niedziela, 24 maja 2020

Amorphis - Under the Red Cloud (2015)




To duże moje niedopatrzenie, że przez kilka już solidnie okraszonych quasi recenzenstwem lat, na prywatnym blogu gdzie opinie odnośnie sztuki filmowej i muzycznej uparcie forsuje nie pojawił się nawet jeden wpis traktujący o twórczości fińskiego Amorphis, który nota bene może dzisiaj nie stanowi dla mnie kluczowej fascynacji, ale w tych latach, w których zaczątki gustu formowałem wchodząc w świat rockowo-metalowej sceny, był formacją ważną i niebezzasadnie szanowaną. Postaram się zatem (jeśli ludowi Bogowie Północy pozwolą ;)) nadrabiając systematycznie te zaległości, także sam dla siebie w miarę konsekwentnie i intensywnie odświeżać swoją relację z bieżącą działalnością grupy, jak i przede wszystkim z całym przeszłym doświadczeniem z ich krążkami, które tak jak wspomniałem lata temu często i gęsto jeszcze w postaci zapomnianych obecnie kaset magnetofonowych gościły w moim stereo. Nie zacznę jednak tej misji od pradziejów i któregoś albumu stricte death metalowego z długoletniej kariery Finów, ani (co chyba powinienem uczynić) od Elegy, krążka zaiste przełomowego - ani też dwóch świetnych, bo kapitalnie rockujących (dosłownie i w przenośni) wówczas płyt z tandemu Tuonela/Am Universum, czy nawet od Eclipse będącym zaiste porywającym początkiem niestety poniekąd końca ich rozwoju. Rozpocznę bowiem od albumu dotychczas przedostatniego, który jako ostatni na dzień dzisiejszy poznałem (Queen of Time z 2018 jeden raz nie zagościł - nie zainteresowałem się zwyczajnie, ochoty nie przejawiłem, ciekawości brakło :)). Czymże w moim przekonaniu jest więc Under the Red Cloud, że przypadła mu tak zaszczytna rola - czym sobie zasłużył? Zasadniczo niczym, prócz faktu, że to kolejny efekt upartej powtarzalności, której właśnie od Eclipse Amorphis jest wierny i który na przykład w odróżnieniu przykładowo od mało przekonującego The Beginning of Times posiada dar ogromnej słuchalności - jest chwytliwy, zwarty i spójny, a w samej rzeczy przywołujący najsilniej echa najważniejszych walorów stylu Amorphis. Etnicznych, lub jako ktoś woli folkowych nawiązań, melodyjnych refrenów od których ciężko się uwolnić (ciężko nie podśpiewywać ich pod nosem), pomysłowego, mimo że na swój sposób rutyniarskiego riffowania, konkretnego niedźwiedziego ryku Joutsena uskutecznianego na zmianę z przyjemnymi czystymi frazami (bez najmniejszego wysiłku oraz bez narażania słuchacza na dyskomfort generowanymi) oraz całościowo pasji zawartej w niczym właściwie nie zaskakującej hybrydzie ciężaru i przebojowości. Problem z Amorphis jest od prawie zawsze jeden - świetna rzemieślnicza robota, serce w nią oczywiście włożone, ale bez artyzmu czy większej ambicji. Co przyznaję nie zmienia mojego przekonania, że akurat od czasu pierwszej płyty nagranej z udziałem Joutsena Amorphis nie częstował takim solidnym impetem zawartym w naprawdę zapamiętywalnych numerach. 

P.S. Jak się powiedziało A, trzeba wkrótce B wydusić. Spodziewajmy się więc oprócz refleksji wokół płyt Amorphis notek startowych o innych fińskich legendach w rodzaju Sentenced, a może i gdy zabraknie materiału do oceniania także CHoB. :)

sobota, 23 maja 2020

Evergrey - Torn (2008)




Nie stwierdzę bez cienia niepewności, ale i wahać się zbytnio też nie zamierzam, by oznajmić, iż Torn to najlepszy krążek w dorobku Evergrey. Przynajmniej ja darzę go na tyle dużą sympatią i wracam do niego za każdym razem w pierwszej kolejności i z wielką satysfakcją, zawsze wtedy, gdy nachodzi mnie ochota na mniejszy, bądź nieco dłuższy maraton z muzyką ekipy Toma Englunda. Wielkim plusem świetnych kompozycji znajdujących swoje miejsce w programie Torn jest zdecydowanie bardziej szorstkie brzmienie, które może małym, ale jednak kosztem selektywności stawia na siłę i moc płynącą z bezpośredniego ciężaru przybrudzonego brzmienia i ostro koszących, wybitnie jak na standardy Evergrey świdrujących wioseł. Być może to tylko subiektywne moje odczucie, bo jakoś nie było okazji by z innym fanem Evergrey skonfrontować swe odczucia, ale kiedy słucham bezpośrednio przed czy po powyższym serii krążków zapoczątkowanych Solitude, Dominance, Tragedy (1999), a zakończonej The Inner Circle (2004), mam bardzo wyraźne przeświadczenie, że powiew świeżości brzmieniowej czuję. Oczywiście posiadam wiedzę, że pewnego rodzaju zwiastunem przemian był poprzedzający Torn, niekoniecznie w stu procentach udany Monday Morning Apocalypse - na którym mimo prób odświeżenia formuły poprzez jej uproszczenie, zabrakło moim zdaniem po prostu oczekiwanej zawartości Evergrey w Evergrey (a co miało już miejsce właśnie na płycie wydanej w roku 2008). Torn bowiem to najczystszy, profesjonalnie wydestylowany Evergrey, a utwory składające się jedenasto-indeksową całość, po pierwsze klimatem i rozbudowanymi aranżacjami nawiązują do pięknej przeszłości, lecz po drugie właśnie za sprawą ukręconego brudnego soundu wnoszą dodatkowo odrobinę nonszalanckiej maniery, idealnie bilansując heavy metalowy ciężar z dark metalowym patosem. Stąd nie mam podczas odsłuchu Torn (czasem w przypadku innych albumów Szwedów drażniącego uczucia), że w tej pełnej wyobraźni emocjonalnej twórczości zbyt wiele emfazy zagościło. Ona tutaj jest oczywiście (nie wyobrażam sobie by jej zabrakło), lecz w formule która zbija wszelkie moje pretensje odnośnie jej cech irytujących. Szczególnie słychać ją w finałowych numerach i ich doskonałych aranżach bogatych progresywnym rozpasaniem i fantastycznie budowanym napięciem. Oddaje się więc po raz kolejny we władanie Torn i czekam na spełnienie, które nadejdzie wraz z finałem w postaci These Scars. :)

środa, 20 maja 2020

The Gathering - Souvenirs (2003)




O szczegółach mojej przygody z holenderskimi refleksyjnymi smutasami w kilku poprzednich reckach dość szczegółowo pisałem, stąd w tym momencie jedynie na wstępnie wspomnę, iż to od właśnie Souvenirs na dłuższy czas mój kontakt z ich muzyką się zerwał, a tylko w międzyczasie bardzo incydentalnie zapuszczałem w krótkich sesjach wcześniejsze niż Souvenirs albumy. Obecnie natomiast na nowo odkrywam to, co zdarzyło mi się pobieżnie tylko poznać lub całkowicie zignorować i na fali tej resentymentalno odkrywczej fali zajeżdżam obecnie tą finalnie szczęśliwą siódemkę, twierdząc na dzień dwudziesty maja dwa tysiące dwudziestego roku, że to kapitalna do penetrowania kopalnia smaczków pochodzących z przysposobionej w sporym natężeniu progresywno-art rockowej, tudzież transowej trip-hopowej formuły, jak i wysublimowanych pomysłów aranżacyjnych, które zachowując ducha i klimat sztuki sygnowanej dotychczas nazwą The Gathering, dojrzewają w tym konkretnym przedziale czasu z dużym powodzeniem. Wszakże te pomysły nowe i odważne (nawet eksperymentatorskie nieco), jednako dalekie od popuszczania wódz wyobraźni i fantazji zbyt mocno, co pomaga utrzymać rygor konstrukcyjny, coby chwytliwość w nich była i idealnie zbilansowana została z ambicjami. Nie zauważam tym samym na Souvenirs żadnego potknięcia, a każda kompozycja jawi się jako szczegółowo dopracowany koncept liryczno-brzmieniowy, którego kluczowym walorem zdaje się być harmonia pomiędzy wszystkimi poszczególnymi składowymi i idealne ich zbilansowanie. Rozumiem też, że poszczególne fragmenty, motywy czy nawet całe utwory, szczególnie te pozbawione silniejszego uderzenia w struny mogą tak jak mnie wówczas w roku 2003 wydać się zbyt miękkie i przez to trudne do zaakceptowania, kiedy świadomość istnieje w słuchaczu, iż zespół swoje formatywne lata spędził na scenie, gdzie siła, moc, ale i emocje głębokie odgrywały kluczową rolę. Tu podpowiadam, że należy wtedy spojrzeć na kolejny krok poczyniony wówczas przez ekipę "anielskogłosej" Anneke, jako naturalna ścieżka rozwoju, a zmiękczenie przekazu dźwiękowego uznać za jeszcze bardziej dogłębne wrastanie w emocjonalny wyraz tworzonej sztuki, która nie tylko ciężkim brzmieniem przekazuje to, co w duszach i sercach muzyków żyło. Chociaż oddając całą obiektywną prawdę skrywaną w powyższej subiektywnej prawdzie, to Souvenirs nie jest aż tak mięciutkie jakby mogło być, bo przestery i mocne brzmieniowe akcenty goszczą tutaj również. I ten balans mnie się dzisiaj bardzo podoba! :)

P.S. Bo bym zapomniał! Krążek zamyka duet, nie byle jaki duet! Duet nad duetami. ;)

niedziela, 17 maja 2020

Paradise Lost - Obsidian (2020)




W ekspresowym tempie quasi recka nowego albumu paradajsów na blogu ląduje, bowiem uważam iż trudno oczekiwać, aby chwytliwy styl wyspiarzy od lat eksploatowany nagle w formule skomplikowanej się objawił, szczególnie gdy to co na Obsidian umieszczono już po kilku odsłuchach w zasadzie za serducho chwyciło i swoją określoną w zamierzeniach formę uważam już przybrało. Pomimo impulsywnie krytycznego stosunku do obecnej ścieżki jaką raj utracony podąża i uparty brak wiary w stu procentową uczciwość okazywanej motywacji, wiem że będę tych typów smutnych na bieżąco słuchał, póki swoje po swojemu grać będą oraz w miarę systematycznie i konsekwentnie donosił co mi się nie podoba w ich wielbionej bezkrytycznie swego czasu (na wysokości Icon/Draconian Times) muzyce. W moim maksymalnie subiektywnym odczuciu obecnie, to od kilku krążków ten sam kurs, tylko tu raz przechył trochę na prawą, potem odrobinę na lewą burtę następuje - ze względnym manipulowaniem przepustnicą odpowiedzialną za rytm i prędkość. Takie bujanie bez większego przekonania uskuteczniają, a tu należałoby może pójść całą naprzód za intuicją bez obaw i kalkulowania. Ponadto twierdzę stanowczo, iż wieszczony przy okazji refleksji wokół poprzedniczki w postaci Medusy dojazd na biegu wstecznym do archaicznej retro ściany, przyniósł obecnie na szesnastym już albumie nawrót do grania na modłę początkowych prób powrotu do korzeni i mnie akurat on w więcej niż minimalnym stopniu przekonał. Bowiem inny kierunek w rodzaju dalszego mocowania się z doom metalem o death metalowych proweniencjach niebezpiecznie sprowadziłby muzyke PL do postaci echa "mackintoshowego" Vallenfyre czy nawet "współholmsowego" na ten czas Bloodbath. W tej jednak postaci zaproponowanej na Obsidian, mimo że kompozycje nie porażają świeżością ani nie zaskakują wielkim zwrotem, jest nadal ten właściwy duch paradajsowy, a brak szału schodzi na dalszy plan, kiedy fantastyczne wiosło Gregora nie tylko w emocjonalnych solówkach do głosu dochodzi. Chciałem przez to powiedzieć, że bez Mackintosha rzemiosła i tej jego romantycznej ekspresji już dawno dość toporne aranżacje konstrukcyjne pogrzebałyby legendę pod przyciężkiej topornością formułą. Póki co wiosło prowadzące pięknie pracuje (wspomagane wyrazistym bulgotem basu) i nawet jeśli jako całość Obsidian nie porywa tak jak chciałbym aby porywało (od ery przed One Second cholera na CIOS czekam), to napisać że nie mam ciar, gdy słucham poszczególnych fragmentów jakiejkolwiek płytki Brytoli, w tym właśnie tej teraz czas poświęcanej byłoby z mojej strony bezczelnym kłamstwem.

sobota, 16 maja 2020

The Souvenir / Pamiątka (2019) - Joanna Hogg




Zdecydowanie niezupełnie oczywista to kompozycja obrazu i treści. Urozmaicana dość bogato mostami w postaci zamrożonych czarno białych fotografii, pięknie uwypuklających reżyserską istotę twórczych zamiarów wykorzystywania artystycznych kadrów. Krótkie sceny nasycone są dużą ilością psychologicznej treści, chociaż pojawiają się, rozwijają i szybko przekwitają tworząc ciąg porwanej narracji, która nie traci jednak zupełnie wyrazistej formy i logicznego sensu. Widać znakomicie, że oprócz ambicji karmienia widza intelektualną poetycką myślą, czy psychologicznymi niuansami ewoluującej w toksyczny charakter relacji, film posiada też walory w postaci świetnego warsztatu produkcyjnego. Można by się czepiać forsowanego zbyt pretensjonalnego intelektualizmu, mało zrozumiałych dla szczególnie współczesnego zwykłego zjadacza chleba odjazdów bohaterów w duchowy manieryzm, ale to chyba była część tego w moim przekonaniu brytyjskiego kontrkulturowego klimatu nie tylko dwóch wcześniejszych dekad, lecz także i lat osiemdziesiątych. Trochę też patrząc na wymiar dialogowy Allenowsko wyszło, ale bez grama tego charakterystycznego dla patyczaka poczucia humoru i co ważniejsze bez większego emocjonalnego pobudzenia. Bo Pamiątka to niezupełnie oczywista kompozycja bazująca na ciekawym koncepcie, ale jednak cholernie monotonna.

P.S. Studio A24 zdominowało ostatnio tereny gdzie spotyka się jakość artystyczna z wartościową rozrywką, czego mimo tej ogólnie mdłej ekspozycji, całkiem dobrym przykładem jest też The Souvenir.

piątek, 15 maja 2020

Interiors / Wnętrza (1978) - Woody Allen




Czerpiący swobodnie z fragmentów biografii Ingmara Bergmana pierwszy nieallenowski obraz Allena - jeśli wierzyć zdaniu i wiedzy ekspertów, od przede wszystkim pierwszej fazy jego twórczej działalności. Nieallenowski poniekąd jednak, bowiem grzebać w duszach i sumieniach bądź mentalności i świadomości mistrzunio zawsze kochał i robił to zazwyczaj genialnie. Przy okazji "nienormatywnych" Wnętrz jednak całkowicie zrezygnował z satyry na rzecz śmiertelnej powagi, a widowiskowe intelektualne dyskusje wyhamował do postaci zdecydowanie bardziej naturalnych dialogów. Skomponował kameralny dramat na fundamencie artystycznego stylu i burzliwego rodzinnego życia swojego mentora, pięknie zaadoptował i rozpisał złożone relacje interpersonalne oraz zagospodarował talenty aktorskich indywidualności. Zbudował złożony rodzaj mocno zaangażowanej psychoanalizy na fundamencie bystrej obserwacji, tudzież bezpośredniej spowiedzi postaci w formule zdawania relacji z życia codziennego i wszystkich tych właściwie newralgicznych wydarzeń - na  kozetce wywnętrzania się zagubionych pośród przeżyć, nie tylko samych introwertyków. Czy te tytułowe wnętrza to dosłowne architektoniczno-dekoracyjne znaczenie usystematyzowania najbliższej przestrzeni, jak i naturalnie głęboki wgląd w wewnętrzne namiętności rozbudowanej emocjonalności - one jako alegoria i stan intrygujące niezwykle. Mimo iż Wnętrza w sensie dzieła filmowego są całkowicie pozbawione muzyki, tkane jakby w próżni akustycznej, to z głuchym brzmieniem donośnej sugestywnej ciszy w poetyckiej formule, dzięki użyciu kilku doskonałych ujęć (z tym wyjątkowo płynnym i zapadającym w pamięć spacerem plażą). To surowe i zaskakująco depresyjne kino dopiero teraz premierowo obejrzałem - wciśnięte bez pompy pomiędzy jedne z dwóch najgłośniejszych dokonań reżyserskich Allana Stewarta Konigsberga.

P.S. Wszystko skupiało się wokół histerycznego stanu emocjonalnego matki, a obok równorzędnie w kompletnej ciszy rozgrywały się bardziej dyskretnie milczące psychiczne dramaty córek. To taka uwaga w kwestii mojej spostrzegawczości. ;)

czwartek, 14 maja 2020

In the Woods... - Pure (2016)




To co wczoraj sobie obiecałem dzisiaj już realizuję, czyli pisząc o studyjnym powrocie Green Carnation trafiłem na krążek In the Woods..., który jak mnie pamięć oszukała (bo czas jak się okazuje błyskawicznie zapie*****), wówczas w 2016-tym gdy się pojawił (a mnie się wydawało że to było góra dwa roki temu :)), zainteresował mnie wyłącznie na chwilę - bowiem pod wpływem jednej z niewielu rodzimych recenzji, które niezbyt przychylnie oceniały jego jakość, to ja zbyt wiele czasu, a w związku z tym żadnej niemal szansy na osobiste przekonanie do niego jemu i (miałem przez chwile nadzieję) sobie nie dałem. Wrzuciłem na odsłuch może raz, góra dwa i jeszcze podczas wykonywania licznych codziennych domowych czynności, które nie sprzyjają skupieniu się na detalicznej weryfikacji znaczenia dźwięków dla samopoczucia i tym bardziej wywołania emocji wyższego niż tylko te przyziemnego rzędu. :) Czynię to teraz niejako rekompensując tym samym moją nierzetelność i nawet jeśli nie uważam, aby Pure było lipne, to jego objętość i niestety monotonny charakter nie sprzyja też obecnie zbudowaniu silniejszej z nim więzi. Ponadto kiedy pamięta się takie Strange in Stereo z 1999 roku (do chwili wydania Pure stanowiące ostatni akord studyjnego żywota tej efemerydy), to nie trudno się nie zgodzić z redaktorem Dunajem, że między innymi: czas nie obszedł się z nimi zbyt łaskawie, mimo iż jako jedni z niewielu kładli podstawy pod eteryczny black metal słyszalny między innymi na krążkach francuskiego Alcest, że na Pure zniknął ten eksperymentatorski, lekko nawiedzony klimat, a jego miejsce zajął nieco kwadratowy gotycki metal z po części tylko udanymi progresywnymi wycieczkami etc. etc. Dlatego też uczciwie teraz napiszę (bo w końcu poświęciłem stracony niestety czas), że tak jak (powiązany personalnie swego czasu) Green Carnation robiąc o wiele mniej nowej muzyki osiągnął współcześnie o wiele więcej. Kropka!

środa, 13 maja 2020

Green Carnation - Leaves of Yesteryear (2020)




Pierwszy od piętnastu lat świeży studyjny wypiek Green Carnation pojawia się z zaskoczenia, bez naturalnie wielkiej pompy promocyjnej i zaskakuje nie tylko tym, że jest, ale też iż bardzo mocno punktuje w kwestii jakości. Znając doskonale twórczość Norwegów z przełomu tysiącleci, a nawet w owym czasie będąc pod zdecydowanie sporym wpływem ich muzyki śmiem donosić, iż te pięć nowych kompozycji zawartych w niespełna trzech emocjonujących kwadransach (to i tak więcej niż jedna w czterech - Light of Day, Day of Darkness się kłania :)), to jedne z najlepszych utworów jakie "zieloni" w swojej historii skomponowali. Oczywiście nie jest to jakiś gigantyczny skok jakościowy, więcej nawet pomiędzy albumami sprzed lat, a Leaves of Yesteryear nie dostrzegam znaczących różnic w stylu i mocy oddziaływania, ale kiedy dla porównania przypomniałem sobie A Blessing in Disguise i The Quiet Offspring, to odczułem, iż właśnie "świeżynka" (w post scriptum zwięzłe wyjaśnienie dlaczego w cudzysłowiu) robi najlepsze wrażenie. Gdzieś jedynie wspomniany powyżej Light of Day, Day of Darkness odbija się podobnym echem i gdybym miał teraz ustalać kolejność względem współczynnika waloru słuchalności do waloru ambicji, to ten najnowszy krążek ustawiłbym na równi z płytą z 2001-ego roku, a pozostałe dwa zakotwiczył poniżej - z delikatnym prymatem trójki nad czwórką i bez umieszczenia w tej hierarchii debiutu (bo mało z obcowania z nim szczerze pisząc pamiętam, a czasu na "pełne" wspominkowe odświeżenie nie znalazłem) i naturalnie bez akustycznego Acustic Verses (bo to zupełnie inna kategoria gatunkowa). Kiedy od kilku dni Leaves of Yesteryear osadzony w tak samo w refleksyjnym jak i dramatycznym kontekście muzyczno-lirycznym często z ogromną melancholijną dla mnie przyjemnością w głośnikach wybrzmiewa, to myślę sobie, iż to wspaniała dla mnie niespodzianka i nie tylko okazja aby nieco zapomniana już formacja w niewiele tylko odmienionej formule na nowo mnie zainteresowała, ale także okazja aby mroczną metalową progresję z całkiem wyraźnymi ambicjami pod innymi szyldami powspominać. Takim nie całkiem ślepym trafem popularny serwis z filmikami (i nie tylko) podsunął mi pod uszy kolejnych ciekawych przedstawicieli sceny sprzed już dwóch dekad, których świadomość istnienia przykrył kurz, a wynik spotkania (jak na razie) z ich również powrotnym po latach albumem już zaraz/natychmiast w formie zwięzłego quasi eseju w stronach NTOTR77 umieszczę.

P.S. Nie zapominam donieść, że cztery kompozycje to w pełni autorska robota (w tym aranżacyjnie odmieniony My Dark Reflections of Life and Death), a piąty to jak spojrzycie w rozpiskę świetnie zaaranżowany klasyk legendarnej ekipy z Birmingham. Co w proporcjach nowy do stary zmieniając wiele, niewiele właściwie nic nie zmienia, kiedy powtarzam jako całość album brzmi kapitalnie.

Drukuj