piątek, 24 marca 2017

The Gathering - if_then_else (2001)




Dość często ostatnio pozwalam zaistnieć wokalnie Anneke van Giersbergen i zastanawiam się czy powinienem zacząć martwić się tą tendencją - szczególnie, iż byłem od lat przekonany, że niewieście trele mnie już nie interesują. :) Może powodem powracania na nowo do kilku albumów The Gathering nie są popisy pani wokalistki, a sama muzyka i jej jakość? Bez rozstrzygania czy magnesem Anneke czy warstwa instrumentalna, przyznaję jednak, iż odrobinę się wstydzę, gdy taki rodzaj wrażliwości muzycznej zaczyna u mnie dominować. To taka eteryczna magia, której się poddaje, a z którą ze względu na płeć nie powinno być mi po drodze. :) Usprawiedliwiam teraz te kroki, stosując strategię żartu, spojrzenia na sprawę z przymrużeniem oka, jednakże „poważnie” pisząc mam świadomość, iż subtelnieje z wiekiem, a przyszłość moja może być już pisana pod znakiem totalnej słabości do miękkich dźwięków. ;) Może na wyrost dramatyzuję, ale strach jest, kiedy pomyślę gdzie mogą zawitać moje gusta za lat kilka, może kilkanaście. :) Póki co napędzany sentymentem kontakt z kompozycjami Holendrów nie jest jeszcze szczytem łagodności, bo w miarę ciężkich gitar na if_then_else całkowicie nie zarzucili, a w poniektórych numerach rasowa rockowa werwa wyczuwalna jest odpowiednio wyraźnie. Wiosła może nie dominują, ale skutecznie przypominają, iż nawet jeżeli The Gathering na krążku z 2001 roku zmierza w stronę czegoś w rodzaju transowego trip hopu z wyraźnym progresywnym zacięciem, to jednak pamięta z jakiej muzycznej ziemi pochodzi. Od siermiężnego doom metalu przecież zaczynali, a że przy nim nie pozostali, tylko dobrze świadczyć o nich może. Bowiem broń hmmm… (nie)Boże, absolutnie nie deprecjonując wartości różnorodnego metalowego rzężenia uważam, że każdy zespół, który sam siebie szanuje powinien zawsze podążać za głosem instynktu i nie ograniczać się do odcinania kuponów od zdobytej (w tym akurat przypadku) względnej sławy. Szacunek zyskany odwagą podążania własną drogą, nie zważając na trendy i rezygnując z cumowania w bezpiecznej przystani jest wart znacznie więcej niż ten powiązany z pozostawaniem w artystycznej stagnacji, produkując kolejne wariacje na temat najbardziej popularnego własnego albumu i przy okazji nabijając sobie kieszeń srebrnikami za cenę poddania się presji fanów i rynku. Przynajmniej ja w kontekście The Gathernig zasadniczo w wyższym stopniu cenię przykładowo właśnie if_then_elese czy How to Measure a Planet? od Nightime Birds, będącego słabszą kopią swego czasu genialnego Mandylion. Rozumiem, że The Gathering po tej nie w pełni udanej próbie zdyskontowania swojego najpopularniejszego krążka poczuli, iż nie tędy droga do artystycznego samospełnienia, a kolejne akty przywiązania do stylu albumu z roku 1995 będą nierozsądnym brnięciem w ślepą uliczką. Szczególnie, że był w nich potencjał na więcej, co udowodnili pisząc kolejne rozdziały w swojej historii i robiąc to na tyle sprawnie i ekscytująco, że nawet po latach dobrze się gawędzi o płytach odnajdujących się w rejonach coraz mocniej oddalonych od doomowo gotyckich korzeni. Pisałem przy okazji refleksji w przedmiocie How to Measure a Planet? iż zweryfikuje z dzisiejszej perspektywy także wartość krążków po if_then_Else nagranych i coraz mocniejsze mam przekonanie, że słowa dotrzymam, bo częste ostatnio w odtwarzaczu wizyty płyt z lat 1995-2001 grunt pod wycieczki do bliższej przeszłości przygotowują.

P.S. Obietnica złożona i to po linii obaw o których powyżej pisałem. Teraz nic mnie nie uratuje przed zatonięciem w rzewnym plumkaniu. ;)

czwartek, 23 marca 2017

Fear Factory - Digimortal (2001)




Szesnaście lat temu (nie mogę się nadal przyzwyczaić to takich wartości czasowych) Digimortal był rodzajem szoku i może nawet rozczarowania, gdyż niby stylistycznie pozostawali rozpoznawalni, w miejscu jednocześnie nie stojąc, a ich muzyka jakby obranego kierunku nie oceniać po prostu ewoluowała, to jednak coraz mniej było w niej pazura utożsamianego z brutalną agresją i totalną miazgą płynącą z uzyskiwanego brzmienia. Coś było na rzeczy, że zamiast „hard” kompozycje coraz bardziej kierowały się w stronę „soft”. :) Gitary niby cięły te rwane riffy, moc była jak zawsze konkretna, a melodia nie zastępowała mechanicznego pulsu, to jednak rytmika zmiękczona została coraz wyraźniej chwytliwymi refrenami. Zamiast autorskiej pochodnej chłoszczącego bezlitośnie zimnego odhumanizowanego industrialu, do odsłuchu dostałem materiał idący mocno w stronę modnych brzmień typowo nu metalowych. I chociaż Fear Factory od zawsze było uznawane za prekursora stygmatyzowanego trendu to jednak na Demanufacture jak i Obsolete nie zaznałem tak wyraźnych konotacji z tym do bólu komercyjnym ujęciem gatunku. Na Digimortal niestety za dużo było tych wycieczek na „żenującą stronę mocy” i w efekcie nie zrobił ten album na mnie wrażenia porównanego z dwoma szacownymi poprzednikami. Co jednak człowiek spostrzegał ówcześnie jako rodzaj zawodu, dzisiaj widzi nieco inaczej, bo sporo się w międzyczasie wydarzyło i obraz dostrzegalny zmodyfikowało. Teraz z perspektywy lat nastu trzeba przyznać, że był to ostatni album z serii tych rozwijających autorską formułę w klasycznym składzie personalnym i niespychających grupy na manowce. Chociaż odejście Dino Cezaresa nie odbiło się tak od razu na jakości dźwięków, bo Archetype to bardzo dobry krążek, to już Transgression był totalną pomyłką i ostatecznym impulsem do zarzucenia kontynuowania dzieła spełnienia bez przysadzistego gitarzysty. Słucham sobie obecnie Digimortal, przyznaję, że po dłuższej przerwie i z chęcią po kolejne odsłuchy tego materiału sięgam. Nadal w konfrontacji z klasykami z lat dziewięćdziesiątych wypada on skromniej, ale nie czuje już tej przepaści pomiędzy nimi, jaka wówczas nakazywała zastanawiać się czy granicy nie przekroczyli. Oni jej nie przekroczyli, tylko z wyczuciem gdzieś niekoniecznie po linii prostej przesunęli. 

środa, 22 marca 2017

Anathema - A Fine Day to Exit (2001)




Może to ten krążek z nowej ery Anathemy, do którego wracam z najmniejszym sentymentem, lecz za cholerę złego słowa o nim nie napiszę. Wyjaśniam wpierw z przymrużeniem oka - bo nie jestem złośliwym, krytykanckim małym kpem i długo pracowałem by za takiego nie uchodzić, a akurat swoją pracę nad własnym wizerunkiem szanuję ogromnie. :) Na poważnie natomiast, bo to doskonale przygotowana porcja anathemowo rockowej muzyki, w której spotykają się inspiracje zarówno z okresu poprzedzającego A Fine Day to Exit jak i te wówczas na ekipę braci Cavanagh mocno oddziałujące. Czuć, że głośne deklaracje o ogromnym uznaniu dla Radiohead i Pink Floyd nie były w żadnym stopniu gołosłowne - tutaj rozwijane konsekwentnie nabierają dojrzałego charakteru i wyrazistych barw. Metalowe korzenie już dawno zeszły na plan dalszy i pozostały jedynie echem przeszłości, a do głosu doszły nowe fascynacje i świeże eksploracje. Anathema obierając progresywny kierunek popłynęła w piękne rejony, w których dźwięki stały się ilustracją emocji ludzi odkrywających własne ja. Chociaż brzmi to zapewne niczym tania emfaza i poniekąd z dzisiejszego punktu widzenia oczywistość, to takie są fakty, że wówczas nagrali po raz kolejny to, co im w duszy grało i za to zawsze uznanie im należne będzie. Zważywszy na fakt, iż potrafili własne uczucia ubrać w dźwięki intrygujące i poruszające. Patrząc na te kilka powyższych zdań, zadałem sobie pytanie – dlaczego akurat najrzadziej do A Fine Day to Exit powracam? Skoro to tak doskonała płyta, należałoby z nią częściej związek odświeżać.

wtorek, 21 marca 2017

Loving (2016) - Jeff Nichols




Oparta na autentycznych wydarzeniach historia państwa Loving, mieszanej amerykańskiej pary, która w latach 60-tych popełniając mezalians, w stanie Wirginia naraziła się na szereg prześladowań oraz w finale dzięki zaangażowaniu ambitnych prawników doprowadziła do zmian w Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Jednak do zwycięstwa w batalii przeciwko niesprawiedliwości prowadziła bardzo kręta ścieżka, pełna poświęceń i wątpliwości, obaw o sens walki i lęku przed jej reperkusjami. Podjęta ryzykowna gra nie gwarantowała przecież triumfu, a z pewnością miała istotny wpływ na napięcia pomiędzy małżonkami i bezpieczeństwo rodziny w społeczeństwie przesiąkniętym rasowymi podziałami. Zaletą niewątpliwie obrazu jest jego kameralna forma, skupienie się przede wszystkim na opowieści o ludziach, których zwykłe życie komplikuje niezrozumiałe prawo  i cały medialny szum rozpętany wraz z sądową batalią. Niewiele tutaj polityki, a same ideologiczne podłoże sprawy jest tłem w którym odnajdujemy relacje rodzinne, przeżycia wewnętrzne bohaterów i prawdziwą miłość. To stonowany film, można by napisać taki cichy, chwilami może nazbyt subtelny, ale jest w nim paradoksalnie sporo napięcia i krzyk, tam gdzie strach ustawiczny i życie ciągłe w niemej pokorze prowadzi do wyrwania się z bezradności i przeciwstawienie dyskryminacji. W czasach silnej segregacji rasowej, w jednym z najgorętszych miejsc Ameryki, gdzie radykalizmy dotkliwie wrosły w ludzką mentalność.

P.S. Czy tylko mnie powierzchowność i sposób aktorskiej interpretacji Rutt Neggy kojarzył się z naszą Gabriela Muskałą. :)

poniedziałek, 20 marca 2017

Silence / Milczenie (2016) - Martin Scorsese




Sporo o Milczeniu mocno krytycznie napisano - wiele cierpkich słów wypowiedziano pod adresem pracy, jaką w tym przypadku Scorsese wykonał oraz w stosunku do jego religijnych przekonań, które w najnowszym obrazie niby zbyt dosłownie gloryfikuje. Stąd miałem wiele obaw przed projekcją, a ją samą w czasie odwlekałem, by na własne oczy szybko się nie przekonać ile w komentarzach uzasadnionej krytyki, a może nietrafnych spostrzeżeń i nadinterpretacji? Błąd to był mój duży, że słuchając tych opinii, nie poszedłem za głosem intuicji by z miejsca samodzielnie sprawdzić wartość Milczenia. Umiarkowane oczekiwania zbudowane na fundamencie chłodnego przyjęcia obrazu przez ekspertów, w końcu spotkały się z doświadczeniem pochodzącym z osobistej autopsji i stwierdzam z przekonaniem, iż strach przed kompromitacją mistrza miał zbyt wielkie oczy, a pozorna jednoznaczność, głównie końcowych scen mogła w oczach wielu recenzentów interpretację zniekształcić. Od strony technicznej, a przede wszystkim wizualnej to prawdziwa perfekcja z fenomenalnymi zdjęciami, z kamerą harmonijnie podążającą za postaciami, z widowiskowymi panoramicznymi ujęciami urzekającej przyrody i kilkoma udanymi próbami wszczepienia do formy klasycznej dla mistrza tzw. boskiej perspektywy. Z aktorstwem na bardzo wysokim poziomie, z naciskiem na role japońskiej obsady, gdzie Issei Ogata w roli inkwizytora-negocjotora z przyklejonym uśmiechem, uzasadnionej wyższości prowokuje u zaślepionego padre wątpliwości i pobudza poczucie winy. Jestem nawet skłonny z powściągliwą, ale jednak pochwałą objąć grę Andrew Garfielda, który u Gibsona w Przełęczy ocalonych męczył tym płaczliwym wyrazem twarzy okrutnie, a tutaj pomimo zachowania w dużym stopniu podobnej maniery nie mierzi już nią tak bardzo. Na pozór to obraz mało skomplikowany, wręcz czarno-biały z wyraźnymi kontrastami i rozumiem, że wielu zapewne tej iluzji uległo zauważając, iż dobro i zło jest w nim ukazane nazbyt szablonowo i nienaturalnie. Jednak wydaje się to fasadą, być może nawet świadomie jako zachęta do dyskusji przez błyskotliwego mistrza kina zastosowaną, bo pod warstwą uogólnień naprawdę sporo aluzji do kwestii etycznych przemycone. To w rzeczywistości absolutnie nie jest próba wyłącznie uświęcania ofiar częściowej chrystianizacji Japonii (choć końcowa dedykacja może to sugerować) gdyż świat relacji pomiędzy religiami i ich wyznawcami nie sprowadza się li tylko do stygmatyzacji oprawców i idealizacji postaw ich ofiar. To skomplikowany obraz, gdzie wątpliwości współegzystują z żarliwych przekonaniem o racji, gdzie tradycja konfrontuje się z wpływami z  zewnątrz, gdzie podział na pana i chłopa, tudzież elitę i pospólstwo granice i różnice w odbiorze idei wyznacza. To manifestacja zarówno własnego przywiązania Martina Scorsese do religijnych dogmatów, jak i otwarta refleksja nad sensem i etyką ewangelizacji bez względu na koszty. To wreszcie i może przede wszystkim próba odpowiedzi na pytanie, czy można wewnętrznie głęboko wierzyć, a na zewnątrz tej wierze okazywać pogardę, bo okoliczności, dla dobra sprawy takiego rodzaju hipokryzję wymuszają? Scorsese w moim przekonaniu unika w odpowiedziach jednoznaczności i także z szacunkiem traktuje obraz buddyjskiej Japonii. Nie marginalizując wielu istotnych zmiennych w rachunku krzywd i win, dostrzega, że ci „potworni” samuraje nazywani pieszczotliwie poganami, którzy nie chcieli konkurencji, bronili tradycji dziadów przed wpływami z zewnątrz. Nie przemilcza częstokroć bezsensu męczeństwa, ofiary z cierpienia i śmierci, nie okopując się stanowczo po jednej ze stron konfliktu. Obraz tym samym skutecznie i sugestywnie daje do myślenia i co ważne z różnych perspektyw światopoglądowych pozwala materię analizować. Jest rodzajem świadectwa, do jakich okropieństw prowadzi potrzeba posiadania monopolu na władzę, także tę z religijnych względów przywłaszczaną, jak nisko upadają ci, co przekonani o własnym powołaniu i broniący przywilejów z taką łatwością ból zadają. Tutaj nie ma bez winy postaci, tutaj są ofiary własnej bezmyślności i nienawiści innych, a wszystko w imię wyimaginowanych bożków i obsesyjnego przywiązania do tradycji czy kultury. To żadna arogancka chrześcijańska propaganda, to rozbudowany film o szaleństwie rozumu, a różnica pomiędzy ukazanymi antagonistami taka, że jedni mieli narzędzia i moc sprawczą by niszczyć obce przekonania, a drugim brakowało tych możliwości. Nie trzeba ogromnej wiedzy i tak samo potężnej wyobraźni by dostrzec, że te role na kontynencie europejskim i w obu Amerykach były zamienione - prześladowani chrześcijanie, w innych rejonach sami bezwzględnie prześladowali. Gdzie kończyli poganie i heretycy, z jakim rozmachem europejska inkwizycja odbierała ludziom życia - jak mają władzę to są paniskami, rządzą i dzielą, swój światopogląd bezlitosnymi metodami narzucając. Nie posądzam jak wielu to uczyniło Martina Scorsese o stronniczość, a szacunku i pewności do jego pozbawionego radykalizmu przywiązania do katolickich reguł nabiorę, jeśli dla koniecznej równowagi w najbliższej przyszłości coś o historii "dobroduszności" kościoła w Europie nakręci. :)

P.S. Jeszcze jedno, tak na marginesie, ale nie bez wpływu przecież na odbiór Milczenia. Ta cała filozofia stojąca za porwanymi obłędem religijnym misjonarzami jest dla mnie, jako agnostyka, względnie ateisty (szczegóły ;)) całkowicie niezrozumiała. Strategia bezczelnego egoistycznego zaszczepiania na niezrozumiałym kulturowo gruncie własnej i arogancko uznanej za tą właściwą wersji prawdy. Działania w rodzaju nieście "dobrą" nowinę w świat, ewangelizujcie bądźcie nauczycielami, wciskajcie Jezusa Chrystusa tym, którzy go nie potrzebują, wykorzystujcie prostactwo, frustracje i sytuację materialną najniższych warstw. Zadaje pytanie - czy taka jest powinność dobrego żarliwego chrześcijanina? Tego nie jestem w stanie zrozumieć, że jak człowiek jest szczęśliwy ze swoimi przekonaniami, jak one dają mu radość to ma wewnętrzną potrzebę narzucania innym jak mają żyć, podług jakich zasad funkcjonować. Ta cała chęć sprzedawania swojego Boga jest żałosna i niebezpieczna, nie szanuje człowieka a wręcz go uprzedmiotawia, traktuje jak wirusa infekującego lub organizm stający się nosicielem. To taka zaraza odbierająca rozum i pozbawiająca rozsądku. 

piątek, 17 marca 2017

Manhattan (1979) - Woody Allen




Taka sytuacja! Mam wolny wieczór, spędzam go zatem dla „odmiany” na kanapie przerzucając kanały pomiędzy programami o ludziach uciekających od cywilizacji, żyjących na krańcach świata w ascetycznych warunkach, a sportowymi zmaganiami zawodowych koszykarzy z północnoamerykańskiego kontynentu. :) Dwa, trzy pstryczki na pilocie i przypadkiem wpadam na Kulturę (bo odkąd dobra zmiana włada publiczną, znaczy narodową TV to rzadko płacony abonament wykorzystuję) i widzę, że już za dwie minuty Allenowski Manhattan będzie pokazywany. Myślę sobie, że szkoda taką okazję przegapić, bo to tytuł z bogatego dorobku gawędziarza jeden z najgłośniejszych i najliczniej nagradzanych, a że ja braki w znajomości filmografii Konigsberga posiadam to wypada je w końcu systematycznie nadrabiać. Nie żebym charakterystycznej formy Allena nie lubił i nie doceniał, zwyczajnie ta intelektualna formuła nazbyt powtarzalna, a przeto po kilkunastu produkcjach nie aż tak atrakcyjna. Są jednak takie chwile kiedy z satysfakcją spotykam się z jego bystrymi analizami, a po lampce wina (czasem dwóch, trzech…) to już robię to z ekscytacją. :) Przyjazne zbiegi okoliczności wówczas wieczorem kierowały, zatem wiadomo… obejrzałem żarliwie Manhattan. :) Nie napiszę jednak nic nowego ponad to co do tej pory w temacie filmów Allena pisałem, bo to klasyczna wariacja z Nowym Jorkiem w roli równoprawnego bohatera fabuły, z bogactwem wymyślnych figur językowych, konstrukcji dialogów błyskotliwej, określeń wyrafinowanych i intelektualnego dyskursu o sztuce, kulturze i filozofii. Rozgadane, czasem przepaplane, z poczuciem humoru, bo mimo, że takie intelektualne to w rozrywkowym przecież tonie. Taka romantyczna i nieco kontrowersyjna historia, gdzie Diane Keaton błyszczy, wielka Meryl Streep swój charakter zaznacza, a dominuje narcystyczny Pan z metra cięty. Gdzie słowa psychoanalityk i apodyktyczna pojawiają się dziesiątki razy, a bohaterowie pół życia spędzają na zastanawianiu się gdzie doszukać się sztucznego problemu, bo tych prawdziwych to raczej nie mają. Klasyczne kino czerpiące z hollywoodzkiego dorobku, nieco ubarwione manierą Allena, a mnie wciąż nie przestaje dziwić, że tak kreatywny i bystry umysł miast przekraczać granice, otwierać nowe drzwi to z uporem fiksuje się na cyklicznym robieniu kina powtarzalnego. Przecież każda jego kolejna produkcja to tak naprawdę kalka ikonicznych obrazów sprzed lat.

czwartek, 16 marca 2017

Edward Scissorhands / Edward Nożycoręki (1990) - Tim Burton




O bidulkowatym Edwardzie, który zamiast dłoni zestaw do cięcia, przycinania i cieniowania posiada, czyli o ciekawości, wrażliwości, samotności i inności. Niezrozumieniu, odrzuceniu i cierpieniu, stereotypach konwenansach i ogólnie budowaniu iluzji na pokaz - na poły poważnie i z groteskowym poczuciem czarnego humoru. Stąd konkluzja się rodzi, że choć nie każda bajka kończy się dobrze to zawsze przynosi ze sobą morał, a że kino Burtona jest wyjątkowe nie muszę nikogo do tego tytułu przekonywać. Lecz ceniąc niezwykły klimat jakim nasycone jego fikuśne obrazy, nie muszę jednocześnie popadać zawsze w zachwyt nad jego treścią, bo niestety Burton ma to do siebie ze czasem przedkłada efekt wizualny (charakteryzacja, scenografia) nad wysokich lotów efektywność emocjonalną. Jest jednak w jego karierze niewielka ilość tytułów, które mają jedno i drugie. Nie mam w ich przypadku poczucia dyskomfortu, że to ładne ale w środku to banalne lub zwyczajnie puste. Edward jest gdzieś wpół drogi, bo to wciąż pewnego rodzaju baśń w formule kina familijnego, ale jak to się zwykło mówić gdy z taką konwencją się ma do czynienia - bawiąc uczy i ucząc bawi. :) W tym przypadku bardzo sugestywnie. 

środa, 15 marca 2017

Peeping Tom - Peeping Tom (2006)




Teoria, że trzeba do przyswojenia i zrozumienia pewnych doświadczeń dorosnąć oczywista i nie mam żadnych wątpliwości, że zasadna. Obserwując własną ewolucję w kwestii muzycznych podniet wniosek nasuwa się jeden - miałem ja latami oczy bielmem przesłonięte, bądź co na to samo w praktyce wychodzi brakowało mi przygotowania merytorycznego, by dostrzegać w projektach Mike'a Pattona wartość co najmniej równą jego pracy wykonywanej w Faith No More. Zdaję sobie sprawę i zaznaczam tutaj wyraźnie, że jeszcze nie wszystko w czym ten genialny muzyk swoje łapska maczał w pełni dla mnie zrozumiałe i ogromnej przyjemności dostarczające. Fantomas to wciąż jazda totalnie abstrakcyjna i jeszcze pewnie długo zupełnie nieosiągalna, a Mr. Bungle może wkrótce do przepracowania i po olśnieniu doznanym, tutaj na tych stronach z ekscytacją komplementowany. Póki co "podglądacz" na tapecie i masa znakomitych wrażeń zaserwowana podczas trzech kwadransów swobodnego sam na sam z dźwiękami. We współpracy ze znakomitościami bynajmniej nie sceny rockowej Mike Patton stworzył wybornie bujającą pigułę szczęścia, wprowadzającą szeroki uśmiech na moją gębę i w duszę skutecznie wtłaczającą chill totalny. Perkusja, bas, czasem jakieś gitarowe przestery, bardziej melodyjne próby, klawisze o różnorodnych brzmieniach, sporo elektroniki z ciekawymi bitami i skreczami, czyli trip hop, soul i funky w transowym popowym sosie. Ale ambitnie popowym, bo te urocze formy nijak przecież się mają do kiczowatej formuły zwykłych przebojów. Groove wszczepiony w charakter twórczości Pattona wyśmienity puls kompozycjom daje i głos ekspresyjny idealnie współpracuje z intensywnym tętnem instrumentarium. Przede wszystkim dominują ciepłe wokalne brzmienia, kombinacje do jakich wielki Mike przyzwyczaił - szepty, półgłosy, melorecytacje, ale to wszystko mimo, że pozbawione ekstremy stosowanej przez mistrza w innych formacjach, tutaj z równie ogromnym ładunkiem emocjonalnym zostaje podane. Dodatkowo wspierany soulowymi kobiecymi wokalami, chwilami wręcz odjazdami w styl kojarzący się niewiastą o pseudonimie Sade, czy z drugiego bieguna raperskimi nawijkami, potrafi wyczarować fenomenalny klimat, w którym czuć przemyślaną artystyczną wizję i mimo, że zaproszeni artyści spory przekrój inspiracji reprezentują to całość jest spójna i nie budzi wrażenia zlepionej na siłę składanki. Peeping Tom to kolejny dowód na nieokiełznany przebogaty geniusz Pattona, otwarcie na doświadczenia o szerokiej amplitudzie i nieprawdopodobne wyczucie w wykorzystywaniu naturalnego talentu. Jedenaście świetnych kompozycji, z kilkoma wręcz porywającymi - Five Seconds, Mojo, Don't Even Trip, Your Neighborhood Spaceman, Kill the DJ i wreszcie We're Not Alone to wyjątkowe muzyczne atrakcje, które nie wierzę by kiedykolwiek w przyszłości zaczęły mnie nudzić.

Drukuj