piątek, 20 października 2017

Maudie (2016) - Aisling Walsh




Pierwsza scena, pierwsze dźwięki i już wiedziałem, że to będzie obraz, który mnie oczaruje. Skąd takie przekonanie? Ono intuicją podyktowane, tematem który ją pobudził i głębią zawartą w inicjującym opowieść ujęciu. Dalej powolutku w surowych okolicznościach dystansu i pozornej obojętności rodzi się relacja pomiędzy nią a nim. Ona kaleka fizyczna, onieśmielona własną ułomnością z artystyczną wrażliwością i bystrym umysłem i on z osobowością wykutą w hartujących ducha warunkach - niepiśmienny, ale uczciwy, typ gościa z sercem do pracy, urobiony po łokcie i dumny. Oni jak skarpetki nie od pary, brzydka ona brzydki on, a taka szczęśliwa miłość - na prosty nieegoistyczny, niezwykle wzajemnie oddany sposób? To wdzięczna, klimatyczna ballada o prostym życiu w biedzie materialnej, ale nie duchowej. Bo pomimo że okazywanie uczuć, jako słabość rozpoznawane, głęboko pod grubą skórą emocje skrywane to ciepło w postaciach na tyle intensywne, że wypełniające tą emocjonalną przestrzeń obficie. To wartościowa lekcja traktująca także o pokonywaniu własnych ograniczeń, barier z pozoru nie do przeskoczenia, dostosowywaniu się do oczekiwań z pokorą i konsekwencją. W uroczym miasteczku rzecz się ta dzieje, w prowincjonalnym klimacie pośród ludzi prostych, na podstawie autentycznych wydarzeń – biografii kobiety zwyczajnej na niezwyczajny sposób.

P.S. Ja chyba nie widziałem Ethana Hawka w lepszej kreacji, tutaj wypada znakomicie, na równi z niezwykle autentyczną Sally Hawkins w roli tytułowej.

środa, 18 października 2017

Grave Pleasures - Motherblood (2017)




"Nihilistyczne przyjemności" na Motherblood zapowiadane przez szefa Grave Pleasures to żadna czcza gadka tylko fakt. Chociaż nie mam dyplomu z lingwistyki, czy innej filologii angielskiej, ba gramatyka na poziomie średnio zaawansowanym czasem dla mnie wstydliwą barierą, to samo rozszyfrowanie tytułów skłania jednoznacznie do powyższej tezy. Zresztą przetłumaczcie sobie sami, a jak się mylę to bez ogródek wrzucajcie mi tutaj od totalnych tłumoków językowych, bo na lincz zasługuję. ;) Ok, spokój na sali, nie pchać się! :) Wątek tekstów i tytułów nadanych kompozycjom z Motherblood uznaje za zamknięty, wstydu sobie o ile jeszcze nie za późno oszczędzę i przechodzę raźno do samej muzyki, bo ona to dopiero mnie rajcuje. Od startu czuć, że na nowym krążku będzie intensywniej, piosenki są zwarte po linii Climax i równie przebojowe jak na Dreamcrash. Melodyka i chwytliwość numerów to jedno, to zarówno nawiązanie do debiutu pod szyldem Grave Pleasures, jak i bezpośrednie skojarzenia z Beastmilk. Drugie to zwiększenie tempa i masywności, które wskazuje na przekonanie, iż Dreamcrash nieco zbyt był złagodniał w stosunku do pierwotnego aktu stworzenia. Trudno spośród dziesięciu ciosów o podobnej sile wyróżnić te mocniej wpijające się w świadomość, bo poziom równy cholernie. Jednak po kilku odsłuchach jakieś faworyzowane odnotowałem i nie omieszkam się swoim maksymalnie subiektywnym wyborem podzielić. Numer jeden to Doomsday Rainbows, Mind Intruder, Atomic Christ, Infatuation Overkill I Haunted Afterlife, czyli 5/10 to od początku te pieśni atomowe, które nucę z żarliwą pasją. Ale nie mogę jednocześnie napisać, że pozostałej piątce czegokolwiek brakuje i jestem przekonany, iż za chwil kilka i one zaistnieją pośród mych faworytów. Powiem więcej, ja mam wyraźne przekonanie graniczące z pewnością, że pełen program krążka w równym stopniu będzie zachwycał, bo on już teraz przy odrobinie dobrej woli przecież mnie zachwyca. :) Nie dziwię się, zatem wytwórni Century Media, że nie szczędzi kasy na obrazki do singli, że trzy wałki zostały natychmiast przyozdobione klipami, bo w tej produkcji jest potencjał ogromny nie tylko na wypromowanie zespołu na nazwę z najwyższej półki. Ośmielę się stwierdzić, że w Grave Pleasures jest potencjał na wywołanie mody na takie granie, a to nawet w niszy dalekiej od mainstreamu niezły kawałek grubo posmarowanego masłem chleba. Wypracowanie trendu na bardziej dosadne The Cure, bardziej intensywne The Sisters of Mercy, bardziej przebojowe The Fields of Nepheilim i wreszcie bardziej złowieszcze Joy Division? Czyli innymi słowy przyciągnięcie do ejtisowego mrocznego rocka publiczności składającej się z maniaków cięższych brzmień, zwolenników obrazoburczych ideologii. Bo może Grave Pleasures mimo jawnego nawiązywania do zimnej fali i brzmień lat osiemdziesiątych to już jakość sama w sobie, na tyle własna, że należałoby skończyć z takimi porównaniami i czekać tylko na falę kolejnych bandów penetrujących te posępne tereny - grup które będą w recenzjach odnoszone do formacji Mata McNerney'a. Pożyjemy, jak coś w międzyczasie nie pierdolnie i zobaczymy. Atomowy grzyb nie jest przecież wykluczony.

P.S. I jaka tu jest cudna okładeczka, śliczniutka ta oprawa graficzna.

wtorek, 17 października 2017

Vulture Industries - Stranger Times (2017)




To druga płyta Vulture Industries, którą poznałem, ale wiem oczywiście, że te dwa ostatnie albumy to nie jest wszystko, co ten zespół wydał do tej pory. Tak się składa, iż ograniczyłem się na razie do nich właśnie, gdyż po raz drugi mam jak to się powszechnie mówi „mieszane odczucia”. Niby ich muzyka jest oryginalna, nawet nieco osobliwa – raz silniej oddziałująca, innym odrobinę nużąca, zawsze jednak stawiana przeze mnie na półce z napisem „jeszcze nie teraz będę przed nimi klękał”. Tak jak The Tower sprzed czterech laty, tak obecnie Stranger Times zasługuje na podobny zestaw komplementów i utyskiwań, upiększanych mlaskaniem, tudzież grymaśnymi minami. Ja zamiast tutaj przepisywać swoje refleksje odnośnie poprzedniczki wyartykułowane, zaproszę do zerknięcia w tekst archiwalny, a skupię się jedynie na wyrwaniu przed szereg tych kompozycji, które najbardziej przekonują, że Vulture Industries jeszcze kiedyś może mnie do siebie tak na dobre przekonać. To co kręci i radosne podniecenie wywołuje to w pierwszej kolejności Tales of Woe, fajnie pulsujący i czarujący tym epickim refrenem podbitym wiercącym klawiszem i kapitalną gitarą. Wchodzący zaraz po nim As the Words Burns, w marszowym tempie i ze świetnym klipem "z napisami" działający osobliwie na zmysły. Rozbudowany, podniosły emocjonalnie Strangers i dalej już chyba nic. Bo dalej album traci magię i mnie usypia, miast prowadzić za rączkę do punktu kulminacyjnego za którym jak w filmach Hitchcocka dopiero intensywność wzrasta. Chociaż, aby być sprawiedliwym Something Vile za sprawą partii wokalnych przynosi doświadczenie wzniosłe, a Screaming Reflection wraz z zamykającym stawkę Midnight Draws Near to w miarę intrygujące zakończenie płyty. To jednak mało – za mało bym zechciał składać zdania wielokrotnie złożone, wielopłaszczyznowo komplementujące poznaną materie muzyczną sygnowaną nazwą Vulture Industries. 

niedziela, 15 października 2017

Joan of Arc / Joanna d'Arc (1999) - Luc Besson





Nadal doskonale pamiętam jakie ten film zrobił na mnie wrażenie oglądany premierowo w kinie. To był najlepszy, a już z pewnością najambitniejszy okres w twórczości Bessona. Wybitny Leon zawodowiec, osobliwy Piąty element i doskonała Joanna d’arc to filmy wielkie, filmy ikoniczne już od lat uznane za klasyki. Przede wszystkim w moim przekonaniu te dwa skrajne tytuły od strony psychologicznej przenikliwe i sugestywne - słuszne i zbawienne dla rozumu. :) Tak jak Leon przejmująco penetrował rejony relacji międzyludzkich, tak Joanna wryła się w pamięć, jako fenomenalny obraz z mrocznym i sugestywnym klimatem na równi z dobitną ironią w ukazaniu barbarzyństwa, poddający w wątpliwość forsowaną autentyczność religijnych uniesień i bożej sprawczości, inaczej cudów dokonywanych w imię i za sprawą Boga. Wiara czyni cuda, cuda? Czy tylko potencjał okrutny wyzwala? Ja tego nie wiem. Może cel uświęca środki, uświęca też zbrodnie odbierania życia w imię walki za sprawę, byleby się po wszystkim pokornie wyspowiadać? Jak oceniać postać głównej bohaterki - to prostaczka czy nadwrażliwa i bystra niewiasta z pasją, a może już obsesją. A może tylko wychowana w gęstym sosie mrzonek ich ofiara? Dotknięta traumą mściwa arogantka zatruwająca osobistą vendettą umysły bogobojnych rycerzy? Wykorzystana i zdradzona, dotknięta szaleństwem umysłu, psychiczną jednostką chorobową? To takie nadal aktualne, chociaż stosy nie płoną i setki lat rozwoju cywilizacyjnego za nami, a potrzeba usprawiedliwiania działań siłą wyższej tak powszechne. Pytanie, co nam daje i co nam zabierają takie klapki na oczętach pozostawię otwarte. Niedopowiedzenia bowiem największa siłą tego dzieła, więc się do tej Bessonowskiej strategii podepnę.

sobota, 14 października 2017

Fair Game (2010) - Doug Liman




Nie znałem filmów Douga Limana, niemal do chwili obecnej tzn. do premiery American Made. Wrażenie po najnowszej produkcji z Tomem Cruisem było spore, zatem należało sprawdzić czy to incydentalna wysoka dyspozycja reżysera czy wcześniej też zdarzyły mu się bardzo dobre produkcje. Fair Game to jak się okazało film bardzo polityczny, o sprzed ponad dekady wydarzeniach, o scenie która dzisiaj już trochę inaczej dzisiaj wygląda, więc nie do końca tak aktualny. To podobna jazda jak w Informatorze Michaela Manna, w Sieci kłamstw Ridley'a Scotta czy odpowiednio Królestwie Petera Berga i Syrianie Stephena Gaghana. Tajna służba kontra zorganizowana działalność terrorystyczna w optyce tuż po ataku na WTC. Kino bardzo sprawnie zrealizowane, z aktorstwem bez potknięć i jedynie z narracją taką jednolitą, bez większego wybuchu emocji, jakiś interwałów, które by dały efekt podgrzania atmosfery do czerwoności. Mimo to ogląda się bardzo dobrze, bo jest tajemnica, są pytania, a same wydarzenia śledzi się z napięciem poznając zakulisowe rozgrywki szpiegowski w cieniu wielkiej oszukańczej polityki i z wszelkiej maści kosztami z jakimi wiąże się zaangażowanie w taką działalność. Tylko tyle i aż tyle - w tym przypadku mnie to wystarcza.

czwartek, 12 października 2017

Blade Runner 2049 (2017) - Denis Villeneuve




Napiszę jak jest wyłącznie z własnej perspektywy, nie pokuszę się o detaliczne porównania czy przesadne analizy – tutaj o BR2049 będzie prosto z mostu. Zresztą, po co niby miałbym to robić, na cholerę konkurować z masą tekstów wyczerpujących temat tak dalece, że korzystając jedynie z podstawowych sformułowań nie byłbym w stanie dodać nic nowego, a już tym bardziej ciekawego. Temat w przestrzeni internetowej jest maksymalnie zagospodarowany i nic już nie pozostało takim jak ja amatorskim pismakom, jak tylko dla własnych potrzeb archiwizacyjnych spisać podstawowe refleksje cisnące się tuż po zakończonym seansie. Sprawa wygląda tak, iż te prawie trzy godziny seansu to doskonała robota pod względem zsynchronizowania fabuły jedynki z kontynuacją. Obydwie odsłony znakomicie współgrają ze sobą w tej kwestii i nie ma się czego czepiać, tylko chwalić trzeba. Na komplementy zasługuje również strona wizualna, zdjęcia wykonane z rozmachem, kadry wypieszczone, scenografia i wszystko, co z tym segmentem powiązane. To absolutny majstersztyk, na który patrzy się z podziwem i estetyczną przyjemnością, podobnie odbieram udźwiękowienie, które za sprawą przeszywających odgłosów i rasowo skorelowanej z wizją muzyki wrażenie robi wystarczająco dosadne by po opuszczeniu sali kinowej jeszcze w trzewiach czuć te wibracje. Tyle technika, teraz wartość treści i znaczenia, czyli odpowiedź na pytanie, co pod tą efektowną warstwą dla wzroku i słuchu skrywane jest dla intelektu. Nie ma co narzekać, na grymasy także tutaj nie ma miejsca, albowiem Villeneuve pokusił się o niezwykle ambitną w założeniach i intrygującą dla umysłu w praktyce analizę psychologiczną potrzeb ludzi, replikantów i nawet hologramów. Potrzeb, które nawzajem przez byty zrodzone i wykreowane są zaspokajane i w różnych konfiguracjach implikują całą paletę problemów natury egzystencjalnej. Postawił na filozoficzne poszukiwania autentyzmu w relacjach, zagubionej w świecie bez emocji istoty człowieczeństwa, w okolicznościach i sytuacjach, w których paradoksalnie replikanci czy hologramy stają się bardziej ludzkie niż człowiek. Zadał wiele pytań, podpartych kompletnym zgłębieniem problematyki, znakomitym przygotowaniem merytorycznym, ale! Jak film Ridley’a Scotta to było zjawisko, pełna chemia, nawet rodzaj fenomenu zrealizowanego w tej jednej wyjątkowej chwili, idealnych okolicznościach sprzężenia przypadków, tak wizja Villemeuva to tylko i aż potężna machina produkcyjna i obsesyjna wręcz pedantyczność. Tam w pierwowzorze był czarujący futurystyczny romantyzm, którego tu na próżno szukać, tutaj natomiast jest zimna mechaniczna precyzja na wszystkich poziomach produkcji – w obrazie, dźwięku, nawet grze aktorskiej. Jest intelektualna łamigłówka w psychologicznej przenikliwości filozoficznego przesłania, chirurgiczna sterylność i monumentalizm podniesiony do potęgi. Nie ma niestety duszy, tego czynnika dodającego wartości nienamacalnej, wartości emocjonalnej i duchowej, będącej najsilniejszą stroną pierwowzoru sprzed trzydziestu pięciu laty. Ja przynajmniej jej nie dostrzegłem i jeżeli ona była to w proporcjach zupełnie dla mnie niewystarczających. :(

środa, 11 października 2017

The Fisher King / Fisher King (1991) - Terry Gilliam




To rodzaj filmowej biblii dla wszystkich tych, którzy w niecodzienności odnajdują spełnienie, we względnie kontrolowanym obłędzie pasji i refleksji nad życiem. Obłędzie czasem jednak zbyt głębokim bo na większych bądź mniejszych traumach powstałym i karmiącym się zaawansowanym idealizmem moralnym. W świecie opanowanym przez istoty pod krawatem i z grubym portfelem, w wyścigu szczurów po pozycję i pieniądze zatraconych, egzystują także odtrąceni lub świadomie skazani na życie na marginesie. W nim ludzi wszelkich życiowych orientacji i wyborów łączą przypadki, często świadome działania lub też zaniechania, a wszystkie one według tajemniczego wzoru oddziaływają na siebie - to dramatyczny splot, to zawsze węzeł skomplikowany. Fisher King to dzieło wyjątkowe, nietuzinkowe i nieszablonowe, dające masę materiału do skonsumowania w akcie natchnionej intelektualnej dysputy z samym sobą, we własnym wnętrzu przepracowując osobiste choroby duszy i uniwersalne prawdy o człowieku. Zadający fundamentalne pytania o istotę człowieczeństwa, skupiając się przede wszystkim na poszukiwaniu odpowiedzi na dylematy w kwestii kary za grzechy, konsekwencji i odpowiedzialności podsycanej poczuciem winy. Czy jesteśmy w stanie odkupić własne winy zadośćuczynić tym, którzy przez nie życiowo poturbowani. Tym wszystkim, którzy to pod wpływem traum ukryci w świecie spowitym mrokiem, tylko pozornie bezpieczni na tym odludziu. Z takim duetem aktorskim, z taką wyobraźnią i brawurą Gilliama oraz błyskotliwą przenikliwością scenarzysty to nie mogło się nie udać. Jeff Bridges i Robin Williams w finezyjnie skonstruowanych i odegranych rolach plus cała obszerna galeria wszelkich dziwadeł, które tak naprawdę są bardziej ludzkie od tych wszystkich szablonowych obywateli skrojonych podłóg wymagań świata bezwzględnego. Obserwując niezwykle mądrą, autentycznie zabawną i głęboko poruszająca historię Jacka i Perry’ego odpływamy w emocjonalną otchłań, świat refleksji niewymuszony, tylko płynnie z wyczuciem pobudzany. To poważne psychologiczno-filozoficzne studium, które podane metodą osobliwą daje także porządną porcję dobrej zabawy z wartościową puentą i przesłaniem. Dla mnie niewątpliwie numer jeden w bogatej twórczości Terry'ego Gilliama!

sobota, 7 października 2017

Black Country Communion - BCCIV (2017)




Ogromnie się cieszę ze powrócili, że Joe Bonamassa dał się złamać. Cieszę się przede wszystkim, że wrócili w dobrej formie, ale nie mam pewności, czy te kompozycje z nowej produkcji tak do końca zaspokajają mój apetyt i są celną odpowiedzią na moje oczekiwania. Pocieszające jest to, iż podobnie miałem z Afterglow, znaczy na łopatkach przy pierwszych odsłuchach nie byłem, ale po okresie odstawienia do niej powróciłem i ujrzałem ją w dużo bardziej pozytywnym świetle. Co mnie razi na czwórce? Chyba ta momentami sflaczała melodyka The Last Song for My Resting Place, nachalna i banalna piosenkowość, z tym folkowym akcentem na skrzypcach, ratowana jedynie kapitalną, bo z pazurem zagraną solówką. Może Wanderlust posiadający w sobie ducha AOR, czyli śmierdzący nieco kiczowatością amerykańskiego brzmienia lat osiemdziesiątych, a to dla mnie nigdy nie był czas największych osiągnięć w hard rocku, więc jestem sceptyczny i krytyczny. Hiciory się wówczas sypały, listy przebojów pęczniały od podobnej stylistyki, na bieżąco pączkowały, rozkwitały i dość prędko przekwitały dzisiaj już prawie niepamiętane nazwy w rodzaju Styxu, Kansas, REO Speedwagon i najbardziej rozchwytywanego przez płeć piękną Whitesnake - ale to nie te rejony w których chciałbym widzieć BCC. Nadzieje zaś dostrzegam w Sway i The Crow, numerach którym co nieco wytknąć przy odrobinie złej woli można, ale to właściwie są kawałki na tyle dynamiczne i z pazurem zagrane, że unikam złośliwości i szczególnie w tym drugim widzę więcej dobrego niż złego. :) Bez reszty natomiast kupują mnie, otwierający, mocarny i energetyczny Collide z wyrazistym riffem i siłową grą Bonhama zwieńczoną gitarowym popisem Banamassy inspirowanym jakby to nie zabrzmiało kuriozalnie stylem gry Scotta Holiday’a z Rival Sons. Over My Head, Love Remains i Awake przepisowo sklecone z pasji hard rockowego serducha, w którym pulsuje krew bogata w riffu siłę, Hammonda wibracje i soczysty puls sekcji. Jednak tym co najbardziej krew wzburza to The Cove i zamykający stawkę When the Morning Comes – kompozycje perełki lśniące, melancholijne cudeńka, przebogate siłą wyrazu, napięciem permanentnym, budową epicką. One porywają i pozwalają najmocniej dostrzec rewelacyjną, wręcz zjawiskową formę wokalną dziadka Glenna (ani jednego geriatrycznego tonu), instrumentalną biegłość, polot i wyczucie reszty muzyków – stanowiąc model, szablon dla przyszłych adeptów hard rocka. Oby tacy się nadal rodzili! :) Dlaczegóż ja mam więc obiekcje, czy ja szukam dziury w całym? Pytanie sobie zadaję, kiedy to przecież fajna płyta jest w zasadzie. Może to te oczekiwania winne, po części nakręcone cholernie entuzjastyczną notką w Hammerze, w której napisano, że sporo Zeppelinow w BCC, których ja tutaj nie bardzo jestem w stanie usłyszeć, chociaż słuch wytężam? Pomimo kręcenia nosem ten sam kinol podpowiada mi jednak, że to tylko kwestia czasu abym już wkrótce przyznał, iż BCCIV to żaden spadek formy przy poprzednich albumach. Bo obiektywnie rzecz ujmując czepiam się szczegółów i próbuję chyba na siłę dystans zbudować. Na cholerę to robię? Jak na razie to znam teraz tej odpowiedzi - powtórzę zatem zdanie z początku, "cieszę się, że wrócili w dobrej formie". :)

Drukuj