Pamiętam
doskonale jak po pierwszym kontakcie z tym albumem entuzjazmem tryskając
uśmiechu z twarzy pozbyć się nie mogłem, ciśnienie radośnie mi podskoczyło,
potrzebę ogromną szczęściem moim dzielić się poczułem, małżonkę w dźwięki te
wkręcając, uświadamiając jakież to niezwykłe odkrycie jest. Wszak krążek ten to
definicja frajdy z grania, bez zbędnej napinki, pseudointelektualnej ideologii
- tylko świetny warsztat instrumentalny, dar
pisania odjechanych numerów oraz oddanie konwencji. Taka retro rockowa petarda
garściami pełnymi z tradycji gatunku czerpiąca, z werwy młodzieńczej
dodatkiem. I nie dziwi fakt zakotwiczenia wśród tej wesołej gromady Billa Steera,
który na nich się poznał, sukcesu woń czując zapewne. Dzieje się, oj dzieje w
światku retro, co raz jakiś retro rockowy ładunek wybucha o sile często
większej od tego co ojcowie stylu wiele lat temu proponowali. Koniec pisaniny, I Wouldn't Let You zapętlam, a nóżka rytmicznie podskakuje!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz