piątek, 26 lipca 2013

The Fighter (2010) - David O. Russell




Film oparty na prawdziwej historii i potwierdzenie, że życie pisze najlepsze scenariusze tak zwięźle mógłbym opisać tą produkcję. Jednak walorem jej nie tylko życiowy skrypt, mianowicie film to zachwycający realizmem obskurnych miejsc, sal treningowych, dzielnicy w jakiej bohaterowie egzystują oraz autentycznością postaci. Genialny Christian Bale w koncertowo odegranej roli Dicky'ego plus ostatnio wszechobecny na ekranie i coraz lepszy warsztatowo Mark Wahlberg w towarzystwie świetnych kreacji drugoplanowych - Melissy Leo w roli samicy alfa czyli Alice Ward, Amy Adams jako Charlene Fleming panny z charakterkiem oraz Jacka McGee kreującego poddanego przewodniczki stada George'a Warda. Dzięki przede wszystkim doskonałej obsadzie reżyser pasjonująco z dużym poczuciem humoru opowiada dramatyczną klasyczną przypowieść o osiągnięciu szczytu, locie w dół i bolesnym upadku w kontrze do równie typowej drogi od zera do bohatera. Banał oczywiście tutaj sednem jednako sposób jego podania wraz z wątkiem równoległym toksycznej rodziny, galerii osobliwości zmienia charakter obrazu pozwalając spojrzeć na niego porzucając schematyczny casus Rocky'ego. Prawdziwe życie zatem jądrem tej historii, rola przełomów, momentów kluczowych, decydujących, odwagi w podejmowaniu trudnych decyzji, wpływu  jaki wywierają na najbliższych oraz konsekwencji jakie wywołują. I na koniec taka refleksja się nasuwa, iż na palcach jednej ręki zdolny byłbym wyliczyć filmy gdzie tematem przewodnim kariera bokserska, gdzie taki finałowy happy end nie budzi uśmiechu politowania, a autentycznie porywa!

P.S. Jeśli mnie słuch nie myli w tle wyraźnie na klasyków rocka postawiono! Long live rock and roll!

czwartek, 25 lipca 2013

Adele - Live at the Royal Albert Hall (2011)




Ha! Tego się czytający nie spodziewałeś by na rockowych cokolwiek łamach panna z takiej niszy muzycznej zagościła. Błędem byłoby niewybaczalnym gdyby takie zjawisko współczesnej sceny muzycznej, tym bardziej w wersji koncertowej zostało przeze mnie przemilczane, gdyż ta dziewczyna ma w sobie więcej rockowej werwy od stada obutych w glany, odzianych w skórzane katany napompowanych testosteronem, wydziaranych samców! Kpem każdy kto tego nie dostrzega, komu umknęło jej wtargnięcie z impetem do mainstreamu i nakręcenie w nim takiej zadymy. Cóż można napisać - kto nie widział nie przeżył czegoś wyjątkowego. Do dnia kiedy zobaczyłem ten koncert byłem przekonany, że tylko plastik robi furorę w muzycznych telewizjach! Czysta mooooc "Albert fucking Hall"! towarzyszy mi od roku dając szanse na obcowanie ze sztuką dającą zarówno zastrzyk pozytywnej energii jak i równie intensywnie i skutecznie uderzającą w refleksyjną nutę. Wszystko się tu zgadza w najdrobniejszym szczególe od kwestii czysto technicznych samej realizacji, pracy operatorów, speców od światła. scenografii bogatej w subtelne, wysmakowane detale (ach ta ściana lamp w głębi) - krótko mówiąc pełen profesjonalizm. Jednak żadna technika czy umiejętności sztabu specjalistów nie byłyby w stanie zastąpić czy sprowadzić do roli tła fundamentu takiego przedsięwzięcia jakim jest gwiazda. I tu Adele zasługuje na szereg pełnych zachwytu komplementów. Dla mnie już to ikona posiadająca umiejętność dojrzałej, błyskotliwej pozbawionej pomimo charakterystycznej konwencji banalnej, napompowanej patosem scenicznej prezencji, unikania sztuczności i tej plastikowej pseudo-emocjonalnej retoryki. Wtłaczania artyzmu w miejscu gdzie egzystencja kiczu naturalna, a napuszenie, nadęcie i sztuczna egzaltacja pożywką dla często w innych okolicznościach zmanierowanej publiczności. Niewymuszonej, naturalnej konferansjerki z humorem bez żenady, oszczędnego z klasą ruchu scenicznego nie odwracającego uwagi od sedna spektaklu. Dodatkowym atutem tego występu skromne stroje, czerń, biel, brąz, doskonali instrumentaliści i w tym anturażu ona, klejnot. Błyszcząca, skupiająca na sobie uwagę, magnetyzmem oczarowująca z tym zawadiackim londyńskim akcentem. Ciepła z perfekcyjnym warsztatem wokalnym, porywającą chrypką, odnajdująca się kapitalnie zarówno w konwencji bluesowej, soulowej czy nawet ocierającej się o country. Wzbudzająca autentyczny zachwyt publiczności, kreująca kameralną atmosferę, śpiewająca wraz z publicznością, przeżywająca głęboko każdy dźwięk, czy wers tekstu. Szczera, spontaniczna bez gwiazdorki, napinki, zwyczajna kumpela z dzielnicy. Życzę jej tylko by wszelkie walory jakie podkreślałem pozostały z nią jak najdłużej, by to bagno show biznesu jej nie zepsuło lub przetrawiło, wyssało i porzuciło na lata okaleczoną!

P.S. Nie napisałem, że kilka łez uroniłem bo łez jako samiec się wstydzę! ;)

The Dillinger Escape Plan - One of Us is the Killer (2013)




Że ja tych typów do zainteresowań swoich wrzucę do czasu Option Paralysis nawet przez moment bym nie przypuszczał. Ta kakofonia w ich wykonaniu poza możliwościami percepcyjnymi moimi leżąca w 2010 roku światełko nadziei w tym ciemnym tunelu zapaliła. Wśród bezlitośnie powyginanych dźwięków umieścili bowiem dużo więcej kompozycji, które o dziwo pochłonęły mnie bez reszty - wkręciły w świat zawieszony pomiędzy obłędem, a subtelną ciszą. Kapitalny kierunek zainicjowany apetyt na więcej w przypadku kolejnego materiału rozbudził i czekać kazał aż trzy lata na jego zaspokojenie. Niestety ;) Dillinger pozostał Dillingerem i w grono szlachetnych pereł znów wtłoczył zbitą masę nie do końca zrozumiałej nawałnicy. Jednak postęp zarówno ilościowy jak i jakościowy udziałem One of Us is the Killer, bowiem w porównaniu do starszych albumów zdecydowana większość materiału każe mi przyklęknąć w akcie poddaństwa, cieszyć się kontynuacją zainicjowanej na Option Paralysis linii większej przystępności, przy jednoczesnym zachowaniu ducha charakterystycznej kombinatoryki. Takie maestrią przesiąknięte majstersztyki, że pozwolę sobie z nabożną czcią je wymienić: Nothing's Funny, Paranoia Shield, Crossburner, The Threat Posed by Nuclear Weapons, tytułowy i ten cyfrowy o tajemnym szyfrze, kołyszą na zmianę i pobudzają pozwalając grupie zbliżyć się na krok od fenomenu Faith No More! A nikt, podkreślam NIKT do tej pory nie był w stanie podejść pod ten Olimp na tyle blisko. Szkoda jedynie, że irracjonalne dla mnie przywiązanie do efektownej ale nie efektywnej wirtuozerii zahamowało pełną ewolucje w jedynie słusznym kierunku, czego skutkiem drugi fascynujący, lecz nie do końca odkryty (jeszcze?) album ucieczki Dillingera w mojej kolekcji :) Pozostanę wciąż w nadziei, iż przełom nadal możliwy, może już w zasięgu kolejnego materiału. Nie mogą przecież tak w nieskończoność marnować takiego przebojowością naznaczonego talentu! ;)

P.S. Tak wiem! Niektórzy twierdzą - od ŻE nie rozpoczynamy zdania lub NIE JEDZ gorącego ciasta drożdżowego, wpieprzając jednocześnie gorącą pizze, a ja rozpoczynam i jem! I co mi zrobicie? ;)

Deep Purple - Now What?! (2013)




Z kronikarskiego obowiązku i szacunku dla legendy słów kilka o najnowszym materiale głębokiej purpury. Oschle zabrzmiało z takim zamierzonym dystansem, gdyż w moim przekonaniu ikona w swojej długoletniej karierze nigdy nie przeskoczyła albumów z lat 70-tych. Pomimo lepszych czy gorszych prób, bardziej nawiązujących do szlachetnej przeszłości lub eksperymentujących z nowymi rozwiązaniami czy flirtujących z ówczesnymi trendami, krążkami po Come Taste the Band nie byli w stanie przykuć na dłużej mojej uwagi. Niestety pomimo ogólnie pozytywnego wrażenia tego stanu nie jest w stanie zmienić także Now What?! Dlaczego? W telegraficznym skrócie! Przede wszystkim wyraźnie zmęczony wokal Gillana w którym czuje odciśnięte piętno wieku - taki casus Ozzy'ego z 13. Dodatkowo brak narastającego napięcia, kulminacyjnych momentów oraz przegięta długość materiału wraz z takim poczuciem jakie towarzyszy mi jeszcze podczas kontaktu z czterema ostatnimi materiałami Maiden - to cholera dobre ale takie wykalkulowane, mało wiarygodne jakby (z pełnym szacunkiem) dziadek popijając gorące kakao tłumaczył wnuczkowi jaki to rock jest energiczny, emocjonujący i podniecający. I nie będę tu próbował analizować muzyki, oddzielać ziarna od plew bo nonsensem wymądrzanie się w temacie obiektu którego aury się nie wyczuwa. To zwyczajnie dojrzałe dźwięki jednak w odczuciu moim ewidentnie pozbawione siły rażenia, mocy, tego wszystkiego co w ósmej dekadzie XX wieku decydowało o fenomenie Purple. Taka to sprytnie ułożona mozaika z cech charakterystycznych Perfect Strangers, The Battle Rages On i Purpendicular. Krążków wysoko ocenianych przez oddanych fanów grupy jednak starannie wymuskanych, nawiązujących bardziej do progresywnego, bogatego pop rocka niż surowego, potężnego hard rocka. Now What?! z pewnością bez obaw obok nich stawiany będzie wszak hańby nie przynosi. Mnie jednak nie porywa. 

poniedziałek, 22 lipca 2013

Anciients - Heart of Oak (2013)




Zdecydowanie nie odbieram siebie jako jakiegoś wyjątkowego znawcę kanadyjskiej sceny rockowo-metalowej! Zwyczajnie codzienne wieloletnie już obcowanie z muzyką pokazuje, iż Kanada to miejsce z punktu widzenia dźwięków alternatywnych bardzo ciekawe, że wspomnę tylko oczywistych klasyków z Voivod, czy sprzed dwóch lat moje odkrycie w postaci Protest the Hero. Niebanalności muzycznej z kraju klonowego liścia ciąg dalszy, mianowicie pewnym zbiegiem okoliczności trafiłem na formacje Anciients, która na kilka miesięcy przed opublikowaniem swojego debiutanckiego krążka zaintrygowała mnie zdecydowanie za pośrednictwem dwu-utworowej epki oraz przedpremierowego kawałka z debiutu. Gdzie odnajdywać ich twórczość to pytanie zasadnicze i zapewne w zależności od subiektywnego odczucia czy muzycznych fascynacji zdania będą zapewne podzielone. Dla mnie najprostszą wizytówka grupy jest stwierdzenie, iż Anciients zaczyna się w miejscu gdzie przecinają się drogi Opeth, Mastodon i Enslaved. Opethowe inklinacje szczególnie wyraźne w kontrastowym budowaniu kompozycji, w przenikaniu się walorów akustycznych z solidnymi prężnymi, dynamicznymi riffami. W miejscach gdzie naleciałości szwedzkiego wizjonera i poszukiwacza są mniej oczywiste dostrzegalny zaczyna być wpływ sceny korzeniami tkwiącej w sludgeowo-stonerowej niszy skąd wywodzi się nieszablonowy Mastodon. Efekt nieprzewidywalności, pewnego dusznego niemal obłąkańczego klimatu, czy dysonansów instrumentalno-wokalnych zdecydowanie powyższymi prekursorami inspirowany. Natomiast wpływy Enslaved dojrzewają tam gdzie skrzekliwe po części wokale, podniosła, dumna atmosfera i blackowe zagrywki każą przenieść się w wyobraźni w rejony mroźnych fiordów. Całość dodatkowo silnie nacechowana progresywnym szlifem, budowanym na podłożu wielowątkowości kompozycji, przesiąkniętymi nieszablonowymi rozwiązaniami, czy zgrabnym używaniem osłuchanych często już aranżacyjnych pomysłów w sposób świeży. I choć w pewnych fragmentach być może czuć niewielką nieudolność aranżacyjną całość pomimo dość eklektycznej formy sprawia wrażenie niezwykle zgrabnie skrojonego materiału. Tylko życzyć wielu innym debiutantom takiego wyczucia tematu, wyobraźni z jaką szyją swoje autorskie kompozycje goście z Anciients. Dodatkowo specyficzne czyste zaśpiewy być może w zaledwie kilku fragmentach mogą wydawać się nieco irytujące, posmak fałszu posiadać, jednak w klimat utworów wtapiają się znakomicie dodając całościowemu odbiorowi krążka zdziebko szaleństwa, a zarazem koloryt produktu niezwykle wytrawnego dla poszukujących osób przeznaczonego. I jeszcze jeden szczegół nasuwa się i nie pozwala o nim zapomnieć, gdyż ma on znaczący wpływ w komponowaniu jak domniemam. Charakterystyczne to, mozolnie przygotowywane wejścia szalenie nośnych riffów przewodnich tkających intrygujące wzory tylko utwierdzające mnie w przekonaniu, iż do czynienia mam z formacją niezwykle perspektywiczną. Życzę zatem sobie, a przede wszystkim członkom grupy aby rozwijali swój potencjał równie dynamicznie i z klasą jak od lat czynią to formacje na potrzeby opisu Heart of Oak przywołane. 

P.S. Nie mógłbym pominąć dopełniającej formy całości wysmakowanej oprawy graficznej krążka! Więc nie pomijam. :)

niedziela, 21 lipca 2013

Evergrey – Glorious Collision (2011)




To jak do tej pory ostatni krążek Evergrey – formacji co do której mój niemal poddańczy stosunek utrudnia oczywiście w pełni racjonalny odbiór produkcji. Poznany już niemal 15 lat temu Solitude Dominance Tragedy rozpoczął tą atrakcyjną przygodę przerwaną jedynie zbyt przebojowym Monday Morning Apocalypse. Natomiast każda z pozostałych produkcji przynosiła co najmniej uczucie satysfakcji często jednak uzależnienie od tych dźwięków miało zdecydowanie silniejszy charakter. Tyle rysu monograficznego – wzruszającej historii związku pomiędzy fanem, a zespołem. Czas na konkrety wśród których w przypadku Glorious Collision wyraźnie w stosunku do poprzedniczki zmieniło się brzmienie – dużo bardziej suche, a przez to mniej sterylne, takie szorstkie jakby na „żywca” ukręcone – jak na konwencje w jakiej Evergrey egzystuje wyraźnie się wyróżniające. Same kompozycje natomiast zachowały charakterystycznego ducha, zawieszone gdzieś pomiędzy rozedrganymi partiami gitar, łomocącej wyraźnie perkusji i klawiszowej typowo dark metalowej ornamentyki. Nad całością dzięki dominującej roli Englund'a i jego wokalnej ekwilibrystyki, chwytliwości i zwyczajnie świetnego rasowego, soczystego, stylowo zachrypłego heavy wokalu, jak i smykałki do budowania pięknych linii melodycznych szczególnie wyraźnych we fragmentach o charakterze akustycznym gdzie tajemniczy duch buduje atmosferę zadumy i refleksji. Podkreślę na koniec jeszcze, iż moje silne przywiązanie do twórczości tych Szwedów wciąż mnie intryguje, gdyż styl w jakim funkcjonują tak naprawdę nigdy nie wzbudzał mojej sympatii, więcej kojarzył i nadal kojarzy mi się z pewnym schematyzmem kompozycyjnym i dosyć banalnie groteskową czy kiczowatą formą i treścią. Jak widać i jak przekonuje się od lat z zaciekawieniem oczekując nowych produkcji ekipy Toma Englund'a nie gatunek muzyczny w jakim twórca się porusza, a naturalny talent, błyskotliwość i umiejętne unikanie banału i kiczu decyduje o wartości dzieł. I może właśnie z tego powodu szczególnie ważna to dla mnie formacja, a może zwyczajnie dałem się schwytać na ten łapiący za serducho lep i tylko próbuje na siłę wcisnąć sobie mniej ckliwe wyjaśnienie?

sobota, 20 lipca 2013

Gentlemans Pistols - At Her Majesty's Pleasure (2011)




Pamiętam doskonale jak po pierwszym kontakcie z tym albumem entuzjazmem tryskając uśmiechu z twarzy pozbyć się nie mogłem, ciśnienie radośnie mi podskoczyło, potrzebę ogromną szczęściem moim dzielić się poczułem, małżonkę w dźwięki te wkręcając, uświadamiając jakież to niezwykłe odkrycie jest. Wszak krążek ten to definicja frajdy z grania, bez zbędnej napinki, pseudointelektualnej ideologii - tylko świetny warsztat instrumentalny, dar pisania odjechanych numerów oraz oddanie konwencji. Taka retro rockowa petarda garściami pełnymi z tradycji gatunku czerpiąca, z werwy młodzieńczej dodatkiem. I nie dziwi fakt zakotwiczenia wśród tej wesołej gromady Billa Steera, który na nich się poznał, sukcesu woń czując zapewne. Dzieje się, oj dzieje w światku retro, co raz jakiś retro rockowy ładunek wybucha o sile często większej od tego co ojcowie stylu wiele lat temu proponowali. Koniec pisaniny, I Wouldn't Let You zapętlam, a nóżka rytmicznie podskakuje!

czwartek, 18 lipca 2013

The Crystal Caravan - With Them You Walk Alone (2013)




Współczesna muzyczna Szwecja doskonałym retro rockiem stoi! "Oczywista oczywistość" dla każdego kto obecnie eksploruje dynamiczną scenę w swych inspiracjach sięgającą głęboko do lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku. Trzecia odsłona  w dorobku  ekipy z Umeå tylko potwierdza powyższą tezę dzięki czemu te spędzone ponad trzydzieści minut z albumem to przyjemność ogromna. Różnica jednak pomiędzy The Crystal Caravan, a dużą częścią obecnych retro gwiazd, iż w dźwiękach które komponują nie odnajduje oczywistych naleciałości Led Zeppelin, Deep Purple czy Black Sabbath. Eksploracja przeszłości w ich wydaniu sięga bowiem w rejony rzekłbym bardziej kolorowe, hippisowskim duchem bogate. Charakterystyczny już rys, zbudowana tożsamość formacji na nowym longu rozwijana o kolejne atrakcyjne wątki płynną, zwiewną jakość posiada. Tam gdzie poprzedniczka odnajdywała inspiracje w stylistyce The Doors, With Them You Walk Alone nie porzucając tych szlachetnych zapożyczeń buduje klimat jednoznacznie w kilku fragmentach nawiązujący do hippisowskiej tradycji Jefferson Airplane. Jednako trudno też dosadnie The Crystal Caravan z bezrefleksyjnymi, biernymi naśladowcami utożsamiać, gdyż w ich twórczości wyraźnie wyczuwalna umiejętność analitycznego wyławiania z dorobku ikon tego co najciekawsze o łatwość pisania kompozycji, lekkość w budowania napięcia, przykuwania uwagi wzbogacana. Faktem przecież, iż scena przepełniona epigonami o schematycznym myśleniu, takimi pozbawionymi tej naturalnej łatwości pisania kawałków - finalnie kwadratowo zlepiających różne wątki, potworki rzeźbiących. Dodatkowym atutem grupy naturalność i specyficzny anty image z pewnością w obecnych czasach nie wróżący im spektakularnej wizualnej kariery. Kasy z tego nie będzie jednak większa pewność, iż to co spod ich łap płynąć będzie w przyszłości komercyjnym szlifem i gwiazdorską pozerką nie przesiąknie pozostanie, a to dzisiaj w plastikowym celebrycim anturażu atut dla mnie potężny. Test trzeciej płyty celująco zdany, szkoda tylko, że taki oszczędny, do sześciu wyłącznie nowych kompozycji ograniczony. 

Philip H. Anselmo & The Illegals - Walk Through Exits Only (2013)




Może ja nie powinienem zabierać głosu w sprawie solowej kreacji Anselmo, gdyż przede wszystkim to co usłyszałem zdecydowanie nie odnajduje się w kategoriach dźwiękowych które ogarniam. Jednak szacunek dla jego wpływu na największe dokonania Pantery i Down nie pozwala mi obojętnie bez jakichkolwiek emocji spojrzeć na to co w ostatnim czasie dzieje się wokół postaci tego aroganckiego Amerykanina. Przede wszystkim w tych wałkach nie jestem w stanie odnaleźć jakiejkolwiek myśli przewodniej, chyba że jądrem ich te drażniące, powtarzane z uporem maniaka obłędne dysonanse, chaotyczne sprzężenia i piski? Dodatkowo miernota aranżacyjna smuci, a dobór środków do uzyskania intrygującego efektu zbyt sztampowy. Bezustanne polotu pozbawione, chaotyczne perkusyjne bicia wraz z wyjącym, ujadającym w natłoku riffowej nawałnicy głównym bohaterem tego przedsięwzięcia zwyczajnie męczące. Ja tego nie kupuje bo zwolennik ze mnie tradycyjnego mimo wszystko myślenia o budowie kompozycji, gdzie agresja czy gwałtowność zaprzęgnięte w pewne ramy, nie używane na oślep. I może to fakt, że taka dźwiękowa kreacja to jednak nie do końca moja bajeczka. Jednakże znając odrobinę szeroką gamę aktywności Anselmo w muzycznym biznesie, inne ekstremalne wcielenia bagiennego krzykacza, pomimo mojej ignorancji wobec gatunków w jakich osadzone - takiego efektu miałkości nie wywoływały. Ogólnie te ostatnie działania Phila dla mnie niezrozumiałe, pomysły na ep-kową działalność wydawniczą Down czy lawirowanie pomiędzy licznymi, często o znikomym znaczeniu składami. To rozczarowanie z nietrafionymi oczekiwaniami związane lub  niespełnioną nadzieją na spektakularne przełamanie twórczego zastoju. Odstawił dragi i miota się chłop wśród  koncepcji i planów które artystycznie dość wątłe w głębokim undergroundzie zbytnio unurzane. Powrót do surowych źródeł nazbyt ze stagnacją rozwojową skojarzył, a dla mnie od zawsze to co podziemne z rewolucyjnymi trendami związane stąd trudno mi o akceptacje dla takiej formy. Zbyt wiele w tym chaosu i coś takie przeczucie posiadam, że finalnym efektem tej muzycznej szamotaniny będzie jednak powrót Pantery z Wylde'm - prędzej czy później!

środa, 17 lipca 2013

Coheed and Cambria - The Afterman – Ascension / Descension (2012/2013)




Odkrycie z 2005-ego roku powraca z kolejną propozycją - materiałem podwójnym, który tylko potwierdza ich klasę! Album to w moim przekonaniu trudny do zaszufladkowania, gdzie cechy przebojowego pop-rocka, wraz z eksploracyjnymi skłonnościami do eksperymentalnego eklektyzmu łączą się z progresywnym rozpasaniem nie dając często spotykanego w podobnych sytuacjach uczucia próby połączenia na siłę nie pasujących do siebie światów. Chęci zaistnienia zarówno w świadomości zwykłego, incydentalnego karmionego plastikowym rockiem słuchacza jak i wytrawnego, zaangażowanego, świadomego poszukiwacza muzycznych nietuzinkowych rozwiązań. W tym przypadku ten trudno wyobrażalny związek zdaje się być czymś naturalnym, jakby z pozoru nie pasujące do siebie fragmenty jak za magicznym dotknięciem stapiały się ze sobą tworząc nową, nie odkrytą dotąd jakość. Zakładając, że muzycy Coheed and Cambria nie dysponują magicznymi chwytami pozostaje jedynie doszukiwać się podstaw takiego efektu w aranżacyjnej biegłości oraz sprawnemu wyczuciu muzycznej materii. Te właśnie zdolności pozwoliły stworzyć kolejny materiał, który przykuwa uwagę natychmiast dzięki przebojowemu potencjałowi. Równie mocno i po kilkudziesięciu odsłuchach tyle, że w tym przypadku za sprawą intrygujących niuansów w pełnej krasie widocznych po wielokrotnej styczności. Dzięki temu z pewnością będę go intensywnie odkrywał  i cieszył się tą szlachetna hybrydą progresji, alternatywy i popowej przebojowości.

Spiritual Beggars - Earth Blues (2013)




I zrobił to z powodzeniem po raz kolejny! Kupił mnie Amott specyficzną pulsującą mieszanką, tym razem tego co najlepsze na klasycznych albumach nagrali mistrzowie z Deep Purple i Rainbow! Zaczynając od pełnego polotu jeśli można to tak nazwać stonera Spiritual Beggars wyewoluował w typową formacje hard rockową, gdzie instrumenty klawiszowe (tu jednoznacznie Per Wiberg przybrał postać Jona Lorda) na równych prawach współistnieją z sekcją rytmiczną i riffową maestrią. I choć pierwsze fragmenty albumu wywołały we mnie uczucie deja vu podobne temu co spotkało mnie przy okazji premiery Return to Zero, kiedy to kompozycje otwierające wydały mi się w pewnym sensie odrobinę zbyt proste i naiwne, nie wzbudzając zachwytu, czy przesadnej euforii. Tak i w przypadku Earth Blues dopiero wielokrotny kontakt z krążkiem pozwolił na odkrycie tego fascynującego poczucia satysfakcji, głęboko ukrywanej magii jaka kryje się pod powierzchownością utworów. Tak naprawdę w odczuciu moim zmieniło się na Earth Blues w stosunku do poprzedniczki niewiele, gdyż już na Return to Zero wyraźnie zaakcentowano kierunek, kurs na Deep Purple i Rainbow, a tu tylko się go kontynuuje. Jednak różnica pewna jest wyczuwalna i ma charakter bardziej brzmieniowy niż warsztatowo-kompozycyjny. Bardziej to produkcja o odrobinie szorstkim jak na konwencje szlifie, przy niej powrót do zera wydaje się produkcją wygładzoną, wypolerowaną. Może to nadinterpretacja ale odnoszę także wrażenie, iż w niektórych fragmentach Amott sięga do tradycji charakterystycznej dla solowych krążków Ozzy’ego – pewne zagrywki, motywy wyraźnie takie skojarzenia przywodzą. Zabieg to dorzucający do finalnego efektu eksperymentalny smaczek, uatrakcyjniający formę i unikający zamykania się w schematach. Ale to jedynie takie niekoniecznie oczywiście zgodne z rzeczywistością subiektywne odczucie, zweryfikowane bądź potwierdzone wraz z kolejnymi odsłuchami – czas pokaże! I szkoda jedynie, że rozeszły się drogi Amotta i J.B. Christofferssona, gdyż pomimo tego, że Apollo Papathanasio dysponuje ciekawą barwą, może jedynie zbyt siłową mam przekonanie, że oba ostatnie albumy z wokalnym udziałem obecnego frontmana Grand Magus nabrałyby jeszcze większej witalnej siły. Jednak śledząc częste zmiany na wokalu kto wie jaka postać zajmie miejsce za mikrofonem w przypadku kolejnej produkcji? Dwa krążki z J.B, dwa z Apollo, dwa z hmmm...? Historia lubi przecież często kierować się takimi schematami!

wtorek, 16 lipca 2013

Alice in Chains - The Devil Put Dinosaurs Here (2013)




Czekałem na ten krążek z niecierpliwością bowiem rozkochany w Black Gives Way to Blue pragnąłem usłyszeć kolejny album Alicji i ze spokojem, iż jest i świetną formę prezentuje cieszyć się tą ich wyjątkową stylistyką. I choć w odległych czasach z czwórki klasycznych moich szczenięcych przewodników w świecie dźwięków Alice in Chains dosyć opornie jako ostatni mnie do siebie przekonali to już współczesne ich oblicze kupiłem od pierwszego zbliżenia. Otrzymałem dźwięki których w żadnym stopniu z inną formacją obeznany zwolennik rockowej konwencji nie jest w stanie pomylić. Firmowa konstrukcja kompozycji gdzie muzyka płynnie, mozolnie rozwija tematy, zasysa, wciąga, jest zrazu ciężka, przytłaczająca by nagle rozbłysnąć znienacka jasną aurą, intensywnym światłem. Ona jak wyznanie zmęczonego, bezsilnego potencjalnego samobójcy który ostatkiem woli próbuje siebie przekonać do dalszej egzystencji, próbuje wbrew smutnej rzeczywistości roztoczyć wizje szczęścia lub w poczuciu rezygnacji dać odczuć co stracone, co dla niego już nieosiągalne. Proszę zatem o wybaczenie mojej pseudo-poetyckiej retoryki jednak album to co konkretnie z siłą nawałnicy i bezwzględną systematycznością przypływów wwierca się pod moją czaszkę w osobowości czyniąc zmiany. Na całe szczęście ograniczone li tylko do czasu z krążkiem tym spędzanego stąd w miarę przed obłędem chroniony się czuje ale i przed każdym odsłuchem obawy ponowne odczuwam przed siłą podświadomej penetracji mojej osobowości. Wiele płyt jest w stanie w tak głęboki trans mnie wprowadzić, jednak wśród nich nieliczne są zdolne wywołać tak introwertyczną zadumę i refleksje - taką pesymistyczno-optymistyczną karuzele. Siła The Devil Put Dinosaurs Here kolosalna i trudno byłoby jakąkolwiek kompozycje wyróżnić, zwyczajnie to dwanaście kapitalnych utworów zbitych w jeden zwarty monolit jednoznaczny markowy szlif Alicji posiadających. Ta muzyka to podróż, długa, senna, często męcząca dla psychiki jednak wciąż tak atrakcyjna by pomimo obaw przed niekomfortowym wglądem w podświadomość decydować się na permanentne z nią obcowanie.  Monotonne ale piękne to riffy!

poniedziałek, 15 lipca 2013

Carnage / Rzeź (2011) - Roman Polański




Duma rodaka rozpiera i chociaż postać Romana Polańskiego do zdecydowanie kontrowersyjnych należy abstrahując od jego życia prywatnego, w kwestii czysto zawodowej od (co nie do wiary!) grubo ponad czterdziestu lat do najwyższej światowej elity bezustannie należy. Jego charakterystyczna reżyserska ręka nie do podrobienia, niewielu przecież twórców kina przez tak kolosalny okres u szczytu pozostaje - nie tylko w kwestii czysto komercyjnej, lecz przede wszystkim jakości dzieł. Jako artysta status najwyższy posiada i konsekwentnie go utrzymuje, a każdy jego obraz to wyjątkowe doznanie i przeżycie dla miłośnika kina. Rzeź będąca w tym momencie na mojej tapecie, tej pełnej sukcesów passy w jakikolwiek sposób nie przerywa, a więcej jest pewnym założonym, wybornym złamaniem dotychczasowej formuły. Nie ze względu na zawartość "Polańskiego w Polańskim" tylko formy z jaką mistrz się mierzy. Obdarta ze wszelkich czysto spektakularno-technicznych fajerwerków, będąca powrotem do najgłębszych korzeni sztuki wizualnej, przeniesieniem teatru na duży ekran. I sztuka ta Polańskiemu udaje się wzorcowo, gdyż począwszy od samego fundamentu jakim jest adaptowany tekst, poprzez w każdym calu perfekcyjną realizacje, błyskotliwe dialogi i aktorską maestrię Winslet, Foster, Waltza i Reilly'ego - stanowi majstersztyk w najczystszej postaci. Wyraźne, z detaliczną precyzją zbudowane postaci oddają z polotem każdy założony szczegół, dostarczając dla widza niezmierzoną przestrzeń do interpretacji. Wprowadzający wątek wzbudza zaciekawienie, by po chwili stanowić jedynie preludium do szerokiej gamy ludzkich zachowań. To hitchcockowskie niemalże stopniowanie napięcia, gdzie rozpoczyna się od trzęsienia ziemi, by dalej już tylko emocje rosły. Naturalne, realistyczne wydarzenia obnażają "życiowy teatr" którego każdy z nas aktorem, gdzie pod z pietyzmem budowaną fasadą ukrywamy prawdziwe oblicza charakteru, osobowości czy relacji z najbliższymi. Wystarczy często zaledwie przypadkiem odnaleziony klucz, czy odczuwalne poczucie jedności, uniwersalności problemu podbite alkoholu obnażającymi zdolnościami by mozolnie kreowane oblicze rozpadło się ukazując wątłą jakość i kruchą iluzję. Płynie z tej produkcji, równolegle do tego oczywistego gorzkiego "nie wpierdalać się w konflikty szczenięce" wyraźny optymistyczny morał szczególnie dla średniego wiekowo pokolenia. Jeśli dobrze rozumiem, odnoszący się do wartości szczerości i nadrzędności jej wobec teatralnej kreacji. Przepracowanie problemu, zmierzenie się z nim jedyną szansą na w miarę prawidłowe funkcjonowanie, a ofiary z jakimi proces ten związany z perspektywy czasu niewiele znaczące. W buty psychologa, specjalisty terapii relacji międzyludzkich wbity uznanie swe wobec maestrii twórców wyrażam, że w czasach tak miałkich, pobieżnych doznań rezygnując ze spektakularnych, sprzedaż napędzających efektów specjalnych, strzelanin, pościgów i golizny jedynie efektownym "pawiem" w tym kontekście się posiłkując, wyłącznie za pomocą szlachetnej dramaturgii takie dzieło wykreowali. Maestria i poczucie wiary w widza to bez wątpienia!

Orange Goblin - A Eulogy for the Damned (2012)




Problem z tym albumem miałem niemal od pierwszych wieści informujących o jego przygotowywaniu. Mianowicie zauroczony Healing Through Fire po latach kilku ciszy, bardziej lub mniej stanowczych deklaracjach samych członków Goblina porzuciłem już niemal nadzieje na kolejną porcję brytyjskiego łomotu. I kiedy pogodzony już z rzeczywistością byłem wieść gruchnęła jakoby nowy album powstaje. Zaniepokoiłem się wtedy czy nie będzie to materiał co na siłę realizowany. Poprzeczka bowiem wysoko na poziomie Healing wisiała i tylko krążek w dyskografii ich bogatej o charakterystyce wybitnej w tej konfrontacji szansę miałby jakąkolwiek. Pierwsze wrażenia zdecydowanie drobnym rozczarowaniem mi pachniały, szczególnie kiedy obrazek obwolutę mający zdobić zobaczyłem. Po świetnych poprzednich kilku pracach graficznych ten nijaki mi się wydał w formie swojej. Co jednak najistotniejsze muzyczna zawartość w kontakcie pierwszym wyraźnie odstająca brzmieniem od "leczenia ogniem" tej surowej oceny nie zmieniała. Szczególnie, że moc i energia zawarta na poprzedniczce swój fundament w produkcji miała - mocny dźwięk w klasycznym dla konwencji stylu podkreślał tylko doskonałe wrażenie jakie robiły same kompozycje. Niestety brak pierwotnej mocy wyraźnie osłabił siłę rażenia jaką dysponowały ciekawe jednakże nowe utwory. Z czasem jednak przyzwyczajony do specyficznego dźwięku zauważać zacząłem coraz więcej pozytywnych cech co całokształt albumu w odmiennym świetle stawiał, coraz wyżej pozwalając go oceniać. Jak się okazało album to co w sensie pewnym nowe furtki im otwiera, odrobinę zboczyć z drogi obranej uprzednio pozwalając. I choć w bezpośredniej konfrontacji Healing Through Fire zwycięski pozostaje nową propozycją Anglicy nie rozczarowują, co więcej rozbudzają ciekawość jaki kierunek obrać mogą przy okazji krążka kolejnego. Żywię jednak nadzieje, że do kotła więcej smoły doleją, w tym przecież urok ich dokonań, że nie lśnią niczym wymuskany klejnot - bardziej im z brudem i surowym wyrazem do twarzy.

El secreto de sus ojos / Sekret jej oczu (2009) - Juan José Campanella




Przyjemność to ogromna przypomnieć sobie ten ekscytujący obraz reprezentujący wyjątkowe kino wielogatunkowe, gdzie esencja kryminału, thrillera, dramatu i niebanalnego romansu przez ponad dwie godziny utrzymuje w stanie ciągłej ekscytacji. Kapitalna to perła docierająca z egzotycznego dla mnie miejsca na mapie światowej kinematografii i może dzięki tej specyfice klimatu produkcja to tak pełna kolorytu, tak wciągającego i pasjonującego. Dodatkowo umiejętne ukazanie tła politycznego Argentyny lat 70-tych wartość historyczną posiada, a wyrazistość postaci, głównych bohaterów wzbudza głęboką więź z widzem. Czarujące nietuzinkowe dynamiczne ujęcia operatora (scena na stacji kolejowej czy na stadionie piłkarskim) wzbudzają zachwyt, a wzburzające dramatyczne fragmenty (przesłuchania, czy finałowe) zapierają niemalże dech. Całość podkreślona poruszającym tłem muzycznym, kapitalną scenografią, wiarygodną charakteryzacją i wyrazistym kunsztem aktorskim. Wyobraźnia i emocje podpowiadają jeszcze liczne określenia podkreślające jak genialny to obraz jednak jak trafnie ujął jeden z recenzentów "historia to w spojrzeniach zawarta" - dla mnie osobiście wspaniała, urzekająca i wstrząsająca jednocześnie! Dla każdego kto od kina wymaga wyjątkowym doznań pozycja to obowiązkowa!

niedziela, 14 lipca 2013

Kylesa - Ultraviolet (2013)




Gdybym miał streścić wrażenia po odsłuchu nowego albumu Kylesy do jednego tylko określenia idealnym byłoby tu słowo rytm. Jednak Ultraviolet bogaty także w różnorodne smaczki dające finalnie poczucie obcowania z krążkiem bardzo udanym. Rytm jest punktem wyjścia, fundamentem, esencją albumu bez którego niepokojąca melodyjność poszczególnych kompozycji, wyrafinowane, szlachetne brzmienie  klawiszowych plam nie budziłoby takich silnych emocji podczas kontaktu z krążkiem. Muzycy Kylesy sprawnie połączyli walor Static Tensions, jego bezpośredniość i gwałtowność z post rockowym zacięciem dominującym na Spiral Shadow. Dzięki czemu zawartością Ultraviolet mogli usatysfakcjonować zarówno entuzjastów tej sludgeowej strony ich twórczości jak i zwolenników tej bardziej rozmarzonej, sennej z wolna rozwijającej dźwiękowe tematy. Większą przestrzeń do wokalnej ekspresji uzyskała Laura Pleasants co akurat pomimo mojej od kilku lat krytycznej postawy wobec kobiecej wokalnej ekspozycji w ogólnie rozumianym rocku czy metalu akurat w tym przypadku mnie cieszy. Nie ukrywam bowiem, iż pomimo dużej sympatii do grupy za najsłabsze ogniwo w ich kompozycjach uważałem skandowane zaśpiewy za które odpowiedzialny jeśli się nie mylę Phillip Cope - ich ograniczenie wyraźnie w mojej ocenie dodało płycie pewnego waloru. Jednak ta ewolucja w sferze werbalnej nie tylko z dominacją Laury związana gdyż odczuć można także, iż Phillip próbuje oprócz tych krzykiem przesiąkniętych popisów skutecznie formę, paletę swych wokalnych możliwości wzbogacać. Zacząłem od jednowyrazowego scharakteryzowania albumu, a zakończę używając określeń dwóch. Kylesa zbudowała przez lata niepowtarzalny styl na dwóch ostatnich albumach ubogacając go pierwiastkami dodającymi ich twórczości niepokojący, psychodeliczny niemal sznyt, takiej aury rozmarzonej podróży - to taki ich już immanentny rytmiczny trip.

Porcupine Tree – In Absentia (2002)




Nie tylko sentymentalnie w rejony muzyczne gdzie emocjonalna głębia podparta nietuzinkowymi umiejętnościami osiąga wyżyny, od ponad dekady systematycznie się udaje. Ten album jest dla mnie bezwzględnie wyjątkowy. In Absentia otworzyła mi bowiem oczy na scenę ogólnie progresywną określaną, jednak dzięki trafnemu zbilansowaniu pomiędzy progresywnym, często w gatunku bliskim megalomanii rozpasaniem instrumentalistów, a zwartą formą bardziej charakterystyczną dla twardego rocka - nie pchnęła na szczęście ku rejonom zbyt sztucznie wydumanej retoryki. To kapitalne wyczucie formuły zaowocowało krążkiem pełnym zarazem mocarnej dynamiki, solidnej struktury riffów jak i melancholijnych wycieczek jakie fundują klawisze czy gitarowe solówki, a sekcja rytmiczna o wspaniałym pulsie wzniosła szkielet, który przez grubo sześćdziesiąt minut nie pozwala na pojawienie się uczucia monotonii, trzymając formę In Absentii w permanentnym napięciu. Album to dla mnie skończony, dzieło ponadczasowe otwierające dla Jeżozwierzy nowy rozdział w ich karierze. Rezygnując z typowej często niestety zbyt ciężkostrawnej progresywnej treści na rzecz zwartych jednak niepozbawionych powietrza struktur, tchnęli powiew świeżości w swój styl, a mnie w końcu do siebie tak w pełni przekonali!

piątek, 12 lipca 2013

Pantera - Reinventing the Steel (2000)




Ostatni w dorobku Pantery akt kreacji z perspektywy czasu dojrzał w moim subiektywnym odbiorze do poziomu zbliżonego ich pomnikowym ciosom. Już od otwarcia album wbija w podłogę żwawym biciem sekcji rytmicznej przeplatanym firmowymi zwolnieniami z ciężkim groovem i miażdżącą siłą. Firmowe, metaliczne brzmienie bębnów Vinnie'go, Anselmo z głosem jadowitym gdzie zarówno wrzasku jak i zachrypłego frazowania nie brak oraz solówki Dimebaga, którymi smaga i kąsa, efekt oszałamiający uzyskuje zwinnie palcami po instrumencie przebierając. Uzależniające oblicze tej muzyki mocno zakamuflowane się wydaje, gdyż te przesterowane, świdrujące brzmienie i pancerne riffy jad znienacka do organizmu wstrzykują by słuchacza toksyną uzależnić. Nałóg to tyle przyjemny co kłopotliwy gdyż ograniczony zaledwie do czterech krążków z których toksynę czerpać można, a organizm uzależniony wciąż nowej podniety się domaga. Na szczęście Anselmo ze swoimi projektami w wielu przypadkach jest w stanie choć w nieco odmiennym stylu jednak efekt podobny uzyskać!

czwartek, 11 lipca 2013

Black Sabbath - 13 (2013)




Ręka drży bo świadomość podpowiada z jak doniosłym wydarzeniem na rockowej scenie mam się zmierzyć - toż to Ozzy z kompanami po 35 latach nowy krążek skroił! Toż to szacunek dla milionów wyznawców rogatego w muzyce którzy z nabożnym kultem oczekiwali przyjścia ikony w chwale nakazywałby pokorne zachwycanie się tym przełomowym wydarzeniem. Jednak prawda taka, że pomimo mojego potężnego szacunku dla sześciu pierwszych z ery Osbourne'a albumów ojców gatunku zapowiedź tego powrotu wyłącznie wątpliwości wzbudziła. Bo po co ryzykować? Dla jakiego celu niszczyć tajemny kult? I wiele podobnych pytań z oczywistą zapewne dla zainteresowanych jednoznaczną odpowiedzią! Takie pesymistyczne nastawienie owładnęło mnie i nic nie było w stanie go zmienić! Tym bardziej, że szopka rozkręconego przez management napięcia, bardziej rozmieszała i budziła wręcz poczucie zażenowania niż miała cokolwiek wspólnego z powtórnym wzbudzeniem wiarygodnego kultu. Szczególnie, że poprzeczka postawiona niezwykle wysoko przez zarówno własne dokonania sprzed lat ale i tych co od kilku ostatnich lat na retro rockowej scenie realnie obudzili wśród wyznawców ciężkich riffów i pulsującej sekcji rytmicznej poczucie dumy i satysfakcji. Młodość nadeszła z mocą huraganu oddając zasłużony hołd pionierom jednocześnie większość z nich w obecnej formie niemal zmiatając ze sceny. I niestety, choć przez moment dałem się na dłużej wciągnąć trzynastce już dziś po wielokrotnym odsłuchu wątpliwości jakie miałem w większości się potwierdziły. Nie zrozumcie mnie źle produkt to z pewnością klasowy - jednak tylko produkt, taki album na zamówienie przemysłu muzycznego. Strasznie statyczny, przewidywalny, spętany oczekiwaniami i zniszczony niezrozumiałą dla mnie logiką Ricka Rubina, człowieka który finalnie przybrał w moim mniemaniu rolę największej klęski tego wydawnictwa. Zapewne niewspółmierny do zasług jego wpływ na całokształt kompozycji z 13 plus fatalne w odsłuchu spiętrzenie nowoczesnych technik nagrywania bezlitośnie odarły brzmienie formacji z całej magii. I chociaż w każdej minucie płyty wyczuwalna jest ręka mistrza Iommi'ego oraz ten nieokiełznany bas Geezera brak jazzującego feelingu perkusji wraz z wyraźnie zmęczonym głosem Ozzy'ego całokształt sprowadza jedynie do rzemieślniczego produktu. Nagrali li tylko album którego słucham obecnie jedynie od czasu do czasu, a w momencie premiery wałkowałem niemal non stop jakbym podświadomie chciał się przekonać o jego ponadrzeczywistej wartości, że ten powrót nie tylko argumentem dolara śmierdzi. Na dzień dzisiejszy Black Sabbath finalnie rady nie dali! Nie dlatego, że krążek to zwyczajnie słaby, a dlatego, że podkręcanie atmosfery kultu i oczekiwania na coś zjawiskowego przyniosło jedynie rzemieślniczy wyrób. Nie są już w stanie współcześnie nawiązać pomimo swego statusu równorzędnej walki z dzisiejszymi "gwiazdami" retro łupanki. Trochę te z ostatnich lat decyzje wodza Iommi'ego nietrafne. Zamiast odgrzewać niepotrzebnie kult Heaven and Hell i Mob Rules albumem tak wymęczonym jak The Devil You Know, czy zasilać konto bankowe trzynastką, więcej w kwestii szacunku sceny uzyskałby kontynuując  działania wraz z obecnie ponownie osieroconym tym razem przez megalomanie Bonamassy, Glenn'm Hughesem. Wszak Fused w porównaniu ze wspomnianymi wyżej płytami to wulkan energii i mocy twórczej. Może to i kontrowersyjna teza jednak tak ten album solowy wielbię i  całe to ostatnie zamieszanie odbieram. Pozostaje mi na koniec życzyć zdrowia przede wszystkim Mistrzowi by jeszcze kiedyś moją prośbę spełnił i zrehabilitował się krążkiem naprawdę wielkim. Nikt chyba tak jak on nie zasługuje na tą szansę.

P.S. Taki arogancki jestem!

Hyde Park on Hudson / Weekend z królem (2012) - Roger Michell




Trochę przeleciał innymi słowy przelał się przez palce i jedynie klasowe aktorstwo plus wyborne zdjęcia, scenografia, atmosfera epoki przykuły wzrok nie dopuszczając do zaśnięcia. Zakładana zapewne lekka forma obrazu przytłoczona przyciężkawą realizacją. Zawiłe relacje, ukrywana prywatność ikony i w tle tak istotne wydarzenia historyczne w zbyt mdłej jakości. A może ja nie doceniam istoty subtelnych detali?

21 Grams / 21 gramów (2003) - Alejandro González Iñárritu




Absolutny już klasyk dostarczający każdorazowo głębokich przeżyć! Wstrząsający to obraz tragedii, ogromnej pustki, bólu, cierpienia, poczucia winy czy niewyobrażalnej potrzeby zemsty - uwolnienia od męki. Zadający kluczowe pytania, zmuszający do refleksji, wciągający i głęboko dotykający. Poruszający ciężki temat, surowy wizualnie, przynoszący wręcz namacalne odczucie przejmującej udręki, sadystycznej niejako porcji katuszy. Bo życie to nie zawsze pasmo sukcesów, szczęśliwych zbiegów okoliczności i beztroski. Dzięki doskonałym kreacjom aktorskim Benicio Del Toro, Seana Penna i niezwykle wiarygodnej Naomi Watts te odczucia przeszywają na wskroś, a forma mozaiki, rwane fragmenty wątku sprawnie scalające się w monolit tylko pogłębiają więź z widzem. Tu geniusz reżyserski Iñárritu, tajemnica emocjonalnej empatii, tu właśnie tkwi największy walor tejże produkcji! Ten film dosłownie sprawia fizyczny i psychiczny ból, jest czymś więcej niż dwugodzinną przygodą z ekranową historią. On otwiera oczy, zmienia percepcje, kształtuje osobowość i postawy. 

wtorek, 9 lipca 2013

Leprous - Coal (2013)




Na starcie muszę podzielić się moim niewielkim rozczarowaniem jakie wiąże się z nowym wypiekiem Leprous. Mianowicie będąc w pełni szczerym spodziewałem się po nich efektownego kroku w przód niestety Coal w moim przekonaniu reprezentuje zwrot w tył i idealnie wtapia się w lukę pomiędzy Tall Poppy Syndrome, a Bilateral. Może moje utyskiwania wiążą się z ogólnym odbiorem krążka jako rzeczy mocno klimatycznej, choć po pełnym patosu podniosłym Foe Norwedzy uderzają dynamicznym, a nawet w pewnych fragmentach wręcz gwałtownym Chronic. A może to ten wyraźnie podkręcony patos wywołuje we mnie takie wrażenie? Trudno byłoby jednak także twierdzić, że poprzednia produkcja tej podniosłej aury była pozbawiona jednak w bezpośredniej konfrontacji z Coal jednoznacznie w przekonaniu moim broniła się przed zarzutem, iż wokół samego patosu była zbudowana. Dobra starczy "kręcenia nosem" bo ty czytający gotów pomyśleć, iż album to zwyczajnie monotonny bardziej w rejony pseudo-symfonicznego, czy nawet brrrr gotyckiego pitolenia skierowany. A prawda taka, że to kawał inteligentnej, dojrzałej progresywnej muzyki. Mocno osadzonej w rockowej konwencji jednak z odwagą eksplorujący rejony zaskakujące czy intrygujące. Pozbawiony banalnej przebojowości w jej miejsce trafnie wtłaczający chwytliwość zbudowaną na pięknych harmoniach instrumentalnych czy wokalnych (patrz. The Cloak, The Valley), w wielu fragmentach silnie słuchacza uwrażliwiających. Krążek gdzie instrumentalna biegłość i zawiłe nieszablonowe rozwiązania głęboko pod specyficzną atmosferą, klimatem kompozycji ukryte, dzięki czemu każdy kontakt z albumem to przeżycie wyjątkowe pełne aranżacyjnych smaczków i wzruszających uniesień. Klucz do tej przygody może właśnie w tym wzruszeniu, bowiem album to co za serducho chwyta skutecznie stąd jego smakowanie najbogatsze w przeżycia tuż przed zmrokiem, gdy zgiełk dnia ustaje, a refleksja zajmuje miejsce dynamicznej codziennej gonitwie. Dla każdego kto w muzyce poszukuje tego rodzaju wrażeń płytę polecam bez wahania - ciary gwarantowane, a takie perełki jak Echo, oszczędne mozolnie płynące snujące własną opowieść aby odnaleźć w sobie pokłady głęboko ukrytej wrażliwości - bezcenne! I choć podstawowym moim zarzutem zbytnia zachowawczość, a nawet delikatna wtórność w stosunku do poprzednich krążków grupy nie śmiałbym stwierdzić, iż płyta to słabsza. Napiszę więcej, album to w swojej niszy bardzo bliski ideału, a problem mój z nim tylko taki, że trochę innej drogi jaką wybiorą muzycy Leprous się spodziewałem. Pytanie teraz co w przyszłości przygotują, mając jednak na uwadze z tą płytą doświadczenie nie będę próbował oczekiwań konkretnych w sobie kształtować. Z pewnością nie będzie to proste.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Soulfly - Enslaved (2012)




Niezrozumiałe często są ścieżki jakimi od rozstania z Sepulturą podąża Max Cavalera - zwyczajnie trudno trafić za gościem, którego podejście do muzycznej materii, czy ideologicznego zaangażowania zawiera w sobie tak wiele wykluczających się pierwiastków. Ciężko bowiem, choć traumatyczne przeżycia rodzinne plus silny wpływ kobiety w jakimś stopniu usprawiedliwiają decyzje z końca lat 90-tych zrozumieć nagły zwrot światopoglądowy, jednakże trudniej jeszcze "ogarnąć" ostatnie działania tej ikony. Wraz z albumem Dark Ages powrót stopniowy do łojenia riffów o tak charakterystycznej dla niego strukturze cieszy mnie ogromnie, jednak ciągle funkcjonujące odniesienia do najwyższego, jemu dedykowanie albumów, kiedy to obnosi się w koszulkach ekstremalnych, silnie często zaangażowanych skrajnie biegunowo prekursorów jest mi całkowicie niezrozumiałe. Obojętne przejście obok wyraźnej tendencji Maxa do specyficznego "odjazdu" jaki sam starszy z braci Cavalerów funduje sobie we własnym wszechświecie niewykonalne dla wielu oddanych zwolenników się wydaje. Zapuszczony "na maksa" (sic!), przypominający bardziej kloszarda niż legendę metalowej sceny w wywiadach plączący się niemiłosiernie, wpadający w przed koncertowe lub po koncertowe labilne nastroje jest zdecydowaną antytezą stabilnego kompana z Sepy - Andreasa Kissera tutaj mam na mysli. I jedynie jakość muzyki ostatnio przez tą ikonę tworzonej, zapewne przy sporym współudziale wirtuozerskiego Marca Rizzo pozwala na względnie poważne traktowanie Maxa. Kolejny, już czwarty album po kontrrewolucyjnym zwrocie przynosi wszystko to za co cenie sobie najbardziej pomnikowe produkcje sygnowane nazwami projektów Cavalery. "Wyrywają mnie tu z butów" zatem cięte, agresywne, niepozbawione jednak pierwiastka melodyjnego riffy, ozdobne serwowane z dozą wysublimowania ultra-melodyjne solówki, wybrzmiewające fenomenalnie bogate pasaże, perkusyjne galopady, trybalne rytmy oraz skandowane z zaangażowaniem wyśmienite wokalne partie. Barwa ryku Maxa niemal niepodrabialna, markowa niejako i w przekonaniu moim od lat zachowująca status wzorcowej. Brakuje mi jedynie więcej tych wręcz trip-hopowych czy przypominających estetykę reggae subtelnych odlotów (patrz: American Steel - tu serwowanych w sposób modelowy), z taką pasja i wyczuciem aplikowanych na Conquer - w moim prywatnym rankingu albumie kultowym od jakiegoś czasu nazywanym. Ten właśnie drobny w odczuciu moim mankament stawia Enslaved o oczko niżej od krążka z 2008-ego roku. Chociaż być może większa odczuwalna surowość ostatniego albumu stanowić po latach będzie o jego bardzo wysokiej wartości, a mniejsze wysterowanie na elektroniczne bujające detale doda materiałowi charakterystycznego waloru. Czas pokaże, czas zweryfikuje, jednak już dzisiaj krążek to zdecydowanie klasowy, potwierdzający nadal wysoką formę Soulfly i jedynie wątpliwe zachowania około muzyczne Maxa mogą wzbudzać niepokój wśród zwolenników bez urazy, tłustego posiadacza charakterystycznych dredów. Patrząc jednak z perspektywy historii muzyki awangardowej często bywało, iż osobowości szczególnie nieprzewidywalne, w kryzysach różnorakich zagubione z najwartościowszą sztuką wypływały. Zatem trudno tu jednoznacznie wyrokować, gdyż ułożony, stabilny Cavalera równać się może nudna, przewidywalna schematyczna do bólu muzyka!

sobota, 6 lipca 2013

Soundgarden - Badmotorfinger (1991)




Kilka słów refleksji dotyczącej Badmotorfinger sklecić zapragnąłem z inspiracji grupy utyskującej, jakoby powrót zeszłoroczny (!) Soundgarden smętny, nudny, cech najlepszych, wczesnych produkcji sprzed lat pozbawiony. Zatem chociaż czynie to z ogromną przyjemnością od lat dosyć systematycznie, kilka odświeżających przesłuchań Badmotorfinger odbyłem z sentymentem powracając do czasów kiedy to album ten w moim decku kręcił się intensywnie. A było to w połowie lat 90-tych, gdy nazwa Soundgarden w mojej świadomości funkcjonować zaczęła, za sprawą Superunknown i zawartych tam smakowitych kompozycji na czele z singlowymi, obrazkami video promowanymi Fell on Black Days, Spoonman i Black Hole Sun. Które to wtedy w jeszcze typowo muzycznym kanale MTV śmigały, a częstotliwość ich pojawiania była równa tym ówcześnie największym plastikowym hiciorom na kolorowych platformach dla pop-danceowo-hiphopowych smakoszy. Rozkochany w tych perełkach, oczywistym instynktem kierowany sięgnąłem niemal natychmiast do przeszłości grupy, gdzie krążek z roku 1991 lśnił równym blaskiem co super przebojowa super nieznana. Po kilku przesłuchaniach dziwiąc się jakim zbiegiem okoliczności kilka lat wcześniej ogród dźwięku nie dotarł do moich uszu. Jak się okazuje wyjaśnienie tej zwłoki jasne, gdyż w rok 91-szy to pomimo, iż raczkującym kapitalizmem już naznaczony w charakterze polskiego rynku jeszcze mocno w poprzedniej epoce za sprawą piractwa fonograficznego tkwiący Nie mówiąc już o braku czy jedynie dla najzamożniejszych dostępnych zachodnich kanałach stricte muzycznych. Co jednak najważniejsze, ja sam rockowo-metalową niszę jeszcze wtedy dopiero nieśmiało obwąchiwałem – nawiasem mówiąc trzy, cztery lata różnicy, a w mentalności muzycznej mojej przepaść dosłownie. Jednak do meritum, do kwestii merytorycznych przejść należy używając tak oklepanego politycznego sformułowania. Jaki jest ten obiekt kultu z perspektywy czasu? Mianowicie, rzecz priorytetowa - niezwykle współczesny od brzmienia po same kompozycje. W żadnym momencie obcowania z tym albumem nie odnoszę wrażenia, iż powstał już 22 lata temu co przy obecnych standardach kiedy często produkcja starzeje się niemal w oka mgnieniu zasługuje na wielkie uznanie. Poszczególne kawałki przepełnione są fenomenalną zabawą rytmem i konwencją, pełne biegłości instrumentalnej i pasji zawartej w głosie Cornella. To krążek w którym odbija się młodzieńcza werwa i niezwykły talent, kompozycje są niepokorne zarazem dając już wtedy sygnał, iż muzyka to także zdecydowanie dojrzała w kwestii warsztatowej. Bogaty aranżacyjnie, zdominowany przez utwory o efektownym przebojowym potencjale, zanurzonym jednak w surowej aurze z niepokojącym mrocznym sznytem czy czasami nawet dysharmonią, szaleństwa mgiełką przypominającą że do czynienia mamy w tej pasjonującej materii jednak z młodzieńcza nadal kreacją. Zwyczajnie album to co do klasyki o wartości najwyższej należy, z każdorazowym kontaktem przynoszący emocjonującą dawkę dźwięków. Taki co głęboko w historie rocka wrył się na lata stając się dla wielu wykonawców niemal wzorem jakości, czymś na kształt wzorca z Sevres. Jednak siła rażenia jego największa w tym, że jest jeden, żadnej dorównującej mu kopii się nie doczekał, a sami jego twórcy nigdy nie podnieśli na niego ręki tworząc album mu podobny. Klasa właśnie Soundgarden w tym, że z każdą produkcją coś nowego, atrakcyjnego stylistycznie w obrębie własnej tożsamości stworzyli. Wracając zatem do wstępu tej refleksji dziwią mnie krytyczne uwagi w kierunku najnowszego krążka szczególnie porównujące go z trójką i z tej perspektywy wykazujący jego niższość. Badmotorfinger i King Animal to płyty które równie wiele łączy jak i dzieli, bez względu na detale równie pasjonujące, stąd płytkie konfrontowanie ich wydaje się obnażaniem niezrozumienia fenomenu formacji. W przekonaniu moim bowiem King Animal po raz kolejny udowodnił jakim Soundgarden jest kapitalnym tworem, a muzycy go tworzący fenomenalnymi artystami. Nie powtarzają się tylko pewnym dostojnym krokiem prą do przodu, wykorzystując to co najdoskonalsze w ich wcześniejszym dorobku do rozbudowywania swojej koncepcji dojrzałego rocka.

piątek, 5 lipca 2013

Hitchcock (2012) - Sacha Gervasi




Powrót do źródeł czyli jak, lub bardziej precyzyjnie ujmując w jakich okolicznościach Hitchcock kręcił Psychozę! Bez większych fajerwerków przyznaje jednak sięgając do najlepszych klasycznych wzorców kina Sacha Gervasi stworzył klimatyczną, płynną, wciągającą historie, gdzie umiejętne pokazanie wielowarstwowej osobowości mistrza thrillera pozwoliło delektować się obrazem wysokiej klasy. Jednak jakby tytuł sugerował nie odnoszę wrażenia, iż sam maestro jest tu centralną postacią. Równorzędną bohaterką jest tutaj jego żona, Alma Reville, której osoba jak przedstawiono w ogromnym stopniu wpływała na sukcesy jakie odnosił mistrz. Nie pierwszy raz w historii dzięki dominującej i ukierunkowującej roli kobiety chaotyczna w gruncie rzeczy osobowość geniusza jest w stanie tworzyć dzieła przełomowe, epokowe. Sukces tak naprawdę tej produkcji jednako nie wyłącznie w samym scenariuszu uchwycony, gdyż ta z pozoru nieco oczywista historia bez aktorskiej maestrii głównych aktorów z pewnością nie pozostawiłaby tak dobrego wrażenia. To w duecie Mirren, Hopkins zawarta pełna paleta aktorskiego kapitalnego warsztatu, który znakomicie zaadaptowany jest w stanie ukazać barwne osobowości i specyficzną bliskość relacji Reville i Hitchcocka. Smakowanie ich kreacji to uczta wyborna dla każdego kto w kinie poszukuje prawdziwej wyrazistości i emocjonalnej głębi. Dzięki tym nestorom aktorskiej profesji wspomaganej równie dobrymi rolami drugoplanowymi obraz to tak udany, a sama Psychoza okazuje się jedynie pretekstem do sugestywnego ukazania jakie w naszym życiu znaczenie posiada pasja i możliwość jej realizacji.

czwartek, 4 lipca 2013

Silver Linings Playbook / Poradnik pozytywnego myślenia (2012) - David O. Russell





Kapitalne kino, łamiące hollywoodzki szablon jałowego romansidła! Tutaj inteligentne, precyzyjne i błyskotliwe dialogi budują wielowątkową, niezwykle dojrzałą historie związku centralnych postaci, osnutą prawdziwe poruszającymi emocje relacjami rodzinno, przyjacielskimi. Cudownie było obserwować jak Tiffany i Pat po silnych traumach odnajdują nawzajem w sobie drogi do ich pokonania, jak typowo amerykański mit psychoterapii na kozetce przegrywa z realnym doświadczeniem i intuicją. Jak oczywisty w swej prostocie postulat ofiarowywania siebie drugiemu  człowiekowi w tak naturalny i czysty sposób  pozwala pomóc samemu sobie. Bez sztucznej i napompowanej patosem ideologii rodziny dzięki celnemu spojrzeniu twórców otrzymałem wręcz namacalny obraz poświęcenia, troski, racjonalnej wyrozumiałości i rodzicielskiej miłości. Walor treści podkreślony został pełnym maestrii wykonawczym kunsztem coraz bardziej mnie przekonującego Bradley'a Coopera (patrz ostatnio: The Words, The Place Beyond the Pines), olśniewającej Jennifer Lawrence, weteranów w osobach DeNiro i Weaver czy jak zawsze energetycznego Tuckera. I szkoda tylko, że finał taki odrobinę zbyt cukierkowy nie do końca korespondujący z precyzyjnie budowanym poczuciem nagromadzenia emocji. Zamiast hitchcockowskiej bomby tylko słodka satysfakcja. Kiedy to głęboko zaintrygowany rozwojem zdarzeń, zaskoczony formą i treścią obrazu spodziewając się finałowego złamania schematu, takim odrobinę banalnym happy endem zostałem uraczony. Siadając przed telewizorem typowo amerykańskiej lekkiej produkcji się spodziewałem po czym do 3/4 filmu wyjść z podziwu nie mogłem z jakim błyskotliwym kinem mam do czynienia, by w efekcie końcowym niewielkie rozczarowanie przeżyć - piękną, wzruszającą ale oklepaną końcówką. Istny rollercoaster oczekiwań i rzeczywistości otrzymałem. Wziąwszy pod uwagę całokształt to zdecydowanie piękne kino!

poniedziałek, 1 lipca 2013

A Good Day to Die Hard / Szklana pułapka 5 (2013) - John Moore




Najrozsądniejsze jak się wydaje po obejrzeniu tego spektakularnego gniota byłoby wymowne jego przemilczenie! Jednak ze względu na sentyment do kultowego już tytułu oraz dwóch części jego kontynuacji obowiązkiem staje się słów kilka wystukać. John "sarkastyczny Rambo" McClane powraca i niemal od początku seansu jednoznacznie daje do zrozumienia - na jaką cholerę? Po co Willisowi to było? Pieniądze pewnie oczywistą odpowiedzią, jednak brak szacunku do pierwowzoru i utrata zaufania fanów serii nie warta z punktu widzenia biografii aktora konkretnej sumki którą za tą bezczelność zainkasował. A może ta ikona kina akcji już dawno to zaufanie utraciła? Kwestia dyskusyjna, indywidualnego postrzegania. Fakt jednak myślę bezsporny, iż pod szanowanym szyldem otrzymałem jedynie chybioną próbę nawiązania do markowego produktu. W miejsce ikonicznej dla kina akcji hybrydy dobrego humoru i wciągającej, trzymającej w napięciu fabuły wbito nieudolną próbę przeładowania scenariusza efektami specjalnymi, szczególnie w końcówce tak rażąco sztucznymi, iż nawet oczywiste nastawienie, spory dystans do realizmu nie wystarcza. Nonsens goni nonsens, a oczywistość depcze po innych oczywistościach dodatkowo skutecznie wspomagana żenującymi dialogami i mdłą nostalgią. Zjechałem jednoznacznie tą groteskę  jednak jest w produkcji tej jeden walor który pomimo ogólnej finalnej porażki daje się wychwycić. Mianowicie dynamiczny montaż, efektu koszmaru monotonii na szczęście oszczędzający - jakbym przez półtorej godziny coś na kształt przebojowego teledysku lub intra do komputerowej strzelanki oglądał. Tak to jest jak na kulcie chce się srebrników na siłę dorobić! Przestrzegam, nawet jak strzelaniny, eksplozje i popisy superbohatera kręcą was w X muzie to ta petarda jedynie kapiszona efekt jest w stanie osiągnąć! 

P.S. Tak się jeszcze zastanawiam co by moje "ja" nastoletnie o tym filmie pomyślało? A może parafrazując innego policyjnego bohatera sprzed lat, zwyczajnie "za stary już na to jestem". :)

Drukuj