czwartek, 29 maja 2014

Machine Head - The Blackening (2007)




Rozbuchały nam się maszyny ostatnio okrutnie, znaczy z miarowego rzężenia, dołem i tonażem miażdżącego w stronę progresywnych kolosów poszły. Bo faktem niezaprzeczalnym, że The Blackening jeszcze o krok dalej w stosunku do Through the Ashes of Empires zawędrował. Do struktur wtłoczyła ekipa Robba Flynna sporo melodyjek, takich co część zwolenników grupy za zbytnio mdłe czy landrynkowe uzna. Refreny stały się dodatkowo maksymalnie chwytliwe i wespół z soczystymi solówkami – przebieraniem zwinnie i efektownie po gryfie zdominowały charakter albumu. Szczęśliwie nie zabrakło skutecznie budowanego napięcia, co nadal intrygujący szlif do kompozycji wtłacza, a brzmienie o pełnej i soczystej barwie idealnie w takiej konwencji się sprawdziło. Innymi słowy to kawał pomysłowej, może nie rewolucyjnej, ale z pewnością cholernie profesjonalnej roboty. Numery z pompą zaaranżowane dają sporo radości z odsłuchu, a ich struktura w żadnym stopniu prostacka. Gdzieś pośród tej lawiny przebojowej nuty sporo też klasycznych, masywnych zwolnień, które jako balast równowagę zachowują pomiędzy odlotem w rejony heavy-progresywne, a twardym sprzed lat firmowym mieleniem. Jak się chce to i takie rzeczy się zauważy ;) a może to tylko nostalgiczna potrzeba, żeby to wyczuć we współczesnych kompozycjach Machine Head? :) Nieważne! Istotne tylko to, że w miejscu nie stoją, z marazmu za sprawą popiołów wyrwać się zdołali i cieszą na The Blackening świetną formą. Pytanie tylko, kiedy znów dotrą do ściany?   

P.S. Ta plastycznie surowa oprawa krążka - dla mnie bombowa!

środa, 28 maja 2014

Plac Zbawiciela (2006) - Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze




Apel wygłoszę! ;) Gdy ci źle, gdy ci ciężko, jak dramat osobisty przeżywasz, a on obiektywnie pierdołą się jawi, to Plac zbawiciela włącz i on miałkość tego, z czym się zmagasz obnaży. Gwarantuje! Na otwarcie scena – dzwonek telefonu i rozpaczy wybuch, a ja mam już świadomość, że ciąg zdarzeń zapowiedziany do finału dramatycznego bez wątpienia poprowadzi. Historia prosto z życia ukazana, gdzie młodość, plany rozległe i ich realizacja z rzeczywistością brutalną się zderzają. Surowo wyprodukowana, przez co autentyczna i przekonująca niezwykle. Wstrząsająca przebiegiem, lawiną konsekwencji z nimi związanych. W dialogach i scenach bez kosmetyki zbędnej przemycająca brutalne prawdy o ludzkich relacjach, złożonej ich formie i braku zwykłej empatii. Każdy na swój sposób z trudnościami radzić sobie próbuje, niestety wzajemny brak zrozumienia dla tych indywidualnie przejawianych mechanizmów niszczy jednostki i wspólnotę. Przerzucanie odpowiedzialności staje się regułą, a bagaż emocjonalny tymi działaniami konstruowany zależnie od cech osobowościowych i dyspozycji psychicznych bohaterów w ucieczkę, samodestrukcje czy histerię się przepoczwarza. Trudno diagnozować, ciężko jednoznaczne refleksje snuć, bo i postawy dysharmonijne, a związki emocjonalne o natężeniu niejednolitym. Pewne jednako, że to ciężkie doświadczenie, szczególnie, kiedy z bohaterami więź nawiążemy i na swój subiektywny sposób się utożsamimy, wtedy to brzemię gwałtownie nas dociśnie. Doświadczenie takie dystans do błahostek spowoduje, pewne reguły nieubłagane uświadomi i być może błędom zapobiegnie. Szczere uznania dla twórców - ich kapitalny zmysł obserwacyjny adekwatnie przełożył intencje na język obrazu i treści, przynosząc przeżycie niewątpliwie poruszające.

czwartek, 22 maja 2014

La Grande Bellezza / Wielkie piękno (2013) - Paolo Sorrentino




Nie znam się na włoskiej klasyce kina, a Wielkie piękno w oczach krytyki jawnie do jej największych pereł nawiązuje, stąd nie będę się silił na zwinne porównania ubrane w wykalkulowane na efekt zdania. Dla mnie to obraz z kategorii tych, co banalnie ujmując, materią przeintelektualizowaną w odbiorze się okazały. Może ja go nie rozumiem, ale jako kompozycje wizji, fonii i intencyjnej treści z pewnością doceniam. Nie jestem jednak w stanie poczuć pełnej satysfakcji, o zachwycie tym bardziej nie ma mowy. To specyficzne doświadczenie niczym degustacja wykwintnego trunku. Wiem, że ma w sobie Wielkie piękno ten pierwiastek elitarny, ale nie potrafię siebie oszukać, że on w moim guście, celnie w preferencje moje trafiający. Zwyczajnie nie jestem przygotowany merytorycznie i emocjonalnie na taki rarytas. Staram się go oswoić, zrozumieć w artystycznych detalach i intelektualnej ogólności. Próbuje odrzucić przekonanie, że to taka wyłącznie sztuka dla sztuki z kapitalnym obrazem i napuszoną zbytnio treścią - nadęty balonik pozorami kultury bardzo wysokiej nasycony. Przekonać siebie, że Sorrentino spełnił pokładane w nim nadzieje. Niestety na dzień dzisiejszy działania te spełzły na niczym, nie jestem w stanie uwierzyć w promowaną sentencje – Wielkie piękno, wielkim dziełem jest. :(

P.S. Tak wiem dla większości fanów Wielkiego piękna będę tępym prostakiem, zadam jednak pytanie jak wielu z tych lanserskich mądrali (bez urazy) trafi z interpretacją? To problem w tym obrazie, że niewielu sedno dostrzeże. Myślę, że dobry reżyser, tak bez megalomanii powinien przekazać swoją wizję. Łatwo się ukrywać za wielorakimi ścieżkami odczytywania treści.

wtorek, 20 maja 2014

Killer Be Killed - Killer Be Killed (2014)




Na zadzie Max Cavalera usiedzieć nie jest w stanie, czego dowodem debiut super grupy, dream teamu czy jakkolwiek określić Killer Be Killed. Kto inspiratorem takiej kolaboracji w poprzednim zdaniu już odpowiedzi udzielić zechciałem ;) - nie jest to aksjomat, a wyłącznie intuicja piszącego. :) Nie czytałem wywiadów z członkami formacji, wiele o samym projekcie nie wiem, bo i niedawno do świadomości mojej dotarło, że coś w takiej konfiguracji personalnej jest szykowane - stąd że szefem tych szefów jest Max zakładam ze względu na lat kilka temu przebąkiwane plany, coby z Gregiem Puciato jaki projekcik skręcił. Zaprosił zatem też do współpracy Troy'a Sandersa i Dave'a Elitcha, co na papierze szansę o wysokim współczynniku prawdopodobieństwa sukcesu dawało i tym razem wprost proporcjonalnie na rzeczywistość się przełożyło. Bo oto od pierwszych dźwięków soczysty modern thrash jest serwowany, z solidną dawką polotu, pod ścianą łomotu i zgrzytu zakamuflowanym przebojowym szlifem oraz brzmieniem potężnym o nieco rozmytej barwie. Taki oparty na charakterystycznej manierze kompozycyjnej Maxa z trzonem firmowych motorycznych riffów, ale co istotne muśnięty niekonwencjonalnymi jednocześnie rozwiązaniami, czego szczególnie brakowało na ostatnich albumach Soulfly i Cavalera Conspiracy. Ani Savages ani Blunt Force Trauma nie miały tego intrygującego połysku jakim K.B.K. lśni, do słuchacza niezwykle intensywnie przemawia i zniewala już po pierwszym kontakcie. Nie nudzi, ziewania nie wywołuje gdyż jest tu zarówno chwytliwy melodyczny lep jak i podskórnie tętniąca niebanalna kombinatoryka. Ona w warstwie instrumentalnej swoje piętno odcisnęła, jak i przede wszystkim za sprawą nietuzinkowych popisów z gardeł Puciato i Sandersa dochodzących na wokalną strukturę wpłynęła. Jestem ja pod ogromnym wrażeniem obłędnych wrzasków i głębokich harmonii głosu Grega jak i tak typowych dla Troy’a Sandersa odjechanych zaśpiewów, którymi w równym stopniu zachwyca w macierzystej formacji jak i w numerach Killera. To właśnie w tym bogactwie wokalnym upatruje powodu mojego szczególnego zachwytu – ono być może kluczem do zrozumienia skąd w tej muzyce tyle wyobraźni i polotu. Słucham i na nowo taką estetyką jestem pochłonięty, a to wyczyn zaiście spory gdyż od czasu pewnego thrashowy łomot nie budził już we mnie większych emocji. Klasyczne ekipy swoje ogonki połykać zaczęły, a ta jednowymiarowa estetyka łupanki nieco infantylna się zdawała. Mam takie wrażenie, że skrajne bieguny w szerokim thrashowym gatunku mnie jedynie już dziś interesują, znaczy albo surowe grzanie na granicy coreowego chaosu czy deathowej brutalności lub właśnie przebojowe nowocześnie zaaranżowane urozmaicanie faktur. Środek gdzie do heavy tradycji się nawiązuje zupełnie do mnie nie przemawia, stąd brak sympatii do ostatnich krążków Testament czy Overkill. Taki już ze mnie bez szacunku dla legend trendziarski motherfucker! ;)

P.S. Tak po prawdzie nie dziwi mnie taka wysoka jakość debiutanckiego krążka Killer Be Killed, gdyż kompozycja, co kilka lat wcześniej na albumie Soulfly zagościła, a wynikiem dialogu wokalnego z Puciato była, zacnie się prezentowała. Rise of the Fallen zdecydowanie na Omenie brylowała i tylko żal, że schematyczne, toporne klisze i szablony jej towarzyszyły. :(

poniedziałek, 19 maja 2014

Oldboy (2013) - Spike Lee




Nie widziałem egzotycznego pierwowzoru, zatem wyłącznie o remaku będzie. Dodatkowo fanem obrazów Spike’a Lee nie jestem, żadna produkcja z obejrzanych dotąd mnie zachwyciła, zawsze kręciłem nosem i do rutynowej refleksji dochodziłem, że gość robi poprawne jedynie filmy silące się bezskutecznie na nietuzinkowość. Temat przeorany na milion sposobów osią, a zagospodarowanie jego właśnie z próbami niekonwencjonalnego odzwierciedlenia związany. Trochę scenariusz zaskakuje i wizualnie stara się uwagę zaabsorbować - to jest atrakcyjne wzrokowo, intrygujące poniekąd, ale niestety poza tym ten schemat zemsty zbyt oczywisty mimo, że frapujący początek wiele obiecywał. Później błazeńskie kino akcji inicjatywę przejmuje, a psychologiczny fundament żenujące oblicze przybiera. Nie usnąłem, nie wyłączyłem w połowie ani półgłówkiem adresatem, widzem się nie poczułem. Jednak w gusta me nie trafiając oczywistego sądu się doczeka – wychwalać nie będę, zakładam jednak, że zwolennicy takiej szałowej estetyki kinowej będą zadowoleni.

niedziela, 18 maja 2014

Down - IV Pt.2 (2014)




Samokrytyki jednoznacznej nie złoże, nadal z przekonaniem stwierdzę, że niezrozumiały dla mnie pomysł nagrania czterech epek zamiast pełnego albumu absolutnie chybiony. Jednocześnie przyznam, iż drugie podejście do tematu zdecydowanie bardziej trafione i odrobinę optykę na pierwsze uderzenie korygujące. Bo czas pozwolił się poniekąd z decyzją Amerykanów oswoić, a numery okrzepłe więcej radości z odsłuchu teraz przynoszą i wraz z rasowymi kawałkami z dwójki w perspektywie szanse na świetny album wycięty z tego, co najlepsze z czteroczęściowego przedsięwzięcia dadzą. To akurat przyszłość, kwestia pewnie co najmniej dwóch latek i ingerencji mojej w obszerny materiał Down. :) Dzisiaj ocena pt.2 i w ogólności ujmując radość, że kompozycje szerzej do tego, co w karierze ekipy z Nowego Orleanu najlepsze nawiązują. Taki Steeple, We Knew Him Well czy Suffere’s Years z powodzeniem w towarzystwie szlagiera Bury Me in Smoke by się odnalazły, niewiele mu ustępując, a i Conjure co śmierdzi inspiracją legendy z Birmingham wrażenie i klimat czarci płodzi. Szczególnie ta zwyżka formy zaskakująca, że filar w osobie Kirka Windsteina był sobie odszedł, a dziwactwa i chwiejne nastroje Anselmo niczego dobrego nie wróżyły. Chuj z tym niech skład korygują, swoje odjazdy mają byleby jakość utrzymali. W tym przypadku zaskoczyli i przekonali, by krzyżyka nad nimi jeszcze nie stawiać, szanse sobie i mnie dali, aby wciąż ekscytować się ich działalnością z nadzieją na więcej tego rubasznego riffowania, które w sercu moim zaszczytne miejsce zajmuje. Otrząsam się nadal ze zadziwienia, sympatię na nowo do tych skurwieli w sobie pielęgnując, jednako choćbyście mnie przypalali pochodniami niczym Azję Tuhajbejowicza - nie wykrztuszę, że nagrywanie bezpośrednio po sobie kilku mini albumów o czasie trwania każdego z nich ponad trzydziestu minut, to efekt poczynań dla dobra fanów. To dla portfela kreatorów tego cyrku akcja skuteczna – sprzedadzą więcej, szmalu skoszą więcej. Znaczy wychlają więcej, spalą więcej, dobrych imprez zaliczą więcej! Farciarze pieprzeni! ;)

P.S. Tylko ja nie trybie o co chodzi z tymi  z tytułami tych dwóch płytek? :)

piątek, 16 maja 2014

The Help / Służące (2011) - Tate Taylor




Będzie pompatycznie z egzaltacji tonażem bo i tak być musi! Przyznaje, że mam słabość do obrazów co środkowe lata XX wieku ukazują, a do tego forma prostej życiowej opowieści jest mi równie bliska. Stąd Służące już na starcie szansę otrzymały i z oczekiwaniami sporymi się zmierzyły. Efekt konfrontacji zaiste dla obrazu zupełnie mi dotąd nieznanego reżysera wyśmienity! Poprzeczka wysoko umieszczona z gracją pokonana z zapasem sporym, bo to film skromnie mówiąc wspaniały, bez wątpliwości do kanonu dzieł wyjątkowych w moim mniemaniu aspirujący. Pod każdym względem doskonale skrojony z szacunkiem dla najlepszych tradycji sztuki filmowej - bez przesady, przekombinowania, silenia się na oryginalność. W odpowiednich proporcjach wstrząsający, wzruszający, permanentnie kształcący ale i miejscami zabawny by równowagę naturalnie zachować. Obraz radykalnego białego Mississipi celnie oddany, południe w obłudzie zatopione, w pokazowej manierze na nabożeństwa uczęszczające, pozornie oddane wartościom szlachetnym by w rzeczywistości każdym swym czynem im zaprzeczać. Wyzyskiem, pogardą, przemocą i wszędobylskim poczuciem strachu bliźnich obdarowujące - ukrywające się pod tandetą wypielęgnowanej fizyczności, landrynkowego anturażu, a w rzeczywistości buractwem, prostactwem, zwykłym prymitywizmem śmierdzących. Szczęśliwie wśród tego prowincjonalnego zepsucia, takich licznych ewolucyjnych porażek z cudem człowieczeństwa, białymi odstępstwami od wydmuszkowej tandety się spotykam i odwagą tych ludzi co pokorą od lat kształtowani. Jest impuls, jest zaangażowanie, jest heroizm to muszą przyjść i zmiany, choć proces to długotrwały i ofiary pochłaniający niestety. To wszystko nie jest jednoznaczne, proste i oczywiste, bo życie przecież skomplikowane, a człowiek istotą niedoskonałą, co definiując sobie dla wygody stereotypy, paradoksalnie tak bardzo rzeczywistość gmatwa. Stąd nauka by sądów pochopnie nie wydawać, w skostniałej, pretensjonalnej i jałowej emocjonalnie egzystencji się bezmyślnie nie zatracić. W każdej chwili coś zmienić można - nawet matka Skeeter też czegoś się od służby nauczyła! Nie wszystko złoto co się świeci i nie każdy białas to ignorancki dupek. :) Trzeba tylko w swoim życiu, szczególnie w momentach newralgicznych na wartościowych ludzi trafić i umieć skorzystać z ich mądrości. Prawdą niewątpliwą, że jesteśmy tacy jak ci którzy naszemu dojrzewaniu towarzyszą, a SZACUNEK bezcenną zapłatą za trud - z nim krzyż dużo lżejszy. To za każdym razem zadziwiające - dzięki takim obrazom wiem, że będę lepszym człowiekiem. POWAGA!

czwartek, 15 maja 2014

W ukryciu (2013) - Jan Kidawa-Błoński




Kontrowersyjna tematyka w polskim kinie rządzi, tak jakby konserwatywna narodowa mentalność miała być przełamywana by równowagę swoistą w ogólności osiągać. Było w ostatnim czasie o Romach (Papusza), Żydach i powojennych reperkusjach w PRL-owskich realiach (Ida) oraz homoseksualnych męskich fascynacjach (Płynące wieżowce). Cieszy mnie to poniekąd, gdyż taka tematyka w telewizji publicystycznej w estetyce warczących na siebie politycznych błaznów wyłącznie istnieje, a dziesiąta muza szerzej problematykę pokazuje – głębiej i w sposób dużo dojrzalszy. Tym tropem po części Jan Kidawa-Błoński podążył i przełomowy okres końca II wojny światowej tłem dla lesbijskiej relacji Żydówki i Polki uczynił. Czy z sukcesem, niestety wątpliwości mam. Trochę mieszane odczucia rządzą, bo z jednej strony niby wszystko trzyma poziom, jednocześnie wzbudzając przekonanie, że coś się tu nie zgadza. Czegoś brakuje, coś drażni i w pełni wkręcić się w fabułę nie pozwala. Problemem może licha wiarygodność postawy Janki, ten obłęd z zazdrością, a tym bardziej z uczuciem niewiele mający wspólnego. Niezrozumienie zachowania bohaterek, totalna fragmentami ich beztroska jak i pobieżne potraktowanie pewnych detali psujące autentyczności historii. Pomimo tego trudno definiowalnego poczucia niedosytu czy wrażenia naiwności obraz to poprawny. Przeanalizuje go pewnie jeszcze precyzyjniej i może wątpliwości znikną. :)

środa, 14 maja 2014

A Perfect Circle - Thirteenth Step (2003)




Niezobowiązujące miałkie plumkanie? Nic z tych rzeczy, chociaż fakt, że bardziej senna ta druga odsłona w karierze A Perfect Circle. Taka oniryczna, rozmarzona, płynąca spokojnym nurtem, fragmentami jedynie smagana intensywniejszym powiewem, gwałtowniejszym riffem i twardym, stanowczym wokalem. To esencja z wyjątkową dbałością podanej prawdziwej sztuki – muzycznej przygody, co rozkoszne pieszczoty zmysłom przynosi. Klekocący charakterystycznie bas, punktujący zestaw perkusyjny, rozmyte gitarowe ewolucje wypełniające rozległą przestrzeń, pogłosy i niepokojące efekty klimat wyjątkowy czyniące. I nad tą instrumentalną syntezą, panujący subtelnie głos Maynarda, niczym balsam duszę kojący. Zjawiskowy, czarujący, równy i doskonale skrojony to krążek bez słabego punktu, najdrobniejszej rysy, którego ząb czasu nawet w niewielkim stopniu nie nadgryzł. Więcej, on po latach z jeszcze wytworniejszą klasą wciąga w swe objęcia. To nie jest li tylko muzyka, to rodzaj bezpiecznej, przyjaznej przystani w której odczuwalne zarówno poczucie głębokiej emocjonalnej euforii jak i odprężenia autentycznego. Każdy z nas takiej przestrzeni pragnie, ja szczęśliwie dzięki Thirteenth Step i wielu jeszcze wyjątkowym albumom, licznych bliskich mi wykonawców to pragnienie spełniłem. Wspaniale się w objęciach dźwięków kreślonych pasją muzyków okręgu odnajduje, wdzięczny za każdą perfekcyjną nutę. Klasa sama w sobie i tylko żal, że jak dotąd to ostatnie studyjne tchnienie ekipy APC. Nadzieja jednak by radować się nowym dziełem Jamesa Maynarda Keenana, Billy'ego Howerdela i współtowarzyszy umiera ostatnia, a mój optymizm ;) wynikiem ubiegłorocznego wybudzenia formacji ze snu długiego. Powrócili i piękny numer na potrzeby składaka skomponowali. Jego jakość wysoka apetytu na więcej narobiła. Nie możecie mnie moi drodzy bohaterowie, teraz nienasyconego porzucić!

wtorek, 13 maja 2014

Revolutionary Road / Droga do szczęścia (2008) - Sam Mendes




Historia małżeńska, taka poniekąd standardowa nie w sensie szablonu fabularnego, jaki wykorzystuje, a ciągu zdarzeń co bez wątpienia wielokrotnie w relacjach ludzkich powielany. Para się poznaje, zauroczenie, czasem nawet głębokie uczucie, a potem codzienność, co iskrę gasi i w miejsce żaru lodowaty chłód wtłacza. Wiem, że to spłycenie wątku jednak schemat ten osią obrazu Sama Mendesa, a detale licznie uchwycone kluczem do zbudowania sieci pytań, refleksji i wątpliwości. Dzięki pełnym autentycznych emocji scenom, dialogom gwałtownym i wybitnym kreacjom tandemu Winslet/DiCaprio napięcie narastające zenitu sięga, eksploduje lawinowo wręcz o dreszcze przyprawiając. Ona zimna, on krewki, wybuchowy – on miglanc, wymuskany niespełniony karierowicz, ona sfrustrowana ambitna kobieta, taka co czerpać satysfakcji z roli pani domu nie potrafi. Tu istotną rolę klimat miejsca pełni, amerykański sen o domku na przedmieściach, cichym żywocie pośród szablonowo przykładnego sąsiedztwa niby od kalki wzajemnie odbitego. Wszyscy zuniformizowani, tak samo szczęśliwi, radość czerpiący z błahostek, sprawnie frustracje skrywający pod kiczowatym anturażem. Ofiary mentalności stadnej, reklamówkowej propagandy niewolnicy, bez odwagi, bez charakteru, odtwórcy infantylnej obowiązującej powszechnie linii. Wymagania, oczekiwania i ustawiczna gra z pozorami na czele, filtrowanie zachowań, przecedzanie przez sito tego, co na zewnątrz może się przedostać.  To tło, a esencją dramatycznych zdarzeń schemat codzienności, który niełatwy do przełamania cieniem na psychiczną kondycje i relacje się kładzie – prawdę mówiąc trudno jednoznacznie określić ten związek przyczynowo-skutkowy. Faktem jednak, że narastająca frustracja głównym powodem wkroczenia na ścieżkę do dramatu zmierzającą. A jej finał? Milknę i tym, co jeszcze nie widzieli szczerze polecam, bo to co Sam Mendes wyreżyserował, a znakomitości aktorskie wykreowały to prawdziwy majstersztyk. Znakomity przykład kina ambitnego, wielopłaszczyznowego, dojrzale spostrzegającego rzeczywistość i niezwykle sugestywnie ją prezentującego. W moim postrzeganiu dzieło wybitne i uniwersalne! Drodzy Państwo Wheeler nie jesteście oczywiście wyjątkowi, a wasze próby ratowania związku w żadnym stopniu skazane na sukces – one takie żałosne, kiedy się ze sobą wciąż rozmijacie. Ktoś się nie zgadza? Rozumiem, tylko rozbitków z problemami emocjonalnymi stać na taką szczerość i trzeźwe spojrzenie - to takie symptomatyczne, prawda Johnie Givings? ;) :) 

P.S. Na marginesie nieco taka uwaga, spostrzeżenie bystre, że o lata świetlne kreacje Winslet i DiCaprio odległe od tych drewnianych przesadnie egzaltowanych z Titanica. :) Wiem, że zupełnie inne to produkcje, inne założenie, pewnie różni adresaci i oczywiście twórcy za kamerami - jakby zestawiać bawiącego się gadżeciarskim iPhonem gówniarza z dojrzałym artystą, co nowoczesny sprzęt dla realizacji swych pomysłów zakupił. :) 

poniedziałek, 12 maja 2014

Zawrócony (1994) - Kazimierz Kutz




Kazimierz Kutz w polityce zakotwiczył, emeryturę w ławach senackich spędzając. Doświadczenia mu nie brak, błyskotliwej refleksji nie żałuje, a jego umysł może już nie tak prężny przenikliwie nadal rzeczywistość sonduje. Jednak najlepsze lata już legenda ziemi śląskiej oczywiście ma za sobą, szczęśliwie jego twórcze działania w kliszy filmowej zapisane, a ikoniczny Tryptyk Śląski na jego czele. Dziś jednak, nim do powyższych dzieł kiedyś powrócę by ich wartość jak los pozwoli opisać, na finalnych ruchach reżyserskich mistrza się skupię. Zawrócony bowiem w telewizyjnych propozycjach zaistniał i szansę dał by po latach z dojrzałej perspektywy został zinterpretowany. ;) Śląską ziemie ojczystą Kutz jak zwykł z sentymentem i precyzją ukazuje, wybornie życie codzienne z historią społeczno-polityczną w tle, tak głęboko wstrząsającą krajem. Z niepodważalnie ważną pomocą Zbigniewa Zamachowskiego wybornie kreującego postać bohatera, towarzysza Siwka przemianę, bo słowo ewolucja byłoby nieusprawiedliwione, dokumentuje. Roztropnie pośród komunistycznej topornie prymitywnej rzeczywistości detale do zakamuflowanej w symbolice ekspozycji dobiera. Paluch w dziurawej skarpetce, fasolka z gara na biurku konsumowana, gwizdany ironicznie przez milicjantów, znaczy oprawców w mundurach hymn Jacka Kaczmarskiego czy pogryziona przez psa legitymacja partyjna. One znaczenie niebagatelne mają pomagając odsłaniać mechanizmy, udowadniając w niuansach czy ogólnym przesłaniu jak reżim ludzi traktował, jak „dziecko wylewał z kąpielą”, bo był zwyczajnie przez kretynów kierowany - tępych dziadów, których metodą siła wyłącznie i represje bezpodstawne. Tutaj nasza współczesna historia znakomicie oddana i psychologiczne predyspozycje jednostki. Nie da się przecież pominąć, iż pomimo zmiany frontu Siwek nadal mentalnym karłem pozostał – takim typem, który służyć musi, zmienił jedynie Pana! :(

niedziela, 11 maja 2014

Pet the Preacher - The Cave & The Sunlight (2014)




Flanelowo-pustynna ofensywa trwa! Kraciaste koszule, zdarte jeansy, luz z wrażliwością i pasją wymieszany, znaczy współcześni obszarpańcy za instrumenty chwycili i ścieżką wyznaczoną w początkach lat dziewięćdziesiątych podążają. A za nimi ślepo ja idę, bo dźwięki które zaproponowali moc zniewalającą świadomość moją posiadają. Oprzeć się nie potrafię prostym na pozór kompozycjom, jednak z taką pokaźną dawką bujającego rytmu, że oczywistości po wielokroć już powtarzane poczucia deja vu nie wywołują. Pieprzona magia, bo ja typ co na wtórność uczulony, a w przypadku The Cave & The Sunlight jakichkolwiek objawów w formie swędzącej wysypki czy innej uciążliwej dolegliwości nie doświadczam. Zatem albo ta naśladowcza maniera w odczuciu moim bezpodstawna lub też próg średniego wieku :) przekraczając ku bezpiecznej przystani, gdzie równowaga i poczucie swojskości dominuje mnie ściąga. Może trzecia możliwość istnieje, a ja jej nie dostrzegam? Pytanie otwarte pozostawiam i kolejne odsłuchy tego kapitalnego materiału robię. :) Ciesze się, że przypadek sprawił, a przepastny internet to umożliwił, że trafiłem któregoś wieczoru na obrazek z charakterystyczną grafiką, taką co przejść obojętnie do kolejnej sterty informacyjnej papki nie pozwoliła. Role magnesu odegrała, a potem to już tylko muzyka pozostała. Dwa single promujące robotę wykonały i jak tylko pełny album na światło dzienne wypłynął ja już niewolnikiem jego zawartości zostałem. Być może tak raptowne zauroczenie równie  gwałtownie po jakimś czasie kresu dobiegnie, na dzisiaj jednak trwa beztrosko i trudno mi sobie wyobrazić by te jedenaście numerów z playlisty się ześlizgnęło. Ameryka w duńskim obliczu na tyle chwytliwa i radośnie puls podnosząca, że prócz powyższej paplaniny nic więcej nie wymyślę. Nie będę pisał w detalicznych podpunktach jakie inspiracje wyczuwam, jakich technicznych fajerwerków się spodziewać czy są instrumentalnie biegli czy tylko dwa riffy w prymitywnych aranżach zawierają, czym się różnią poszczególne kawałki i jakie odgłosy paszczą wydaje typ przy mikrofonie. ;) Tym razem ze sławnym stwierdzeniem Franka Zappy się zgadzając zamiast elaboraty o muzyce kreślić pozwalam jej przemówić własnym głosem. W stan odprężenia mnie wprowadziła, przyjemność wyjątkową dała, a jak ktoś ciekawy konkretów to niech bezzwłocznie odpali krążek i sam sobie na powyższe pytania odpowie. Nie chce mi się - słucham The Cave & The Sunlight. Nie przeszkadzać! :)

sobota, 10 maja 2014

Blue Jasmine (2013) - Woody Allen




Rozumiem, że koneser kina odnajdzie w tym obrazie liczne walory i nimi intensywnie będzie się podniecał. Niestety nie śmiem siebie tak tytułować, stąd pozować na zachwyconego Blue Jasmine nie zamierzam. Pozwolę więc sobie na niczym nieograniczoną szczerość i maksymalnie zwięźle, z przyrodzoną mi bezpośredniością co myślę napiszę. Jedyny duży plus tej schematycznej produkcji to świetne aktorstwo z genialną rolą Cate Blanchett na czele. Jednako w przypadku tej divy hollywoodzkiej wyborna kreacja żadnym zaskoczeniem. Prócz powyższego cała reszta to nic unikatowego, ot sprawnie nakręcona obyczajówka. Tyle w temacie, bo po co mam się napinać skoro film to niemal zupełnie bez większej dla mnie wagi. Jakbym w produkcjach Woody’ego Allena sprawniej się rozeznawał to możliwe, że drobny wyłom w od lat powielanym szablonie bym dostrzegł, a że ze mnie incydentalny widz speca od klawego dialogu, to tej innowacyjnej perspektywy nie będzie. Kropka, a może długi taki, intelektualnie ozdobny wywód? Taki żarcik inspirowany gadką osobliwych postaci Allena. ;) :) 

piątek, 9 maja 2014

The Words / Między wierszami (2012) - Brian Klugman, Lee Sternthal




Nieszablonowa wciągająca historia, wybornie literacko prowadzona narracja plus klimat przede wszystkim za sprawą liryczno-dramatycznej spójnej warstwy muzycznej nieodparcie kojarzący się z Godzinami - w finalnym efekcie dające poczucie obcowania z kinem o najwyższej wartości. Takim co pozostawia ślad, nie jest tylko i wyłącznie zwykłą rozrywką! Oderwać się od ekranu nie byłem w stanie, pochłonięty bez reszty nostalgiczną opowieścią, której bohaterami dwóch pełnych pasji młodzianów, cyniczny dojrzały mężczyzna i doświadczony przez życie starzec. Zagadką pasjonującą, niezwykle eterycznie podaną, której esencją człowiek i los jego w wyborach własnych i przypadku zamknięty. Życie bywa łaskawe, bywa także sprawiedliwe, kiedy zapłacić za jego przychylność trzeba. Ono jednocześnie okrutne, niewypowiedzianie bezlitosne, zabierając to co w swej hojności podarować zechciało. „Wszyscy dokonujemy wyborów – sztuką jest żyć z konsekwencjami!”, a pokusy silne, zatem jak oszukać siebie, by spokój z bagażem takiego ciężaru osiągnąć, bo złudzić innych trudne nie jest. W taki poetycko-filozoficzny trans wpadłem, on odbiciem odczuć osobistych po wspaniałym przeżyciu w towarzystwie pięknego dzieła!

środa, 7 maja 2014

Black Label Society - Catacombs of the Black Vatican (2014)




Nic nowego Zakk nie wymyślił, bo i nikt przełomu pewnie od niego nie wymagał. Maksymalnie przewidywalnie zatem postąpił i nagrał krążek esencjonalnie reprezentatywny dla ostatnich jego dokonań. Powielił charakterystyczne riffy w nowych numerach i po raz kolejny mimo szablonu satysfakcje daje. Cieszy i miłe poczucie przebywania w dobrze znanym miejscu i okolicznościach daje. Od tego jest i jeśli jest w tym dobry to git! Ja mam słabość do tych pioseneczek i tyle! Wolę gdy on gładko smuci niż inni się szarpią bez opamiętania – kilka dźwięków, jego głos i solówka, taka gitarowa matryca, a porywa. Są grupy, są artyści od których wyraźnych wyłomów się nie wymaga i tyle. Pytanie tylko czy nie jest to już łabędzi śpiew tego Pana – problemy ze zdrowiem, świadomość odjeżdżającej w przeszłość młodości swój znak myślę już dają. Dojrzałość ma zalety jednak okupiona ona zawsze witalności osłabieniem, a w rockowym rzemiośle jej brak, jak doświadczenie uczy ku nędzy energetycznej często prowadzi. Czy doczekam się studyjnej kontynuacji, czy ona nie rozczaruje miałkością. Są pytania, czas dopisze odpowiedzi. :) Taka refleksja jeszcze – jest Zakk z BLS dziś w miejscu, w jakim jego współpraca z Ozzym została zakończona. Świeżą krwią Osbourne swojego pupilka zastąpił widząc, że podgryzanie własnego ogona ku mieliznom prowadzi. Okręt Wylde'a niebezpiecznie blisko nich się dzisiaj znalazł, zakotwiczy w nich bezradnie, zatopi flagową jednostkę i pod nową banderą w dziewicze rejony wypłynie lub też po generalnym  remoncie w starym kadłubie ożywczą inspiracje odnajdzie. Lubię Catacombs of the Black Vatican, ale trochę więcej chyba jednak od legendy oczekuje.

wtorek, 6 maja 2014

Ida (2013) - Paweł Pawlikowski




Minimum słów, maksimum treści w formie ze smakiem wystylizowanej zawarte. Retro format obrazu i czarno-biała estetyka wizualnie w autentycznej manierze odtwarzająca szary, monotonny PRL-owski klimat plus kontrowersyjna tematyka, czyli przepis na artystyczne kino ze społeczno-politycznym sznytem. Krótko i na temat, jednako tylko i wyłącznie dla określonej grupy odbiorców, gdyż ta minimalistyczna natura obrazu Pawła Pawlikowskiego zamiast podawać na tacy jasno sprecyzowaną lekcje historii, puentą oklepaną klamrę dla treści zaserwować, pod prąd idąc mitologiczną bohaterską retorykę narodową po części podważa. Taka postawa, więc w oczach ślepych niewolników patriotycznych aksjomatów na laicką ekskomunikę go skazuje, jednocześnie dla racjonalnych, wolnomyślicielskich kręgów stanowi ona odważną próbę symbolicznego rozliczenia ze skomplikowaną historią ojczyzny. To właśnie dla tej grupy obraz będzie materiałem wartościowym, bo otwiera pole do dyskusji zamiast w jednoznacznych, obrażających logikę i znajomość ludzkiej natury szablonach skomplikowaną przeszłość wbijać w ciasny gorset heroicznego mitu. Czując dumę z działań milionów rodaków w wojennej pożodze ludzkie odruchy zachowujących z odrazą spoglądam na tych co dla pospolitej korzyści osobistej się zaprzedali. Stoję po stronie człowieczeństwa zdając sobie oczywiście sprawę, że wybory w okolicznościach takich wyjątkowo trudne, a ich etiologia złożona! Skromnym zdaniem moim to zdecydowanie udana zwarta próba zmierzenia się z kinem gdzie poprzez mikrokosmos ludzkiej psychiki szeroko spojrzeć można na historyczne oblicze społeczeństwa. To poszukiwanie przez parę bohaterek subiektywnie rozumianego przełomu, jako formy spowiedzi u progu kluczowej decyzji odbieram jako drogowskaz dla kształtu pamięci narodowej. Rozumiem, że trudno godzić się z koszmarem przeszłości, popełnianych błędów czy cynicznych niegodnych wyborów (Wanda) lub wchodzić w życie z poczuciem ciężaru braku odpowiedzi na pytania dotyczące własnej tożsamości czy kierunku dalszej egzystencji (Ida). Tym trudniej zrobić to w wymiarze stadnym! To reżyser myślę nam przekazać pragnie, a że robi to w tak wizualnie wystylizowany sposób, w anturażu autentycznie epokę rekonstruującym, z pieczołowitością i zaangażowaniem przy współudziale ZNAKOMITEJ Agaty Kuleszy zasługuje na uznanie. Kompozycja zaprawdę godna!

P.S. Interpretuje, spekuluje odrobinę we mgle podążam - robię to na własną odpowiedzialność. Sam! Unikam zajadle szczekających architektów masowej obróbki. :)

niedziela, 4 maja 2014

Rival Sons - Pressure and Time (2011)




Premiera kolejnego albumu Rival Sons się zbliża, a ja „pomarudzę” o materiale, co nową kartę w karierze grupy zdołał otworzyć. Na myśli oczywiście Pressure and Time i zamieszanie, jakie w środowisku retro rocka wywołał. Znak czasu i dowód na siłę tego wartościowego trendu, jakim powrót do szlachetnego w klasycznej formie rockowego łojenia, zacumowanie formacji w stajni, co jednoznacznie z ekstremą kojarzona. Tam Rival Sons swoje miejsce odnaleźli i z tego punktu uderzyli by finalnie zostać główną siłą napędową retro grania. Czym ekipa ze Stanów tak skutecznie czaruje, że liderem nurtu została. Ano przede wszystkim oczywiście samymi kapitalnymi kompozycjami, formą najwyższej jakości jak i wokalnymi popisami wygibanego Jay’a. Połączeniem rockowego drapieżnego pazura, rytmiki do bujania zadkiem porywającej z niemal soulowymi, emocjonalnie przebogatymi aranżacjami. One może i instrumentalnie nieco ascetyczne, bo nie doświadczam podczas odsłuchu megalomańskiej wirtuozerskiej maniery ocierającej się o przekombinowane zagrania. Jednako zmysł i wrażliwość muzyczna pozwala Rival Sons na zamknięcie w prostych strukturach porywających piosenek - bez nadętej sztuki dla samej sztuki. To walor niepodważalny, immanentny tylko dla tych, co lata na scenie spędzając do fundamentalnego wniosku dochodzą, iż napisanie świetnego numeru to zbilansowanie intrygujących rozwiązań i chwytliwości. To ci goście potrafią i nieomieszkali się tą zdolnością na Pressure and Time pochwalić! Jedyną wadą niestety czas w jakim album zamknięty, bo te trzydzieści z okładem minut to zbyt mało. Przelatują kawałki zwinnie i apetyt na więcej robią. Szczęśliwie do programu dorzucam sobie kilka numerów z poprzedzającej płytę epki. Tak! Teraz to mam już album idealny, chociaż będąc odrobinę upierdliwym ten zbyt syntetyczny obrazek kopertę zdobiący efekt nieco psuje, ale od czego jest jego dużo smakowitsza wersja z winyla. :) Tym podwójnie udoskonalającym manewrem braki z pośpiechu, a precyzyjnie ujmując z ciśnienia czasu wynikające, ja autorsko wyeliminowałem. Brawa bije dla siebie i oczywiście głównych bohaterów tego tekstu. :)

sobota, 3 maja 2014

The Shining / Lśnienie (1980) - Stanley Kubrick




Przez ekran obraz przepływa tak precyzyjnie spreparowany by od czołówki w widzu napięcie wzbudzać. Monumentalne krajobrazy szosą poprzecinane pojazd przemierza by do miejsca ostatecznej rozgrywki dotrzeć. To apokaliptyczną muzyczną oprawą, głęboko przeszywające odczucie grozy prowokowane. Lęk dźwięki sieją natarczywie w podświadomość się wpychając, by z ekspresyjnym, wyrazistym obrazem skorelowane gwałcić psychikę. Tutaj współczesne określenie slangowe o "ryciu bani" idealnie oddaje to z czym przez dwie godziny widz obcuje. Ta prosta, wręcz sztampowa historia, którą Stephen King stworzył w piorunujący sposób przez Stanley'a Kubricka na język sztuki filmowej została przełożona. Stosując skromne metody efekt niezwykle sugestywny mistrz osiągnął, a obłęd sączący się intensywnie niemal wypełza by swoimi mackami widza spętać. Osobliwe postaci doskonale wykreowane dopełniają obrazu wzorcowo skrojonego arcydzieła. King wirtuoz i Kubrick mu maestrią dorównujący! Co z tej kolaboracji mogło powstać, nietrudno było przewidzieć. Kult zwyczajnie, taki klasyk co pomimo wieloletniej znajomości za każdym razem przeszywające wrażenie robi. Nawet perspektywa czasu, bagaż lat mu nie jest ciężarem - on broni się znakomicie do poziomu żenujących bajeczek konkurencje w bezpośredniej konfrontacji sprowadzając. Smutna finalnie refleksja się nasuwa, ona do kondycji współczesnego kina grozy nawiązuje. Tam gdzie zręcznie kreowane przerażenie o rezultacie powinno decydować, bezlitośnie przeprodukowane obrazy, spływające od nadmiaru techniki wrażenie żałosne jedynie robią. Taka prawda banalna paradoks odsłania - spektakularne fajerwerki ubogą naturę tych chwytów obnażają. Szczęśliwie zawsze można postraszyć się Lśnieniem.

piątek, 2 maja 2014

Mystic River / Rzeka tajemnic (2003) - Clint Eastwood




Clint Eastwood solidnym aktorem jest! Reżyserem natomiast wybitnym, gdyż od lat konsekwentnie swój warsztat udoskonala, a w jego dorobku kilka niezwykłej urody wizualnej pereł lśni. Rzeka tajemnic to taki przykład majstersztyku który spod jego ręki się wyłonił, by u boku między innymi Gran Torino i Za wszelką cenę dumnie się prezentować. W trójkącie dramat ten się rozgrywa, a wokół liczna postaci gromada co w różnych konfiguracjach zależności w wir fabuły wciągnięta. One skomplikowane, takie po przejściach licznych, wybojami życiowymi stargane, osadzone w autentycznym fascynującym klimacie miejsc, kapitalnie przez całą plejadę pierwszoplanowych gwiazd wykreowane. Z ogromną pasją nakręcona historia, co wciąga bezwzględnie wstrząsającym głęboko scen sensem, porywa bezgranicznie by w poczuciu empatii, sympatii czy antypatii połowicznej z bohaterami się identyfikować. Wyjątkowe kino, szczerze poruszające, intrygująco wieloperspektywiczne, złożone, a zarazem spójne i emocjonalnie wręcz rozdzierające. Wybitne w jednym słowie ujmując - wielki film, a Eastwood w takiej formie moim bohaterem! Rzeka płynie, a w jej nurtach tajemnice skrywane, los pokrętny dramatem i szczęściem życie znaczy - nikt przecież nie trzyma go do końca we własnych rękach! Takie tam na koniec filozofije. ;) :)

czwartek, 1 maja 2014

Papusza (2013) - Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze




Gadźo (jeślim odpowiednią formę zamieścił) ten krótki tekst pisze, taki zupełnie obcy człowiek co z bezpośredniej autopsji kultury romskiej nie zna, a tym bardziej zrozumieć, czy wyjaśnić nie jest w stanie. I tylko dzięki obrazowi małżeństwa Krauze w drobnym stopniu do tego świata, już współcześnie umarłego wszedłem, a może w przyszłości za sprawą monografii Jerzego Ficowskiego głębszą przygodę z ich kulturą przeżyje? Kto wie, może czas i chęć poszerzenia wiedzy kiedyś pozwoli na lekturę. Dzisiaj jednako jedynie o biografii Bronisławy Wajs będzie i moim przekonaniu, że oto obejrzałem dzieło wyborne. Ono upojne nie tylko dla oczu, chociaż fakt, że wizualnie przepyszne, wysmakowane, niezmiernie klimatyczne z dynamiką głęboko pod powierzchnią emocji ukrytą. Tutaj właśnie reżyserski duet trafnie akcent położył, by w czernią i bielą przewrotnie malowanym anturażu kultury i mentalności cygańskiej z polskim tłem polityczno-społecznym dwudziestego wieku, dramat jednostki poza schematy się wychylającej ukazać. Rola, pozycja kobiety w skrajnie konserwatywnej obyczajowości romskiej jednoznacznie sprecyzowana, a wszelkie odstępstwa na banicje skazujące. Zapłaciła Papusza cenę ogromną za chwilowy triumf duszy i rozumu nad ślepotą tradycji. Jej losy bezsprzecznie wstrząsające, jej hart ducha wyjątkowy, a pokora wymuszona okolicznościami niebywała. Dziękuje zatem twórcom za te ponad dwie poruszające godziny, dzięki nim obca mi zupełnie postać w świadomości mojej zaistniała i wyraźny ślad pozostawiła. Taka to lekcja historii i pokory w kunsztownej artystycznej oprawie z wyraźnym szacunkiem dla inteligencji widza. Nic tu nie jest podane i interpretowane kierunkowo, to sami musimy połączyć wątki, zbudować mosty je spajające, doczytać między wierszami by zrozumieć. Tępi, kwadratowo rozumujący niewolnicy stereotypów niech zatem trzymają się dala od męczących prób uchwycenia jego wyjątkowości. Kino przecież szczęśliwie ma też propozycje i dla nich. :) Ono potrzeby szerokiej grupy klientów zaspokaja! :)

P.S. Kąśliwa końcowa uwaga nie jest obraźliwa, ona tylko i wyłącznie przed męką wizualno-intelektualną statystycznego obywatela ma ostrzec. ;) 

Drukuj