważniejsze ogromnie wartościowy. Trudny i poruszający obraz, ale mimo wszystko ciepły i optymistyczny film o tym wszystkim co w życiu najważniejsze. Z ujmującą rolą młodziutkiego aktora i towarzyszących mu pierwszoplanowych gwiazd - w doskonałej symbiozie, przepięknej kompozycji wszystkich zalet głębokiego emocjonalnego kina.

P.S. A może przez wzgląd na tą wycieczkę po mieście, w czapce, kurteczce i z plecakiem to taki ambitny ale jednak Kevin sam w Nowym Yorku, lub może to Wszystko za życie Seana Penna, w sensie poszukiwania własnej tożsamości poprzez styczności z przypadkowymi osobami, budowania archiwum przeżyć, tylko ograniczona w przestrzeni do jednej aglomeracji? Czy tylko mnie dopadły takie dodatkowe skojarzenia? :)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Passengers / Pasażerowie (2016) - Morten Tyldum




Śmiały, lecz przyjazny dla oka futurystyczny charakter scenografii każe oklaskami obdarować wyobraźnię tego, który za ten efekt odpowiedzialny. Czyste formy, miękkie kształty, idealnie sterylne powierzchnie, dużo neonowego światła, pogrywanie połyskiem i mrokiem dobrze wygląda ale i jest nienaturalnie higieniczne, bowiem ogromna ingerencja grafiki komputerowej sprowadza efekt do oglądania jakby animacji permanentnej. No tak, ale to szczegół, gdy merytoryczna strona obrazu jest zaskakująco ciekawa. Ten pomysł z uwięzieniem na ulegającym awariom statku kosmicznym, który rodzajem wyspy w czasoprzestrzeni - inspirowany klasycznymi opowieściami o rozbitkach. Klaustrofobiczna atmosfera zamknięcia w pałacu ze złota z wszelkimi wygodami ale bez wolności, możliwości decydowania i przede wszystkim braku perspektywy wyrwania się z tego potrzasku. Ten filozoficzno-moralistyczny pierwiastek w egoistycznym sposobie walki z samotnością, skazaniem innej osoby na podobny los by zaspokoić własne potrzeby. Te wyrzuty sumienia związane z podjętymi działaniami, trwanie w kłamstwie, gdy rodzi się uczucie w konwencji wzruszającego love story ale także w końcowej części, co spostrzegam jako wadę, akcji dość typowej dla scenariuszy w klimacie science fiction i wreszcie finalnej taniej ckliwości. Jednakże pomimo obranego kierunku na rozrywkę, to film z zaskakująco sporym potencjałem intelektualnym i co najistotniejsze w zdecydowanym stopniu wykorzystanym. 

sobota, 12 sierpnia 2017

Algiers - The Underside of Power (2017)




Eklektyzm pełną gębą - masa inspiracji przefiltrowana przez własne spojrzenie na świat dźwięków, wrażliwość emocjonalną, także społeczną i chyba również polityczną. Bo to takie pełne empatii i bólu protest songi na bazie uduchowionego soulu, zimnej elektroniki, trip hopowego mroku, trybalnej szamańskiej rytmiki i nawet surowego punka, a wszystko z wartością dodaną, jaką w tym całym kosmosie wyraźna dawka soczystego groovu wplecionego bezkolizyjnie w apokaliptyczny klimat. Wokalnie wypisz wymaluj (oczywiście na czarno) jak Ty Taylor, ten gość z Vintage Troube, lecz z mocniejszym zaangażowaniem, może i nawet wkurwem na rzeczywistość. Ma człowiek dwojga imion, zwany Franklin James Fisher kapitalne możliwości głosowe, coś mądrego, bo akurat  dokładnie przemyślanego do przekazania i jest w tym absolutnie prawdziwy i wiarygodny. The Underside of Power to niezwykła dawka piętrzących się emocji, może z jednym drobnym mankamentem, że pod koniec płyta gubi trochę napięcie i nieco pęd wyhamowuje, ale i tak pasji w niej tony. 

środa, 9 sierpnia 2017

Dead Cross - Dead Cross (2017)




Nie będę ukrywał, bo i niby po co, że zainteresowanie moje ekipą Dead Cross wynika w prostej linii z zaangażowania w jej działalność głównie Mike'a Pattona, w drugim rzędzie zaś Dave’a Lombardo, nie mówiąc już o dwóch pozostałych członkach grupy. Absolutnie nie umniejszam ich roli, czy wpływu szybkostrzelnego kubańczyka, ale oddziaływanie na każdą ekipę w której funkcjonuje ten wokalny akrobata lub której częścią bywał w przeszłości jest bezdyskusyjnie zasadnicze. Zdaje sobie sprawę (i nie jest to usprawiedliwianie ;)), iż Dead Cross swój oddech na scenie ekstremalnej zaznaczył i to bez konieczności podpierania się osobą wokalisty Faith No More, lecz taka promocja kiedy jakość ona jednocześnie podnosi zdecydowanie przecież nie przeszkadza. Bo oto za sprawą wokalnych interpretacji quasi alchemika Mike'a, który swymi możliwościami wokalnymi potrafi przeciętność zamieniać w złoto, ekipa powstała jak doczytałem z inicjatywy Lombardo weszła na dotychczas nieosiągalny poziom zaawansowania, podbijając dramatyczny pierwiastek proponowanych strzałów bitych intensywnie i z konkretną mocą do poziomu ponad poprawny, co nieco grind corem zainfekowany hard core/punk. Tym samym zapewne przez pewien może i istotny odsetek pierwotnych fanów płyta zostanie skrytykowana jednocześnie otrzymując wsparcie tych co za nazwiskiem Pattona tutaj w to miejsce dotarli. Jak widać czuję się rzecz jasna częścią tej drugiej kategorii, bowiem nie styl czy gatunek przez martwy krzyż uprawiany był dla mnie magnesem przyciągającym. Nie ma we mnie odrobiny wstydu, że wytropiłem Dead Cross wyłącznie po śladach pozostawionych przez gentelmana z ikonicznymi dla sceny nazwiskiem. Tym bardziej, że te niecałe 30 minut z furiackim okładaniem instrumentów, doprawionym tylko czasem względnym uporządkowaniem i wszelkiej maści wrzaskami uzyskiwanymi z aparatu gębowego Mike’a Pattona zapętliłem już kilkunastokrotnie i mimo, że muzyczna ekstrema tego rodzaju nie stanowi dla mnie atrakcji obowiązkowej to także i nie uciekałem od tego szaleństwa w popłochu. Jako niekoniecznie fan takiego sonicznego gwałtu okazało się, iż nie mocowałem się nazbyt z tymi dziesięcioma numerami, przyjąłem je na klatę w takiej hałaśliwej formie, bez roztrząsania po cholerę kolejny projekt weteranów zrozumiały dla bardzo ograniczonej liczby fanów. Dla mnie to początek znajomości z tym ansamblem, dla ansamblu i maniaków zaś z pewnością mocne nowe otwarcie.

P.S. Dodam jeszcze, że nie takie marginalne znaczenie ma dla mnie surowa i symboliczna oprawa wizualna albumu i klipów. 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Lorde - Melodrama (2017)




Po czterech latach od debiutu ówcześnie jeszcze nastoletnie dziewczę, dzisiaj już dojrzewająca w szybkim tempie kobieta wraca z nowym albumem, a oczekiwania co do jego jakości ogromne, bo czysta heroina nie tyle wprowadziła ją z dużym rozgłosem na salony, jak z hukiem ogromnym wyważyła do nich drzwi pozostawiając zapewne konkurencję tam wygodnie zasiadającą z mocno rozdziawionymi ze zdziwienia mordkami. Pytanie zatem oczywiste, czy Lorde spełniła pokładane w niej nadzieje i czy można w tym miejscu zdecydowanie stwierdzić, że pozostała jedną z najjaśniejszych gwiazd sceny, która w perspektywie wielu lat może wyznaczać zakres trendów. Przede wszystkim Melodrama to krążek z pewnością świetnie wyprodukowany, pełny ciekawych, momentami bardzo świeżych chociaż niekoniecznie rewolucyjnych rozwiązań oraz kapitalnej spójności pomiędzy dźwiękami, a bogatą w szczegóły interpretacją wokalną. Zarówno sporo tutaj potencjalnych hitów, jak i numerów które ambitnych artystycznie zwolenników intelektualnego popu zadowolą - pobudzających emocjonalnie hipnotycznych perełek flirtujących z całą paletą brzmień z pogranicza elektroniki kojarzącej się zarówno z indie rockiem, trip hopem, jak popem o czysto ejtisowych syntezatorowych proweniencjach. Album zdobny jest masą intrygujących bitów, odgłosów, pogłosów itp. wprowadzających tajemniczy klimat i podkręcających dramatyzm zabaw muzyczną materią oraz wpadających w ucho, mimo tego nie takich oczywistych refrenów. Odpowiedź na pytanie z początku refleksji jest chyba już oczywista, znaczy Lorde bezsprzecznie poszła za ciosem i przygotowała materiał, który niczym nie ustępuje debiutowi i chwilami nawet z nawiązką przynosi fanom oczekiwaną satysfakcję, szczególnie gdy w Writer in the Dark zaciąga niczym legendarna Kate Bush, ubarwia konstrukcje kompozycji dęciakami w Sober, silnie akcentuje charakter w Sober II, czy rozsiewa urzekający czar przy akompaniamencie pianina w Liabillity. Natomiast czy zgodnie z przewidywaniami Dawida Bowiego będzie "przyszłością muzyki", nie mam jeszcze do końca takiego przekonania. Życzyłbym sobie jeśli to możliwe, by mainstream nie wchłonął jej nazbyt szybko i nie zepsuł czyhającymi w tym środowisku pokusami. Talent w niej pulsujący intensywnie, możliwości ogromne i tylko od tego jak silna jej konstrukcja psychiczna i odporność na wpływy niekorzystne zależy jej miejsce w historii muzyki popularnej. Wbrew pozorom uważam, że niekonwencjonalny pop zawsze na propsie, że tak się lansersko wyrażę. :)

piątek, 4 sierpnia 2017

Bleed for This / Opłacone krwią (2016) - Ben Younger




Tak po cichu się pojawił i bez większego echa przeszedł, a zasługuje na głośniejszą reklamę, bo to jak się okazuje bardzo sprawnie zrealizowany dramat bokserski oparty na autentycznych wydarzeniach. Wciągające spojrzenie na pełną ostrych zakrętów historię życia - kulminacyjnego czołowego zderzenia oraz jednego niewiarygodnego wzlotu ponad ludzkie możliwości w karierze amerykańskiego pięściarza o makaroniarskim pochodzeniu, o którym ja miłośnik boksu (tylko w tym filmowym wydaniu :)) absolutnie nic przed seansem nie wiedziałem. Więcej świadom nawet nie byłem, że ktoś taki w zawodowym boksie mocno swego czasu namieszał. W postać Vincenzo Pazienzy bardzo przekonująco Milles Teller się wcielił, czyli młody człowiek który w pierwszej lidze aktorskiej zaistniał dzięki roli w lawinowo nagradzanym Whiplash, a mnie dobrze już wówczas był znany po bardzo udanym zaistnieniu w kapitalnym obrazie Johna Camerona Mitchella u boku między innymi Nicole Kidman. W roli pięściarza odnalazł się znakomicie, chociaż obawy pewne przed seansem miałem, czy to trafny castingowy wybór. Przekonał mnie jednak w stu procentach, stając się w sposób autentyczny człowiekiem o trudnym charakterze i hulaszczym usposobieniu, nieodpornym na pokusy za grube pieniądze dostępne i dotkniętym przez los dramatycznym wypadkiem. Niestety ślepy traf nie zawsze człowiekowi przyjazny, więc jak się idzie na serio w okładanie na ringu to trzeba mieć w sobie coś ze wściekłego zwierza uodpornionego na niepowodzenia, którym bardziej od wyrachowania i rozsądku instynkty, ewentualnie ambicje kierują. Charakter do walki gość posiadał, z dyscypliną bardziej kiepsko było ale i tak samozaparcie spotęgowane i ten dynamit w łapie wespół z zadziorstwem sukces mu zapewnił i wpisał w historię pięściarstwa. Może to obraz niesięgający poziomu dzieła, ale z pewnością na wysokim poziomie, intrygujący i z pazurem zrealizowany i co najważniejsze bez taniej popeliny i miałkich wzruszeń powpuszczanych pomiędzy sekwencje walk. A może się mylę i chwalę go bezpodstawnie, bo brak mi krytycznego spojrzenia na tego rodzaju kino? Obejrzyjcie i mi powiedzcie! :) 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Alien: Covenant / Obcy: Przymierze (2017) - Ridley Scott




W końcu się zdecydowałem na starcie z xenomorphem, w najnowszej odsłonie kontynuacji Obcego. Poczytałem wcześniej nieco opinii, obserwowałem z dystansu narastające napięcie przed premierą i oczekiwania bardzo wysokie, szczególnie, iż Prometeusz nie był chyba do końca tym czego fani mrocznej sagi sobie życzyli. Cóż, mam akurat to szczęście, że tego rodzaju kino za młodzieńca fascynowało mnie znacznie bardziej niż obecnie i absolutnie do grona jego zafiksowanych miłośników dzisiaj nie należę. Przyznaję że sentyment do pierwszych produkcji u mnie spory, ale już od lat z obawy nie wracałem do jakiejkolwiek z części Obcego, by obrazu we wspomnieniach ukształtowanego nie zburzyć. Stąd gdy tylko Alien w tv gości nie zasiadam przed ekranem i nie dokarmiam szczeniackich fascynacji, sprawdzając jedynie bez napinki, zawsze z lekkim opóźnieniem, gdy szum ucichnie, bieżące produkcje. Jak widać zanim Przymierze obejrzałem wielkich oczekiwań nie miałem, przygotowałem się na odskocznie od ciężkich gatunkowo i emocjonalnie produkcji, które w wieku średnim robią na mnie największe wrażenie - łapiąc za gardło i wzbudzając poruszenie. Takie nastawienie okazało się odpowiednie, gdyż dwie godziny seansu podczas, którego Ridley Scott postanowił pozszywać ambitne wątki kreacjonizmu z niewyszukaną strzelanką absolutnie mnie nie przekonały. Zbyt często szwy w najbardziej krytycznych momentach puszczają i zamiast precyzyjnego ściegu ostają się tylko dobrze skrojone elementy (bo zdjęcia są dobre, muzyka też całkiem i Fassbender kapitalny) lecz bez trwałego połączenia i wreszcie cechy konstytutywnej, czyli klaustrofobicznego klimatu. Żeby nie przeciągać, bo nie ma się za bardzo nad czym rozwodzić, najbardziej kluczowym jest jednak fakt, iż najbardziej przerażający i fascynujący stwór w historii kina w prezentowanym tutaj ujęciu bardziej śmieszy niż straszy, bo zamiast wyłaniać się z mroku otoczony atmosferą tajemnicy, on niczym celebryta w blasku światła paraduje. Tym samym odarty z najistotniejszego waloru staje się groteskowym przykładem przemiany w karykaturę samego siebie. Proszę jednak uznać powyższą krytykę jako głos człowieka, którego samo przekonanie do idei ustawicznego przerobu najznakomitszych przykładów popkultury na maszynki do zarabiania kasy uznać można za misję niewykonalną. Rozumiecie - nastawienie! ;)

środa, 2 sierpnia 2017

Denial / Kłamstwo (2016) - Mick Jackson




Tekst zwięzły będzie, bo oto prócz przyciągającego uwagę faktu, że dramat ten oparty na autentycznych wydarzeniach i sięgający tematycznie do bulwersującego przekonania, iż niemieckie obozy zagłady to wyssane z palca bujdy skonstruowane by czarnym PR-em zaatakować „pro ludzkie” działania III Rzeczy, to akurat w sensie czegoś ponad odtwórcze i totalnie schematyczne ujęcie relacji z procesu sądowego tutaj nic nie znajdziemy. Klasyczny aż do bólu, ale z wybitną klasyką gatunku niemający nic wspólnego, niewychylający się poza kwadratowy szablon, ze szczątkowymi tylko emocjami, co w przypadku fundamentu zawartego w historii stanowi sztandarowy przykład zaprzepaszczenia potencjału. Może nieco obraz całości ratują niezłe kreacje aktorskie, w starciu poprawnie odegranych postaci radykalizującego showmana przeciwko błyskotliwej akademiczce, ale nawet zatrudnione uznane nazwiska nie są w stanie wzbudzić większego napięcia. Typowy średniak z ambicjami, niestety bez argumentów.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Dunkirk / Dunkierka (2017) - Christopher Nolan




Refleksja w temacie Dunkierki nie zamknie się w kilku prostych żołnierskich słowach, mimo że temat mógłby do takowej formy zobowiązywać. Tutaj w tym miejscu sporo zostanie wyartykułowane, ostrzegam że czasem nawet pomimo przygnębiającego ciężaru tematu, zachowując rzecz jasna szacunek i proporcje z drobną dozą żartu. ;) Najnowszy obraz Christophera Nolana to nie jakaś kolejna sztampowa produkcja o bohaterstwie na polu chwały, a zupełnie nowa, choć zbudowana z kilku podstawowych elementów świeża w kinie formuła zawstydzająca poniektórych reżyserskich wydawałoby się tuzów. I jeśli już o metodzie piszę to zaznaczam stanowczo, iż dwie kategorie warsztatowej biegłości wyznaczają kierunek, w którym Nolan poszedł. Mianowicie zdjęcia i przede wszystkim muzyka, czyli tandem idealnie w tym wypadku spójny, bo gdy dźwięki skomponowane przez Hansa Zimmera przyprawiają przez ponad sto minut projekcji o ustawiczne dreszcze, to wizualna poetyka ujęć (Hoyte Van Hoytema) pozbawionych tandetnej zabawy grafiką komputerową serwuje widzowi cały wachlarz doznań wizualnych o wysokim stężeniu autentyzmu. I nawet jeśli cześć operatorskiej roboty naturalnie wspierana jest nowoczesną technologią, to nie ma mowy, aby ona sprowadzała wrażenia do nieprzekonującej żonglerki tanią widowiskowością. Nolan skupił się na wbiciu widza w fotel już od pierwszej sceny i nieodpuszczaniu do samego końca, bez sztuczek i forteli, wyłącznie odartym z przesady surowym obrazem wojennej zawieruchy – z minimalną ilością dialogów, powstrzymaniem się przed nazbyt nachalnym epatowaniem krwią i co niezwykłe bez fizycznego współudziału postaci w mundurach Wehrmachtu, jednocześnie z tak wyraźnym poczuciem obecności ich siły. Utrzymał reżyser, mimo minimalizmu środków w sposób fenomenalny napięcie w każdej scenie - odtworzył dobitnie presję czasu, ukazał sugestywnie strach, bezsilność i desperacje w walce o przetrwanie, tylko z odrobiną patosu, tak ku pokrzepieniu serc w samym finale. Tym samym stanął w jednym szeregu z największymi mistrzami kina pokroju Kubricka, Coppoli, Stone’a czy Spielberga, reżyserów dokonujących swego czasu w gatunku filmu wojennego przełomów zarówno w kwestiach warsztatowych jak i emocjonalnego oddziaływania. Dunkierka według wizji Nolana to totalne przerażenie w oczach setek tysięcy cofających się żołnierzy brytyjskich i francuskich, to chaos akcji ewakuacyjnej, bezradność militarna wobec miażdżących sił niemieckich oraz niezwykła wola przeżycia i dotarcia do angielskiego wybrzeża. To także w równej mierze zapis heroicznej postawy nielicznych pilotów osłaniających odwrót, jak i zwykłych cywilów poświęcających własne bezpieczeństwo na rzecz akcji ratowniczej. Ta właśnie rozbudowana scena głównych postaci dramatu wymagała dużej sprawności narratorskiej i Nolan osiągnął tutaj fantastyczny efekt stosując oryginalny podział miejsca i czasu akcji, gdzie jeden tydzień na plaży, jeden dzień na wodzie i jedna godzina w powietrzu łączą się w spójną i płynną całość, zaplatając wątki z dużą precyzją. Gdy dodam, iż piętrząca się dynamiczna akcja nie pozwala złapać tchu, aktorski warsztat satysfakcjonuje nawet w wydaniu Harry’ego Stylesa (uwaga teraz dłuższa dygresja zakłócająca rytm tekstu – One Direction,  mówi wam to coś i wiem, że mimo obecności osoby formatu gwiazdy piosenki chłopięcej najważniejszy i tak jest Tom Hardy :)), a wszelkie dźwięki materii nieożywionej towarzyszące walce, z wybijającym się na czoło przerażającym świstem nurkujących myśliwców, dokonują zaciekle zmasowanego ataku na aparat słuchowy i emocjonalną konstrukcję widza, to otrzymuje równanie doskonałe, w którym jedyną niewiadomą jest kwestia czysto historyczna. Okazuje się bowiem, że do dnia dzisiejszego nie ma jednej w pełni wiarygodnej teorii wyjaśniającej dlaczego wówczas szwabskie czołgi spychające spanikowanych żołnierzy ku morzu, akurat się zatrzymały. Zapewne gdyby z jakichś nieznanych powodów Niemcy nie zaciągnęli hamulców uratowałoby się 350, nie 350 tysięcy alianckich żołnierzy i ucieczki w żaden sposób nie udałoby się przekuć we względny sukces.

P.S. Na koniec na marginesie drobna uszczypliwość skierowana zarówno do zachwyconych ostatnią pracą Mela Gibsona oraz do niego samego. Stawiając na szali ważącej dosadność przekazu Przełęcz ocalonych i Dunkierkę ta pierwsza wystrzeliłaby w górę pod ciężarem gatunkowym jaką swoje dzieło obdarzył Nolan – bez dyskusji proszę, bez dyskusji myślę że będzie, argumentów merytorycznych po stronie Gibsona oczywista przecież posucha! :)

piątek, 28 lipca 2017

Tau Cross - Pillar of Fire (2017)




Pamiętam (bo akurat nie minęły grube lata od wydania debiutu :)) że Tau Cross, czyli formacja stworzona przede wszystkim  przez dwóch tuzów ekstremalnej sceny w osobach Michela Langevina aka "Away" (Voivod) i Roba aka "The Baron" Millera (Amebix) pierwszym krążkiem narobiła dość sporego zamieszania. Wyjątkiem nie były wtedy sytuacje, że album ten zostawał wydawnictwem numeru w wielu branżowych magazynach i w rocznych podsumowaniach roku 2015-ego wspinał się na szczyty rankingów. Szanuję bardzo sytuację kiedy zespół zbudowany wokół znanych w środowisku muzyków bez ogromnego wsparcia ze strony machiny promocyjnej uznanie zdobywa, bo ono wtedy rzecz jasna oparte nie na oddziaływaniu marketingowym, czy koniunkturze, lecz na autentycznym wysokim poziomie artystycznym wydawnictwa. Akurat w przypadku debiutanckiego krążka Tau Cross to przekonanie nie pochodzi z osobistej autopsji muzycznej zawartości, gdyż jako żaden fan Amebix, a jedynie wybiórczy adorator kilku tylko płyt sygnowanych logiem Voivod na wieść o takiej kolaboracji małpiego rozumu nie dostawałem, a nadmiar interesujących mnie produkcji moją uwagę odciągnął od faktu, iż takie oto istotne dla ekstremy wydarzenia miejsce mają. Wiedzę czerpię z archiwalnych tekstów autorstwa tych co się lepiej znają, które ówcześnie poznałem, a teraz by pamięć odświeżyć ich zawartość na szybko przewertowałem.  Kilka tygodni temu jednak, gdy wzmianki o premierze drugiego albumu w necie zaistniały, a wraz z nimi single w tandemie przygotowano do odsłuchu nie omieszkałem dokonać ich konsumpcji, by w końcu samodzielnie przekonać się wokół czego taki względnie intensywny szum zaistniał. Z oczywistych powodów nie będę Pillar of Fire porównywał do poprzednika, chociaż znajomość z nim w międzyczasie także zainicjowałem, lecz ona ograniczona jedynie do dwóch, trzech odsłuchów i to w warunkach, w których o odpowiednie skupienie na muzyce łatwo nie było. Ograniczę się więc do odczuć zawężonych do dwójki, a jedynka z pewnością i wkrótce na stronach NTOTR77 zagości. Cóż (kręcę teraz nosem) nie do końca stylistyka jaką prezentuje Tau Cross leży na terytoriach do których mam największą słabość, jednak mimo, że materiał nie mógł w tym miejscu liczyć na tego rodzaju względy, to z każdym kolejnym seansem dźwiękowym płynącym z Pillar of Fire coraz mocniej przekonywałem się do tej apokaliptycznej stylistyki. Chłód bije z krążka przez ponad pięćdziesiąt minut, a jego fundamentem nie tylko wyraźna zimnofalowa motoryka, ale także liryczna zawartość hymnów wyśpiewywanych zarówno podniosłym głosem jak i zmanierowanym odrobinę warkotem. To w moim przekonaniu hybryda oddziaływań pochodzących ze sceny punkowej, ambitnej progresywności i przybrudzonego transu z najistotniejszym wpływem klarownego thrashowego riffowania. Album pomimo, że odstaje wyraźnie od współcześnie popularnych w metalu tendencji do przesadnego komplikowania muzycznej materii, nie jest jednak śmierdzącym naftaliną pierdem weteranów, tym bardziej zblazowanym aktem ich frustracji. Ma podstawową zaletę jaką kapitalna motoryka takich ciosów jak między innymi Raising Golem, On the Water, RFID czy Killing the King i Deep State, wzbogaconych dodatkowo klimatycznymi wizualizacjami w wydaniu teledyskowym i niestety sporą wadę, którą patos spływający momentami wręcz nieznośnie z tych numerów, gdzie akustyczne wycieczki zbyt liczne. Kłopot w tym także, że maniera wokalna Millera taka, iż  warczy i zaciąga jakby obok muzyki przez co spójność wokalu z instrumentami daje wiele do życzenia. Bez względu jednak na jego "wady", które dla zapalczywego fana twórczości z tego gatunkowego segmentu mogą nie być minusami, a właśnie stanowić jego kluczową zaletę, dla mnie Pillar of Fire jest na pewno jednym ze sztandarowych przykładów szczerej i autentycznej pasji, szczególnie gdy patrzę na występy na żywo tych gości zamieszczone dość licznie w sieci. 

czwartek, 27 lipca 2017

Monster Magnet - Monolithic Baby! (2004)




He he he, jak widzę Dave’a Wyndorfa to zawsze rubaszny śmiech mnie dopada i nie idzie tutaj o jego zabawny charakter, fizyczność czy inną radosną pospolitą przywarę. Powodem takiej reakcji jest fakt, iż jakby ten gość nie jechał po bandzie w życiu osobistym, a przez to mniej lub bardziej odbijały się te incydenty na funkcjonowaniu kapeli to jakimś cudem nie ma mowy, aby wartość muzyczna albumów wydawanych przez Monster Magnet cierpiała. No jasne, czasem jest genialnie, innym razem bardzo dobrze, lecz poniżej wartości zdecydowanie plusowych goście nie schodzą. Ta kapela, bowiem to zaraz po nieśmiertelnych Stonesach i legendarnym Motörhead synonim długowieczności (chociaż staż nieporównywalnie mniejszy ale za to liczba zakrętów życiowych podobna) a jego frontman mógłby śmiało być nieznanym ojcu synem Lemmy’ego, spłodzonym podczas jednej z pewnie tysięcy pokoncertowych imprez. Sukinsyny (mają/mieli or ma/miał) w sobie to coś, ten ciąg na bramkę, bez oglądania się za siebie, ze wzrokiem osadzonym tu i teraz, czyli absolutnie żadnego planowania na zaś, perspektywicznego myślenia, zamartwiania i fiksowania się na rzeczach, które w rzeczy samej tylko czystą radość z życia zabierają. Dave nawalony/naćpany, przed odwykiem, po odwyku czy w stanach zawieszenia, albo gdzieś pomiędzy tymi fazami ma wypisaną na wiecznie zadowolonej sarkastycznej mordzie sentencją „łap życie”, bo masz je sukinkocie kurwa tylko jedno. Może dlatego jestem zafascynowany takimi postaciami, gdyż prywatnie zbyt często mam trudności ze złapaniem dystansu, gdy życie zawodowe wymaga dla zdrowia psychicznego zbyt częstego patrzenia przez palce, ustawicznego poczucia humoru, które jako jedyne może uchronić od totalnej fiksacji, tudzież w sytuacjach ekstremalnych po prostu nerwicy z dołem konkretnym. Wiem też, bo świadomość moja nie zakłada istnienia w ludziach jednowymiarowości, że ten obraz Wyndorfa to tylko jedna z jego twarzy, a poza nią wiele pewnie innych które z oczywistych względów mi nieznane. Zwyczajnie ludzie z natury są wielowątkowi i wieloznaczni, problem tylko w tym, aby ta chujowa strona osobowości nie zdominowała tej szlachetnie optymistycznej i nie spieprzyła życia nosicielowi i prawidłowego funkcjonowania osób z jego najbliższego otoczenia. To przekonanie mam we łbie w każdej dosłownie sytuacji i z mniejszą lub większa skutecznością staram się realizować jego założenia. Zapewne też muzyka jaką tworzy Wyndorf pomaga - jej swoiste terapeutyczne oddziaływanie dba o zachowanie mentalnej młodości, tego bezstresowego osiągania stanów radosnych i hedonistycznej przyjemności płynącej z luzackiej rezerwy i braku spiny o rzeczy nieistotne – chroniąc przed zgorzknieniem i frustracją, które szczególnie obecnie wokół siebie, w ludziach zmęczonych na każdym kroku dostrzegam w ilościach dramatycznie dużych. Piszę o tym w tym miejscu, bo akurat Monolithic Baby! w wymiarze mentalnym i artystycznym zdaje się być najbardziej beztroskim materiałem, jaki został nagrany pod szyldem MM. Nie odnajduje na nim ciężkiej psychodelii i kosmicznego tripu charakterystycznego dla większości ich płyt, a nawet jeśli już one są to w ilościach śladowych, bardziej w miejscu tła niźli na froncie. Album zbudowany jest z czystego spontanu, prawdziwego bezpretensjonalnego rock’n’rolla – z potrzeby dobrej zabawy i sybaryckiej przyjemności. Tak on na mnie oddziałuje i za każdym razem, gdy numery w rodzaju Slut Machine, Supercruel, Unbroken (Hotel Baby), Radiation Day, Monolithic, Master of Light czy Ultimate Everything wpływają rwącym strumieniem do moich małżowin, odczuwam przypływ pozytywnej energii i myśli refleksyjnych skierowanych w tą lepszą stronę życia. Bo Monolithic Baby! to dar dla wyczerpanej często baterii, niczym prostownik doładowujący zdechły akumulator by na nowo ożywić mechanizm i wprawić go w ruch. Dać kopa na rozpęd, ale i jak wschodnia medytacja oczyścić ze złych emocji, wylać do ścieków gorycz i zawiść, na gębę wkleić uśmiech, a w oczach umieścić błysk! Monolitic Baby! to optymalnie skuteczny dopalacz pozbawiony zakazanych komponentów i skutków ubocznych, a przez to dozwolony prawnie i mogący bez zabójczych konsekwencji fizjologicznych być w organizm wtłaczany bez jakichkolwiek ograniczeń. 

poniedziałek, 24 lipca 2017

Stone Sour - Hydrograd (2017)




Stone Sour swego (poniekąd już zamierzchłego) czasu dość często u mnie gościł w hifi wieży, a było to by być precyzyjnym tak na przełomie debiutu i Come What(ever) May. Potem Audio Secrecy jeszcze względne pozytywne ciśnienie we mnie utrzymało, ale już dwuczęściowego House of Gold & Bones to nawet jednego (premierowego) razu nie przesłuchałem. By była jasność - bo nie jestem fanem tak obszernych materiałów i przejadły mi się w międzyczasie słodycze w ciemnej czekoladzie, więc pech "hard rockowego" wcielenia Corey'a Taylora w tym, że wymyślił sobie ze współpracownikami taką kobylastą koncepcję i jeszcze nie w czasie, przez co bez merytorycznego sprawdzenia zawartości bardzo względny hajp na ich muzykę u mnie był i z miejsca zanikł. Zatem bez perspektywy znajomości poprzedniego materiału (doczytałem, że nie ma czego żałować :)) z wiedzą wyłącznie z lat wcześniejszych, zbiegiem okoliczności, gdyż na Hydrograd nie czekałem do autopsji pewnego wieczora przystąpiłem. Stół sekcyjny przygotowany, umysł oczyszczony, zatem Panie doktorze rozkrajamy, rozbieramy, mierzymy i ważymy, po czym wnioski wyciągamy. :) One jak się okazuje niejednoznaczne, bo oto sporo w trzewiach Hydrograd konkretnego uderzenia, mocnego riffowania i adrenaliny uzyskiwanej z dynamiki wokalnej Corey’a. Niestety pośród czystego testosteronu warunkującego w muzycznym odczuciu czynnik typowo samczy, także masa estrogenu, który sprowadza niektóre kompozycje, nawet te zapowiadające się jako względnie brutalne do poziomu nieznośnego zniewieścienia. To w moim przekonaniu problem Hydrograd, że ogień krzesany zbyt często gaszony jest przez słodycz made in Nickelback czy innych idolów nastolatek sprzed nastu już lat. To taki archiwalny obraz tkwiący w moim łbie i przywoływany raz po raz szczególnie w tych fragmentach refrenami zwanych. I chociaż zaskakująco często jak na ilość użytych powyżej kąśliwych uwag album wraca do odtwarzacza podczas samochodowych podróży to i tak absolutnie nie zostanie nazwany przełomowym zaskoczeniem, najlepszym dotychczasowym dokonaniem formacji ani tym bardziej jednogłośnie mdłym sposobem na dotarcie do niewieścich serduszek. Ma swoje kapitalne momenty podrywające do machania łbem i wydzierania z Corey’em pyska, czasem nawet fragmentów podobnych do tego miększego oblicza, ale jednak mocarnego Slipknota. Bo jak się okazuje skrojony został z aptekarską precyzją pod typowe gusta amerykańskich fanów i jest przykładem nieco krwistego, ale nadal podanego w systemie szybkiej obsługi z niewyszukanymi dodatkami hamburgera w bułce z sezamem.

P.S. Zaznaczę, że mojej dziesięcioletniej córce, która od kołyski chłonie nieświadomie ojcowską nutę, ale większego zainteresowania poza tandemem The Black Queen i Wolfmother nie wykazuje podobają się te chwytające za serducho kompozycje i muszę jej nonstop przeskakiwać indeksy. :)

środa, 19 lipca 2017

Nuovo cinema Paradiso / Cinema Paradiso (1988) - Giuseppe Tornatore




Piękna historia, wzruszająca opowieść o zaszczepianiu pasji i „burzliwej” przyjaźni, oparta na wątkach autobiograficznych reżysera i nawiązująca formą do urzekającej klimatem klasyki kina. Może nazbyt egzaltowana i przez to od tej wzruszającej słodyczy nieco mdli, szczególnie w finałowych scenach, ale ten rodzaj przelukrowania akurat mimo jego naturalnych wad do zniesienia, tym bardziej gdy film z założenia baśń z prostym ale wartościowym przesłaniem przypomina, niż stanowi odzwierciedlenie rzeczywistości w skali 1:1. Piękne zdjęcia, przeurocze scenerie, wybornie na ekran przeniesiony klimat małego włoskiego miasteczka i zbudowanej wokół tradycji i religii społeczności. Włoski żywotny temperament pokazany w ciepły i zabawny sposób, odrobina oczywiście niekoniecznie już karykaturalnego tła w postaci mafijnej obyczajowości, skorumpowanej polityki i okrutnej wojny oraz dla równowagi groteskowego spojrzenia na cenzurę. Urokliwe jednakże to kino, choć zatopione w ciężkich czasach, trudnej przecież egzystencji, bo przede wszystkim ono o dzieciństwie, czyli tym najbardziej magicznym okresie życia, kiedy to wyobraźnia wyznacza granice, a brak świadomości na jakim popieprzonym przez dorosłych świecie przyjdzie żyć jest cudownym błogosławieństwem.

wtorek, 18 lipca 2017

Blade Runner / Łowca androidów (1982) - Ridley Scott




Denis Villeneuve kończy właśnie produkcje nowej odsłony Blade Runnera, zatem zanim ona w kinach zaistnieje i koniunkturę na nowo dla tytułu nakręci, to najwyższy czas, aby jeszcze w umiarkowanej ciszy, bez zbędnego szału zarchiwizować refleksje związane z oryginałem sprzed 35 laty. Z gigantycznym przymrużeniem oka zadam pytanie (gdyż świadom jestem na podstawie jakiej powieści ta ekranizacja) kto Scotta wizualnie inspirował, bowiem mnie tego rodzaju wizja fantastyki kojarzy się z komiksami z serii Yans autorstwa André-Paula Duchâteau i  Grzegorza Rosińskiego, ewentualnie popularną w czasach mojego dzieciństwa edukacyjną kreskówką Był sobie kosmos. :) Ta cała wizualizacja wyobrażeń jak świat może się prezentować w XXI wieku i z jakimi problemami ludzkość będzie się zmagała. Wyobraźnia wówczas podpowiadała, że komunikacja powietrzna w ogromnych aglomeracjach będzie codziennością, a pojazdy o skomplikowanym napędzie równie dobrze będą sobie radzić w gęstwinie zabudowań jak i podczas majestatycznych lotów pomiędzy futurystycznymi budowlami przypominającymi stacje kosmiczne. Wszędzie wokół dominować będą migocące pełną paletą barw neony, a ludzie i stworzeni na ich podobieństwo replikanci przemykać po zatłoczonych ulicach w bezustannie padających strugach kwaśnego deszczu. Sztuczna inteligencja przez człowieka skonstruowana wytworzy własną tożsamość i zwróci się przeciwko swoim stwórcom, a z konieczności do wyszukiwania potencjalnego zagrożenia wysłani zostaną wyspecjalizowani łowcy. :) Blade Runner jednak to nie tylko typowa ilustracja przyszłości pochodząca z lat osiemdziesiątych, bo prócz klasycznej wizji konfrontacji pomiędzy ludzkością, a światem organicznych maszyn masa tutaj symbolicznych odniesień zarówno do religijnej mitologii, jak i głęboko uduchowionej filozofii oraz mrugnięcia okiem w stronę klasyki kinowego romansidła w estetyce filmu noire. Nie można nie dostrzec, iż wątek miłosny to żywcem wyjęty przede wszystkim z przedwojennej amerykańskiej powieściowej formuły tzw. romans "zakazany", umieszczony bardzo sprawnie akurat w supernowoczesnych okolicznościach. To także mroczny dreszczowiec, bogaty w atmosferę niepokoju i tajemnicy podkreślanej znakomitą złożoną ścieżką dźwiękową autorstwa Vangelisa. Obraz, który zasłużenie przez lata obrósł kultem i pomimo zaawansowania wiekowego i w tym gatunku galopujących możliwości technicznych także z łatwością dzisiaj robi kapitalne wrażenie porywającą realizacją i nie raz w starciu wypada bardziej naturalnie niż te wszystkie współczesne produkcje przeładowane bez smaku szołmeńską grafiką komputerową. Jest co godne najwyższego uznania, jako hybryda gatunków spójny i intrygujący, niczym dobry trunek skomponowany z dbałością o detale i dotknięty pasją kreacji rzeczy wyjątkowych. Moje uznanie!

poniedziałek, 17 lipca 2017

Murder in the First / Morderstwo pierwszego stopnia (1995) - Marc Rocco




To jeden z tych obrazów, który w okresie dorastania wstrząsnął mną najbardziej, zatem stosunek do niego emocjonalny u mojej osoby bardzo silny. Pamięć nie robi mi jeszcze psikusów, stąd doskonale pamiętam, jakim wstrząsem był seans, jak dogłębnie mnie przeszył i pozostawił w smutku i bezsilności. Każdy powrót pamięcią do ścieżki dźwiękowej lub kluczowych scen wywołuje intensywne reakcje, a kolejne odtworzenie historii to już przeżycie z gatunku tych niemal metafizycznych. Poruszająca historia Henry’ego Younga to prawdziwa lekcja ludzkich odruchów empatii i współczucia bez względu na to czy cała zaadaptowana na potrzeby kina opowieść jest w każdym calu prawdziwa, czy może odpowiedni podbarwiona by taki wyrazisty emocjonalny efekt wywołać.  Nie dbam o fakty, jakie leżą u podłożą sprawy Younga, wartość dzieła Marca Rocco w człowieczeństwie odnajduję i bezwzględnym piętnowaniu samonapędzającej się machiny okrucieństwa i niesprawiedliwości. Przesłaniu i nieprawdopodobnej sugestywności wizualnej z technicznym warsztatem i wyczuciem materii na poziomie mistrzowskim. Każde ujęcie podporządkowane jest nadrzędnemu celowi, jakim wywołanie reakcji, odruchów sprzeciwu, dopieszczone artystycznie (autentyczna stylizacja na archiwalia) i wreszcie przekonujące w warstwie aktorskiej. To jedne z tych ról Kevina Bacona i Gary’ego Oldmana, z którymi ikony te kojarzę najmocniej – to filmowy klejnot porównywalny ze Skazanym na Shawshank, choć z pewnością mniej publiczności znany.   

sobota, 15 lipca 2017

Porcupine Tree - Fear of a Blank Planet (2007)




Sześć kompozycji składających się na na optymalne 51 minut fascynującej muzyki, bez grama pustosłowia i megalomani, która do Hand. Cannot. Erase. w różnym stopniu gościła na albumach solowych Wilsona. Piszę z pozycji osoby dla której dwupłytowe albumy w większości przypadków stanowią trudno przyswajalne zakalce. Oczywiście istnieją przykłady pogodzenia rozpasania czasowego z artystyczną kreatywnością, nie mam zamiaru się kłócić, jednak to przypadki niezwykle rzadkie i w swojej istocie zapewne przewrotnie potwierdzające moją tezę o przeroście ambicji tych, którzy postanawiając stworzyć dzieła przełomowe rozbijają się niestety na murze przesady. Z tej właśnie perspektywy ucieszyłem się ogromnie, gdy Steven Wilson przy okazji solowego albumu sprzed dwóch laty przełamał schemat nadmiaru materiału, stąd też wyżej od The Incident cenię materiały mniej obfite, którym wspomniany krążek stałby się z pewnością gdyby tu i ówdzie poprzycinać. Fear of a Blank Planet to szczęśliwie idealny przykład sprecyzowanej próby pogodzenia rozbuchanej progresywnej formuły z popową wręcz piosenkowością, w spójną wysoką jakość. Proporcje doskonałe tutaj rządzą, charakterystyczne egzaltowane stylistyczne zagrania i sporo mechanicznego pulsu, który dodaje pikanterii udowadniając jak wielkimi muzykami są członkowie jeżozwierza. Kapitalne mocne otwarcie numerem tytułowym, przełamane wybornymi balladami, które jak zawsze unikając taniego patosu poruszającymi jednak bardzo głęboko i dopełnionymi osiemnastominutowym kolosem bez najmniejszych oznak nudy - Anesthetize ustawicznie potęguje napięcie, nakręca emocje lawirując pomiędzy uduchowioną nostalgią, a instrumentalnym żarem. A wszystko zamknięte intrygującą elektroniką w Sleep Together, piętrzącą się okazale wokół transowego kręgosłupa i przyprószone co nieco orientalną symfoniką. Fear of A Blank Planet to dzieło, które idealnie wkomponowuje się w triadę zapoczątkowaną przez In Absentia i chociaż dostrzegalny jest na niej element fermentu, pewnej próby wykorzystania mechanicznych wibracji to brzmi jednak jak typowy Porcupine Tree, gdyż komponent charakterystycznego przez lata budowanego stylu, ma wpływ decydujący.

P.S. Z perspektywy czasu, zaledwie lat dziesięciu cały koncept liryczny zbudowany wokół kwestii "pustej" młodzieży w przeładowanym bodźcami świecie, dzieciaków zdemotywowanych łatwością otrzymywania podniet, zdaje się zaledwie preludium do tego co czeka nas w perspektywie może zaledwie kilku tylko kolejnych lat. Ten świat nie wyhamuje - to pewne!

czwartek, 13 lipca 2017

Memoirs of a Geisha / Wyznania gejszy (2005) - Rob Marshall




Jestem świadom, iż dorobek filmowy Roba Marshalla ponad jedną głośną produkcje wyrasta, lecz niestety prócz znajomości samych tytułów nic poza Wyznaniami gejszy do tej pory nie obejrzałem. Nie żałuję, że nie widziałem jednej z odsłon przygód kapitana Jacka Sparrowa w jego reżyserii i rzecz oczywista nie ubolewam nad faktem, że baśniowe Tajemnice Lasu zignorowałem. Ja tylko wstydzę się, że ani Nine, ani tym bardziej Chicago przez niechęć do musicali, estetycznie nie skonsumowałem. Mając na względzie kapitalny zmysł wizualny, jaki Marshall zaprezentował przy okazji produkcji historii Sayuri to niewybaczalne by taki drobiazg jak muzyczny charakter filmu przed seansem powstrzymywał. Obiecuje sobie (któryś już raz :)) że to zaniedbanie nadrobię i przełamię się do obrazów, w których taniec i śpiew przede wszystkim emocje wywołuje. :) Wracając jednak do głównego tematu, powodu dla którego ten tekst spisany, to uprzejmie donoszę tym, którzy jakimś cudem tytułu nie widzieli, bądź tym którzy mają ochotę poznać moje zdanie, co następuje. Wyznania gejszy to wzruszająca opowieść będąca adaptacją bestsellera Arthura Goldena, rozgrywająca się w egzotycznej scenerii, taka poruszająco dramatyczna historia nie tylko i wyłącznie o miłości. Wybornie opowiedziana w klasycznym narratorskim stylu, przy znaczącym udziale pobudzającej zmysły muzyki oraz przecudnie zdobna emocjonalnie, ale i intrygująca przez wzgląd na kwestie mentalne i kulturowe. To ponad wszelką wątpliwość operatorski majstersztyk z doskonałą grą światła i barw, z ciekawą motoryką ujęć, urzekającą scenografią i mistrzowskim balansem pomiędzy artystyczną plastyką, kameralną intymnością i widowiskowym hollywoodzkim efekciarstwem. To wreszcie subtelny, niezwykle zmysłowy i edukacyjnie wartościowy portret ludzi i miejsca – orientalnego skrawka ziemi i zamieszkujących ją autochtonów, którzy poprzez swoją izolację i przyrodzone właściwości stworzyli bogatą i tak odmienną od innych kulturę, w której przywiązanie do kodeksu honorowego nie jest li tylko hasłem na ustach, a bezwzględność tradycyjnych wartości zważywszy na przemyślaną mądrość w nich zawartą nie prowokuje mnie do krytyki. 

P.S. Do powyżej złożonej deklaracji w temacie musicali nie skłonił mnie także pobłyskujący La La Land, a zachwyt nad Wyznaniami gejszy sprowadzony niemal wyłącznie do kwestii technicznych i kulturowych z pominięciem wątku miłosnego, absolutnie nie powodowany był obawą o uznanie mojej osoby za nazbyt zniewieściałą. :)  

środa, 12 lipca 2017

Black Label Society - Stronger than Death (2000)




Ostatnio nie bardzo idzie Zakkowi - muzycznie jest dosyć licho, niewiele spod jego masywnych łap rasowego materiału wyszło, a jak już raczył się ze snu wybudzić i w studiu nagrywać to na posuchę dobrych pomysłów te produkcje cierpiały. Raczej powtarzalnością zawiewało, niedostatkiem oryginalności i na brak większej dynamiki działań sfinalizowanych kapitalną porcją mocarnego riffowania szansy niestety i teraz nie dostrzegam. Szczególnie Catacombs of the Black Vatican, czyli krążek sprzed trzech lat nie napawał optymizmem, że coś drgnęło i szarpnęło do przodu. Przewidywalność, odcinanie kuponów i nawet jeśli we względnie poprawnym jakościowo stylu (bo o upadku nie ma mowy) to jednak bez śladu progresji. Nie bardzo więc wierzę w przełom choć im mniej nadziei tym większa zapewne radość będzie, gdy mylić mi się przyjdzie. :) Wracam zatem z tęsknoty za rasowym Wyldem przede wszystkim do przeszłości i w starociach odnajduje ukojenie - w tych albumach w rodzaju Stronger than Death, gdzie świeżość w spojrzenia na przecież klasyczne pojmowanie ciężkiego riffu na hard rockowych resorach dominuje. Dynamiczne pełne groovu konstrukcje tutaj królują z pysznymi solówkami i surowym szlifem w znaczeniu brzmienia i ciężaru. Kilka solidnych kopów dla rozkręcenia, zaś na przełamanie i dla kontrastu testosteronowe ballady w których zamiast ckliwości męska twarda refleksja. To krążek idealny do samczych spotkań przy browarze, by rubasznie obśmiać rzeczywistość, ponarzekać może nieco kontemplacyjnie i przede wszystkim złapać dystans do codzienności. Tak sobie kojarzę, gdy druga w dorobku płyta Zakka się kręci, że gdybym był wojownikiem szos ujeżdżającym połyskującego chromem Harleya, to z pewnością ze Stronger than Death w długich trasach bym się nie rozstawał, rozmyślając po drodze jak osiągnąć idealną proporcję w byciu prawdziwym mężczyzną. To znaczy jak odnaleźć ten złoty środek pomiędzy wrażliwością przytulnego misia, a siłą dającego poczucie bezpieczeństwa  niedźwiedzia. :)

wtorek, 11 lipca 2017

Fear Factory - Archetype (2004)




Sporo wydarzeń przykuwających uwagę w sensie niemuzycznym pomiędzy Digimortal, a Archetype w obozie fabryki strachu się wydarzyło. Jeśli pamięć mnie nie zawodzi wpierw Burton C. Bell podjął zaskakującą (tak jakby nieodwołalną ;)) decyzję o opuszczeniu formacji, by w chwile później wycofać się z tego pomysłu i oznajmić, że wykopany został Dino Cezares. Gitarę przejął basista, a za osierocony bas chwycił znany ze Strapping Young Lad Byron Stroud. W tym przemeblowanym składzie przyszło ekipie dowodzonej przez wokalistę (już bez konkurencji ze strony drugiego samca alfa) stawić czoło nie tylko wymaganiom jakościowym ale i przede wszystkim zadaniu utrzymaniu fanów dla których Dino Cezares był głównym powodem zainteresowania. Sam odnosiłem wrażenie, że nomen omen fundamentem FF postawny, znaczy pulchny gitarzysta, więc obawy ogromne miałem jak brak tak charakterystycznego wiosłowego i jego niezaprzeczalnego kompozytorskiego talentu wpłynie na zawartość Archetype. Obawy okazały się niepotrzebne, gdyż otrzymałem do łap produkt w pełni zaspokajający moje potrzeby, a nawet w mojej opinii często stającej w opozycji do "nieomylnej" większości, przewyższający mocą i chwytliwością ostatni krążek z Cezaresem. Digimortal miał swoje momenty, ale to właśnie Archetype wykorzystujący z wyczuciem całą gamę charakterystycznych cech muzyki Fear Factory porwał mnie od początku do końca. I mimo, że mógł się wydawać zbiorem numerów szybciej przyswajalnych, intensywniej melodyjnymi zaśpiewami obdarowanych to jego wartość udowodniły lata z nim kontaktu i absolutnie nieodczuwalny wpływ czasu i nieprawdopodobnej ilości odsłuchów. Tak ponad dekadę  temu jak i dzisiaj krążek z 2004-ego roku uznaję za brakujące ogniwo pomiędzy kultowym Demanufacture, a Obsolete, którym coraz mocniej w nu metalowy trend się wpisywali. Walor Archetype tkwi w dużej dojrzałości i permanentnej dramaturgii, bowiem przestrzenne kompozycje skonstruowane za zasadzie kontrastów nie dają absolutnie powodów do narzekania, iż wątek szarpany nie spaja się odpowiednio płynnie z tym melodyjnym. Niestety radość z odrodzenia nie trwała długo - zadowolenie z gęby natychmiast zdjął mi nagrany w zaledwie kilkanaście miesięcy później Transgression, jednak o nim później, dużo później napiszę, gdy zechcę żółć wylewać. :)

czwartek, 6 lipca 2017

Lady Macbeth / Lady M. (2016) - William Oldroyd




Niebezpieczny, bo podstępny to dramat na motywach noweli Nikolaja Leskova. Totalnie z człowieczych emocji wyprany tzn. one tutaj są, jednako przybierają formę skrajnie zimną stąd obcowanie z nimi miast w człowieku ludzkie odruchy pobudzać one je usypiają, gdy jak w transie obserwuje się brutalną rozgrywkę. Przemianę zdystansowanej, apatycznej w końcu krnąbrnej młodej kobiety w bezlitosną morderczynie dla której własne szczęście jest celem uświęcającym wszelkie środki. W świecie patriarchalnym, zdominowanym przez władczych mężczyzn, w kontrowersyjnym stylu rozprawia się ze sztywnym gorsetem reguł i konwenansów. Traktowana jako ozdoba dusi się w tej przedmiotowej roli, zmieniając radykalnie istotę swojego istnienia, krocząc konsekwentnie ścieżką egocentryzmu aż do tragicznego finału. Zapadający głęboko w pamięć debiut William Oldroyd to nieprawdopodobnie klaustrofobiczny dramat – duszna, pozwolę sobie na odważne stwierdzenie – bardzo mroczna tragikomedia, gdyż w postaci tytułowej jest równie dużo frustracji jak demonicznej bezczelności i wreszcie nonszalancji. Za tą mistrzowsko zaadaptowaną paletę cech osobowości odpowiada młoda brytyjska aktorka niemal bez doświadczenia, co stanowi dla mnie dowód potwierdzający tezę, że z tym czymś co pozwala rozsiewać magnetyzm trzeba się po prostu urodzić. Bez jej przeszywającego spojrzenia, naturalnej maniery gdzieś pomiędzy frywolnym urwisem, a sugestywną sensualnością ponętnej dojrzałej kobiety ten bardzo teatralny klimat zaproponowany przez Oldroyda stałby się nazbyt pretensjonalny. Precyzyjne statyczne ujęcia nie kumulowałyby skutecznie napięcia i nie wpijały się równie dobitnie w podświadomość. Mam przekonanie, że pomimo kapitalnej pracy reżyserskiej, gdyby nie Florence Pugh obraz nie sięgnąłby tak wyrazistego poziomu.

środa, 5 lipca 2017

Elena (2011) - Andriej Zwiagincew




Niezaradny, bo leniwy synuś w średnim wieku, wnuczek z potencjałem ale do bójek tak samo w wirtualu jak realu i synowa z ambicjami systematycznego rodzenia oraz tytułowa Elena jako mamusia i teściowa nadopiekuńcza. W realiach kapitalistycznej pseudodemokratycznej Rosji młode pokolenie rady sobie samodzielnie nie daje, wiedzie jednak wygodny żywot pasożytniczy żerując finansowo na organizmach emerytów, szczęśliwie o statusie materialnym wysokim, więc "daj" jest możliwe bo skąd brać akurat mają. Para dziadków z obciążeniem psychicznym poprzedniego związku i dziećmi, które nie bardzo spełniają ich oczekiwania, a odpowiedzialność rodzicielska nakazuje utrzymywać parasol ochronny który wyłącznie komplikacje przynosi. Ale to dopiero wstęp prolog, bo względnie spokojne życie emerytów kończy zbliżający się nieuchronnie zgon majętnego pana domu, a planowane zapisy testamentu zaskakująco niesprawiedliwe i nieprzychylne dla oddanej małżonki wymuszają kroki radykalne. Dalej to już determinacja przejmuje kontrolę nad działaniami i robi się naprawdę gorąco! Nie mogłem przegapić, kiedy TVP Kultura prezentuje taki repertuar - Zwiagincew po Lewiatanie dopiero dostał się w obszar mojego zainteresowania, a że nie było okazji zobaczyć jego wcześniejszych tytułów aż do teraz, toteż dotrzymałem do niemożliwie niekomfortowej pory emisji i absolutnie tego poświęcenia nie żałuję. Przyznaję że to może nie do końca ten sam kaliber spojrzenia na współczesną Rosję jak w obsypanym nagrodami Lewiatanie, jednak jako klimatyczne kino (przeszywająca muzyka) ze świetnie ogarniętą warstwą psychologiczną i błyskotliwą wnikliwością obraz ze wszech miar wart uwagi.

poniedziałek, 3 lipca 2017

The Afghan Whigs - In Spades (2017)




Przekonała mnie redakcja Noise Magazine, siła jej sugestii widać ogromna a ja jej mentorskiemu autorytetowi uległy. :) Album numeru zobowiązuje, a nazwa gdzieś przez lata pośród rzeczy, które poznać powinienem, a dotąd tego nie czyniłem się przewijała - toteż kiedy jak nie teraz, gdy takie pochlebne recki i okładka z miejsca sympatię wzbudzająca (zaiste kapitalny obrazek). :) Oj wychwalony został ten krążek, bardzo celnie i intrygująco opisany, stąd moje zainteresowanie, może chwilowe trudno mi teraz z jednoznaczną pewnością perspektywę dla In Spades nakreślić. Sama muzyka to alternatywa (nawet gdy lider się wzdryga na to określenie) która bardziej spogląda w stronę wysp niż stąpa po tradycyjnych amerykańskich terenach. Może ja się akurat w tej stylistyce nie do końca odnajduję, niewiele znam grup z tej sceny więc zakładam nieco w ciemno, że u jankesów gra tak niewielu. Jak się okazuje, gdy przejrzeć historię, grupa najwięcej osiągnęła podczas flanelowej rewolucji to grunge’u nie gra, a jej korzenie sięgają lat osiemdziesiątych i stamtąd pochodzące inspiracje czuję wyraźnie. Taki to niewątpliwie ambitny, bo wybornie zaaranżowany, co nieco muśnięty quasi orkiestracjami i sekcja dętą, w palecie brzmień intrygujących z gracją się poruszający rock, z soulowym charakterem jednak bez wyjątkowego, znaczy głębokiego wokalu. Greg Dulli może i kombinuje, mruczy, szepce i tą zmysłową chrypką fajnie wpisuje się w bujającą muzykę, ale nie stanowi tutaj ogniwa na tyle wyrazistego, by brak tej maniery mógł zmienić radykalnie brzmienie numerów. Cierpi nieco całość na brak kopa (i nie tylko mam tu uwagi do głosu lidera) nie usłyszałem jakichś wrzących emocjonalnych uniesień, wzbudzenia pasji, niegrzecznej gwałtowności. To może być mój zarzut, nie co do koncepcji, ale w stosunku do moich oczekiwań. Tyle że, jeżeli już mieli zaspokajać wymagania to starych wiernych fanów którzy na styl z In Spades, jak prasa donosi nie kręcą nosem. :) Taki neofita jak ja ma się przekonać do tego, co dostaje a nie wystosowywać aroganckich roszczeń! :)

P.S. Tekst napisałem, zadowolony z efektu przy akompaniamencie Into the Floor się poczułem i bach, info o śmierci byłego gitarzysty formacji się pojawiło. RIP Dave Rosser. :(

niedziela, 2 lipca 2017

Arcadea - Arcadea (2017)




Zatrzęsienie wyrastających okołomastodonowych projektów jest faktem, znaczy tworów muzycznych współtworzonych przez członków ekipy Mastodon, lecz niekoniecznie bliźniaczych stylowi grupy. Więcej te wszystkie GTO, GIG czy KBK raczej daleko odchodzą od stylistyki macierzystej formacji czterech wyjątkowo płodnych instrumentalistów i chyba jeśli mnie słuch nie myli i odpowiednio ogarniam obcą mi, bo nazbyt elektroniką zdominowaną materię muzyczną, to paradoksalnie najbliżej jazdy pod Mastodon przez wzgląd na charakterystyczny flow, struktury i harmonie gry Dailora jest właśnie Arcadea. Zapewne prowadzona, a może i nawet zdominowana twórczo przez wielorękiego maga perkusji uzyskuje ten efekt bez użycia gitar, a cała aranżacja oparta jest na ejtisowych syntezatorowych brzmieniach na kształt ośmiobitowej technologii sprzed lat, mocno wspomaganej pełnymi wyobraźni odjechanymi impresjami. To jak domniemam rodzaj psychodelicznego space rocka bez wiosłowania, za to z intensywnym pulsem zestawu Dailora przykrytym lawą piskliwej elektroniki. Rzecz w mojej ocenie nieprzeciętna, mocno osobliwa, brzmiąca całościowo oryginalnie mimo pewnych inspiracji płynących z syntezatorowych tripów rozwijanych w kolorowych latach siedemdziesiątych i niewiele mniej barwnych osiemdziesiątych. Słucham tych jedenastu kompozycji już po raz kolejny z rzędu z zaskakującą mnie przyjemnością i wzrastającym wprost proporcjonalnie do ilości odsłuchów jednoczesnym niestety przekonaniem, iż efekt zainteresowania nie przeistoczy się w długowieczną fascynację. Intrygujący to album, ale to „MIDI” granie nie z mojej bajki. 

sobota, 1 lipca 2017

The Reader / Lektor (2008) - Stephen Daldry




Kino bezwzględnie zasługujące na miano  wybitne – głęboko poruszające, wysoce pouczające i poprzez właśnie wysokie stężenie tych walorów niezwykle wartościowe. Z kapitalnymi kreacjami zarówno Kate Winslet jak i Ralpha Fiennesa oraz całej plejady aktorów pochodzenia niemieckiego. Nastrojowym klimatem, fenomenalnymi ujęciami i autentyczną scenografią. Wybornie skonstruowaną epicką formułą fabuły, tajemnicą finezyjnie zawartą w tytule oraz kameralnym spojrzeniem na istotę człowieczeństwa przez pryzmat wojennej traumy i życia z obciążeniem. Żadna to próba prostego usprawiedliwiania ludzkich czynów, błędów młodości czy wreszcie zwykłych instynktów - to niezwykle wnikliwa psychologiczna rozprawa o naturze ludzkiej i dostosowywaniu się do sytuacji czy poszukiwaniu bliskości kiedy samotność nie do zniesienia. To też nie jest relatywizowanie postaw choć pewnie żyjący w ciągłej nienawiści do narodu niemieckiego przez wzgląd na krzywdy wyrządzone, oczywistą i niewybaczalną masę okropieństw oraz cierpienia uznają go za próbę nieuzasadnionego dostrzeżenia w oprawcach istot ludzkich. Nic nie jest jednak oczywiste, rzeczywistość nie dostarcza prostych i zawsze słusznych rozwiązań, a natura ludzka z łatwością poddaje się pokusom władzy. Pytanie czy nikczemnikiem jest się wiecznie czy tylko nim się bywa w odpowiednich okolicznościach. Kto wie do czego bylibyśmy zdolni żyjąc w przerażających czasach wojennej nienawiści. Te i inne pytania kotłują się w głowie, mniej lub bardziej bezpośrednio powiązane z dziełem Stephena Daldry’ego. Zastanawiam się teraz jak zrozumieć skomplikowany świat bez narzędzi do poszerzania perspektywy, otwierania nowych drzwi i pokory wobec niezrozumiałego. Niemniej jednak każdy ciemięzca powinien zapłacić za podłe czyny, jednak tak by zrozumiał swoją winę, bo na wybaczenie w żadnym stopniu nie powinien liczyć.

czwartek, 29 czerwca 2017

Vallenfyre - Fear Those Who Fear Him (2017)




Mam wrażenie, iż pogrążył się Gregor Mackintosh na dobre w nostalgii, a nawet poniekąd kombatanctwie, a mam takie przekonanie na podstawie zarówno dostarczanej obecnie muzyki jak i lektury wywiadów przy okazji premiery trzeciego krążka Vallenfyre. Odnoszę wrażenie, że zdając sobie sprawę, iż przy rewolucji asystuje się tylko raz, później jako pilny uczeń rozwija jej spuściznę, a wreszcie z zasady gdy wyczerpie się energia pozwala jej się umrzeć nie spoglądając za siebie, tylko poszukując naturalnie nowych podniet, wpadł dzisiaj Mackintosh, kiedy kryzys wieku średniego każe zbyt często za siebie się oglądać, w spiralę która zarówno wraz z Vallenfyre jak i współczesnym obliczem Paradise Lost ściągać go będzie w otchłań tęsknoty za młodzieńczą pasją już na zawsze odbierając szansę na jakikolwiek progres liczony w liczbie sprzedanych egzemplarzy. :) Bo trudno nawet przy sporej sympatii dla muzyki, która swego czasu pozwoliła mu na zaistnienie w ścisłej czołówce brytyjskiego metalowego grania nie dostrzec, iż nawrót na ścieżkę brutalną nastąpił po oczywistych niepowodzeniach w pogoni za sławą i pieniądzem. Ja rozumiem i nawet wierzę, że te sympatie wobec elektroniki spod znaku Depeche Mode przy okazji Host nie były li tylko szansą na mainstream, a ówcześnie głosem potrzeb artystycznych. Jednak każdy kolejny krążek raju utraconego to tylko balansowanie pomiędzy przywiązaniem do lojalności metalowych sierściuchów, a łypaniem wzrokiem w stronę popkultury. A że jak się chce, a się boi i próbuje złapać dwie sroki za ogon to najczęściej wychodzi się z niczym lub ewentualnie jeszcze z ostateczną szansą na męską decyzję – w którym kierunku, ale już na całego! I poszedł nobliwy wiekowo Gregor na całość zagłębiając się w młodzieńczych muzycznych fascynacjach i eksplorując zaciekle już dawno wyeksploatowane w latach osiemdziesiątych i początkowej fazie dziewięćdziesiątych tereny "plugawego death metalu i wściekłego crustu". Ma człowiek jednak smykałkę do hałasowania w takiej stylistycznej tonacji i mimo, że o oryginalności mowy nie ma to na Fear Those Who Fear Him każdy numer brzmi odpowiednio pierwotnie i smaga intensywnie. To widać i czuć, że z tych dźwięków powstał kręgosłup jego pasji i tam korzenie mocno zapuszczone posiada, więc pamiętając mu (a jakże) szeroki rozkrok z którego długo nie potrafił się podnieść podchodzę z mieszanymi odczuciami do kolejnych kroków w konfiguracji Vallenfyre, jak tym bardziej Paradise Lost. Paradajsi już wkrótce nowy album wydadzą i okazja na cięgi, w najlepszym wypadku kręcenie nosem będzie, natomiast krwiste mięcho od Vallenfyre kręci się już kilka tygodni i co muszę przyznać nadal zachęcający aromat wydziela. Zakładam więc, że nowy materiał będzie się cieszył moją adoracją raz na jakiś czas, podobnie jak poprzedni Splinters zapuszczany zawsze gdy zapragnę przypomnieć sobie, że nadal drapieżnikiem gustującym w surowym mięchu jestem.

środa, 28 czerwca 2017

Låt den rätte komma in / Pozwól mi wejść (2008) - Tomas Alfredson




Będąc wciąż pod wrażeniem Szpiega, mimo że kilka lat już upłynęło oraz wyczekując na premierę najnowszego obrazu Tomasa Alfredsona zapragnąłem w końcu przekonać się jakimi tytułami na własnej ziemi się zasłużył, iż kino mainstreamowe zainteresowało się i doceniło jego pracę, dając szansę na zaistnienie jego osoby w szerokim filmowym świecie. Zanim jednak z ostatnim szwedzkim aktem twórczym w dorobku reżysera seans odbyłem uzbroiłem się w podstawową wiedzę doczytawszy, że to film o wampirach będzie. :) Pomyślałem natychmiast, nim więcej jak dwa akapity przypadkowego wprowadzenia poznałem, że dobra – spróbuję, bo przecież dobry horror nie jest zły, byleby straszył, a nie śmieszył. :) Znaczy powinien być sugestywny, a nie dosłowny – budzić autentyczny niepokój, a nie poczucie zażenowania. Ale jak się okazało Pozwól mi wejść to nie jest klasyczny film grozy i w żaden sposób nie ma mowy by łatwo do jakiejkolwiek kategorii horroru go przyporządkować. Nie dlatego, iż nie straszy, lecz przez wzgląd na oryginalnie potraktowany motyw powiązany z wampiryzmem. Krew intensywnie spływa i dzieci nocy swe kły w szyjach ofiar zatapiają, lecz postaci, których mit i geneza stworzenia w obawie przed nieznanym kryjącym się w ciemności tkwi, osadzone tutaj w świecie współczesnym i przez pryzmat intrygujących rozważań psychologicznych spostrzegane stają się walczącymi z instynktem przetrwania istotami o cechach wyjątkowo ludzkich. To jak się okazało obraz niezwykle smutny i ogromnie przygnębiający, traktujący przede wszystkim o samotności i ofiarnym poszukiwaniu ciepła płynącego z przyjaźni. To film o dziecięcych outsiderach żyjących na marginesie rówieśniczych relacji towarzyskich, prześladowanych i nierozumianych przez najbliższe otoczenie. Osadzony wyraziście w skandynawskich realiach dalekiej mroźnej północy, gdzie promienie światła rzadkością, a ciemność stymulatorem stanów melancholijnych, depresyjnych czy nawet psychotycznych.

P.S. Znam kilku co najmniej wielbicieli skandynawskiego kina i chociaż akurat moja znajomość filmów z tego kierunku geograficznego mizerna to po obejrzeniu podobnych Pozwól mi wejść tytułów rozumiem w czym tkwi ten magnes przyciągający ich do produkcji z tych właśnie północnych rejonów Europy. Mrok drodzy Państwo i to taki, którego nie uświadczycie w jankeskich produkcjach. :)

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Que Dios nos perdone / Niech Bóg nam wybaczy (2016) - Rodrigo Sorogoyen




Rasowy mroczny kryminał, coś na podobieństwo ikonicznego fincherowskiego Siedem, tylko w iberyjskim wykonaniu - a gdyby szukać podobieństw po linii pochodzenia to na myśl przychodzą Dawne grzechy mają długie cienie, bądź Sekret jej oczu. Nie pierwszy i nie ostatni to zapewne raz, kiedy kino hiszpańskojęzyczne robi na mnie kapitalne wrażenie i nie mam na myśli tutaj jednego gatunku, w którym filmowcy z południa znakomicie się odnajdują. Thriller, kryminał, znaczy kino z dreszczykiem, ale i dramat, ewentualnie obyczajówka z masą głębokich przeżyć to te rejony twórczości filmowej gdzie zawsze znajduję tytuły, które dostarczają mi wartościowych wrażeń. Mają Hiszpanie i mocno powiązani z nimi Argentyńscy filmowcy smykałkę do historii o ludziach z życiowymi tajemnicami, po przejściach dramatycznych, z traumami, obsesjami, psychozami czy fobiami. Rodzinnymi problemami i ogólnie mnóstwem złej energii wokół genialnie psychologicznie sportretowanych postaci. Niech Bóg nam wybaczy jest jednym z wielu przykładów na potwierdzenie powyższej tezy, z zastosowaniem mechanizmów warsztatowych budujących gęstą, mroczną i duszną atmosferę, z doskonałym aktorstwem i podkręcanym na zasadzie interwałów tempem oraz ustawicznym napięciem. Tajemnicą bez oczywistości, prowadzonym śledztwem, gdzie wysyp tropów, poszlak i dowodów – ślepych uliczek i na każdym kroku przeszywającego poczucia niebezpieczeństwa, czy czającego się tuż tuż zwrotu akcji.

czwartek, 22 czerwca 2017

Intouchables / Nietykalni (2011) - Olivier Nakache, Eric Toledano




Na poziomie poczucia humoru rozmijałem się z tym co oglądałem okrutnie, ten rodzaj żartu akurat do mnie nie przemawia, natomiast jeśli mówić o przesłaniu to rzecz wartościowa i bardzo istotna szczególnie w czasach alergii na wszelkie odmiany inności. To spotkanie dwóch światów, skrajnych osobowości i wymiana perspektyw spojrzenia, wpływ wzajemny na siebie, budowa głębokiej relacji, rozwijanie wrażliwości ma sugestywny wymiar. To jest film, który określę jako ładny, lecz czy to będzie komplement, czy kurtuazja, gdy obraz w wymiarze warsztatowym po prostu zachowawczy, a jednostajna emocjonalność dość nużąca i zwyczajnie mdła. Wiem że to tytuł, który znakomite recenzje zbierał, ale spotkałem się także pośród większościowych zachwytów z głosami umiarkowanie krytycznymi - że entuzjazm przesadzony, a ambicje intelektualne nie w pełni wysokie. To oczywiście względnie wysokich lotów kino, szczególnie piękne w sferze duchowych przeżyć i zwykłych ludzkich odruchów, ale także jednocześnie nazbyt naiwne, w sensie zastosowanej formuły płaskie, schematycznie zrealizowane i przewidywalne. Nawet jeśli oczekując wyjątkowego seansu odrobinę się zawiodłem, bo emocje płynące z ekranu jednak nie mają najwyższej amplitudy i nie budują koniecznej huśtawki nastrojów czy temperamentnych kontrastów to nie traktując go jako arcydzieła, chociażby przez pryzmat wspaniałego tematu muzycznego uważam za tytuł co najmniej bardzo dobry. 

środa, 21 czerwca 2017

Forushande / Klient (2016) - Asghar Farhadi




Opóźnił się seans z Klientem, gdyż plany pierwotnego poznania najnowszego obrazu Asghara Farhadiego pokrzyżowała awaria projektora w kinie studyjnym, a nawał osobistych obowiązków nie pozwolił na zmianę terminu. Tym sposobem po kilkumiesięcznej pauzie dopiero na dniach tą nagradzaną intensywnie, w moim menu filmowym niezwykle egzotyczną produkcję sprawdziłem. Jak się okazało i co zaskoczeniem nie było obraz to z gatunku poniekąd tych mało filmowych, w tym tradycyjnym ujęciu kina z typowo hollywoodzką pompą. To bardziej kronika wydarzeń, a nawet obserwacja autentycznego życia, w zasadzie bez podkładu muzycznego lub z jego bardzo minimalnym udziałem. Nie forsuje reżyser w poczynaniach aktorów konieczności wykorzystywania teatralnej maniery - w zachowaniach, gestach czy mimice jest naturalnie i surowo, bez ingerencji zbędnej artystycznej oprawy. Z każdą minutą rozwijania się „akcji” atmosfera gęstnieje, a w finałowej scenie to już zawiesina maksymalnie skondensowana na widza spływa. Napięcie, którego z początku brakuje zaczyna gwałtownie narastać, a całkowity brak dosłowności i postawienie na tajemnicę niedomówień pobudza w widzu ciekawość i każe zadawać masę istotnych pytań. Poczynając od kwestii czysto psychologicznych w uniwersalnym dla każdego człowieka znaczeniu radzenia sobie z traumatycznymi przeżyciami, po zagadnienia mentalne, kulturowo związane z płcią i rolą społeczną. Tak naprawdę ten psychologiczny thriller (szukając znajomych klasycznych odniesień po linii twórczości Polańskiego i może nawet Hitchcocka) to dla osób z kultury zachodniej skarbnica wiedzy o właściwościach i kontekście kulturowym funkcjonowania jednostek i społeczeństw bliskiego wschodu. Ludzi tak samo nam podobnym jak diametralnie od nas różnych, bez względu na okoliczności miejsca zamieszkania zmagających się często nieskutecznie z własnymi niedoskonałościami, spętanych nie zawsze bez potrzebny całą paletą konwenansów, religijnych i światopoglądowych przekonań. Zazdrość i podwójna moralność, honor i uległość wobec pokus to przecież absolutnie nie są pojęcia immanentne dla wschodniej lub zachodniej cywilizacji. 

wtorek, 20 czerwca 2017

Royal Blood - How Did We Get So Dark? (2017)




Sprawa jest jasna! Kilka zaledwie przesłuchań nowego materiału krwi królewskiej i moja opinia odnośnie jego wad i zalet wykrystalizowana. Skłonny nawet jestem publicznie pochwalić się swoimi zdolnościami wróżenia i to akurat nie z fusów tylko z różnorakich dostępnych faktów (jakie to więc wróżenie :)), gdyż moje przewidywania niemal w stu procentach pokryły się z rzeczywistością. To chyba jednak żadna wielka sztuka domyślić się kroków zespołu, który już za sprawą debiutu błyskawicznie sporą jak na warunki rockowe popularność zdobył, a teraz musiał tylko i aż utrzymać ten zaskakująco wysoki status. Mając w dodatku do dyspozycji dość niewielkie pole manewru, bo instrumentarium skromne za duetem stoi, nie trzeba posiadać było zdolności paranormalnych by już przed ukazaniem się How Did We Get So Dark? oznajmić, iż przełomów rewolucyjnych na dwójce nie będzie. Żadnych istotnych zmian wysłuchując z uwagą tych dziesięciu kompozycji nie dostrzegłem, kombinują mimo wszystko zaciekle na ile mogą z brzmieniami i efektami, bo w samym kręgosłupie dłubanie o ograniczonym zakresie. Co wyraźnie wyczuwalne w kilku numerach udowadniają, że rękę na pulsie trzymają i wiedzą, jakie granie na skrzyżowaniu indie i garage rocka jest na topie, bo to chyba nie przypadek, że She's CreepingLook Like You Know i najbardziej Don't Tell kręcą się wokół stylistyki jaką Arctic Monkeys na AM z sukcesem przed czterema laty zaproponował. Posiadają Mike i Ben rękę do bujających rockersów, bogato nasączonych niekoniecznie bluesującym groovem – takich potencjalnych hitów, którym jednak wyczucia i klasy nie brakuje, ale czy są na tyle wyjątkowi by na ten mainstreamowy hajp zasługiwać to już po kilku miesiącach powracania do pierwszego krążka wątpliwości miałem, a teraz je tylko potwierdziłem. Tutaj w uzyskaniu popytu zapewne większą rolę odegrał fart powiązany ze zbiegami okoliczności niż sama, niewątpliwie dobra, ale nie względnie unikalna muzyka. Faktem jest, że to takie granie, które sympatię szerokiej masy zwolenników rocka wzbudzić potrafi, jednak jeśli głębiej w scenie pogmerać to ja akurat widzę kilka ekip bardziej na sukces komercyjny zasługujących. Stąd przez kilka tygodni do How Did We Get So Dark? będę powracał, lecz nie zakładam by u mnie na trwałe pośród topowych krążków zaistniała.

P.S. Bo bym zapomniał, a pochwała w całym zakresie, bez jakichkolwiek ale też się należy - za minimalistyczną oprawę graficzną i miłe dla oka, bo bez tandety teledyski. 

Drukuj