czwartek, 28 maja 2015

Faith No More - Sol Invictus (2015)




Czas jakiś temu, w miarę niedawno bo o dwóch latach tu mowa, napisałem że tak bardzo brakuje mi Faith No More w rozpisce nowości na najbliższe miesiące - nie wierząc rzecz jasna, iż sytuacja ta kiedykolwiek ulegnie zmianie. Okoliczności sprzyjające jednakowoż sprawiły, że teraz maltretuje świeży krążek legendy i jestem tym faktem nie ukrywam maksymalnie podekscytowany. Jaki wniosek się nasuwa, jaka lekcja płynie z powyższego - iż warto być cierpliwym, a te nawet niewiarygodne życzenia mogą stać się rzeczywistością. :) Taki to banał o bardzo życiowych własnościach. :) Zatem z perspektywy nieuleczalnego wielbiciela twórczości Mike'a Pattona szczególnie w konstelacji w jakiej w Faith No More funkcjonował/funkcjonuje spoglądam i nasłuchuje zawartości Sol Invictus. Pewnie mało krytycznie, bardziej życzeniowo w przekonaniu, iż samospełniająca się przepowiednia o dorównaniu ikonicznej dyskografii sprzed lat już wielu jest możliwa do zrealizowania. :) Na każdy więc zarzut wobec tej płyty odpowiem głębokim emocjonalnym zaangażowaniem - radykalnie z bezkompromisowym impetem. Bo Sol Invictus wyczekałem i wymarzyłem i do jasnej cholery niestety w pierwszej z nim konfrontacji nieco zawód przeżyłem. :( Nie zapomniałem, szczęśliwie, iż wartość albumów tych kalifornijczyków poznaje się dopiero po wielokrotnych odsłuchach. Takie właśnie doświadczenia pamięć mi podpowiada, gdy pierwotne przesłuchania na początku lat dziewięćdziesiątych czyniłem, a perspektywa czasu dopiero kształt i formułę ostatniego tchnienia z roku 1997 uwypukliła. Nie inaczej relacja ze słońcem niezwyciężonym przebiegała, bo to płyta, która musi dostać szanse by zagnieździć się w świadomości, co dopiero pozwala w pełnej krasie docenić jej walory. W tym kontekście to klasyczna produkcja Faith No More, dla cierpliwego i uważnego słuchacza. Czy podobnie jest poddając ją autopsji nie przez pryzmat historii czy dorobku ale przede wszystkim struktury samych kompozycji? Nie będąc wykształconym w kierunku teorii muzyki, a spostrzegając dźwiękową materie tylko i wyłącznie z punktu widzenia laika, bardziej pasjonata, odnoszę wrażenie, iż niczego nadzwyczaj zaskakującego Panowie muzycy nie zaproponowali. Po raz kolejny zmieszali w tyglu, w przeróżnych proporcjach, w zależności od konkretnego numeru inspiracje płynące zarówno z dokonań klasyków, jak i własnych różnokierunkowych projektów czy oczywiście bogatej zespołowej spuścizny. Wykorzystali niczym nieograniczony zmysł aranżerski, hojne doświadczenie oraz estetyczną wrażliwość by stworzyć materiał na miarę własnej legendy. Dopieścili go dojrzałością, która nie ograniczając eksperymentalnych tendencji zbyt zagalopować się nie pozwoliła - fantazja w procesie twórczym pobudzona na wodzy utrzymana została. Powstał album z roku 2015-tego, który gdyby nagrany u schyłku dwudziestego wieku został, to byłby naturalnym i konsekwentnym rozwojem obranej wcześniej ścieżki. Okładka, brzmienie, sama konstrukcja oraz mentalna postawa załogi FNM na to wskazuje. Słuchając Sol Invictus nie zauważam by od Album of the Year upłynęło lat osiemnaście. To dla współczesnego gołowąsa, poszukującego podniety w dźwiękach niebanalnego rocka propozycja pewnie zbyt mało ekscytująca, dla mnie jednak spełnienie nostalgicznych życzeń i zarysowanie nadziei na jeszcze więcej. Faith No More na swój sposób jest współcześnie archaiczne ale w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo pozostając do końca sobą nie zaryzykowało pogoni za niedoścignionym. Kapitalnie wydestylowali materiał będący wypadkową wszystkiego co w nich najlepsze i za to należą im się gromkie brawa. Mają jednak to szczęście, że ich muzyka nie zdążyła się zestarzeć i dzisiaj nadal ich twórczość jest świeża i pełna wigoru. Może to i inna nisza, ale tego trafu zabrakło poniżej recenzowanemu powrotowi na scenę Norwegów z Arcturus. Jedyny mankament jaki w Sol Incvictus dostrzegam to długość krążka. Brakuje tutaj, może epickiej lub też stylowo bujającej kompozycji która to zamknęłaby całość w optymalnych pięćdziesięciu minutach. Co tam, jest to co jest i trzeba z tego się cieszyć, bo jest z czego! :) Smakować królujące partie basu, które bohaterem krążka na równi z wokalną ekspresją mistrza Pattona i liczyć, że to jeszcze nie jest ich ostatnie słowo. :)

środa, 27 maja 2015

Leprous - The Congregation (2015)




Z każdym kolejny albumem Leprous jest tak, że wpierw wkręca mnie bezlitośnie i nie popuszcza ani odrobinę, by po okresie absolutnej dominacji przesyt wzbudzić i siłą znużenia nakazać odstawić go na czas pewien. Tych kilka albumów krąży w orbicie moich zainteresowań, powracając i oddalając się w cyklu systematycznych powtórzeń. Nie inaczej pewnie będzie w przypadku najnowszej odsłony twórczości intrygującej drużyny, rodzinnie spowinowaconego z Isahnem (dla niewtajemniczonych Emperor), Einara Solberga. Chociaż etap na którym kontakt z The Congregation obecnie w mej świadomości zafiksowany to zapętlenie krążka i permanentna potrzeba z nim obcowania. Brak oznak zmęczenia, ciągłe kosztowanie klimatu z dźwięków się sączącego, ustawiczna fascynacja i rozbijanie faktury kompozycji na detale - ten proces nadal na bieżąco się rozgrywa. Jest coś trudno definiowalnego na krążkach Norwegów, co moją uwagę tak intensywnie absorbuje i przekonuje, pomimo nie zawsze entuzjastycznego nastawienia do muzyki gdzie epicka forma i egzaltowany klimat dominują. Jakaś magia odczuwalna, lecz nie w pełni zrozumiała w ich płytach zaklęta. Może wyjątkowość swej twórczości Leprous po części zawdzięczają nieszablonowej wokalnej estetyce jaką Solberg proponuje. Te pływające zaśpiewy, czy dryfowanie w rejestry wręcz jękliwie-piskliwe to cecha już immanentnie jako właściwość szczególna mu przypisana. Ponadto wyraźnie pełny emocji śpiew rozpościera nad instrumentalną rzeźbą atmosferę głębokiego zaangażowania i autentycznego przeżywania każdej nuty. Żaden to produkt kalkulacji nastawionej na dotarcie do smutnej młodzieży z głęboką czernią na paznokciach, tylko wiarygodna pod względem intencji sztuka. Taka, która prócz aspiracji by nią się stawać, także w potencjale technicznej biegłości i umiejętności aranżowania pomysłów zawarta. Oscylująca naturalnie w granicach bezpiecznego kompromisu pomiędzy chwytliwością melodyjnego czaru, a arytmią ambicjonalnego łamania struktury całą masą ciekawych kombinacji czy gwałtownego akcentowania napięcia. Jest w kompozycjach grupy młodzieńcza pasja i refleksyjna dojrzała postawa, która nie mierzi tylko urzeka. Rzadko taka hybryda mnie przekonuje, bo ryzyko związane z ośmieszeniem pozy nadmiarem ckliwej, żenującej dramaturgii czy samym przerostem formy nad treścią jest wysokie. W tym przypadku nie ma mowy by nadmierna emocjonalność w błazenadę się przekształciła. The Congregation to piękna i frapująca porcja doznań dla wrażliwego i wymagającego odbiorcy. Jeśli natura otwartego poszukiwacza form ekscytujących nie jest ci drogi czytelniku obca i nie wstydzisz się tej subtelnej, pełnej wrażliwości części swej osobowości to z głębi mojego "serduszka" polecam rozmarzoną podróż do krainy Leprous. Tak, wiem roztkliwiłem się! ;) :)

wtorek, 26 maja 2015

Zodiac / Zodiak (2007) - David Fincher




Trochę nie w pełni pochlebnych opinii w stosunku do tej produkcji Davida Finchera w środowisku krytyków się przewinęło. Kręcili nosami, nader intelektualny wyraz twarzy symulowali i używając określeń, których znaczenie rozpoznane dopiero po użyciu słownika zbyt hollywoodzko rozrywkowy charakter produkcji wytykali. Przesadzam? :) Mnie jednak jako osoby dalekiej od zawodowej, a przez to profesjonalnej ;) percepcji materii kinowej reżyser nie zawiódł i przekazał do smakowania produkt bardzo sprawnie zrealizowany. Zupełnie nie rozumiem narzekań na jakość, bo w mojej ocenie to świetnie skrojone, bardzo klasyczne w formie kino z techniczną stroną bez najmniejszej skazy. Taki kryminał z przede wszystkim wybornie wykreowanym klimatem i z wyczuciem eksploatowanym nośnym tematem. Bo co tu ukrywać, że sprawa tajemniczego Zodiaca to materiał niezwykle interesujący. Historia mordercy, który przez lata bezskutecznie poszukiwany do rangi bohatera popkultury niemal awansował przyciąga zainteresowanie, a szereg postaci związanych z jego tropieniem równie ciekawych przez pryzmat psychologicznych kryteriów. I tutaj do głosu aktorskie rzemiosło pierwszorzędnych gwiazd dochodzi. One w osobach  Jake’a Gyllenhaala, Marka Ruffalo, Roberta Downeya Jr czy Eliasa Koteasa oraz Johna C. Lyncha fantastyczną robotę wykonują i wraz z ciekawie urozmaicającymi kontakt z obrazem ujęciami satysfakcję przynoszą. Oglądałem już kilkukrotnie i zawsze z przyjemnością patrzę na zmagania obsesją kierowanego rysownika, zmęczonego bezradnością policjanta i ekscentrycznego dziennikarza z medialnym show wokół bezwzględnego zabójcy rozkręconym. 

piątek, 22 maja 2015

Arcturus - Arcturian (2015)




Zaskoczył mnie powrót Arcturus, bo nie śledziłem już od ładnych kilku, a może nastu już lat, co w obozie Norwegów się dzieje. Miałem przekonanie, że ten skądinąd przed laty nader awangardowy band pożegnał się ze sceniczno-studyjną egzystencją i pozostanie w pamięci osób, które w latach ich największych sukcesów fanami się określało. Zaliczałem się w owych czasach do tego gremium, a La Masquerade Infernale jeszcze na taśmie, kasetą nazywanej zdarłem niemalże pod naporem ilości odtworzeń. Kontakt z dźwiękami zawartymi na tym albumie był wtedy dla mnie doznaniem z pogranicza nieomal mistycyzmu. Piekielną maskaradę smakowałem w pełnym pasji uniesieniu, chłonąłem maksymalnie zaangażowanymi zmysłami i wyjść z podziwu nie mogłem, z jaką niezwykłą w swej formie sztuką mam do czynienia. Takie to były czasy, kiedy spod wpływu grunge’u pod oddziaływanie forsowanej przez Mystic Art artystycznej awangardy świata metalu dałem się wkręcić. Starczy może tego wstępu nostalgią inspirowanego, oszczędzę opowieści weterana, który piesze wycieczki po nośnik czynił, bo kwota odłożona już na transport komunikacją miejską nie wystarczała. :) Daruje sobie tu i teraz także historycznej charakterystyki późniejszych poczynań grupy. Myślę, że odświeżę sobie w tych okolicznościach dyskografię Arcturus i w autonomicznych tekstach zdanie z perspektywy czasu w ich temacie jeszcze kiedyś przedstawię. Przejdę teraz gwałtownie do współczesności i sedna tych rozważań, czyli w ogólności o Arcturian napiszę. Podstawowa refleksja, jaka po kilkukrotnym przesłuchaniu nowego longplaya się nasuwa jest taka, iż są płyty, istnieją formuły, które sprawdzają się wyłącznie w określonych okolicznościach - miejsca i czasu. Nie jestem w stanie doświadczyć kontaktu z Arcturian z perspektywy osoby, która nigdy wcześniej nie spotkała się z twórczością Arcturus – to oczywiste! Odbieram zatem dźwięki Arcturian przez pryzmat wcześniejszych doświadczeń i myślę, że w moim przekonaniu „to nie powróci”. Nie doszukałem się pośród wielowarstwowej muzycznej materii tych podniet, które przed laty napięcie powodowały. Próbowałem przez wzgląd na sentyment czy nostalgię odczuć, chociaż we fragmentarycznej odsłonie to, co kiedyś tak intensywnie porywało. Przeświadczenie mam zatem, że czas ambitnej, nietuzinkowej muzyki, jaką Norwedzy komponowali minął bezpowrotnie, ich awangarda dzisiaj niestety myszką trąca. Miast wzbudzać lawinę komplementów nieco uśmieszek politowania wywołuje. To co u schyłku wieku dwudziestego odkrywczym było, dziś znając drogę jaką awangardowe projekty z szeroko rozumianej blackowej niszy przebyły w żadnym wypadku odkrywczym nazwać nie mogę. To zarzut fundamentalny, że Arcturus poszerzając niegdyś percepcje, współcześnie co smutne stał się przewidywalnym błaznem. Bo jak w tym miejscu inaczej pomyśleć, kiedy zawartość Arcturian to tylko zręcznie sklecony produkt z charakterystycznych mocno zmęczonych elementów. Miejscami chwytliwy, innym razem pełny rozjazdów aspirujących do przemyślanie i precyzyjnie wykreowanych dysonansów, a w rzeczywistości będący emocjonalnie jałową plastikową popłuczyną. Niczym zimny manekin, blady, bez życia – tylko ekscentrycznie przystrojony by zwieść swą nietuzinkową fasadą. To materiał drażniący kartonowym brzmieniem perkusji, irytujący wokalnym rozchwianiem i pseudo symfonicznym kiczem wylewającym się z keyboardu. To co w 1997 roku w piekielnej maskaradzie intrygowało, dziś na Arcturian nuży i mierzi. Konwencja bękartem została - odrzucona i osamotniona. Może parchami nie straszy, ale karykaturalnym obliczem śmieszy i zawstydza. Stylistyka próby czasu nie przetrwała? Nowe kompozycje jakości nie zachowały? Pewnie jedno i drugie? Odpowiedź poznam, kiedy na powrót klasykę grupy w rodzaju La Masquerade Infernale i Sham Mirrors przesłucham. Kiedy ochoty i przede wszystkim odwagi nabiorę by zmierzyć się z przeszłością. Przyznaje, że po zaznajomieniu z Arcturian obawiam się tej konfrontacji. 

czwartek, 21 maja 2015

Fotograf (2014) - Waldemar Krzystek




Waldemar Krzystek jest w opinii mojej jednym z wyróżniających się współczesnych twórców polskiego kina. Popeliny nie zwykł wciskać, więc zanim najświeższa jego produkcja wylądowała na ekranie mojego telewizora, wiedziałem, że co najmniej przyzwoitej opowieści uświadczę. Jednako spodziewając się dobrego filmu, finalnie poznałem historię zrealizowaną więcej niż poprawnie. Fotograf to mocne kino, które trzymało mnie za gardło od startu do mety. W miarę spójna wielowątkowa zagadka fundamentem, z wyczuciem i wiedzą osadzona w symptomatycznym czasie i miejscu - w społeczno-politycznych uwarunkowaniach okresu przyjaźni z bratnim wschodnim narodem. ;) Z przekonującym aktorstwem, sporą naturalnością i realizmem ujętych mentalnych różnic i ograniczeń zarówno Polaków jak i Rosjan. Z dużym potencjałem, przełożonym na efektywny scenariusz i sprawną realizację. Oświadczam z pełnym przekonaniem, iż dawno nie oglądałem rodzimej kryminalnej produkcji, która by tak dalece mnie wciągnęła w swą treść. Dłuższą chwilę rozkminiałem tą zagadkę i z poczuciem ogromnej satysfakcji, z głęboko podbudowanym ego stwierdzam, iż znam zasadniczą odpowiedź. Kolą był… Ha! Ciekawi jesteście? ;) Jak nie znacie odpowiedzi, w spekulacjach czy we własnej argumentacji się gubicie odsyłam na priv, bo nie zwykłem wrzucać spoilerów i tym razem także tego nie uczynię. :)

P.S. Fotograf ma to, czego zabrakło ostatnio poddanemu autopsji Jeziorakowi. Mianowicie oglądając produkcję Krzystka ma się przed oczami rasowe pełnometrażowe kino fabularne, a nie pozostaje pod wpływem poczucia obcowania z jednym z odcinków kryminalnego serialu. 

sobota, 16 maja 2015

Deep Purple - In Rock (1970)




Od tego albumu rozpoczęła się tak na dobre długowieczna, pełna zakrętów kariera Deep Purple. Sam wstęp do Speed King jednoznacznie uświadamia, iż będzie to krążek o mocy godnej poruszyć serce rockowej bestii, wtłoczyć w jej krwiobieg ciśnienie, na lata dostarczyć energii. Wszystko się tu zgadza, nie mam pytań i wątpliwości tylko dogłębne poczucie satysfakcji i obcowania za każdym razem z dziełem wyjątkowym, gdzie nic nie pozostawiono kwestii przypadku od brzmienia po ponad czterdziestu latach nadal wzbudzającego szacunek w wersji zremasterowanej będącego wręcz modelowym dla całej współczesnej młodej generacji retro rocka. Przez same kompozycje szeroką paletą barw zachwycające, gdzie energiczne petardy, bujające żywiołowe bluesy, wytrawne z muzyki  klasycznej harmonie  posiadają już immanentny sznyt purpurowego stylu po kunszt wszystkich razem i każdego z osobna ówczesnych członków formacji. Zaś perła w postaci Child in Time to wraz ze Stairway to Heaven największe dokonanie w historii rocka w moim przekonaniu! Rola głównych aktorów sprowadzona do finezyjnego wykorzystania własnej wirtuozerii sięgająca szczytów artyzmu. Bohaterów pięciu i wpływu nie śmiałbym umniejszać żadnego z nich, jednak charakterystyczna maniera klawiszowa Jona Lorda, zręczne żonglowanie hammondowymi piskami, sprzężeniami to klasyczna wisienka na tym wyśmienitym torcie. Wypieku którego szlachetny posmak zależny bezwzględnie także od wokalnej, porywającej formy Gillana, Glovera wraz z Paice'm kręgosłupa rytmicznego oraz oczywiście maestro Blackmoore'a, którego legendarny trudny charakter rekompensowany kolosalnym talentem. I tak jak w kamieniu na niemal wieczność wykute postaci wybitnych synów amerykańskiej państwowości tak symbolicznie w dźwiękach tych zaklęta magia i poważanie dla purpurowej ikony - póki rock trwał będzie!

czwartek, 14 maja 2015

Paths of Glory / Ścieżki chwały (1957) - Stanley Kubrick




Stanley Kubrick w odsłonie z 1957 roku, w czarno-białej szacie o wojnie w pacyfistycznym tonie. Ubogie środki techniczne zaprzęgnięte, rekompensowane talentem w kreowaniu inteligentnie przenikliwej treści. O tchórzostwie w kontrze do odwagi, o honorze przeciw cynizmowi. O presji, ciśnieniu, napięciu, agresji, zmęczeniu i znoju fizycznym oraz wyczerpaniu psychicznym. O kosztach i efektach, grze wartej czy nie wartej swej ceny. O zwykłych żołnierzach, którzy wrażliwymi istotami czy bestiami, instynkcie przetrwania i bodźcach, które bezwzględność w człowieku pobudzają. O rozgrywkach personalnych, karierze, poczuciu sprawczości i bezkarności. Hierarchii wojskowej, zdrowym rozsądku i moralności wobec zimnych, wymagających milczenia zasad podporządkowania. Rozkaz padł, ty go wykonaj! Bez dyskusji, refleksji, szacunku dla życia innych i przywiązania do własnego. Trzy ofiary generalskiej ambicji to przecież nic wobec tysięcy czy milionów, które walki pochłonęły. Przecież zadanie MUSIAŁO zostać wykonane! :( 

środa, 13 maja 2015

Goodfellas / Chłopcy z ferajny (1990) - Martin Scorsese




Kiedy jakąś kapitalną kinową nowość zdarzy mi się obejrzeć, lub w sytuacji gdy w nostalgiczny nastrój popadnę, wtedy to ze względu na potrzebę utrzymania kontaktu z kinem wybitnym i sentymentalnej wyprawy w przeszłość, funduję sobie tegoż rodzaju luksus i powracam do kultowych tytułów, które na stałe w pamięć moją się wbiły i od lat stoją na szczycie hierarchii. Tym oto sposobem po raz pewnie enty czas spędziłem w towarzystwie  (Liotta, De Niro, Pesci) czyli chłopców, co w ferajnie siłę odnaleźli. Obraz to, którego ząb czasu w najmniejszym stopniu nie nadgryzł, bo i żadnej szansy na to nie miał, gdyż mistrz swoim geniuszem go naznaczył. On przecież epickim majstersztykiem Martina Scorsese, klasyczną kryminalną opowieścią o emigranckiej włosko-irlandzkiej gangsterce w amerykańskich realiach osadzonej. Dziełem kompletnym pod każdym względem - fascynującej emocjonującej fabuły, autentycznej scenografii czy muzyki, naturalnie w środowisku wydarzeń osadzonej. Aktorskim, bo tylko wspomnieć, co tutaj wyczynia naturszczyk w osobie Joe Pesciego lub Robert DeNiro w markowym dla siebie wydaniu! Pełnym realizmu, w kinowym ujęciu pasjonująco zaaranżowanym. Z drugim planem, gdzie autentyzm postaci, każe się zastanawiać czy może prawdziwa gangsterka do odegrania samej siebie nie została zaangażowana. :) Tutaj w centrum atrakcyjne życie Panów życia i śmierci, cwaniaków w świecie ciemnych interesów i bezwzględnej brutalności. W luksusowym anturażu twardziele ci jednak pełnego szczęścia nie zaznają. Mogąc mieć wszystko, będąc wolni i niezależni paradoksalnie zakładnikami, niewolnikami swojej profesji się stali. Kariera gangstera intensywna i krótka, a na samym końcu upadek. Z hukiem czy po cichu w dole zakończona lub gdy farta więcej w ukryciu, w atmosferze zdardy i ostracyzmu. Lepiej odważnie spalić się intensywnym płomieniem czy bez honoru gasnąć powoli? Oni już indywidualnie wybrali! Próba charakteru weryfikacji dokonała!

poniedziałek, 11 maja 2015

Turbowolf - Two Hands (2015)




Jako świeżak w świecie Turbowolf dwie refleksje, które mi od razu się narzucają na starcie przedstawię. Pierwsza tyczy się wyglądu typa, co za wokalną stronę odpowiada, że z twarzy to on mniej do nikogo ;) a bardziej do Franka Zappy podobny. :) Druga zaś po linii pierwszej idzie, iż stylizacja ekipy wyspiarzy to cecha nadająca im specyficznej oryginalności. Niby to wszystko już było, ale każdy z nich jak ze zdjęć promocyjnych i klipów wynika idzie własnym szlakiem indywidualność podkreślającym. To zawsze bardzo dobrze wróży dźwiękowej warstwie, bo szereg inspiracji w jednym tyglu zmieszany nowe spojrzenie na rockową formułę przynosi. Tako zakładam jest w przypadku Turbowolf, jeno może moja hipoteza zbyt daleko idąca, bardziej intuicyjna niżby podbita wiedzą, bo ja przecież świeżak w ich świecie. :) Nie czytałem o nich wiele, jedynie Two Hands już wielokrotnie i intensywnie przerobiłem. Jest w tej muzie pomimo oczywistych korzeni, entuzjastycznie to ujmując zajebiście świeże podejście do retro tendencji. Żadne to prostackie odgrzewanie mielonych, tylko szerokie i celne ogarnięcie trendu przez pryzmat własnej tożsamości, zbudowanej za pomocą z wyczuciem wykorzystania punkowej zadziorności, rock’n’rollowej dynamiki i stonerowego ciężaru. Wszystko w sosie elektroniki rodem z archaiczych gier pochodzących ze sprzętu sygnowanego marką Atari :) która to w tej konwencji zastosowana zamiast razić kiczem, poraża niczym piorun. Te klawisze, przetworniki tajemnicze, to w moich oczach to, co dostarcza im waloru wysuwającego przed szereg pośród setek czy nawet już tysięcy grup, które na retro graniu współcześnie próbują się na szczyty wspiąć. Niecałe czterdzieści minut drugiego w karierze Turbowolf longplaya to czysta przygoda z każdym kolejnym kontaktem dostarczająca wspaniałych emocji. Na koniec jeszcze deklaracja - nie interesuje mnie jaki hajp wokół tych typów na wyspach, czy gdziekolwiek indziej nakręcony. Póki takiej przedniej jakości rozrywki będą mi dostarczać, póty będę miał biznesowe menedżerów zagrywki głęboko w d!

piątek, 8 maja 2015

Little Children / Małe dzieci (2006) - Todd Field




Little Children, czyli nie można zmienić przeszłości, ale przyszłość to już inna historia! W tym powyższym stwierdzeniu zamknięta mądrość płynąca z treści tego obrazu. Świetnej kompozycji zbudowanej z dojrzałej historii, urzekająco nakręconych ujęć, nieprzeholowanego dramatyzmu i refleksyjnego poczucia humoru. W przenikliwym spojrzeniu na relacje międzyludzkie, na człowieka w różnych fazach życia i okolicznościach, w jakich egzystuje. O ludzkich potrzebach i próbach ich zaspokojenia, o instynktach i przekleństwach im ulegania. O poczuciu wartości, samoocenie w konfrontacji z lustrem społecznej opinii, rutynie i uzależnieniu od bycia akceptowanym, frustracjach i niepowodzeniach, popełnianych błędach i fiksowaniu się na nich. Życie przecież jest potwornie skomplikowane, nasze osobowości formowane są wieloźródłowo i wieloczynnikowo, a osadzenie przeżyć, których stajemy się wiecznymi nosicielami w konstelacji kilkukondygnacyjnych relacji z bliższym i dalszym otoczeniem to ciągłe plątanie się w chaotycznej gmatwaninie przyczyn i konsekwencji. Jednako jakby to banalnie nie zabrzmiało, to przecież my sami jesteśmy kowalami swojego losu, reżyserami i scenarzystami naszej podróży przez życie. Uzbrojeni w umiejętność przewidywania i korzystania z bogactwa doświadczeń podejmujemy czynności, które nie zmieniają przeszłości, ale projektują przyszłość. Dajmy sobie szansę, może pozwólmy dać szansę innym? Wiem, ryzyko jest i ono wpisane w każdą naszą decyzję.

P.S. Jakim cudem swego czasu obraz ten przeoczyłem, nie wiem. Jakim zbiegiem okoliczności na rekomendacje odnośnie jego wartości wpadłem - to już dla mnie jasne i maksymalnie prozaiczne. Nie jestem zwolennikiem internetowych grup zainteresowań, a szczególnie gawędziarstwa filmoznawców, zbyt łatwo przeistaczającego się w spory, które to wprost proporcjonalnie do podnoszonych wątków zamieniają się w pospolite pyskówki. Drażni mnie zarzucanie komentarzami w stylu; dobry, świetny, genialny i tym podobnymi powtarzanymi do zanudzenia przymiotnikami. Wiem, chyba zramolałym, zgorzkniałym dziadem się staję. :( Co tam o tego rodzaju aktywności nie sądzę, cieszę się, że tym właśnie sposobem trafiłem na post, gdzie zgodnie uznano, iż Little Children to wysokiej jakości filmowa propozycja. Dla tych, co odrobinę po omacku wśród ogromnego bogactwa produkcji, czegoś wyjątkowego poszukują, grupy czy fora to dobry przewodnik, jednak bardzo trzeba uważać by zacna idea w potwora kąsającego swego twórcę się nie przepoczwarzyła. :) 

czwartek, 7 maja 2015

Love is Strange / Miłość jest zagadką (2014) - Ira Sachs




Miłość jest dziwna? To ten film jest dla mnie dziwny i niezrozumiały, a precyzyjniej stwierdzając to nadmierne zachwyty nad nim są dziwne! ;) Nie rozumiem skąd tak euforyczne recenzje, gdy obiektem uniesień średniej jakości obyczajówka próbująca przybrać wymiar kina nader ambitnego, a w rzeczywistości serwująca w nudny sposób jakieś banały. I nie chce się rozwodzić nad detalami, szukać pewnie na siłę w nim czegoś wyjątkowego, czy pokornie przyznawać się, że może jest dla mnie zbyt wymagający merytorycznie. ;) Napiszę jedynie, ze to kameralna opowieść o zwykłej codzienności okraszona kontrowersyjnym gejostwem z wartościowym, aczkolwiek oczywistym przesłaniem. Życie jest piękne gdy w nim dużo miłości – bez względu w jakiej konstelacji.

P.S. Na dowód, że obejrzałem go uważnie donoszę, iż dostrzegłem w nim dwoje rzadko spotykanych na ekranie aktorów z kultowego Przystanku Alaska. :) Taki drobiazg, a dał mi radość. :)

środa, 6 maja 2015

Strapping Young Lad - SYL (2003)




Ostatnio o Obsolete Fear Factory pisząc, odważnie ;) jako pokrewną zestawiłem formację Deftones z ekipą Burtona C. Bella i Dino Cezaresa. Czy zasadnie to już kwestia bezwzględnie subiektywnej oceny. Teraz przy okazji refleksji wokół trzeciego krążka Strapping Young Lad kolejną paralele sobie nakreślę. Mianowicie po lewej w tej triadzie projekt szalonego profesorka postawię – w centrum fabrykę strachu, a po prawej miejsce załoga Chino Moreno będzie zajmowała. :) Ryzykowne nazw zestawienie? W moim przekonaniu absolutnie nie, bo ono przecież jak najbardziej zasadne! Strapping Young Lad, Fear Factory, Deftones - wszystko mi tutaj w sensie teoretyczno-praktycznym gra. :) Nie rozwinę teraz jednako egzemplifikacji powyższej triady - pewnie kiedyś przy okazji ją szerzej udokumentuję z wyraźnym zestawieniem cech wspólnych i tych, które w moim przekonaniu wiążą powyższe grupy w łańcuchu powiązań z genezy gatunku wynikających. Teraz tylko skupię się na dziecku Devina Townsenda, a dokładniej na krążku z 2003 roku. Przyznaję, iż ani Heavy as a Really Heavy Things, ani City mnie swego czasu nie przekonały. Zbytnio intensywne, nawet obłąkane się jawiły. Natomiast krążek z piórkiem na okładce, mimo, że uznany w kręgu fanów za zbyt komercyjny (to chyba żart ;) ) idealnie zespolił specyficzne szaleństwo i przebojowość. Jest na nim soczyście i ciężko jak jasna cholera, gwałtownie i brutalnie rzecz oczywista, ale jest i zdecydowanie wyraźniej i przejrzyściej, bo w tych kompozycjach sporo zabawy melodią wyłapuję. Taką faktycznie dla wielbiciela ekstremy, gdyż typowy konsument radiowej papki jedynie chaos w tych numerach zidentyfikuje. W moich oczach, bardziej uszach jednak ten gest w stronę większej czytelności utworów, czy nawet chwytliwości jest wyczuwalny i on decydującą rolę w zbudowaniu głębokiej z tym albumem więzi odegrał. Zwyczajnie lubię, kiedy pewien umiar zachowany zostaje, a kontrola nad dźwiękami nie pozwala autorom zbytnio w megalomani się zatrącić, której efektem niestrawne szaleństwo czy popisy dla popisów. Ten krążek złoty środek stylistyki Strapping Young Lad eksploruje, a ja wybornie się w jego towarzystwie odprężam. Pisze jak jest!

P.S. Powyżej może bezzasadnie dwa pierwsze wydawnictwa Strappingowe zignorowałem. Uprościłem ich zawartość do nieprofesjonalnego mianownika, że zbyt obłąkane. Dlatego też sięgnę po nie przy najbliższej okazji i z perspektywy czasu i dzisiejszych własnych preferencji muzycznych ocenię. Moja wiedza zaktualizowana zostanie, a i kolejny przy okazji tekst na strony NTOTR77 powstanie. :) Taki właśnie ambitny, wyzwaniem mianowany plan sobie teraz nakreśliłem! :)

wtorek, 5 maja 2015

Boogie Nights (1997) - Paul Thomas Anderson




Paul Thomas Anderson jako reżyser cuda wyczynia. Bawi się ujęciami, klimat muzyką podkręca, wybornie obsadę dobiera i na najwyższe obroty w kwestii warsztatu wkręca. Głęboki wgląd psychologiczny stosuje i w przenikliwy sposób refleksje snuje. Taki z niego potencjalny chirurg anatomię i fizjologię obiektu studiujący, a może bardziej patolog, który autopsje przeprowadza i powód zgonu próbuje nakreślić. Tym denatem ludzka przyzwoitość i godność w obliczu sławy i pieniądza. Bohaterami opowieści ludzie po przeróżnych przejściach – zepsuci i zgorzkniali cynicy, sfrustrowane bezradne ofiary własnych potrzeb i popełnionych błędów, ale także naiwne gówniary i narcystyczni gówniarze, złapani na przynętę łatwizny. Grube ryby i małe płotki w jednym zbiorniku pływające. Temat wyjątkowo kontrowersyjny na warsztat wrzucony i w sosie stylu Andersona zanurzony. Biznes pornograficzny to w oczach Andersona uzależniająca i wyciskająca z żywiciela człowieczeństwo branża – im więcej luksusu, tym mniej rozumu, im intensywniejsze bogactwo fizycznych walorów, tym bardziej doskwierająca bieda duchowa. Wybieraj i z konsekwencjami dokonanej decyzji się skonfrontuj. Nie biadol później, bo to twoja decyzja była. Instytnkty i podniety najniższe cię przecież skusiły. :(

poniedziałek, 4 maja 2015

Wild / Dzika droga (2014) - Jean-Marc Vallée




Oczekiwanie na nowy obraz Jean-Marca Vallée, to od momentu kontaktu z Dallas Buyers Club dla mnie akurat kwestią istotną było. Zatem kiedy wieść o rychłej premierze nadeszła, bezzwłocznie korzystając z nadarzającej się okazji seans odbyłem. Po nim jak i przed jeszcze, kiedy rozeznanie w temacie robiłem oczywiste skojarzenia z fenomenalnym Into the Wild Seana Penna czy udanym, lecz nie wybitnym, bo niepozbawionym mielizn Tracks australijskiego reżysera zrazu się pojawiły. Jednako głębsza percepcja i bardziej rozbudowana refleksja wbrew pozornym podobieństwom sporo różnic unaoczniła. Odmienne podejście do tematu, chociaż forma użyta zbieżna. Kryzys i poszukiwanie przełomu, pokonywanie słabości, zmierzenie się z uzależnieniami w różnych postaciach i wyrwanie się z pewnej skostniałej rzeczywistości. Tyle, że kiedy Chris McCandless ze środowiska przeżartego hipokryzją uciekał, to Cheryl Strayed podnosiła się po życiowych klęskach. Upadła tak nisko, że dna niemal sięgnęła. Z tego miejsca względnie się pozbierawszy przed wyzwaniem, które ostatnią szansą stanęła. Hart ducha i ciała Jean-Marc Vallée ukazał, w mrocznym i poetyckim ujęciu. O ważkich kwestiach poruszająco opowiedział, unikając szczęśliwie łzawej maniery na surowej, a przez co autentycznej manierze się skupił. Nie silił się na egzaltowaną ponad miarę retorykę, moralizatorski bełkot, którym miast wstrząsać tylko by politowanie wzbudzał. W oszczędnych, odpowiednio dozowanych proporcjach zestawił sugestywny wymiar milczenia ze sprawnie odkrywaną tajemnicą. I przyznaje, że z początku nie rozumiałem o co bohaterce chodzi, co kryje się za relacjami z matką i partnerem. Stopniowo to odkrywałem, bo odsłaniał tą niewiadomą reżyser powoli, systematycznie i konsekwentnie. Z tych powracających retrospekcji skonstruował obraz intrygujący i wartościowy, dojrzały i ujmujący, a za sprawą urokliwych zdjęć i nienachlanej warstwy muzycznej dodał całości dodatkowego atutu. Dokonał też tego, co o wyjątkowości reżyserskiego warsztatu świadczy. Spiął bowiem dwa swoje ostatnie dzieła wspólnym mianownikiem, pozwolił odczuć w nich swoją charakterystyczną twórczą rękę. Dla mnie to oczywiste nawet gdybym wiedzy odnośnie autorstwa został pozbawiony, że Dallas Buyers Club i Wild to efekty pracy jednego reżysera. W dodatku świetnego! :) Tak w kwestii ścisłości jeszcze dodam, iż żeby tą produkcję w pełni zrozumieć i docenić potrzeba więcej niż jednego seansu. Ma ona cholerny potencjał i obiecuje sobie, że w pełni go odkryje.

P.S. Muszę się odnieść rzecz jasna do kluczowego pytania, wokół którego spore ciśnienie w kwestii tego obrazu było podkręcane. :) Czy blondyneczka dała radę? :) Tak dała, jak zresztą zawsze, bo Reese Witherspoon to kapitalna uniwersalna aktorka, zarówno dramatyczna jak i komediowa. 

niedziela, 3 maja 2015

Miasto 44 (2014) - Jan Komasa




Sporo czasu od głośnej prapremiery minęło, wzbudzone zainteresowanie naturalnie ucichło, a emocje związane z oceną wartości obrazu przygasły. W takich pozbawionych ciśnienia okolicznościach seans w końcu odbyłem i bogaty we własne subiektywne przemyślenia tu i teraz zdań kilka w temacie tej gorącej produkcji wyłuszczę. Prosto i bezpośrednio stwierdzam – zawiódł mnie Komasa niestety. Po wspaniałym debiucie, jakim w mojej ocenie Sala samobójców była, tym razem sięgając po temat współcześnie istotny, ale i zdecydowanie obecnie bardziej komercyjny poległ pod ciężarem nie tylko oczekiwań, ale i własnej młodzieńczej fantazji. Przekombinował i zamiast autentyzmem poruszyć, on zwyczajnie wzbudził poczucie niesmaku. Popsuł film nowoczesnymi trikami w estetyce matrixowych czy kojarzących się wprost z grami komputerowymi ujęć. Potencjalnie poruszający dramat przekształcił w niskich lotów melodramat z tłem w postaci efekciarskiego pokazu technicznej tandety, który po latach jeszcze bardziej wzbudzał będzie grymasy politowania - efekty, które już teraz wyglądają niepoważnie zestarzeją się, co jest oczywistością, a niedojrzała ckliwość w perspektywie czasu jedynie o zapędach w stronę kina banału będzie świadczyć. To niestety nie wszystko, gdyż rozrywkowe efekciarstwo dużo dalej zostało posunięte. Rezygnując po części z treści skupił się bowiem Komasa na szokowaniu okrucieństwem w sposób prostacki podanym. Wydarzenia w takiej formie ukazane nie wzbudzają we mnie poczucia przygnębienia, tylko zniesmaczenie wywołują. Za wiele krwi i ludzkich flaków, a za mało cierpienia duszy. Mierzi zaskakująco sielankowa atmosfera tuż przed wybuchem powstania, zakłócana jedynie incydentalnie scenami okupacyjnego terroru. Zastanawia w takich okolicznościach powód, dla którego decyzja o buncie została podjęta i jeszcze mocniej boli cena, jaką stolica zapłaciła. Obraz jaki się wyłania do wniosku prowadzi, że młodzieńcza fantazja pobudzana patriotycznymi ideami do typowo romantycznych aktów braku realizmu doprowadziła. Rzeź jaka nastąpiła efektem ułańskiej fantazji, a nie ludzkiej bezradności w obliczu zamordyzmu. Takie konkluzje wizja Komasy prowokuje, a ja nie potrafię wręcz patrzeć na tak przedstawianą wersję zdarzeń. Może moja percepcja spaczona dotychczasową wiedzą z różnych źródeł czerpaną? I chociaż ona tak po prawdzie dosyć mizerna, co pokora każe jasno stwierdzić to i tak trudno mi niezwykle przyjąć, iż ta hitlerowska okupacja tak „słoneczna” była. Tak to sobie twórcy Miasta 44 wymyślili, tak ludzką tragedię przedstawili, a ja akurat innej formuły od nich oczekiwałem. Więcej między wierszami, mniej prosto w ryj dostać chciałem, przez co stwierdzam, iż bardzo wiele tej produkcji do arcydzieł traktujących o wydarzeniach z II wojny światowej brakuje. Nie dorasta z tym obrazem pomimo wszystko utalentowany Komasa do pięt ani Spielbergowi, Polańskiemu, Agnieszce Holland czy w bezpośrednim starciu Wajdzie. Skarlał młodzieniec, jako obiecujący reżyser w moich oczach i pytanie czy po tej lekcji pokory wobec filmowej materii w przyszłości wnioski wyciągnie i na powrót czymś równie wartościowym jak Sala samobójców zaimponuje.

P.S. Jeszcze po części tak na marginesie napiszę, iż widzę to tak, że powinien to być obraz dla osób z wiedzą, a nie wiedza w obrazie adresowana do pozbawionych pokory i elementarnej orientacji szczeniackich arogantów. Z pełną świadomością to stwierdzam zdając sobie sprawę, iż Miasto 44 natrzaskało sporą oglądalność szkolnymi wypadami do kina. Motywowanymi w większości uniknięciem zajęć niż potrzebą konfrontacji z wiedzą historyczną. Postulowałbym zatem aby zanim do kina młodzież została zabrana, sprawdzian przed odpowiedzialnym, apolitycznym historykiem przeszła, lub też podczas seansu licznymi przypisami wyjaśniającymi okoliczności i konteksty bogato była dokarmiana. 

sobota, 2 maja 2015

Deep Purple - Fireball (1971)




I poszli za ciosem jak to ówcześnie w muzycznym biznesie się przyjęło i w zaledwie ponad rok od premiery In rock  na rynku zagościł nowy purpurowy longplay. Do stabilnej już formuły dorzucili odrobinę country zacięcia plus funkowej i soulowej subtelności. Jednak sednem tego wydawnictwa trzy kompozycje na lata już stałą rolę hiciorów grupy pełniących. Energiczny, pędzący przed siebie Fireball, o potężnym groovie Demons Eye oraz rytmiczny Strange Kind of Woman, po latach do albumu dorzucony. Wszystkie jednak kawałki z programu płyty na najwyższym poziomie i chociaż wśród trzech klasycznych krążków (In Rock, Machine Head, Fireball) on najmniejszą estymą cię cieszący to w żadnym wypadku w moim przekonaniu jakością od kultowego dwóch braci nie odstaje! MK II z pierwszego okresu to klasa i tyle. :)

Drukuj