niedziela, 31 grudnia 2017

Muzyczne podsumowanie 2017





Krótko, znaczy zwięźle w temacie! :)

ZŁOTO, czyli to mi grało, to mi grać jeszcze długo będzie.

  1. Grave Pleasures - Motherblood
  2. Mastodon - Emperor of Sand
  3. Troubled Horse - Revolution on Repeat
  4. Queens of the Stone Age – Villains
  5. Soen - Lykaia
  6. Anathema - The Optimist
  7. Steven Wilson - To the Bone
  8. Leprous – Malina
  9. Crystal Fairy - Crystal Fairy
  10. Gone is Gone - Echolocation
  11. Royal Thunder - WICK
  12. Electric Wizard - Wizard Bloody Wizard
  13. Lunatic Soul - Fractured
  14. Satyricon - Deep Calleth Upon Deep
  15. Royal Blood - How Did We Get So Dark?
  16. Black Country Communion - BCCIV
  17. Algiers - The Underside of Power

 

Po ZŁOCIE, czyli to mi grało, to mi może jeszcze grać będzie.

  1. The Afghan Whigs - In Spades
  2. Mutoid Man - War Moans
  3. Mother's Cake - No Rhyme No Reason
  4. Vulture Industries - Stranger Times
  5. Lorde - Melodrama
  6. Prophets of Rage - Prophets of Rage
  7. Tau Cross - Pillar of Fire
  8. Stone Sour - Hydrograd
  9. Vallenfyre - Fear Those Who Fear Him 
  10. Life of Agony - A Place Where There's No More Pain
  11. Deep Purple - InFinite
  12. Kadavar - Rough Times
  13. Paradise Lost – Medusa
  14. John Garcia - The Coyote Who Spoke In Tongues
  15. Dead Cross - Dead Cross
  16. Arcadea - Arcadea


sobota, 30 grudnia 2017

Filmowe podsumowanie 2017





Nie mam czasu napisać wstępu, rozwinięcia i zakończenia. Napiszę tylko, oto filmowe surowe w formie podsumowanie 2017-ego według NTOTR77 – znaczy to co w tym roku obejrzałem, ale niekoniecznie było tytułem pierwszej świeżości.

ZŁOTO!

  1. A Ghost Story (2017) - David Lowery
  2. The Killing of a Sacred Deer / Zabicie świętego jelenia (2017) - Giorgos Lanthimos
  3. Juste la fin du monde / To tylko koniec świata (2016) - Xavier Dolan
  4. Manchester by the Sea (2016) - Kenneth Lonergan
  5. Moonlight (2016) - Barry Jenkins
  6. Dunkirk / Dunkierka (2017) - Christopher Nolan
  7. Stronger / Niezwyciężony (2017) – David Gordon Green
  8. Borg/McEnroe (2017) - Janus Metz
  9. Maudie (2016) - Aisling Walsh
  10. Lady Macbeth / Lady M. (2016) - William Oldroyd
  11. Que Dios nos perdone / Niech Bóg nam wybaczy (2016) - Rodrigo Sorogoyen
  12. La La Land (2016) - Damien Chazelle
  13. Jawbone (2017) - Thomas Napper
  14. Silence / Milczenie (2016) - Martin Scorsese
  15. Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2017) - Maria Sadowska


SREBRO!

  1. Perfetti sconosciuti / Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (2016) - Paolo Genovese
  2. The Florid Project (2017) – Sean Baker
  3. Mother! (2017) - Darren Aronofsky
  4. Ptaki śpiewają w Kigali (2017) - Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze
  5. Cicha noc (2017) - Piotr Domalewski
  6. Der Staat gegen Fritz Bauer / Fritz Bauer kontra państwo (2015) - Lars Kraume
  7. Kongens Nei / Wybór króla (2016) - Erik Poppe
  8. Victoria and Abdul / Powiernik królowej (2017) - Stephen Frears
  9. Lion / Lion. Droga do domu (2016) - Garth Davis
  10. American Made / Barry Seal: Król przemytu (2017) - Doug Liman
  11. Born to be Blue (2015) - Robert Budreau
  12. Forushande / Klient (2016) - Asghar Farhadi
  13. Jackie (2016) - Pablo Larraín
  14. Tulip Fever / Tulipanowa gorączka (2017) - Justin Chadwick
  15. The Square (2017) - Ruben Östlund
  16. Baby Driver (2017) - Edgar Wright
  17. Miss Sloane / Sama przeciw wszystkim (2016) - John Madden
  18. Powidoki (2016) - Andrzej Wajda
  19. Gold (2016) - Stephen Gaghan
  20. Wind River (2017) - Taylor Sheridan
  21. Bleed for This / Opłacone krwią (2016) - Ben Younger
  22. Amok (2017) - Kasia Adamik


BRĄZ!

  1. T2 Trainspotting (2017) - Danny Boyle
  2. The Founder / McImperium (2016) - John Lee Hancock
  3. Blade Runner 2049 (2017) - Denis Villeneuve
  4. The Beguiled / Na pokuszenie (2017) - Sofia Coppola
  5. HHhH / Kryptonim HHhH (2017) - Cédric Jimenez
  6. The Childhood of a Leader / Dzieciństwo wodza (2015) - Brady Corbet
  7. Under Sandet / Pole minowe (2015) - Martin Zandvliet
  8. Loving (2016) - Jeff Nichols
  9. Paterson (2016) - Jim Jarmusch
  10. Deepwater Horizon (2016) - Peter Berg
  11. The Meyerowitz Stories / Opowieści o rodzinie Meyerowitz (2016) - Noah Baumbach
  12. Patriots Day / Dzień patriotów (2016) - Peter Berg
  13. Hidden Figures / Ukryte działania (2016) - Theodore Melfi
  14. Prosta historia o morderstwie (2016) - Arkadiusz Jakubik
  15. Pokot (2017) - Agnieszka Holland
  16. Najlepszy (2017) - Łukasz Palkowski
  17. Fences / Płoty (2016) - Denzel Washington

Reszty tytułów nie pamiętam, bo były nijakie, bądź usilnie próbuje o nich zapomnieć, gdyż mnie skrzywdziły swoim niskim  poziomem

piątek, 29 grudnia 2017

Type O Negative - October Rust (1996)




Gotycka pompa, i manieryczność nieznośna odeszła, a w jej miejscu mocniej doom metalowa zawiesina zaistniała. Chociaż ona bezwstydnie przebojowa, intensywnie sącząca się z gitarowych melodii i syntezatorowych plam to przytulam ją do mojego serca z dużo większą dziś ochotą, niż kiczowato kwadratową chwytliwość Bloody Kisses. Ja bowiem zwyczajnie zamiast koturnowego horroru, cenię sobie mrok autentyczny. Żadnych nieautentycznych póz, przesadzonej powagi czy wyszminkowanych twarzy, tylko przede wszystkim przekonująca zawartość samej muzyki w muzyce, jak i sugestywnej grozy w grozie. :) Na sabbathowych riffach odpowiednio rozcieńczonych psychodelią z zadumaną eteryczną poświatą, z pastelowymi klawiszami na równych prawach z gitarami, w piosenkowych niemal aranżacjach i ze śpiewnie przeciągłymi liniami wokalu. Mimo, że muzyka przecież nie uległa totalnie radykalnym przeobrażeniom, to zdecydowanie zsubtelniała porzucając irytującą krzykliwość. Tak jak tytuł sugeruje, stała się nostalgiczna niczym pożółkła jesień spędzana na filozoficznych rozważaniach, idealnie sprawdzając się w jesiennych okolicznościach miejsca i czasu. W moich oczach album, który zdecydowanie lepiej sprostał wymaganiom czasu od dużo bardziej popularnej poprzedniczki.

czwartek, 28 grudnia 2017

Réalité (2014) - Quentin Dupieux




Nie wierzę, że znowu dałem się tymi mackami uchwycić, pozwoliłem sobie namieszać we łbie surrealizmem made in Dupieux. Kilka lat wstecz z rozdziawioną z zaskoczenia paszczą próbowałem ogarnąć intelektualnie coś pod tytułem Wrong, a teraz rozkminiam w podobnych okolicznościach najnowszą jego produkcję zatytułowaną Réalité. Trochę się podczas tego eksperymentu na mojej świadomości na siłę obśmiałem, przećwiczyłem bardzo mądre miny i przede wszystkim tropiłem zaciekle sens, ewentualne przesłanie w tej historii zawarte. Różnica jednak zasadnicza - łooo matko, tym razem zatrybiłem o co mu chodzi. :) He, he, he… żartowałem! :) To dla mnie jakaś totalnie bezkształtna masa, totalnie nielogiczna, totalnie przekombinowana. To jakieś totalne błaznowanie bez konceptu i sensu, totalnie irytujące i nużące. Nie wiem, nie rozumiem, jestem totalnie bezsilny. :)

P.S. Trzeci raz już nie dam sie wkręcić, chyba że ktoś mądry w recenzji napisze coś o ambitnym i błyskotliwym kinie. Móc to przecież uwierzyć! :)

środa, 27 grudnia 2017

Dead Man / Truposz (1995) - Jim Jarmusch




Odkrywam obecnie Jarmuscha, i nie dlatego że pierwszy z nim kontakt nawiązany dopiero za sprawą Patersona tak mnie do nadrobienia oczywistych zaległości zmobilizował, ale po to by spróbować zrozumieć fenomen jego kultowej pozycji w reżyserskim środowisku. Wiem, że to kino dość osobliwe i nastawienie odpowiednie, by zrozumieć jego sens znaczące. Stąd drugie podejście robię świadomie wrzucając Truposza, bo akurat urokliwa czarno biała formuła dla mnie to zaleta, gatunek westernem potocznie zwany niewątpliwie intrygujący i wreszcie osoba Deppa osadzona w takiej oryginalnej konwencji ciekawa. Truposz to w moich laika oczach taka, że tak z grubsza ujmę, z przyczyn finansowo-ideowych pozbawiona spektakularnego rozmachu, za to plastycznie urocza i poetycko uduchowiona, wrażliwa społecznie, ambitna artystycznie i intelektualnie, groteskowa zabawa z konwencją. :) Muzycznie odjechana przez te brzmienia elektrykiem śmierdzące i sugestywna przez te mordy steranych życiem mieszkańców dzikiego zachodu - traperów, cowboyów i innych farmerów. Jarmusch bezdyskusyjnie naznacza swoje filmy autorskim sznytem, jednak ja nie do końca kupuję ten rodzaj filmowej narracji. Może jeszcze nie teraz, może kiedyś…, hmmm..., a może, właściwie nigdy. ;)

piątek, 22 grudnia 2017

HHhH / Kryptonim HHhH (2017) - Cédric Jimenez




Zwięzły wstęp zaproponuję i natychmiast po jednym jego zdaniu przejdę do sedna. Cedric Jimenez poprzednią własną produkcją mnie niewątpliwie zachwycił i teraz w trzy lata po doskonałym gangsterskim La French powracając, kazał od siebie wymagać kina co najmniej bardzo dobrego. Tak też się stało i poprzeczka wysoko postawiona pokonana została (lecz o rekordowym skoku nie ma mowy) gdyż pod tajemniczym tytułem kryje się historia człowieka opowiedziana metodą klasyczną, ale odpowiednio wyrazistą i w dość intrygującej, chociaż niekoniecznie niepozbawionej wad formie. To jakby dwie odsłony tego samego dramatu, tylko z dwóch perspektyw poprzez po pierwsze genezę kariery Reinharda Heydricha, jednego z najbardziej tajemniczych i lojalnych ideologii nazistów i jakby w kontrze do niej kulis dokonanego na nim nieudanego zamachu. Może ten złamany jednym cięciem podział na dwa akty nie jest do końca spójny i powoduje odczucie oglądania jakby dwóch osobnych obrazów w jednym, ale pomimo mankamentu tej koncepcji, całość wypada w miarę interesująco. Może nie przede wszystkim w formule sukces realizacyjny tkwi, ale z pewnością za sprawą wybornej i niezwykle autentycznej roli Jasona Clarke’a staje się mocno zajmujący. Clarke wyrazem twarzy, zimną mimiką doskonale oddaje zewnętrzność bezwzględnej postaci, pod której maską kryje się modelowy karierowicz otrzymujący drugą szansę i bez skrupułów ją wykorzystujący. W nim żal i złość buzuje, lojalność i oddanie niemal niewolnicze w niego wszczepione, w nim ambicje kolosalne i możliwości gigantyczne przed nim. Obok niego zaś kobieta, która inspiracją jeszcze przed chwilą, a teraz dla własnej zguby ofiarą swojej światopoglądowej obsesji. Te przemiany, ewolucje pozbawione wartości moralnej, zbiegi okoliczności, losu zrządzenia czy wreszcie manipulacje, bądź socjotechniczne zabiegi fascynują i podkreślane hipnotyzującym muzycznym tłem tworzą zespół licznych wątków do zgłębienia historycznego kontekstu inspirujących. Trudno bowiem przejść obojętnie obok tej opowieści o człowieku na fali, trudno nie poszukiwać materiałów pozwalających na zgłębienie jego fenomenu.

środa, 20 grudnia 2017

Wonder Wheel / Na karuzeli życia (2017) - Woody Allen




Napiszę o zgrozo, ale zaskoczenia w tym lamencie nie będzie, bowiem niestety czuję od kilku lat, iż wraz z wiekiem traci Woody Allen już bezpowrotnie pierwiastek intrygujący i energetyzujący, a świadczą o tym fakcie szczególnie dwie ostatnie produkcje. Tak jak uznałem Cafe Society za produkcję dość poprawną, całkiem niezłą, niezłośliwą drwiną z blichtru śmietanki towarzyskiej, tak już tegoroczny Na karuzeli życia wypada najzwyczajniej blado, a na pewno jeszcze słabiej. Bez poczucia humoru w nadętej teatralnej pozie z naciąganym scenariuszem i jedynie popisem aktorskim Kate Winslet, bo akurat dawno nie widziany Belushi przeszarżowuje, chcąc z aktora rozrywkowego, w typie przede wszystkim komediowym, stać się pełnokrwistym aktorem dramatycznym, dając paradoksalnie teraz dopiero popis pajacowania bez umiaru. Justin Timberlake natomiast jest zwyczajnie mało wiarygodny w obsadzonej roli, przez co jego naciągana chłopięcość drażni, a nie urzeka i tylko ten łebek podpalacz piroman ratuje męski honor w konfrontacji z dwiema kobiecymi rolami. Tutaj ośmielę się napisać, że tak jak Kate Winslet daje radę i tworzy kapitalną kreację wprost ze scenicznych desek, tak królową tego balu jest niezaprzeczalnie przesłodka Juno Temple będąc nie tylko urzekająca ze względu na walory urody, ale także przez wzgląd na kapitalny warsztat aktorski. W sumie może nie jest tak źle, poniekąd czuć rękę Allena, czyli dialogi są zgrabnie przestylizowane, ale finalny efekt to cholera nuda z pozorowanym przesłaniem i lichą puentą. Niby wizualnie dopracowane i od strony warsztatowej bez technicznych zarzutów, ale tak jak sprawne, tak sztuczne i nieautentyczne, a reżysersko to już zupełnie bez allenowskiej iskry i ikry, z której mistrz nietuzinkowego kina obyczajowego słynął. Na karuzeli życia jest po prostu banalne i cholernie przedramatyzowane. Wszystko się kiedyś kończy, nawet zdawałoby się wieczny Woody Allen. :(

piątek, 15 grudnia 2017

Murder on the Orient Express / Morderstwo w Orient Expressie (2017) - Kenneth Branagh




Zbiegiem okoliczności w tą znaną na wskroś wyprawę koleją bardzo dalekobieżną się wybrałem. Dużo w tym przypadku było, bowiem absolutnie nie planowałem odwiedzić sali kinowej aby sprawdzić jak Kenneth Branagh, który swego czasu zachwycił mnie adaptacją klasyka o Victorze Frankensteinie w kolejnej próbie zmierzenia się z wyeksploatowaną materią wypadł. Nic mnie nie zaskoczyło i nie mam w tym miejscu na myśli rzecz jasna wyłącznie całej sprytnie złożonej, poruszającej rodzicielskie serce intrygi, ja mówię bardziej o pomyśle na adaptację. Szczerze pewien byłem, że Branagh wykorzysta popularną technikę i wykreuje świat urzekający wizualnie i jednocześnie strasznie nierzeczywisty, wręcz w sposób drażniąco baśniowy. Wiedziałem, że to będzie kierunek podobny jaki obrał Guy Ritchie uwspółcześniając, dzięki grafice komputerowej przygody Sherlocka Holmesa, lecz nie spodziewałem się, że Hercules Poirot w oczach Branagha stanie się niemal super bohaterem, a przynajmniej bardziej miśkowatym, ale jednak kimś na kształt agenta 007. :) Nie będę jednak złośliwie krytyczny, gdyż tak w miarę obiektywnie spostrzegając całość, chociaż ona nie zachwyca, to i przyjemność z oglądania daje. Nie jest to absolutnie rodzaj satysfakcji z rozwiązywania tajemnicy, w tym ujęciu czysto kryminalnym, lecz jednak dużo radości dostarcza obserwacja kapitalnego warsztatu aktorskiego hollywoodzkich gwiazd pierwszego formatu, bowiem to one dodają produkcji zdecydowanej wartości, a sprawnie wyreżyserowane sceny z udziałem Judi Dench, Michelle Pfeiffer, Penélope Cruz, Johnny'ego Deppa czy Willema Dafoe, podkreślone odpowiednio ciepłą oprawą muzyczną to niezła szkoła doskonałego teatralnego aktorstwa. Co jeszcze istotne i mnie fana oddanego kreacjom Davida Sucheta zaskakujące, ja po kilkunastu minutach projekcji nie miałem pretensji do reżysera i odtwórcy, w tym przypadku roli "prawdopodobnie najlepszego detektywa", że ten wąs jego jest zbyt groteskowo przerysowany, a aura rozsiewana to nie ta modelowo wykreowana przez Sucheta. Zasługa w tym jegomoscia taka, że Poirot w interpretacji Kennetha Branagha to także przesympatyczny człowiek z uroczym akcentem i ogromną pasją. Tym mnie kupił Branagh i powstrzymał przed bardziej dosadną krytyką, bo jak tutaj kaprysić i grymasić, gdy detektyw zabawny, a sam seans urzekająco relaksujący. 

czwartek, 14 grudnia 2017

The Killing of a Sacred Deer / Zabicie świętego jelenia (2017) - Giorgos Lanthimos




Niemal przed rokiem Lobstera widziałem i seans mieszane odczucia we mnie pozostawił, niemniej jednak abstrahując od przekombinowanej stylistyki sam obraz dostarczył sporo wrażeń natury wizualnej i przede wszystkim gimnastyki dla umysłu, stawiając w moim odczuciu jego reżysera pośród tych współczesnych młodych twórców kinowej materii, w których nie tylko potencjał odtwórczy dostrzegalny. Żałuje teraz odrobinę, iż natychmiast po seansie nie odszukałem wcześniejszej produkcji Greka i nie sprawdziłem czym kilka lat wcześniej Kieł krytykę na tyle mocno zachwycił, że już wtedy Giorgos Lanthimos uznawany był za reżysera nietuzinkowego. Teraz jednak nie mam zamiaru się ociągać, żadnego wahania nie będzie i kiedy tylko jak najprędzej okazja się nadarzy Kieł na ekranie mojego odbiornika zagości. Stanie się tak mniemam, gdyż mam już pewność wielkości Lanthimosa, bowiem Zabicie świętego jelenia to fascynująca w formie i treści uwspółcześniona wersja antycznej tragedii. W klasycznym układzie formalnym, gdzie prologos, parodos, epejzodion, stasimon, kommos i exodos – gdzie w każdej odsłonie zawarta jej istota, którą konflikt tragiczny wynikający z istnienia dwóch przeciwstawnych, ale równorzędnych racji i wybór niosący ze sobą zawsze klęskę lub śmierć bohatera, gdyż los jego jest z góry przez bogów przesądzony - gdyż przeznaczenie musi się wypełnić! Bo przeszłość echem powraca, a grzechy sprzed lat, świadome czy nieświadome muszą zostać odpokutowane. Ząb za ząb, nie będzie przebacz, cierpienie przyjdzie i swoje żniwo zbierze! Lanthimos stworzył obraz nieprawdopodobnie zimny, sterylny niczym blok operacyjny i jednocześnie wręcz paradoksalnie przesiąknięty emocjami niezwykle gęstymi. Są dreszcze, ciary wielokrotnie się pojawiające, napięcie, które wzrasta i dech w piersi zapiera, kiedy bezradność i manipulacja osiąga zenit. Niebagatelna w tym rola muzyki, która pomiędzy symfonią, operą, a dźwiękami sakralnymi oscyluje i wprowadza ten złowieszczy klimat podbijając natężenie ekspresji powyżej przyswajalnych tonów, wytrącając z impetem już przecież za sprawą samej treści wytrąconego ze strefy komfortu widza. Tutaj chirurgiczna precyzja rządzi, cięcia są przemyślane, a do rany jakby jeszcze mało bólu było sadystycznie sól jest konsekwentnie dosypywana. Abstrakcyjne zachowania bohaterów, ich recytowane kwestie, a także labirynty szpitalnych korytarzy hipnotyzują, wprowadzają w trans i sprawiają, że całe dwie godziny zagryzałem wargi i dziwię się, że z krwawiącymi ranami kina nie opuściłem. To nie jest w żadnym wypadku kolejna mniej lub bardziej szablonowa produkcja, to nie jest ambitne, ale jednak spoglądanie wstecz na twórczość Lyncha czy Kubricka, chociaż czuć, że styl reżysera na tych mistrzach poniekąd wzorowany. To rzecz absolutnie wyjątkowa, bo poziom zintensyfikowania i natężenia schładzanych konsekwentnie emocji gigantyczny, a wyczucie i umiejętności głównego kreatora tego, co dzieje się na ekranie wręcz porażające. Ja jestem zachwycony, mimo iż wprowadzenie, ten wstęp z pewnością świadomie wystudzony nieco przynudził, ale później... Później kilka scen które do historii kina przejść powinny dały mi taki zastrzyk adrenaliny, doprowadziły do wrzenia krwi w żyłach, a suchość w gardle nie pozwalała na wykrztuszenie kilku słów jeszcze przez dobrą chwile po zakończeniu projekcji. 

P.S. Jeszcze jedno zdanie, zdanie o obsadzie, bo przecież kreacje wszystkich kluczowych postaci tragedii wyborne, a szczególnie to, co pokazała kapitalnie tutaj dobrana mimicznie Nicole Kidman i ten młodzian o urodzie charakterystycznej do tak specyficznej roli doskonale predysponowany. Ręce same składają się do oklasków!

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Dog Day Afternoon / Pieskie popołudnie (1975) - Sidney Lumet




Jak się skończył autentyczny skok na bank w wykonaniu zdesperowanych amatorów. Jak przez frustrację i bezwzględność na poziomie zerowym w potrzasku złodzieje się znaleźli i co w tym przypadku najistotniejsze, jak pomiędzy pseudo bandytami i w założeniu zakładnikami dość niezwykła relacja powstała. W obsadzie z energetycznym Alem Pacino i nieodżałowanym, tutaj wręcz wybitnym w milczącej grze wnętrzem Johnem Cazale, ta kameralna niemal ograniczona do kilku ścian historia wciąga skutecznie, bo i psychologiczna zależność postaci, ich reakcje i postawy to złożony teatr ludzkich zachowań w różnych formatach i na kilku płaszczyznach. Akcja służb to również interesujący materiał o nieudolności i braku kompetencji, żeby nie napisać totalnej amatorszczyzny w popisowej odsłonie. Negocjacje, rozmowy w atmosferze blefu i zastraszenia, poszukiwanie możliwych rozwiązań, dróg wyjścia z każdą chwilą z bardziej gorącej sytuacji. Nikt tutaj nad tym chaosem nie panuje, rabusie improwizują, a policja i agenci federalni poziomem organizacji ponad biegające kurczaki z obciętymi głowami nie grzeszą. To klincz może postawienie pod ścianą, profesjonalna akcja mundurowych czy rodzaj polityczno-społecznej manifestacji transmitowanej na żywo w telewizji. W takiej sytuacji sympatia może być wyłącznie po jednej stronie!

piątek, 8 grudnia 2017

El Espinazo del diablo / Kręgosłup diabła (2001) - Guillermo del Toro




Czego by Guillermo del Toro jeszcze w przyszłości nie nakręcił, jak bardzo by się nie rozmieniał na drobne lub w tym optymistycznym scenariuszu nie zachwycał arcydziełami to już teraz, na dziś zajmuje za sprawą Labiryntu Fauna i nakręconemu kilka lat wcześnie przedsmakowi historii o Ofelii, w moim prywatnym rankingu pozycję na szczycie mistrzów kina, którzy stworzyli rzeczy wyjątkowe. Kręgosłup diabla to w hiszpańskim kinie rzecz niezwykle esencjonalna, łącząca baśniowy, oniryczny wręcz klimat z surowym obrazem czasów ludzkiego cierpienia. Mroczną baśń, nawet klasyczny horrorek z ciekawym sznytem psychologicznym z dość oczywistą tajemnicą sprawnie widzowi sprzedawaną. Atmosferę wykreowaną przede wszystkim scenografią i symbolicznym teatrem z zagadką osadzoną w bardzo przenikliwie ukazanym tle historycznym. Z otwartym pytaniem finałowym – czym jest duch? Złym zdarzeniem, które powraca, a może chwilą bólu, czymś martwym co nadal wydaje się żywe, uczuciem zatrzymanym w czasie, jak rozmyta fotografia, jak owad zatopiony w bursztynie.

czwartek, 7 grudnia 2017

Electric Wizard - Wizard Bloody Wizard (2017)




Co ja wiem tak naprawdę o Electric Wizard, wiem niewiele, znam niewiele, bo akurat gdzieś przez lata funkcjonowali w mojej świadomości, ale zawsze na dalszej orbicie zainteresowań i nawet będąc zagorzałym fanem ostatnio milczącego Orchid, który stylistycznie po linii Brytoli to jednak ekipa Jusa Oborna nigdy nie wkradła się do mojego serducha. Nie będę tutaj i teraz rozkminiał powodów tej sytuacji, w zamian skupię się jedynie na teraźniejszych odczuciach i w euforii napiszę, że to kapitalny album, który tak podstępnie wpijał mi się w świadomość pozostawiając zapewne trwały ślad w mojej podświadomości. Nie mam porównania obecnej stylistycznej formuły czarodziejów z tym, czego na poprzednich albumach dokonali, ale nie ma mowy bym wkrótce nie rozpoczął rajdu przez ich przeszłość – tego pewny jestem, chociaż obawy mam, że entuzjazm mój nieco zgaszony być może. ;) Niby nic nie napiszę o przeszłości, ale wciąż zachodzę w głowę, dlaczegóż do tej pory nie wkręcił mnie ten psychodeliczny wyziew na retro przebojowych resorach, tak jak wkręcił po kilku zaledwie odsłuchach Wizard Bloody Wizard. Najważniejsze jednak, że przełom nastąpił i w monolitycznej grze wyspiarzy zagustowałem, pozwoliłem uwędzić się w tym dość jednostajnej lecz paradoksalnie zaskakująco ciekawie zaaranżowanym słodko-gorzkim aromacie - w tym bulgocącym basowym brzmieniem sosie zasmakowałem i oblizuję się przy każdym kolejnym odsłuchu z rozkoszą. Okrutnie jara mnie dzisiaj ten album jawnie nawiązujący rzecz jasna zarówno muzycznie jak i samym tytułem do najlepszego okresu królów z Birmingham i nie mam jakichkolwiek zarzutów czy nawet ociupinkę złośliwych uwag. :) Instrumenty rzężą tak jak rzęzić powinny by drażnić i hipnotyzować jednocześnie, piece zostają rozgrzane do czerwoności, a zaflegmione brzmienie wprowadza w trans podkręcany czymś co można nazwać z satysfakcją antyśpiewem właściwie sprofilowanym. Krążek ten to zasadniczo rzecz wtórna ale cholernie esencjonalna, organiczna, żywa, prawdziwa! Napięcie rośnie i kieruje zwolna do punktów kulminacyjnych, prostymi zdaje się środkami, lecz absolutnie nie topornymi metodami. Ta muza wrze, buzuje, ducha posiada i to się cholera głęboko w trzewiach czuje! Szczególnie gdy wybrzmiewają kapitalnie rozwijające się riffy z epickiego zakończenia. To jest przedziwny odjazd, piękne orbitowanie bez chemicznych wspomagaczy! Nie chcę stamtąd powracać, nie mam ochoty na lądowanie.

P.S. I jeszcze ta koperta, ta oprawa graficzna - o jesu! Cudo to takie przecudne!

poniedziałek, 27 listopada 2017

Cicha noc (2017) - Piotr Domalewski




Pierwsze ząbki w tym kluczu do sukcesu jakim niewątpliwie laury zbierane i krytyki uznanie to kapitalny dobór aktorskiej ekipy, od strony nawet podobieństwa fizycznego, bo zestaw rodzeństwa w osobach Dawida Ogrodnika, Tomasza Ziętka oraz Marii Dębskiej to strzał w sam punkt, z dodatkowym bonusem w postaci cholernie autentycznych Agnieszki Suchory i Arkadiusza Jakubika jako rodziców. Zresztą cała ekipa to przecież castingowy majstersztyk, zaczynając od najmłodszej w familii, poprzez wujka, ciotkę, kuzynostwo i kończąc na dziadku. Nawet Tomasz Schuchardt, który ostatnimi czasy nieco mnie zawodził, a w roli w Ach śpij kochanie to już wyjątkowo kwadratowo wypadł, tutaj zainspirowany bez wątpliwości przez reżyserskiego debiutanta (zaznaczę, w formule pełnoczasowej) dał się poznać ponownie, jako niesamowicie zdolny aktor. I w tym miejscu naturalnie przenoszę nacisk na drugą kwestię zasadniczą, czyli na osobę Piotra Domalewskiego, który przechodząc z roli współpracownika na przykład nieodżałowanego Marcina Wrony stał się dla mnie z miejsca jedną z największych nadziei naszego rodzimego kina. Może to nie jest start w wydaniu nokautującym, nie ma on takiego oddziaływania indywidualistycznego, jakim Xavier Dolan od gołowąsa światową krytykę zachwyca, ale na naszym podwórku, w stylistyce już klasycznej, nazywanej smarzowszczyzną odnalazł się w sumie dojrzały już wiekowo Domalewski wybornie. Ma on rękę do stymulowania aktorskiego zaangażowania i chociaż nie ma w samym akcie kreacji jeszcze tak do końca własnego jego pomysłu to realizacyjnie daje rade wyśmienicie i na przyszłość pobudza duże oczekiwania. Jedyny zarzut, jaki teraz w tym miejscu podkreślę to nieco opóźnione hamowanie, w znaczeniu, że ja bym obraz zakończył w miejscu, w którym smyczki towarzyszą dosadnej poetyckiej i naturalnej klamrze. Wszystko, co dalej przez te kilka minut ponad miarę jeszcze dorzucone absolutnie niepotrzebne i do ogólnego wydźwięku niczego istotnego, ani nowego niewprowadzające. Trochę burzy ta finalna łopatologia i jej efekt przynajmniej dla mnie odbiera wiarę reżysera w inteligencję widza. Interpretacja przecież jest i tak właściwie prosta, zatem zbędne było stawianie tej kropki nad i kiedy wielokropek zrobiłby bardziej ekspresyjną robotę. Zawinione błędy implikowane do rozmiarów gigantycznych stanowią w czytelny sposób jądro tej rodzinnej ciemności, ale ja tutaj widzę przez te dziewięćdziesiąt minut, w tej dosadnej bezpośredniości jednocześnie masę głębi pomiędzy wierszami i jako człowiek refleksyjny i dociekliwy, pozwolę sobie na kilka zdań szerszego kontekstu. Oglądając Cichą noc czułem wyraźnie w postaciach ciśnienie gigantyczne, sugestywnie odbierałem zaburzenia równowagi i tęsknotę za harmonią, której żadnym sposobem nie będą potrafili osiągnąć. W tych ludziach się gotuje i przybierają różne maski, postawy obronne by zakamuflować gorycz i niespełnienie - zagubienie w relacjach i zwykłą frustrującą bezradność. Każdy chce dobrze, ale wychodzi jak zawsze i kurwa chociażby dali z siebie wszystko to i tak nie zmienią realnego obrazu rodziny zadeptanej przez troski i słabości. Wszyscy popełnili i popełniają wciąż błędy ucząc sie żyć z ich konsekwencjami, starając się się uodpornić, zbudować mechanizmy pozwalające przejść przez życie z ciężarami nie uświadamiając sobie że to walka z własnymi demonami, która właściwie ich zabija i nie daje nadziei na normalność kolejnym pokoleniom. Niby we wspólnocie, ale w samotności, niby dla dobra innych a właściwie to z pobudek egoistycznych. Nienawidzą siebie, a ten stan niszczy ich relacje - zamiast patrzeć przed siebie, ich wzrok skierowany jest wyłącznie na przeszłość. Myśląc w ten sposób nie dają sobie szansy na przyszłości okopując się w przeszłości. Bo przecież my wszyscy słabi jesteśmy, im bardziej twardniejmy tym mocniej kruszymy się wewnętrznie, mimo że pancerz na zewnątrz taki gruby. To film o tym jak bardzo ludzie potrafią sobie spierdolić życie, bo nie mają z niego satysfakcji na miarę wyobrażeń, blokują się straszliwie, budują latami zbroje, która chroni przez słabościami i te słabości jednocześnie dokarmia. To jest smutny obraz rodziny, w której ciepło istnieje w postaci potencjału, którego członkowie w układzie ani jednostkowym ani wspólnotowym nie potrafią przełożyć na zwyczajne szczęście. Jesteś człowieku szczęśliwy na tyle na ile sobie jesteś w stanie na nie pozwolić - nikt nam realnej szansy na spełnienie przecież nie zabiera, to wszystko tkwi w głowie, tam są bariery. Ten surowy obraz pojedynczych osób bez satysfakcji w układzie wspólnotowym bez wspólnoty, bez harmonii, bez nadziei daje sporo do myślenia – jako rodzaj portretu do bólu prawdziwego i przestrogi maksymalnie dobitnej.

P.S. Fakt, że w powyższych rozważaniach ani raz nie pojawiło się słowo kasa uznaję za jego walor – kasa przecież nie jest najważniejsza. :)

sobota, 25 listopada 2017

The Last King of Scotland / Ostatni król Szkocji (2006) - Kevin Macdonald




To sytuacja dość kłopotliwa, jednoznaczną ocenę zdecydowanie utrudniająca, bowiem nie bardzo rozumiem, co w filmie Macdonalda jest nie tak, że mimo iż temat wstrząsający, realizacja dobra i przekładająca się bezpośrednio na efekt, to mnie tak do końca nieprzekonuje. Może problemem kluczowym jest właśnie ta poprawna realizacja, działanie reżysera według klisz i utartego schematu pozbawiająca większej głębi psychologicznej zarówno postacie jak i samą opartą przecież na autentycznych wydarzeniach historię. I nie widzę tutaj zaniedbań ze strony aktorskiej, bo dwie czołowe role zagrane zarówno z pasją, charyzmą jak i warsztatowo sprawne, na pewno „nie inaczej”. Biadolić zatem muszę, że nie jestem w stanie precyzyjnie określić wady decydującej efektu finalnego, że to ciężka sprawa, aby w fabularnej historii, która już u fundamentu jest, pisząc bezpośrednio atrakcyjna dla współczesnego widza poszukującego cudzej krwi na cudzych rękach nie poczuć jej w pełni. Motywu przewodniego powiązanego z okrutną rzeczywistością istnienia w ludziach obrzydliwej potrzeby dominacji w znaczeniu wykorzystywania władzy dla utrwalania pozycji. Wreszcie popadania w obłęd lęku przed jej utratą i zapętlanie się systematycznie w związkach przyczynowo-skutkowych w sensie siania wiatru i zbierania burzy - rozsiewania podejrzliwości i reagowania okrucieństwem coraz bardziej odczłowieczonym, pozbawionym skrupułów i braku elementarnych ludzkich odruchów. Zbieraniu plonów takiej strategii wyniszczającej człowieczeństwo wokół, stając się architektem dosłownej zagłady. Gdzie zatem tkwi błąd Kevina Mcdonalda, czy może tylko mnie zdaje się, iż Ostatni król Szkocji mógłby zdecydowanie bardziej targać emocjami w oprawie mniej konwencjonalnej.    

piątek, 24 listopada 2017

Wind River (2017) - Taylor Sheridan




To taki ospały kryminał, ale w żadnym wypadku nużący zakalec. To bowiem przesycony sugestywną atmosferą, po pierwsze wciągający thriller rozgrywający się w surowych północnych warunkach, po drugie rasowy psychologiczny dramat, sprowadzony do esencji, porządny kawał dobrego bezpośredniego w produkcji, a bogatego w przeżycia kina. Mocna rzecz, dość wyraźnymi kontrastami kreowana – od wewnętrznych przeżyć, uzewnętrznionych emocji, poprzez rzeź która nie przynosi bohaterom ukojenia, na powrót do cierpiącej duszy. Obraz przepełniony emocjami wśród których dominuje ból po stracie dziecka. Cierpienie namacalnie odczuwalne, którego czas nie jest w stanie usunąć. Historia może nieskomplikowana ale posiadająca siłę oddziaływania - dojrzałe świadectwo, gdyż cierpienie przytłacza, kiedy nie ma się w nim doświadczenia.

P.S. „Mam dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że już nigdy nie będziesz taki sam. Już zawsze będziesz odczuwał pustkę. Straciłeś córkę i już nic nigdy ci tego nie zastąpi. Dobra wiadomość jest taka, że gdy już to zaakceptujesz i pozwolisz sobie cierpieć, pozwolisz sobie aby odwiedzała cię w myślach. Będziesz pamiętał jej miłość i radość. Sęk w tym, że przed bólem nie uciekniesz. Jeśli to zrobisz, sam siebie okradniesz ze wspomnień o niej...”. Jeden monolog, a jako poruszająca wizytówka wystarczy!

czwartek, 23 listopada 2017

Najlepszy (2017) - Łukasz Palkowski




Nie w pełni czuję się usatysfakcjonowany, bo akurat formuła zaproponowana przez Łukasza Palkowskiego nie do końca sklejała mi się z samą u podstaw i rozwinięcia fascynującą niewątpliwie psychologicznie i socjologicznie historią. Te narkotyczne odloty pod szablon jakiegoś amerykańskiego horroru, z tym nieprawdopodobnym przebiegiem przecież autentycznych wydarzeń zwyczajnie nie łapały wspólnego przelotu na odpowiedniej dla emocji wysokości. Nie mam wątpliwości że Jerzy Górski zasługuje na gigantyczne uznanie bo wypełznąć z takiego bagna, wyrwać się z takiej otchłani to czyn bez dwóch zdań heroiczny, lecz mam wrażenie że postać zasługuje na film w którym więcej treści w samej treści, a nie tylko przesycenia scenariusza masą wątków po których reżyser ze scenarzystami się prześlizgnęli i w których poruszającej mocy która tąpnie człowiekiem niewiele. To bardzo dobre kino, ale kino rozrywkowe ze sprytnie zaaranżowanym, powracającym kilkukrotnie muzycznym motywem z Chid of Time wiadomo kogo, dobrymi ale nie rewelacyjnymi (jedynie Kamila Kamińska była doskonała) rolami i nieco nie zawsze błyskotliwego poczucia humoru. To jak czuję dobrze sfokusowany produkt, z góry nastawiony na sukces komercyjny, taki obraz na faktach który zdobędzie publiczność przekrojową. Wszystkich wzruszy i pokaże dla pokrzepienia serc i dusz że wszystko jest możliwe jeśli hart ducha wystarczająco silny. W moim jednak maksymalnie subiektywnym odczuciu Palkowski poszedł na łatwiznę, czyli zupełnie inaczej niż jego bohater - nie przebrnął nawet teoretycznie przez to szambo z którego wypłynął Jurek, więc nie mógł spojrzeć na sprawę z tej najbardziej przekonującej perspektywy. Trochę schematem pokombinował, sporo motywów zwyczajnie przekombinował, dorzucił szczyptę ambicji kręcąc kilka scen mających mieć oblicze i wydźwięk symboliczny ale finalnie i tak wszystko podał na tacy, w systemie łopatologii dla dobra ogółu stosowanej, by każdy przeciętnie ogarnięty posiadacz jednostki centralnej mózgiem nazywanej, w praktyce niewykorzystywanej mógł dojść do z góry nakreślonych wniosków. Dodatkowo jako twórca kina pod zamerykanizowane gusta robionego, nie miał też zapewne takich intencji by niczym Aronofsky w Reqiuem dla snu dać widzowi towar kopiący i uzależniający, po którym odstawienie to cierpienie dla duszy i ciała. Ja nie poczułem tutaj tego umierania narkotycznych wraków, nie przesiąkłem zapachem wstrzykiwanego kompotu, smrodu gnijących ran i rozpalonych żył. Ja nawet nie byłem w stanie odczuć wysiłku fizycznego organizmu maksymalnie przeciążonego, ciężkiego oddechu człowieka wyczerpanego, obrazu bólu jaki zakrwawionymi, piekącymi stopami miał być w założeniach wywołany.  Krew nie została we mnie wzburzona i nie wyszedłem z kina poruszony i teraz tylko zadaje sobie pytanie, czy odporny na taki sposób emocjonowania jestem, czy może zwyczajnie w mym ciele zamiast serca zimny głaz utkwił tylko tak dla zasady wypełniając puste miejsce.

P.S. 1 Pragnę być szczery i uczciwy, więc dodam, że warto obejrzeć ale czy jest powód by Najlepszego nazywać najlepszym tegorocznym polskim filmem. Nie mam wątpliwości, że nie ma startu niestety do kilku innych tytułów. 
P.S. 2 Zaczynają mnie cholernie irytować te od sztancy robione plakaty, ta tendencja by nawet filmy o czymś ważnym "przyozdabiać" grafiką wprost z okładki brukowców. Wstyd k**** że dzieje się to w kraju, który ma takie wspaniałe tradycje w dziedzinie plakatu filmowego. Niech was odpowiedzialnych za tą żałość ch** strzeli!

środa, 22 listopada 2017

Cavalera Conspiracy - Psychosis (2017)




Poniższe podejście moje do marterii nazwanej Psychosis nie będzie może szczytem profesjonalizmu, ale ja przecież nie jestem głosem dobrego smaku w domach czytających moje wypociny, nie zabiegam też o uznanie w środowisku recenzenckim, tym bardziej że nie mam doświadczenia wieloletniego ani nawet w ułamku przygotowania dziennikarskiego, zatem sprowadzam swoje wywody do prostych odczuć lubię nie lubię, kręci nie kręci, kopie nie kopie lub orbituje po obrzeżach tematu, kiedy coś mnie poniesie wypełniając tekst masą marginalnych wtrętów, bądź co chyba najciekawsze odniesień do rzeczywistości i filozoficzno-socjologicznych refleksji na poziomie "miałem zajęcia z filozofii i socjologii, stąd kombinuję, a nawet psychologii, więc rozumiem co czujesz". :) Dystans wobec zawodowego "pismaczenia" jest wyznacznikiem mojego wydumanego kierunku i przede wszystkim osobiste odczucia barometrem określającym ciśnienie we mnie przez płytę czy film wzbudzane. W konkretnym przypadku najnowszego albumu CC startuję z poziomu "kiedyś takie motoryczne granie mnie kręciło", więc cudów w rodzaju "ale jestem podniecony" z miejsca nie mogłem oczekiwać, a zapoznanie się z Psychosis odbieram jako sentymentalny ukłon w stronę thrashowego łojenia, w którym serce bije w hard core'owym rytmie, a płuca oddychają bezkompromisowym surowym death metalem sprzed trzech dekad. Niestety patrzę dzisiaj na poczynania Maxa Cavalery z boku, zatem trudno było oczekiwać, że  pomiędzy mną, a Psychosis przepłyną intensywne prądy. Nie zostałem zaskoczony ani porażony, a moje wnioski z odsłuchu sprowadzają się do krótkiego "było minęło i się nie wróci". :( Nie będę ja potrafił odczuć tego rodzaju łojenia w sposób sprzed laty mi znany, nie będzie już chyba także sam  brazylijski spiritus movens w stanie kiedykolwiek wtłoczyć do własnej twórczość ducha jakim infekował ją na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Stara się chłopina bardzo, doceniam w nim tą szczeniacką pasję, choć jej nie rozumiem i tym bardziej nie podzielam - więcej, myślę, że gdyby na jego spasłe cielsko wlazły obcisłe gatki pewnie w takiej stylówie na gigach by się prezentował i patrząc w lustro spostrzegałby własną fizyczność odwrotnie proporcjonalnie do percepcji głęboko zaburzonej anorektyczki. Taki w tym Maxie proces wstecznictwa od lat postępujący, a samo Psychosis nie wydaję się by tej tezie zaprzeczało. 

niedziela, 19 listopada 2017

Confessions of a Dangerous Mind / Niebezpieczny umysł (2002) - George Clooney




Debiut reżyserski bożyszcza kobiet, aktora, który w dość dojrzałym wieku do hollywoodzkiej elity awansował i do dzisiaj z powodzeniem tam rezyduje. Na dwa fronty jedzie, bo na propozycje dobrych ról nie narzeka, a w międzyczasie raz na kilka lat i własne coś ciekawego nakręci. Jak wiemy już dziś, ciągnie go w stronę dramatów i obyczajówek łączących świat polityki z mediami. Idy marcowe ostatnio, a wcześniej licznie nagradzany Good Night and Good Luck, zatem Niebezpieczny umysł to był dopiero początek drążenia około elitarnej tematyki. Jak teraz widzę start całkiem udany, bo opowieść o biografii wymyślonego Chucka Barrisa, to brawurowa fabularnie i wizualnie atrakcyjna (tak to trochę komiksowo mu wyszło) porcja potraktowanego z przymrużeniem oka wielogatunkowego kina. Zabawa ze stylistyką Noire w kwestii narracji, konwencją filmu szpiegowskiego, widowiskowego show i skojarzona, co nieco z formą preferowaną przez braci Cohen w schizoidalnej oprawie, z całą plejadą hollywoodzkich gwiazd często w drobnych rólkach, chwilowych epizodach (ha ha ha, minimalizm kreacji Pitta i Damona). Za dużo? Może zbyt wiele jak na jeden film i w dodatku jeszcze debiut reżyserski, momentami nie do przełknięcia poprzez natłok niekontrolowanych wykwitów wyobraźni, mimo wszystko intrygujący, bo jakiś, a nie nijakiś. ;) :)

piątek, 17 listopada 2017

Mother! (2017) - Darren Aronofsky




Oczekując przy najbliżej już okazji rehabilitacji ze strony tego wybitnego reżysera, przed seansem Mother! zapoznałem się z kilkoma w moich oczach miarodajnymi sugestiami recenzenckimi i z tą wiedzą niejednomyślną starłem się bezpośrednio z filmową rzeczywistością. Konfrontacja ta wymagająca była intelektualnie, precyzyjna na poziomie scenariusza, zagrana z ikrą i warsztatowym rygoryzmem. Wypielęgnowana wizualnie, zdobna w detale i wreszcie najistotniejsze, zawierała w sobie przesłanie, myśl wokół której filozoficzne rozważania w symbolicznej formule osnuto. To bowiem film o konkretnej linii światopoglądowej, film prowokujący nie tylko religijne oburzenia i z siłą huraganu piętnujący tych wszystkich, którzy idee czyste u zarania zamieniają w koszmarne kurioza, poddają je manipulacyjnemu przemiałowi, robiąc z nich hipnotyzujące masy poczwary dążące do autodestrukcji. On rozprawą z jasną tezą i cholernie mocną argumentacją, nieco tylko zakamuflowaną, bo jak nie zawsze doceniam kino surrealistyczne, tak w tym przypadku robię to z miejsca, gdyż klucz do zrozumienia sensu przekazu nie ukryty został na tyle mętnie w mroku domysłów, że rozgryzienie materii bez kilkunastostronicowej instrukcji zupełnie niemożliwe. W zaklętym kręgu żyjemy, w mękach poszukiwania inspiracji dla umysłu, odnajdywania jej i przekształcania w idee, które oddajemy naturalnie w ręce innych ludzi, bez kontroli nad ich interpretacjami. Jak długo ludzkość będzie oczekiwać przewodników, kapłanów z drogowskazem w postaci recept na uniesienia tak długo tkwić będzie w zaklętym kręgu kreacji i niszczenia – budzenia się w podniecającej ekscytacji i umierania w mękach szaleństwa. Mother! to z pewnością wyzwanie, obraz dla ludzi o otwartych umysłach i szerokiej wyobraźni, gdyż w tym tylko pozornym bałaganie, orgiastycznym chaosie, szczególnie w finale wiele do odkrycia i równie sporo odpychającej, czy wręcz szokującej wizji do przełknięcia. W obrazie tym całe zatrzęsienie symbolicznej ornamentyki, mnóstwa alegorii i metafor, oszałamiająco hipnotyzującej ekwilibrystyki na kilku co najmniej poziomach mniejszej lub większej przenikliwości. To dzieło przemyślane dogłębnie, rozpędzające się z wolna, pulsujące tajemnicą metafizyczną i chwytające za gardło z furią dosłowną. W moim osobistym przekonaniu to tytuł, który wartości nabierać będzie z czasem, rosnąc w siłę wyrazu i nabierając atrybutów kultu. Nie dotrze rzecz jasna do wszystkich, nie stanie się na swoje szczęście super czy mega hitem, ale zasłuży na uznanie. Niełatwo bowiem przejść obok niego obojętnie jeśli człowiek myślący, a troska o kondycję ludzkości w skali mikro i makro mu nie obca. Ze mną zostanie na długo, będzie mnie męczył i dręczył chociaż troski o ten nasz popierdolnik dookoła we mnie systematycznie ubywa.

czwartek, 16 listopada 2017

Ach śpij kochanie (2017) - Krzysztof Lang




Żałuje czasu na Ach, śpij kochanie, bo to jak nie dosłownie uśnij kochanie, to coś w rodzaju prześpij kochanie. Tak sobie teraz myślę, że lepiej już by było ze dwie godzinki spędzić na spacerze i ten wybór byłby bardziej zasadny. Czy to miało potencjał, czy mogło być lepsze, pewnie tak, a jak tak to trzeba z obowiązku wymienić powody, które zabiły możliwości tkwiące u podstaw. Klimat to niby takie Noire ale bez duszy, bo jaka dusza Noire w Polsce za towarzysza Bieruta. Nie czuć tutaj także komunistycznej propagandy, terroru służby bezpieczeństwa, tak jak być powinno by autentycznie było. Jest najzwyczajniej licho emocjonalnie, a jak nie podkręca się odpowiednio napięcia i widzem nie wstrząsa to ten widz broni się już tylko przed objęciami Hypnosa, czy innego Morfeusza. Kryminalny obraz śledztwa niby jest a nie ma, przelewa się przez palce potencjał i woła o pomstę. Jest płasko bo zamysłu wyraźnego brakuje, sznytu takiego aby krwawy ślad na ramieniu pozostał i w duszy rozedrganie tudzież rozdygotanie. Czasem zbyt powierzchownie, a przede wszystkim szablonowo ze szczątkowymi tylko emocjami, których na siłę się zacząłem teraz doszukiwać. Sama zagadka kryminalna, układ i psychologiczna tajemnica przez nieczytelną narrację to jakiś ciąg zdarzeń w zlepku scen, które nie mają tempa i ikry. Wszyscy grają szablonowo - kojarzą się z innymi postaciami: Lecter, Bodo, nie mówiąc już o Lindzie i Grabowskim przeklejonych wprost z dziesiątek innych filmów i ról. Noż kurwa, wstyd i tyle!

piątek, 10 listopada 2017

La Piel que habito / Skóra, w której żyję (2011) - Pedro Almodóvar




Bohaterem naukowiec, chirurg plastyczny i jego zaawansowane badania oraz praktyczne ich zastosowanie. Eksperymenty dość kontrowersyjne bioetycznie i osobiste traumatyczne przeżycia które w tę stronę jego prace popchnęły. Tematem zasadniczym zaś tajemnica rodzinna, reperkusje wyborów i tragiczne zrządzenia losu. On swoistym dr Frankensteinem z napędzaną ambicją obsesją i jak się okaże w połowie filmu dodatkową motywacją, pracujący z ludzkim żywym materiałem, więzioną w warunkach laboratoryjnych zabawką. Sama działalność jego dość ryzykowna, a tutaj dodatkowy niebezpieczny element w skomplikowanych relacjach się pojawia, bezwzględny i zdeterminowany by kolejnej krzywdy dokonać. Ale to dopiero opis pierwszych scen, to dopiero zawiązanie akcji poprzez prolog. Dalej jest już tylko mocniej, bardziej twistowo - robi się odważnie, wręcz szokująco w atmosferze wyrafinowanej zemsty, niezwykle przenikliwie płynąc wzburzonym nurtem, konsekwentnie ku wyjaśnieniu kluczowej tajemnicy. Emocji podczas seansu jest sporo i tej specyficznej dusznej atmosfery tworzonej przez Almodóvara oczywiście także nie brakuje. Fabuła zawiera liczne błyskotliwe wątki, intelektualną i psychologiczną głębię, a oprawa dźwiękowa zgodnie z najlepszymi zasadami warsztatu filmowego grozy dodaje. Scenografia zaś łączy nowoczesny design ze sztuką klasyczną, zaś głębia kolorów z wyrazistością kontrastów jest ze smakiem skojarzona. Dzieje się tak gdyż Pedro Almodóvar jako kinowy kreator jest osobny, wyjątkowy i nawet jeśli ja z ogromnym poślizgiem czasowym i oporem wewnętrznym dopiero rozpoczynam przygodę z jego filmami to własne przekonanie o jego niezwykłym wpływie na kinematografię europejską mam już mocno utrwalone. 

czwartek, 9 listopada 2017

Borg/McEnroe (2017) - Janus Metz




Podobny zamysł twórczy miał zapewne Ron Howard kręcąc dramat sportowy o psychologicznym sznycie, czyli historie walki na torze i poza torem pomiędzy dwoma gwiazdami Formuły 1. Tyle, że jak hollywoodzkiemu specjaliście od kina świetnego ale rzadko wybitnego ta próba niekoniecznie doskonale wyszła to film zupełnie mi nieznanego Janusa Metza jest obrazem na każdej płaszczyźnie przekonującym w pełni. Tutaj zwyczajnie jest lepiej – intensywniej, mocniej, bardziej surowo i przenikliwie, z większym zadziorem i efektywnością niż w obrazie Howarda. Tutaj jest tak po prostu inaczej, bo do bólu autentycznie i z wyczuciem materii na poziomie wejścia w temat do samego jądra. Dwie legendarne rakiety, jeden legendarny turniej i jeden legendarny finał z legendarnymi emocjami – tylko tyle, a emocji głębokich cała masa. Rywalizacja niezwykłych osobowości, ich charakterystyka błyskotliwa mistrza i pretendenta - młota z mocą i precyzją uderzającego i sztyletu z pasją tnącego. W jednym emocje jak w wulkanie uśpionym, w drugi wciąż eksplodujące, co ciekawe oni tak różni, a w fundamencie tak podobni. Bo to film także, a może przede wszystkim o przepięknej walce o sukces nie tylko sportowy ale o zapanowaniu nad własnymi słabościami, o kształtowaniu psychiki i kreacji wizerunku, spięciu tych dwóch kwestii kluczową rolą trenera. O dwóch urodzonych zwycięzcach Janus Metz kapitalnie opowiada, wielkim końcu i wielkim początku karier. Opowiada z temperamentem, tempem i wreszcie doskonałą puentą w wybornie zrealizowanej sekwencji meczu finałowego, której nie przeszkadza w uzyskaniu efektu napięcia nawet znany z góry wynik. W największym skrócie – pasjonujący to film i ogromne moje tegoroczne zaskoczenie.

P.S. I to jest tak, idziesz na film podekscytowany, bo jeden z twoich ulubionych reżyserów nakręcił kolejny obraz co do którego masz ogromne oczekiwania lub idziesz do kina zaintrygowany, gdyż gdzieś o uszy obiło ci się, że produkcja całkowicie ci nieznanego reżysera warta jest ryzyka twojego zejścia z kanapy. Opcją najwłaściwszą jest sytuacja, gdy oba premierowe tytuły rozgrzeją emocje do czerwoności, poruszą czy wstrząsną, wreszcie będą po prostu kompletne pod wieloma warsztatowymi, artystycznymi czy merytorycznymi względami. Niestety opcja pierwsza mnie ostatnio zawodzi, na szczęście opcja druga porywa!

środa, 8 listopada 2017

American Psycho (2000) - Mary Harron




Luksusowe życie, komfort i pękaty portfel pracowników korporacji - ludzi/nieludzi z biurowców ze szkła. Bezwzględni karierowicze ustawieni na szczycie łańcucha pokarmowego, wkładający stosunkowo niewiele wysiłku w zdobycie pozycji gwarantującej życie na szczycie. Rozpieszczeni egocentrycy, narcystyczni sadyści dbający wyłącznie o siebie gardząc wszelką słabością. Wypacykowane przesadnie wydmuszki wypełnione jedynie wytrenowaną pewnością siebie w formule przerostu formy nad treścią. Elita szczytująca, patrząca z wysokości na tych, którzy podobną drogą walki szczurów nie podążają z równą skutecznością opartą na bezwzględności. Pośród nich Patrick Bateman niby modelowy przykład powyżej opisanej pustki mentalnej, zażywający przyjemności życia, fan i kolekcjoner muzyki odtwarzanej z połyskujących krążków na najwyższej jakości sprzęcie hi-fi. Odwiedzający wykwintne restauracje w poszukiwaniu przyjemności niekoniecznie kulinarnych, uskuteczniający zmanieryzowane dyskusje na kosztownym haju. Prawdziwy byt iluzoryczny, posiadający wyłącznie fizyczne atrybuty człowieka, wyprany natomiast z emocji doszczętnie. Prowadzący w swoim przekonaniu ekscentryczne drugie życie, gdzie zaspokaja z makiaweliczną satysfakcją manipulatorskie potrzeby i wreszcie żądzę krwi, zabijając w uniesieniu i wygłaszając stosowne do poziomu zaburzenia płomienne oratorskie przemowy. Ten właśnie precyzyjny morderca w białym kołnierzyku miota się w kilku powłokach, a ja nie wiem tak do końca jakiego rodzaju obłęd mieszka w jego głowie, bo zwyczajnie zamiast wyjaśnienia finał dostaje z dużym znakiem zapytania.  

wtorek, 7 listopada 2017

Type O Negative - World Coming Down (1999)




Kiedy żałoba cieniem na życiu się kładzie, kiedy życie to musi być przez śmierć zweryfikowane i kiedy wreszcie dotyka to osobowości wrażliwej emocjonalnie i artystycznie to powstaje materia nieożywiona paradoksalnie z wszystkimi atrybutami tej żywej. Sztuka nabiera mocy i siły płynącej prosto z serca, kiedy serce to przygniecione ciężarem, spod którego trzeba wyczołgać się czasem resztką sił. Żałoba właśnie inspiracją dla World Coming Down, co słychać i czuć w każdej sekundzie. Ona czynnikiem przerywającym twórczą niemoc, ona napędem dla co zaskakujące odrodzenia. Podejrzewam, że ten emocjonalny ładunek, to szczere aż do bólu zaangażowanie powoduje, iż w moim przekonaniu to zdecydowanie jedno z najlepszych dokonań Type O Negative. Bogate lirycznie i muzycznie, z zadumanymi powłóczystymi riffami, refleksyjnym mrokiem i depresyjnym sznytem, dzięki któremu upuszczono sporo złej krwi. To zasługująca na ogromny szacunek emocjonalna wiwisekcja zawarta w dźwiękowym monolicie. Słucham i zapadam się w tych 13 kompozycjach, wyczołgując się na szczęście z psychicznego doła w spokoju z sobą samym - po walce z własnymi demonami, z dojrzalszym spojrzeniem na rzeczywistość i optymistycznym mimo wszystko spojrzeniem na wszystko, co dookoła.

niedziela, 29 października 2017

Wymyk (2011) - Greg Zgliński




Już przy okazji pierwszej sceny Zgliński zdaje się nieco fałszywie z przekorą podpowiadać dlaczego akurat tak historia się potoczy. Dostarczać z każdą kolejną sceną decydujących argumentów aby zrozumieć dwie skrajnie różne postawy, te rywalizujące samcze osobowości braci w masie drobnych, pozornie niegroźnych przepychanek, pomiędzy rodzeństwem o różnych naturach i podobnych ambicjach dominowania. Rodzina w tle, wcześniejsze tragiczne doświadczenia, relacje pomiędzy jej członkami i tak już dość skomplikowane, a tutaj jeszcze kolejny dramat który obnaża wszystko. Pytanie fundamentalne reżyser chce zadać, co byś człowieku zrobił, zareagował czy milczał, ruszył natychmiast na pomoc czy poddał się paraliżującemu strachowi. Teraz już dla starszego z braci za późno, chwila weryfikująca charakter zdeterminowała bezlitośnie przyszłość. Trzeba z tym żyć, a sumienie gryzie, wstyd teraz pobudza do działania lecz to na nic, czasu za cholerę się nie cofnie. Zgliński przenikliwie portretuje zwyczajność postawioną przed faktami dokonanymi, mierzącą się z ich konsekwencjami, jakby zza kadru natrętnie podkreślając banalną prawdę zamykająca się w stwierdzeniu, jak niewiele człowieku wiesz o sobie, dopóki nie zostaniesz postawiony twarzą w twarz z własnym strachem i wreszcie bezsilnością.

sobota, 28 października 2017

Ederly (2015) - Piotr Dumała




Od strony technicznej to jakbym teatr telewizji oglądał, artystyczną kreację malowaną dwubarwnie jedynie odcieniami szarości, ale przez to wyjątkowo klimatyczną. Kameralną i surrealistyczną balladę o tożsamości, ubraną w tym przypadku w nieoczywiste atrybuty czarnej komedii. Zabawną z pewnością, natomiast intrygującą jedynie w założeniach, taką zawiłą intelektualną szaradę, w której mieszają się wielorakie literackie inspiracje i nie tylko artystyczne ambicje Piotra Dumały. Realizuje je flirtując z widzem, korzystając zapewne także z dorobku mistrzów psychoanalizy. ;) Niestety robi to w nastrajającej do drzemki formule sztuki dla sztuki. Przykro mi ale nie mając dogłębnego przygotowania teoretycznego nie bardzo mi wiadomo jak skonsumować to elitarnie  wytrawne danie. 

piątek, 27 października 2017

Komornik (2005) - Feliks Falk




Otwarcie, scena kulminacyjna i już są emocje, już ciśnienie konkretnie zostaje podniesione. Jej główny bohater to jak się zdaje zimny skurwiel, dla którego kasa to religia, która wszelkie skrupuły kruszy z zadziwiającą łatwością. We własnym mniemaniu sumienny pracownik wypełniający swoje urzędowe obowiązki zgodnie z literą prawa, koszący równo jak leci i porządku w papierach skrupulatnie pilnujący, bo „dupochron” być musi. Kurwa jak ja takich typów nienawidzę. :) Ale dalej jest jeszcze ciekawiej, a sam bohater skrajnie negatywny jak wspomniałem zaczyna przechodzić przemianę, bo sumienie sie odzywa. Pytanie tylko czy to cud jakiś, że zrządzenia losu do tych przełomowych decyzji go skłaniają. Może on po prostu za słabą rybką w oceanie rekinów, a drapieżniki te przebiegłe dla zabawy spoglądające jak on się wykrwawia to nie ten format i liga, więc odpuszcza, zgody im nie dając na manipulację szantażem? A może on rzeczywiście będąc wykutym w warunkach ciężkiej egzystencji woli porzucić próbę ambitnej identyfikacji z kastą uprzywilejowaną, bo innej konstrukcji mentalnej jego osobowość i teatrzyk z przebierankami zbyt silnie psychikę w dzieciństwie już doświadczoną upokarza? Są w tym weterana Falka spojrzeniu na polską rzeczywistość takie sceny, że z impetem wdeptują mnie w glebę, krusząc wstrząsem serca warstwę ochronną. Ludzie sportretowani, bowiem tacy prawdziwi, bez najmniejszej stylizacji, a autentyzm w formule 1:1. Świetną robotą Feliks Falk raczy, w surowym anturażu bez lukru i taniej popeliny, bo to cholernie bezpośredni i wstrząsający dramat z wartościowym przesłaniem i kapitalnym aktorstwem. Jeden z najlepszych filmów pierwszej dekady XXI wieku w naszym rodzimym, nieco prowincjonalnym kinie.

czwartek, 26 października 2017

Lunatic Soul - Fractured (2017)




Jestem w pewnym sensie nieprzygotowany, zgłaszam ten fakt zatem od razu w celu usprawiedliwienia. Znam oczywiście nazwę Lunatic Soul od narodzin projektu, jednak przez tą prawie dekadę nie odczuwałem potrzeby, aby jakikolwiek z czterech wydanych do tej materiałów obadać. Nie będę więc w stanie rozpoznawać Fractured w układzie odniesienia z wszystkimi poprzednimi płytami projektu Mariusza Dudy, jednak, aby zupełnie nie błądzić, szukać powiązań z autorską przeszłością po omacku sięgnąłem po Walking on a Flashlight Beam, czyli bezpośredniego „prekursora” Fractured i już teraz widzę, że pomiędzy tymi dwiema produkcjami są wyraźne, chociaż w żadnym stopniu rewolucyjne różnice. Nie ma na najświeższym wypieku zbyt wiele elektryka, przynajmniej moje ucho go tylko w jednym numerze wychwyciło, a gdzieś w progresywnej mocno upstrzonej orientalizmami elektronice z poprzedniczki solówkę podpiętego pod wzmacniacze wiosła można było usłyszeć chyba częściej. Chyba, mogę się mylić, moja znajomość albumu z 2014-ego roku jak pisałem ograniczona. Są na Fractured za to kompozycje bardziej zwarte, może z nieco wyraźniejszym nerwem i konkretniejszą konstrukcją. Jak wspomniałem to pierwszy krążek Lunatic Soul, z którym zapoznałem się w całości, a sprężyną okazał się singiel Anymore, który w bezpośredni sposób nawiązuje do twórczości oczywistej brytyjskiej legendy. Trudno w tym numerze nie usłyszeć wyjątkowo intensywnego wpływu Depeche Mode, nawet gdy nie jest się fanem, nie mówiąc już o nazywaniu siebie dumnie depeszem. Już po przesłuchaniu pełnego materiału z pewnością podobnie wypowiadać się można, szczególnie w pierwszych frazach wchodzącego bezpośrednio od startu wokalu, robionego na maksa i ze świetnym efektem pod Dave’a Gahana o zamykającym program płyty Moving On. Te dwie kompozycje wyjątkowo wyraźnie wskazują na kierunek eksploracyjny i fascynacje Mariusza Dudy dyskografią DM. Zresztą kiedy słucham reszty kompozycji to moje myśli jednoznacznie biegną w stronę wysp i całej śmietanki syntezatorowego popu, który swoje najtłustsze lata przeżywał w czasach ejtisowego dosłownie zachłyśnięcia brzmieniami generowanymi przez wszelkiego rodzaju parapety. Z tym, że należy sprawę postawić całkowicie uczciwie i nie omieszkać zauważyć, że utwory z Fractured połyskują szlachetnym blaskiem nie tylko przez wzgląd na inspirację brytyjską nowa falą, ale przede wszystkim poprzez aranżacyjne mistrzostwo kompozytora i warsztatowe umiejętności muzyków subtelnie wplecione w melancholijny klimat. Klimat urzekający basowymi tematami, doskonałymi melodiami i smaczkami w rodzaju zmysłowego saksofonu, smyczków czy kapitalnie stosowanych zabiegów o trip hopowym pochodzeniu. To absorbujący album kontemplacyjny, do głębokiego przeżywania w samotności, w swoistym sam na sam z własną wrażliwością - przepiękny akt muzycznej erudycji i wysublimowanego gustu estetycznego, idealnej harmonii pomiędzy popową przebojowością, a progresywnym artyzmem z nieprzesadzonymi ambicjami.  

środa, 25 października 2017

Kadavar - Rough Times (2017)




Sytuacja wygląda następująco, w moje łapska wpada najnowszy album Kadavar, a ja doskonale pamiętam, że poprzedni, chociaż w miarę przyzwoity nie dokonał żadnej zmiany w moim postrzeganiu berlińskiej załogi. On w konfrontacji z krążkami moich pupili w rodzaju Rival Sons, Orchid, Graveyard czy Lonely Kamel wypadał, stwierdzę bez owijania w bawełnę blado - bez żadnego startu do równej rywalizacji z nimi. Nie zakładam, zatem na starcie, że nowa odsłona pod tytułem Rough Times dokona przewartościowania, chociaż kilka zdań w internecie wychwyconych w bardzo ciepłych słowach ją opisywało, więc z tyłu głowy coś podszeptywało, że może to teraz jest ten czas na przełamanie dystansu. Słucham zatem raz, odtwarzam drugi, trzeci i nawet jeszcze jeden i wnioski mam dość niejednoznaczne. Mianowicie to naprawdę spójny, a jednocześnie cholernie zróżnicowany krążek, z brzmieniem idealnie zbalansowanym pomiędzy vintage’owym brudem, a współczesną selektywnością i różnorodnością inspiracji spiętą klamrą stylu od kilku lat popularnego retro rocka. Coś jest jednak nie tak, gdzieś pomiędzy kiwaniem głową w akcie aprobaty dla poziomu wykonawczego i poprawnych umiejętności aranżacyjnych wkrada się kręcenie nosem, nawet prychanie niezadowolenia, że to niby jest takie ok, ale mało swoje, bez wyraźnego autorskiego szlifu i co najważniejsze finezji. Raz jest typowo rockowo, w do bólu klasycznej formule, innym wymownie psychodelicznie, nawet space rockowo – trochę grubego riffu, upalonych nieco zawijasów, klawiszowych pejzaży i niezłych, bo w miarę chwytliwych melodii. Ukłonów dla legend brytyjskich (przede wszystkim Words of Evil – skóra żywcem zdjęta z Paranoid) i na koniec romansów z ikoniczną sceną amerykańską (The Lost Child – Los Angeles, You Found the Best in Me – San Francisco) nie mówiąc już o zamykającym akcie, w moim przekonaniu absolutnie niepotrzebnym, który po prostu wydziela przykry kiczowaty zapaszek pseudo artyzmu. Do tego powraca stałe dla moich kontaktów z Kadavar uczucie przepracowywania nieprzyjemnego niemieckiego akcentu w sposobie artykułowania linii wokalnych, koszmarnej maniery wokalisty który też, nie ma co ukrywać nie dysponuję barwą na tyle wyrazistą by móc konkurować z frontmanami powyżej przywołanych bandów. I nawet jeżeli mam ochotę w pewnych momentach dać Rough Times więcej punktów, kredytem zaufania materiał obdarzyć to wymienione wady już po chwili wybijają mi ten pomysł ze łba i premierowa produkcja Kadavar ląduje pośród setek innych tytułów, które od święta tylko zostaną odtworzone. Nie ma mowy o zlikwidowaniu dystansu – w moich oczach nic się wielkiego nie wydarzyło.

Drukuj