piątek, 22 września 2017

Vozvrashchenie / Powrót (2003) - Andriej Zwiagincew




„Nie hałasujcie ojciec śpi! Kto? Ojciec”. Tak się rozpoczyna dramat o powrocie na łono rodziny. Skąd się ojciec wziął i dlaczego teraz? Zaskoczenie, konsternacja, cieszyć się, a może bardziej martwić? Czy przywiózł lepsze czasy, czy może tylko kolejne problemy? Tajemnica nad wszystkimi co w fabule zawarte permanentnie się unosi - mroczna, tonąca w obawach, niejasności i niedopowiedzeniach. Fragmenty układanki z przeszłości są w przemyślany sposób w bardzo minimalnym stopniu odsłaniane, bo ważniejsze jest co tu i teraz się dzieje. To w żadnym razie proste, łopatologiczne, bynajmniej też widowiskowe granie z widzem w podchody - nie ma bezpośrednich wyjaśnień, wyłącznie w czystym obrazie i między wierszami poszlaki dla bystrego widza dostrzegalne. Mocne, ambitne, hipnotyzujące, surowe i bardzo przygnębiające kino, które zaburzone relacje rodzinne obdziera żywcem ze skóry w ciszy, która wydaje się tutaj bardziej przerażająca od najgłośniejszego krzyku.

P.S. Ta scena ze skokami do wody w kontekście tragicznej śmierci młodego aktora grającego Andrieja nabiera podwójnego znaczenia, czyniąc film Zwiagincewa tajemnicą wyobraźni scenarzysty i natury prawdziwej rzeczywistości.

czwartek, 21 września 2017

Being John Malkovich / Być jak John Malkovich (1999) - Spike Jonze




Spike Jonze to twórca niebywale oryginalny, a w tandemie z Charlie'm Kaufmanem to już raz za razem wkracza na takie poziomy intrygującej, choć trudno zrozumiałej abstrakcji, że taki prosty chłop jak ja ma poważne problemy by ogarnąć, co i o co tu „kaman”. :) Może ja mało jeszcze z dorobku tych gości widziałem i to co obejrzałem (Adaptacja) dla mnie niezrozumiałe, ale akurat Być jak John Malkovich już po premierze rozczytałem zdaje się bezbłędnie i idealnie w świat zaproponowany przez tych oryginałów wniknąłem. Zasługa to kapitalnego, mocno odjechanego pomysłu, tym razem klarownie podanego na tacy, świetnej reżyserii i wybornych kreacji szczególnie zaskakująco niesztampowej Johna Cusacka, który nigdy w moich oczach nie był spostrzegany, jako aktorski wirtuoz oraz Cameron Diaz w zupełnie odmiennej od ról wcześniejszych. On jako niechlujny fizycznie lalkarz w cudzej skórze, w brawurowej próbie realizacji marzeń człowieka społecznie upośledzonego. Zaspokojeniu potrzeb introwertycznego dziwaka pragnącego wyrwać się z monotonni własnej nijakości i życia bez podniecających emocji. Ona natomiast jako jego zbzikowana na punkcie menażerii małżonka odnajdująca własne ja w męskiej perspektywie spojrzenia na atrakcyjną fizycznie i osobowościowo kobietę. Tutaj ograbiona z przyrodzonego jej seksapilu, szara myszka fizycznie niemal nie do poznania, rozbudzana erotycznie wraz z rozwojem fabuły i poszukująca własnej seksualnej tożsamości. Kawał niezwykle intrygującego kina na ekranie, nietuzinkowej intelektualnie porcji psychologicznej analizy ludzkich potrzeb, uczuć, relacji fizycznej i duchowej. Wszystko kręci się wokół Malkovicha, ale nie jest on tutaj centrum wszechświata jakby się mogło zdawać. Wybitny aktor, w mistrzowskiej roli samego siebie to przebiegły trick Kaufmana mający na celu ukazanie kim jesteśmy, a kim chcielibyśmy być, bądź kim moglibyśmy być i co nas przed tym powstrzymuje.

wtorek, 19 września 2017

Prophets of Rage - Prophets of Rage (2017)




Na gorąco się wypowiem, bo akurat kilka ostatnich dni w aucie z debiutem Prophets of Rage spędziłem i nie ma w tym cienia przypadku, gdyż z założenia w moim przekonaniu to album typowo motoryzacyjny. Motoryzacyjny, bowiem idealnie sprawdza się wyłącznie jako pobudzający towarzysz podróży, a "wyrok" i uzasadnienie błyskawicznie powstało już po kilka przesłuchaniach materiału, gdyż mam przekonanie, iż to co miałem usłyszeć już do moich uszu w pełni dobiegło i niczego nowego w numerach ekipy Toma Morello, chociażbym uszu nadstawiał, intelekt naprężał nie dostrzegę. Ogólnie rzecz biorąc słucha się tych dwunastu numerów bez bólu ale i większej ekscytacji on słuchaczowi oszczędza. Jadąc przez track listę po kolei, są wzloty, totalnych upadków może nie ma, jednak ja akurat pocisku o większej sile rażenia od instrumentalistów Rage Against the Machine oczekiwałem i nawet jeżeli moje podejście życzeniowe przez znawców tematu i historii grupy może być obśmiane, to ja i tak przy swoim pozostanę, że takich "motherfucker" wymiataczy stać na pocisk, nie kapiszon. Niestety z dużej chmury deszcz co odrobinę tylko zmoczył, a problem polega oczywiście na tym, że zamiast wściekłej melodeklamacji Zacka mamy sprawne, lecz pozbawione wymaganej ikry i siły wyrazu, płaskie, standardowe frazowania nawijaczy pochodzących z Public Enemy i Cypress Hill. Jak więc mogłem tak wysoko poprzeczkę zawieszać skoro świadom byłem, że Zack w obecnej kondycji psychicznej dogadać się nawet z własnymi demonami nie może, a co dopiero z trzema ziomalami o równie silnych osobowościach. :) Wiedziałem kto tutaj paszczą odgłosy dawać będzie, zatem opadu żuchwy zaskoczeniem powodowanego nijak nie mogłem się spodziewać. Ja tylko zakładałem, że Tom Morello wyrzeźbi chociaż takie riffy, że ja padając na kolana przeklinać będę jedynie absencję Zacka, a nie jakieś pretensję ku Morello, Commerforda i Wilka kierował. Nawet jeżeli nie mam podstaw do totalnych pretensji, kręcenia nosem z pełną dezaprobatą, to jednak kilku kawałków nie jestem w stanie przemilczeć. Startują goście z werwą, bo dwa single które od jakiegoś czasu promują płytę to konkretne strzały ale juz trzeci, czyli Legalize Me podobnie jak umieszczony nieco później Take Me Higher to takie, mocno upalone i mocno ubogie wersje Red Hot Chilli Peppers (znaczy bilety tańsze, jak mi ktoś podpowiedział :)). Niby nóżka potupuje i gładko wpływają ale to zupełnie inna bajka niżbym sie spodziewał - taka miałka, taka banalna. Cała reszta zaś wydaje się zawieszona pomiędzy formułą "rejdżową" i "audislejwową", raz cisną bitem zriffowanym, a innym razem riffem nieco przypiaszczonym. W żadnym jednak numerze nie łapią poziomu oryginału, a powód, że się powtórzę tkwi w zupełnie innej formule wokalnej. Dla mnie obcej zupełnie i przez to trudnej do oswojenia. Na zakończenie części zasadniczej uwagę zwrócę i spróbuje być zabawny anegdotką częstując, że jak pewna pięciolatka w aucie efekt ze Strenght in Numbers usłyszała, to czy to kura gdacze zapytała. :) Taki to zabawny wałek. :)

P.S. Na marginesie jeszcze napisze i zrobię to z premedytacją, by tekstu głównego nie kalać nieprzyzwoitością, inaczej aby poprawności politycznej w nim nie brakło, a każdy kto przewrażliwiony i pozbawiony dystansu nie pieklił się po kilu pierwszych zdaniach zarzucając mnie epitetami. Ja białas pozbawiony naturalnie murzyńskości w postaci lekkości w rytmicznym nawijaniu (rapowaniu powinienem napisać :)) jak słucham tego zaflegmionego bełkotu jednego z Panów, który głosu użycza, nie mogę wyje*** z głowy obrazu tłustego czarnucha obwieszonego złotymi łańcuchami, który rozlewając się w fotelu rozkminia arogancko tematy. I wiem, że postawa obydwu raperów musi być inna, bo światopogląd Toma Morello nie pozwoliłby aby osoby niskiej wartości intelektualnej, czy moralnej towarzyszyły jego działaniom artystycznym, to mam już tak mocno wdrukowany tego rodzaju obraz raperki, że za cholerę nie jestem w stanie tego stereotypowego myślenia przezwyciężyć. Taka siła negatywnego doświadczenia. Co zrobisz! :(

niedziela, 17 września 2017

Girl, Interrupted / Przerwana lekcja muzyki (1999) - James Mangold




Jak ta historia będąca adaptacją bestsellerowej powieści się skończy, można mieć poniekąd przekonanie już po pierwszej scenie. Niekoniecznie będzie to happy end, ale optymizmu mimo wszystko także nie braknie. Wątki są porwane, sceny przenikają się niczym układanka, tudzież jakieś puzzle porozrzucane. Teraźniejszość przeplatana jest z chaotycznymi wspomnieniami istotnych wydarzeń z przeszłości. Trauma młodej wrażliwej osobowości jest tu fundamentem, znaczy ciężkie przeżycia i działania będące na nie reakcją skutkujące umieszczeniem w prywatnym ośrodku dla nerwowo chorych. Komfortowym sanatorium, gdzie poznaje ona osobliwe postaci z równie lub większymi skazami na psychice. Grupie pacjentek z tego miejsca odosobnienia przewodzi żywiołowa Lisa, która fascynuje i przeraża. Jest niezwykle inteligentna i błyskotliwa, lecz także równie nieprzewidywalna we własnych działaniach kierowanych zarówno potrzebą manipulacji i dominacji, jak i okrucieństwem i strachem. Seans nastraja melancholijnie, wciąga swoim eterycznym klimatem i inspiruje do przemyśleń. Pobudza do przekonania, iż jednostki zaburzone to wciąż ludzkie istoty, dużo bardziej wrażliwe na wewnętrzne rozchwiania i zarazem nieodporne na zewnętrzne problemy zwykłej egzystencji. Istota choroby psychicznej zdaje się często nieodgadniona, a proces leczenia  opartą na lekarskiej intuicji i częściowo tylko doświadczeniu próbą odnalezienia wyjścia z tego mroku. Częściej zaś drogą na skróty, wywoływaną bezradnością, gwałtowną potrzebą złagodzeniem objawów przy pomocy farmakologii. Tak naprawdę zrozumieć ekstremalne stany niepokoju to samemu ich zakosztować, przeżyć i przetrwać kryzysy dzięki temu gromadząc wiedzę z autopsji aby móc pomóc innym. Przerwana lekcja muzyki to poruszająca opowieść w stonowanej formule, dla wrażliwców, lecz nie tych którzy zalewają się łzami oglądając tysięczny odcinek wenezuelskiej telenoweli. To ciekawy i powabny film dla wrażliwców o artystycznej duszy, subtelny obraz o ludzkich odruchach empatii i głębokiej potrzebie zrozumienia skomplikowanej psychologii człowieka. Bez technicznych i fabularnych fajerwerków, bez krzykliwej fasady, za to z koncertowym aktorstwem, urokliwą magią i autobiograficznymi wątkami z życia autorki zaadaptowanej powieści. 

sobota, 16 września 2017

El Maquinista / Mechanik (2004) - Brad Anderson




Ależ to była w moim przekonaniu swego czasu petarda. Jak mnie podjarał ten twist i wszystko to co z ekranu do mnie płynęło. Jak mnie zaimponował Christian Bale, że takie poświęcenie dla roli pokazał - ekstremalną przemianę fizyczną, nie dla kasy przypuszczam, bo angaż pewnie do najwyższych nie należał. Tutaj o szacunek w branży i wśród widzów chodziło, o zbudowanie legendy i sygnał jasny, że nie wyłącznie aktor szmalem żyje, ale także ma ambicje artystycznego formatu. A że oprócz ofiarności gwiazdy Brad Anderson popisał się reżyserską wprawą, wyczuciem tematu i klimatu, pod aktorski majstersztyk podłożył tło sugestywne z wyblakłą kolorystyką, bladymi twarzami i zimną atmosferą, to i powstał thriller znakomity, który cel postawiony zrealizował z nawiązką. Przygnębiający obraz psychicznej i fizycznej dekonstrukcji, rozpadu osobowości i ciała, pomieszania zmysłów i schizy intensywnie rozsianej. Pytania, pytania, pytania! Co jest rzeczywistością, a co projekcją umysłu. Co prawdą, co fałszem. Co jest mną, a co moim alter ego. Dramat otworzył drzwi do podświadomości, tam ukrył sens i prawdę zastąpioną majakami, omamami, halucynacjami, iluzjami, urojeniami. To ponura, cholernie dołująca, ale i intrygująca psychologiczna gra, z twistem w finale, który idealnie zamyka fabułę i pozostawia z opadem szczęki (przynajmniej ówcześnie). Szczytowe reżyserskie osiągnięcie Brada Andersona, którego poziomu za cholerę nie potrafił utrzymać, od kolejnego filmu zjeżdżając gwałtownie po równi pochyłej. Szkoda! :(

P.S. Jeszcze raz szacun dla Bale’a - był Trevorem Reznikiem w Mechaniku i na drugim biegunie za czas jakiś Irvingiem Rosenfeldem w American Hustle. Metamorfoza level hard! 

piątek, 15 września 2017

The Paper / Zawód: Dziennikarz (1994) - Ron Howard




To jest ten rodzaj kina, którego mnie osobiście dzisiaj brakuje. Pojawia się od czasu do czasu, lecz w bardzo ograniczonej ilości i najczęściej w wersji okrojonej z tej właściwej dla produkcji z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych magii równowagi. Albo jest na maksa poważnie, cholernie ambitnie lub czysto rozrywkowo, a kiedyś tacy mistrzowie jak Ron Howard spoglądający na świat z perspektywy kamery potrafili połączyć kapitalne poczucie humoru z ważkimi tematami, odkrywając na przykład kulisy pracy dziennikarskiej w podrzędnym dzienniku vel. brukowcu i relacje w życiu prywatnym jego załogi. 24 godziny roboty w podkręconym do maksymalnych obrotów tempie, w szalonym pędzie gdzie oryginalne osobowości ludzi pasjonatów, ścierają się aż iskry lecą, a z tego tarcia w atmosferze cholernie kreatywnego fermentu powstaje poranna dawka lokalnych wieści. Ten świat to już poniekąd historia, bo papierowe dziennikarstwo zastąpione tym internetowym i szelest stron przy świeżo zaparzonej kawie to już wyłącznie w domach emerytów się zdarza. Ale to oczywistość i też nie tak do końca prawda, bo czy redakcja drukuje czy wkleja to i tak informację musi zdobyć i przetworzyć. :) Ale do rzeczy, gdyż nie o tym chciałem „donosić” zainspirowany tym co po raz przy okazji emisji zobaczyłem. Zauważyłem bowiem rzecz banalną, ale jakże istotną dla funkcjonowania człowieka, że tak zwyczajnie, tak po prostu to ekstra lubić swoją robotę, z pozytywnym przemęczeniem, czasem wręcz entuzjazmem budzić się z rana by po sobie popołudniu względnie już późno wieczorem z poczuciem zadowolenia z dobrze wykonanej pracy dobry materiał pozostawić. Nieistotne czy będzie to tekst spisany, czy jakakolwiek inna solidnie zrobiona, namacalna, dostrzegalna praca – byleby wykonana z pasją i zaangażowaniem. Tyle że coś za coś, bo doba nie jest z gumy i jak pasja z pracą jest tożsama to cała energia w nią wtłoczona nie pozostawia nic albo niewiele dla prywatności. Cierpią pewnie w różnym natężeniu ważkie tematy - rodzinne relacje naturalnie i przede wszystkim. Sęk w tym by równowagę względną odnaleźć, nie wpaść w wir szaleństwa, zachować umiar i proporcje wyważyć. Kierować się zdrowym rozsądkiem i wyrozumiałością - szczęście przecież od doskonałej symbiozy zależy. :)

P.S. Gwoli ścisłości i aby cokolwiek konkretnego o samym filmie się pojawiło, bo powyżej więcej swobodnego odlotu niż merytorycznego sedna, a może ktoś kto tutaj trafi wolałby suche fakty, niźli jakieś natchnione ale w rzeczy samej komunały w duchu Paulo Coelho przeczytać. ;) Zatem dla tych koneserów szablonowej formy zdań kilka. :) Dobry temat dziennikarze wyłapują, angażują się w realizację założonego celu, z dylematami się mierzą, moralne przekonania próbie poddają i nerwowość wprowadzają. Pismacze śledztwo dynamicznie jest prowadzone i ryzyko w bezpośrednim powiązaniu z karierą i rodziną się pojawia. Realizację we wszystkich technicznych aspektach świetną i aktorstwo rewelacyjne obserwujemy, a w rolach głównych ówczesna hollywoodzka śmietanka: Michael Keaton, Randy Quaid, Robert DuVall oraz dwie temperamentne kobitki Glenn Close i Marisa Tomei taki popis dają, że "klękajcie narody i respekt na grubo". :) Tyle! Mało? Trudno! Kropka!

czwartek, 14 września 2017

Steven Wilson - To the Bone (2017)




Po ostatnim albumie, w moim mniemaniu nareszcie znakomicie wyważonym, dla innych zaś zbyt wyposzczonym (bo krótki, bardziej popowy, mniej progresywny) Steven Wilson w solowym wydaniu stał się dla mnie kąskiem smakowitym i z dużym apetytem, ślinką cieknącą oczekiwałem na posiłek nazwany To the Bone. Rozpoczęło się znakomicie, gdyż pierwszy singlowy numer zatytułowany Pariah, nagrany w duecie z Ninet Tayeb (to ta sama, która emocje podnosiła w Routine) zwiastował podobny zastrzyk uczuciowości, jaki w najlepszych numerach z Hand. Cannot. Erase gościł. Nie zdążyłem jeszcze na dobre zatopić się w tej świetnej kompozycji, a Wilson do netu wrzucił drugi numer. Song Of I, także duet, tylko z Sophie Hunger z zupełnie innej muzycznej beczki wyjęty intrygował mrocznym eksperymentalnym obliczem, w którym nowoczesna elektronika ożeniona zostaje z partiami instrumentów smyczkowych, zapewne także generowanych przez parapet. I wtedy, gdy zakładałem, że to będą dwa bieguny tego samego lądu Pan żartowniś z szelmowskim uśmiechem pochwalił się czymś co nazwane zostało Permanating brzmiące jak wypisz wymaluj owoc współpracy muzyków Electric Light Orchestra i Abby. Skoczna piosenka z ejtisowym bitem podbijanym rytmicznym pianinem, z lekka okraszona milusią gitarką. Co to było w szoku się zastanawiałem, czy natychmiast z plików będę usuwał ten numer gdy cały album przesłucham, a nie daj siło wyższa będzie tam więcej takich "perełek". :) Szczęśliwie to jedyna taka wolta na To the Bone, a ona sama pośród innych kompozycji przelatuje bezkolizyjnie i zaskakująco przyjemnie, chociaż przecież cała reszta zindeksowana pod jedenastoma tytułami zupełnie stylistycznie jest odmienna. Cały krążek tętni życiem, jest wielobarwny, bardzo eklektyczny i paradoksalnie w tej wielowymiarowości spójny. Kapitalny żywy otwieracz w postaci utworu tytułowego, bardzo wilsonowsko-jeżozwierzowy Nowhere Now, podobnie The Same Asylum as Before z pięknymi odcieniami brzmień gitarowych i mgiełką klawisza, czy mój ulubiony Refuge z tą podbijaną pod pianino perkusją i zjawiskowym solem po połowie harmonijki i wiosła - rzecz po prostu, która wzrusza, bardzo cholera wzrusza przecież twardego Mariusza. :) Dalej miniaturka Blank Tapes, czyli subtelna wymiana wokalna, po raz drugi z Ninet Tayeb poprzedzająca najbardziej żarliwy i konkretny People Who Eat Darkness, cholernie po linii Porcupine Tree z kapitalnych czasów zainicjowanych In Absentią. Wreszcie najbardziej progresywny kolos Detonation i finałowy, poruszający zwiewnością wokalno-instrumentalną Song of Unborn. Prawie tuzin doskonałości o różnorodnym charakterze, lecz jednym wspólnym mianowniku. Nim geniusz kompozytorski Wilsona, który zadziwiająco dobrze odnajduje się w nieco bardziej przystępnym niż to jeszcze kiedyś bywało repertuarze, jednocześnie nie tracąc nic ze swej wyjątkowości. Jeżeli mam słuchać płyt eterycznych to tylko w takim tonie.

środa, 13 września 2017

L.A. Confidential / Tajemnice Los Angeles (1997) - Curtis Hanson





Podarował mi przed laty Curtis Hanson Tajemnicami Los Angeles sporo frajdy, gdyż z powodzeniem odrestaurował konwencję kina noire, a w dodatku zafundował w towarzystwie całej plejady atrakcyjnych aktorskich nazwisk świetnie utkaną intrygę do rozwiązania. Gasząc pełen optymizmu mit lat 50-tych nakręcił przepełniony melancholią policyjny dramat o namietnym melodramatycznym sznycie. Dynamiczny i ekscytujący, z kapitalnie rozgrywanymi wątkami, zawiłymi powiązaniami pomiędzy bohaterami, wnikliwą, ale szczęśliwie nieprzeintelektualizowaną psychologią postaci i ambicją idealnie równoważoną soczystą akcją. Film zarówno emocjonalny jak i rozrywkowy, opowiedziany z polotem ale i szacunkiem dla konwencji. W nim sporo bohaterów równorzędnych, głównie gliniarzy z różnych poziomów wtajemniczenia. Żarliwego, kierowanego głównie impulsem twardziela (Russell Crowe), wypielęgnowanego i wyrachowanego gwiazdora (Kevin Spacey) i ambitnego młodego idealistę (Guy Pearce) ale także pismaka węszącego i inspirującego tanią sensację (Danny DeVito) oraz ekskluzywną nieszczęśliwą panią do towarzystwa (Kim Basinger). Wszyscy zaplątani w życie miasta aniołów, ukryte pod grubą zasłoną domniemywań, które z reklamowaną sielanką z przedmieścia ma niewiele wspólnego. Tutaj korupcja króluje, mroczne powiązania pomiędzy światem przestępców i stróżów prawa, pośród namiętności ducha i pokus dla ciała. W tym fascynującym dwuznacznym moralnie aliansie osobowości i motywacji tkwi między innymi tajemnica sukcesu obrazu Curtisa Hansona. Ona wraz z reprezentowanym filmowym gatunkiem sprawia, że dwie dekady od premiery ja wciąż z satysfakcją powracam do tego tytułu.

Drukuj