środa, 27 maja 2015

Leprous - The Congregation (2015)




Z każdym kolejny albumem Leprous jest tak, że wpierw wkręca mnie bezlitośnie i nie popuszcza ani odrobinę, by po okresie absolutnej dominacji przesyt wzbudzić i siłą znużenia nakazać odstawić go na czas pewien. Tych kilka albumów krąży w orbicie moich zainteresowań, powracając i oddalając się w cyklu systematycznych powtórzeń. Nie inaczej pewnie będzie w przypadku najnowszej odsłony twórczości intrygującej drużyny, rodzinnie spowinowaconego z Isahnem (dla niewtajemniczonych Emperor), Einara Solberga. Chociaż etap na którym kontakt z The Congregation obecnie w mej świadomości zafiksowany to zapętlenie krążka i permanentna potrzeba z nim obcowania. Brak oznak zmęczenia, ciągłe kosztowanie klimatu z dźwięków się sączącego, ustawiczna fascynacja i rozbijanie faktury kompozycji na detale - ten proces nadal na bieżąco się rozgrywa. Jest coś trudno definiowalnego na krążkach Norwegów, co moją uwagę tak intensywnie absorbuje i przekonuje, pomimo nie zawsze entuzjastycznego nastawienia do muzyki gdzie epicka forma i egzaltowany klimat dominują. Jakaś magia odczuwalna, lecz nie w pełni zrozumiała w ich płytach zaklęta. Może wyjątkowość swej twórczości Leprous po części zawdzięczają nieszablonowej wokalnej estetyce jaką Solberg proponuje. Te pływające zaśpiewy, czy dryfowanie w rejestry wręcz jękliwie-piskliwe to cecha już immanentnie jako właściwość szczególna mu przypisana. Ponadto wyraźnie pełny emocji śpiew rozpościera nad instrumentalną rzeźbą atmosferę głębokiego zaangażowania i autentycznego przeżywania każdej nuty. Żaden to produkt kalkulacji nastawionej na dotarcie do smutnej młodzieży z głęboką czernią na paznokciach, tylko wiarygodna pod względem intencji sztuka. Taka, która prócz aspiracji by nią się stawać, także w potencjale technicznej biegłości i umiejętności aranżowania pomysłów zawarta. Oscylująca naturalnie w granicach bezpiecznego kompromisu pomiędzy chwytliwością melodyjnego czaru, a arytmią ambicjonalnego łamania struktury całą masą ciekawych kombinacji czy gwałtownego akcentowania napięcia. Jest w kompozycjach grupy młodzieńcza pasja i refleksyjna dojrzała postawa, która nie mierzi tylko urzeka. Rzadko taka hybryda mnie przekonuje, bo ryzyko związane z ośmieszeniem pozy nadmiarem ckliwej, żenującej dramaturgii czy samym przerostem formy nad treścią jest wysokie. W tym przypadku nie ma mowy by nadmierna emocjonalność w błazenadę się przekształciła. The Congregation to piękna i frapująca porcja doznań dla wrażliwego i wymagającego odbiorcy. Jeśli natura otwartego poszukiwacza form ekscytujących nie jest ci drogi czytelniku obca i nie wstydzisz się tej subtelnej, pełnej wrażliwości części swej osobowości to z głębi mojego "serduszka" polecam rozmarzoną podróż do krainy Leprous. Tak, wiem roztkliwiłem się! ;) :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj