piątek, 2 grudnia 2016

The Light Between Oceans / Światło między oceanami (2016) - Derek Cianfrance




Zaiste to dość niezwyczajna sytuacja, bowiem kiedy o przygotowywanej świeżej produkcji jednej z największych współczesnych reżyserskich nadziei przeczytałem, odczułem znamienne spore podniecenie, jak i w chwile później gdy z informacjami o fundamencie scenariusza się zapoznałem równie duże obawy. Mianowicie twórczość Dereka Cinafrance dotychczas udowadniała, że banałów w niej człowieku nie uświadczysz, a powieść niejakiej M.L. Stedman to nic innego (wszystko na to wskazywało) jak morze banałów nastawione na ocean łez. O zgrozo, pomyślałem i jak ognia unikałem wszelkich dodatkowych spotkań z ocenami osób, które szybciej ode mnie z The Light Between Oceans się skonfrontowały.  Bałem się strasznie zabicia nadziei jakie ze sztuką Cianfrance’a łączyłem. Mimo chwili zwątpienia, wiary jednako w reżysera nie straciłem, a to co finalnie w towarzystwie małżonki w zaciszu kinowej sali obejrzałem utwierdziło mnie jedynie w przekonaniu, że jak się posiada wyjątkową przenikliwość i talent do opowiadania filmowych historii to nawet z tak banalnej w rzeczy samej fabuły można zrobić cudowny film. Chociaż niewiele podczas seansu mnie zaskakiwało, przede wszystkim pierwsze spore fragmenty wprowadzały w stan otępienia i odrobinę w objęcia boga snu wpychały, to wtedy w miejsce braku ekscytacji scenariuszem karmiłem zmysł estetyczny malowniczymi pejzażami i niezwykłej urody scenami rodzącej się miłości. Chociaż fabuła przynosiła dramatyczne wydarzenia to były one traktowane nieco z dystansem niby jako preludium do istoty filmu i tak spostrzegane swoją rolę jako wprowadzenie w klimat i zbudowanie więzi z widzem by empatię wymusić idealnie odegrały. Sednem w mym przekonaniu nie namiętność głęboka pomiędzy dorosłymi osobami, uczucia macierzyńskie dwóch kobiet czy te ojcowskie równie ważne, które na próby są narażone, a sama postać dziecka i naturalne jego instynkty oraz emocje w dramatycznych okolicznościach ujawniane. Stąd naturalnie swoją uwagę kierowałem na postać dziewczynki i jej odczucia znakomicie ręką operatora i zmysłem reżysera uchwycone. Te sceny kiedy Lucy-Grace zmienia objęcia, które ją tulą to emocje równie głębokie jak w przypadku Blue Valentine, gdy córka była świadkiem umierającego uczucia pomiędzy rodzicami. W tych momentach eksplozji emocji najdobitniej odczuwałem walory stylu Cinafrance’a i poddawałem się w pełni magii jego kina. I nie ma co narzekać, że na warsztat wziął fabułę obliczoną na chlipanie, kiedy chusteczki ocierały łzy wywołane autentycznymi przeżyciami, a szantaże emocjonalne nie były wynikiem nastawionej wyłącznie na zysk kalkulacji, tylko stanowiły część ludzkich wyborów i dylematów przed którymi potrzeby nas stawiają i decyzji jakie finalnie podejmujemy wraz z konsekwencjami na jakie narażamy siebie i tych których najbardziej kochamy. Bo tak po prawdzie to banalność i melodramatyczność tej opowieści mieści się w granicach mojej wyrozumiałości wobec ckliwości łzawych historii. Jest także częścią natury człowieka, a w ujęciu reżysera dodatkowo idealnie zbilansowana zostaje z przenikliwością jego spojrzenia i artystyczną wrażliwością oblekania fabuły wytrawną formą obrazu i dźwięku. Żadnym marginalnym faktem jest też dobranie aktorskich indywidualności, współczesnych topowych gwiazd, które samym doskonałym warsztatem zawsze potrafiłyby podnieść wartość filmu o kilka poziomów. Tutaj wspaniale ze swojej roli się wywiązały, chemia pomiędzy Fassbenderem (tutaj chór westchnień niewieścich), a Vikander (seria wymownych samczych spojrzeń) to czysta doskonałość – ich gesty, mimika, oczy mówią wszystko to co kluczowe i swoim magnetyzmem widza zjednują. Emocje w nich i między nimi dostarczają niemal poetyckich uniesień i znaczenie przestaje mieć fakt, że to przecież hektolitry łez ma wywołać, gdy to autentyczne poruszenia i wzruszenia rozbudza. Ja moją  alergię na sztuczną egzaltację potraktowałem w tym wypadku jako praktyczny mechanizm, coś w rodzaju papierka lakmusowego sprawdzającego czy mam do czynienia z prawdziwymi emocjami czy sztucznym nastawieniem na efekt. Wzruszyłem się głęboko i ani raz nie uśmiechnąłem znacząco pod nosem, a to wyraźny sygnał przemawiający na korzyść The Light Between Oceans. Chyba, że mój nos mnie zawiódł. :)

P.S. Pamiętam doskonale Wichry namiętności i mój zachwyt nad przekonującym sposobem ukazania patosu i meoldramatycznej ckliwości sygnowany nazwiskiem Edwarda Zwicka. Po seansie moje myśli z miejsca podążyły w kierunku obrazu z 1994 roku, gdyż Derek Cianfrance dokonał tego samego co Zwick przed ponad dwudziestoma laty. Zachwycił mnie obrazem, który z natury nie powinien we mnie tego zachwytu wywołać. Znaczy byłem wrażliwy jako siedemnastolatek, pozostałem wrażliwy jako prawie czterdziestolatek. :)

czwartek, 1 grudnia 2016

Nocturnal Animals / Zwierzęta nocy (2016) - Tom Ford




Długo, bo aż siedem lat kazał Tom Ford czekać na swój drugi film. Może i dobrze, bo oczywiście rozsądniej być cierpliwym i uzyskać wyborny efekt, niż się spieszyć czy przedkładać finalnie ilość nad jakość, bez odpowiednio precyzyjnej staranności. Nie znam przypadku kiedy reżyser robi do kilku produkcji w roku, ewentualnie na przestrzeni dwóch, trzech lat zarzuca widza własną pracą i wciąż za każdym razem równie intensywnie fascynuje. Nie jestem w stanie przywołać przykładu twórcy podważającego tą tezę - ktoś pomoże? :) Tom Ford odnajdując się zawodowo nie tylko w filmie, mógł sobie pozwolić na komfort budowania napięcia powiązanego z wyczekiwaniem masy urzeczonych poprzednim dziełem na jego kolejny ruch w branży kinowej. Jednak gdy już pierwsze, obszerniejsze informacje związane ze Zwierzętami nocy do publiczności dotarły wiadomo było, że z czymś wyjątkowym kolejny raz będzie miał każdy admirator jego talentu do czynienia. Dziękuję zatem Fordowi za tą uzasadnioną zwłokę i efekt finalny bez najmniejszych oporów w moim przekonaniu nazywany dziełem. Podkreślę pokornie zachwyt nad każdym detalem, choć minimalizując długość tekstu nie wymienię ich wszystkich - tym najdrobniejszym czy bardziej kluczowym elementem składowym wirtuozerskiej symfonii muzyki, obrazu i scenariusza. To jest bez wątpienia majstersztyk, sztuka na którą czeka się latami, a później przeżywa emocjonalnie i uparcie analizuje jej przesłanie i znaczenie. Niezwykły dar posiada ten, kto potrafi w artystycznej poświacie ukazać złożoność ludzkiej psychiki i dokonując takiego uwrażliwionego wglądu w istotę rzeczy nie zatracić kontroli, nie przekroczyć granic pretensjonalności czy emfazy. Odpowiednio dobierając środki stylistyczne przeniknąć do osobowości widza, jego intelektualnego potencjału, duchowej i estetycznej emocjonalności by zaangażować na poziomie wyższym li tylko rozrywkowy. Żonglując zręcznie konwencjami nie zagubić się w korzystaniu z inspiracji, tylko własny oryginalny szlif konglomeratowi zjawisk i procesów nadać. W wytrawnych proporcjach scalić napięcie którego źródłem wewnętrzne przeżycia bohaterów z surową mocą brutalności w znaczeniu dosłownym. Opowiedzieć równolegle płynnie i klarownie nawet trzy historie i zahipnotyzować na dwie godziny całkowicie odrywając od świata zewnętrznego, doprowadzając człowieka do współistnienia z opowieścią i klimatem wokół niej budowanym. Poziom napięcia ustawicznie podnosić i niepokój zasiewać korzystając z genialnych tematów muzycznych oraz fascynować każdą postacią dramatu z osobna, jakby one absolutnie odrębnymi wszechświatami były. Bazując rzecz jasna na mistrzowskich umiejętnościach starannie dobranych aktorów, bo przecież Nocturnal Animals nie byłby aż tak ekscytującym doświadczeniem gdyby nie zjawiskowe role Amy Adams, Jake'a Gyllenhaala, Michaela Shannona czy Aarona Taylora-Johnsona. Nie byłby nim także gdyby Tom Ford nie zainspirował zespołu gwiazd do najwyższego wysiłku i nie potrafił wydobyć pełnego ich potencjału. Wtedy to rzecz jasna Tom Ford nie byłby prawdziwym mistrzem filmowej maestrii!

P.S. Nie ma w tekście słowa o samej fabule, bo absolutnie nie chcę nikomu odbierać prawa i przyjemności z zaskoczenia i odkrywania jej na własny sposób. Zadam tylko pytanie parafrazując główną bohaterkę - masz czasem człowieku wrażenie, że twoje życie poszło w zupełnie innym kierunku niż chciałeś? Postaw je sobie i pamiętaj poza tym, że nie da się uniknąć odpowiedzialności za własne decyzje. Czasu nie cofniesz bo on nieubłagalnie upływa. Tik tak tik tak tik tak! :)

wtorek, 29 listopada 2016

Kaleo - A/B (2016)




Jest taki gość, który przede wszystkim w radiowym światku jako legenda całkowicie zrozumiale jest traktowany i to on podobno promuje w eterze ten młodziutki islandzki zespół. Tak przynajmniej mi doniesiono i nie mam podstaw by nie ufać tym informacją. :) Zaopatrzyłem się zatem w materiał z drugiego longa Kaleo, by na własnej skórze sprawdzić czy jakość z wpierw obwąchanego klipu odnaleziona zostanie także w innych kompozycjach znajdujących się na albumie. Teraz kiedy materiał poznany mogę z ręką na sercu przyznać, że akurat A/B to żadne ogromne objawienie. Znam kilka grup, wokół których szum mniejszy, a osiągnięcia większe - ale doceniam pracę Kaleo i dostrzegam duży potencjał jaki w tych czterech młodzieńcach drzemie. Mój wstępny entuzjazm singlem wywołany może i nieco ochłodzony, bo No Good okazał się tylko w ograniczonym stopniu reprezentatywny dla całości. I tak jak w nim czuć ducha święcącego ostatnio triumfy sceniczne Royal Blood, to w każdej kolejnej kompozycji odnajduję echa innych dzisiejszych liderów szeroko rozumianego odpowiednio przyjaznego rocka, za którymi oczywiście kryją się lata doświadczeń i twórczości legend sprzed lat. I tak jak przykładowo w przytoczonym już No Good garażowa surowiznę duetu funkcjonującego jako królewska krew słyszę, to Way Down We Go kojarzy mi się z atmosferą roztaczaną przez Arctic Monkeys na AM. Broken Bones zaś to za sprawą sposobu intonacji i zawartości śpiewnego czarnego bluesa jednoznaczna wycieczka powiązana z Hozierem i jego Work Song, a zaśpiewany zapewne w ich ojczystym języku Vor í Vaglaskógi poprzez linie akustyka pojmowany jako inspiracja solowym Stingiem. Tych odniesień masa, a ja jeszcze wyraźnie w Automobile słyszę, jakby ścieżkę dźwiękową z coenowskiego Inside Llewyn Davis i w All The Pretty Girls ducha rodaków z Of Monstera and Man. :) Pytanie powstaje, czy mnogość wpływów łączyć ze ślepym naśladownictwem, oczywiście wartościowych wykonawców, czy może z poszukiwaniem własnej tożsamości, a może to zabieg, który z premedytacją został zastosowany by szerokie grono odbiorców z różnych frontów zdobyć. Poczekam na kolejny ruch tych gości, bo ciekaw jestem czy stać ich na coś więcej ponad poprawność. Zaczekam na odpowiedź na pytanie fundamentalne – czy mają ambicje by stworzyć na bazie tych wpływów coś w 100% własnego?     

niedziela, 27 listopada 2016

Temple of the Dog - Temple of the Dog (1991)




Zdarzyła się świetna okazja by kilka zdań w temacie tego albumu napisać, bo oto ostatnio zremasterowana reedycja się pojawiła, a sam zespół zwarł szyki po latach i udał się w trasę po Stanach. Mam nadzieję, że dobrze przyjęte amerykańskie koncerty na kontynent grupę ściągną i w naszym urodziwym kraju jeden z gigów zostanie zorganizowany. Oj cieszyłbym się ogromnie i nie szczędził ciężko zarobionego grosza by w tym pamiętnym dniu zameldować się w miejscu występu. Nie raz już wywróżyłem sobie wyjazd koncertowy pisząc o albumach sztandarowych dla mnie formacji, zatem może i tym razem moc sprawcza słów pisanych będzie ze mną. :) Zanim jednak to się stanie, bo nie wyobrażam sobie by się nie stało :) dorzucę do kolekcji około muzycznych refleksji tą traktującą o tym jedynym krążku w dorobku Temple of the Dog. Dla każdego w miarę zorientowanego fana sceny, która w Seattle u schyłku lat dziewięćdziesiątych się zawiązywała wiadome są okoliczności powstania tej supergrupy. Natomiast jeśli nie to śpieszę donieść w telegraficznym skrócie, że funkcjonował ongiś taki twór muzyczny pod nazwą Mother Love Bone, a w jego szeregach kilku muzyków, których nazwiska wkrótce przestały być anonimowe. Stone Gossard, Jeff Ament i tragicznie zmarły w roku 1990 wokalista Andrew Wood. I to jest właśnie powód powstania Temple of the Dog, bo kiedy utalentowany i charyzmatyczny lider MLB opuścił ten ziemski padół (poniekąd niestety na własne życzenie) to szok i niedowierzanie, że tak młode życie może tak nagle zgasnąć, do pionu postawiło kilku innych amatorów niebezpiecznych wrażeń. Innymi słowy młody człowiek zszedł, by inni pozwolili sobie na pozostanie przy życiu. Stąd lub bez związku z tym (cholera to wie) przyjaciele postanowili uczcić pamięć kumpla i nagrali krążek z numerami dedykowanymi jego osobie. Prócz muzyków MLB takie nazwiska jak Chris Cornell, Mike McCready, Matt Cameron i gościnnie Eddie Vedder w tym projekcie uczestniczyły, czyli można by rzec, że rodzina się zeszła. Cel był szczytny i kompozycje nagrane wartościowe, a stylistycznie umiejscowione gdzieś na przecięciu nostalgicznego blues-rocka i drapieżnego grunge'u. Kapitalnie zaaranżowane, doskonale wykonane i co najważniejsze z tak dużym ładunkiem emocji i dojrzałym przekazem, że po latach od dramatu nadal swoimi największymi walorami porywają. Teraz gdy z perspektywy ćwierćwiecza ich słucham dochodzę do przekonania o ich ponadczasowości i ogromnym znaczeniu dla dalszego rozwoju ruchu umownie grunge'm nazywanego. To była ostatnia do tej pory prawdziwa rewolucja w rockowym świecie, która objęła swym zasięgiem szeroki wymiar popkultury kształtując mentalnie i rozwijając intelektualnie całe rzesze młodych ludzi. Dziś już muzyka nie odgrywa podobnej roli, a przypadki kiedy dźwięki słuchane na tyle ambitne by do wysiłku intelektualnego i emocjonalnych przeżyć wyższego rzędu zmuszały bardzo rzadkie. Teraz bity i nawijka się liczy, ewentualnie w naszych granicach chwytliwy dance'owy rytm z tekstami prostackie postawy gloryfikującymi. Idei konstruktywnych brak, idei demagogicznych w brud. Strasznie mi z tego powody przykro. :(

piątek, 25 listopada 2016

Metallica - Hardwired...To Self-Destruct (2016)




Metallica album studyjny wydała, zatem przejść obojętnie obok takiego wydarzenia nie wypada. Zatem uprzejmie donoszę, co z mojej perspektywy dostrzegłem kilkukrotną konfrontację z materiałem ochrzczonym jako Hardwire....To Self Destruct sobie fundując.:) Mogę seriami wskazywać fragmenty, zagrania i motywy żywcem wyjęte z czarnego albumu i po części z Load, ale to nie plagiat, gdy „plagiatuje” się własne numery. :) To autocytaty, chyba że ktoś na zamówienie tak uszyte kompozycje im przygotował, bo trudno mi uwierzyć, że stać dzisiaj było ekipę tych zasłużonych muzyków na w pełni samodzielne zrobienie tak brzmiącej i w ten sposób skonstruowanej płyty, gdy stosunkowo niedawno na Death Magnetic nie potrafili nawet w ułamku pomimo buńczucznych zapowiedzi zbliżyć się do jakości z początku lat dziewięćdziesiątych. Tak wtedy jak i teraz zagrali cynicznie na emocjach fanów, postawili na sukces budowany na fundamencie klasyki, ale dopiero dziś odkupili własne winy, bo czuć w końcu na albumie Metalliki ducha ikony. Mimo, że odgrzali kotlety to w tej nowej odsłonie jest w nich energia, moc i siła podobna tej sprzed laty. Zapewne ogromną rzeszę, w większości już oprószonych siwizną, bądź łysiejących fanów uszczęśliwili tym krokiem i sporo uciechy dali sentymentalistom. Stąd dywagacje jakie nimi intencje kierowały przemilczeć należy i radować się, że powstała w końcu bardzo przyzwoita płyta z kilkoma chwilami wręcz ekscytującymi. Nie psioczyć i malkontenctwem tej istotnej chwili bezcześcić. Lepiej by do usranej śmierci taką poprawnością krążki zapełniali, niż silili się na eksperymenty o żenującym efekcie finalnym. Postawiłem na nich czas jakiś temu krzyżyk i nie mam mimo wszystko zamiaru zmieniać frontu, bo współcześnie częstokroć inne dźwięki mnie kręcą, ale słucham sobie z przyjemnością tego materiału w samochodzie i niejednokrotnie nucę te chwytliwe numery, mając satysfakcję z faktu, że legenda nie sczezła na dobre w niebycie, a Panowie grajkowie nie odpłynęli w objęcia uzależnień pod ciężarem odpowiedzialności za własną sławę. To radosna niewątpliwie nowina dla całej ludzkości – bo kto  (ha ha ha!) Nothing Else Matters nie słyszał. ;)

P.S. Celowo powyżej wątek klipów do wszystkich dwunastu kompozycji z podwójnego albumu pominąłem, bo to ruch z ich strony ekscentryczny i marketingowo w obecnych czasach mający chyba marginalny wpływ na promocję. Ale co ja tam w sumie wiem o współczesnym obliczu rynku muzycznego. Przecież amerykańcem nie jestem! :)

wtorek, 22 listopada 2016

Frida (2002) - Julie Taymor




Dla równowagi, po kilku stosunkowo nowych, lecz niemiłosiernie szablonowych biografiach w stronę absolutnej klasyki gatunku się skierowałem. Może i Julie Taymore nieco ułatwione zadanie miała, bo osoba Fridy Kahlo dość wyraźnie kliszom się wymyka. Jednako znam też przypadki kiedy postać oryginalna była, a obraz o niej nudził ogromnie. W tym konkretnym przypadku idealna korelacja pomiędzy wyjątkowością bohatera, a formą opowieści o nim zachodzi. Czuć w produkcji kobiecą rękę i widać, że to za reżyserię odpowiada płeć żeńska, bo zakładam, że męskie spojrzenie na materię byłoby pozbawione tak intensywnego eterycznego uroku i magnetyzmu oraz na zmysły wzrokowe oddziaływania. Nie ma też takiej możliwości by mężczyzna potrafił równie sugestywnie i trafnie oddać osobowość nietuzinkowej kobiety. Żony sławnego męża, wybijającej się na niepodległość emancypantki. Twardej babki, która poniekąd na własne życzenie załamania nerwowe przechodziła, bo była wyrozumiała lub nawet naiwna, a jej uczucie i fascynacja kochankiem na zbyt wiele mu pozwalały. W duchu własnych przekonań, filozofii, ideałów i utopijnej ideologii kierującej ją w sposobie myślenia ku nowym prądom i trzymającej zarazem podświadomie w ryzach tradycji. Taki był z niej oryginał, że machnęła mocny alkohol prosto z butelki i jednocześnie zmysłowością czarowała - chwytała los w swoje ręce, za bary się z życiem brała ale i wrażliwość emocjonalna ciepłą i rodzinną kobietą ją czyniła. Podziw ogólny wzbudzała, bo talent posiadała niezwykły, inteligencję nieprzeciętną, poczucie humoru wyrafinowane i charyzmę ujmującą, która pasją otoczenie zarażała. Kobieca empatia i warsztat aktorski Salmy Hayek pozwoliły by Frida w oczach Julie Taymore przekonująco jako bohaterka swoich czasów zaistniała. Niestety jako postać tragiczna, bo życie przecież jej nie oszczędzało, próby charakteru wielokrotne jej fundując, skazując na ból fizyczny i częstokroć psychiczny w wymiarze egzystencjalnym. Każde doświadczenie odbijało się bezpośrednio na jej sztuce, a dzięki pracy osób zaangażowanych w produkcję tego filmowego rarytasu mogłem poznać choć we fragmentach plastyczny i duchowy wymiar jej artystycznych dokonań. Za pośrednictwem ciekawych animacji dosłownie wkroczyć choć na chwilę w świat sztuki awangardowej. Ja człowiek, który akurat o malarstwie w ujęciu praktycznym wie niewiele.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Rewers (2009) - Borys Lankosz




Awers ojciec, rewers syn :) - tak, może zbyt dosłownie odczytałem przesłanie filmu Borysa Lankosza i chociaż można to zrobić na kilku poziomach i zapewne wielokierunkowe spekulacje snuć gdyż treść pełna symboliki. To jednak esencja interpretacji sprowadza się do konfrontacji dwóch stron tego samego medalu. Może to być inteligencja w postaci przedwojennej elity współistniejąca na nowych zasadach z klasą robotniczą, awansującą do roli dyktatury z zewnątrz sterowanej. Jak i śmiało (jak widać) można powiązać temat potraktowany z wytrawnym poczuciem humoru, z nutką groteski i surrealizmu w założeniach z ciekawym głosem w sprawie aborcji i zbrodni popełnianej w obliczu presji. To właśnie największy atut obrazu Lankosza, że z przenikliwością całe skomplikowane spektrum zależności w rzeczywistości Polski Ludowej ukazuje i nie zawęża jego obrazu by proste wnioski sugerować, a wręcz poszerza panoramę i otwiera możliwości analizy poprzez metafory. W kluczowych, wyśmienitych rolach przede wszystkim kobiety (chociaż epizod Woronowicza to przecież majstersztyk) Anna Polony, Krystyna Janda i oczywiście idealnie obsadzona Agata Buzek. Jako szara myszka, której romantyczny sen się materializuje i tak jak znienacka nadzieję i szczęście przynosi, tak równie szybko pod ścianą stawia. Kapitalnie ducha czasów nieco teatralna forma oddaje, nawiązując do stylistyki sprzed lat nie wyłącznie za pomocą wplecionych kilku archiwalnych zdjęć w czarno-białą konwencję obrazu ale właśnie także poprzez sugestywnie zarysowane okoliczności społeczno-politycznych czasu stalinizmu oraz wykorzystania jako przeciwwagi nawiązań do hollywoodzkiego kina noir. Z Dorocińskim jako peerelowskim amantem i wyśmienitą warstwą muzyczną - jazzowymi klimatami, z trąbką akcentującą i podkręcającą napięcie ale i zastrzyk melancholii zapewniającą. To w skrócie wysokiej jakości, błyskotliwa i wymagająca czarna komedia, zasłużenie swego czasu nagradzana. 

piątek, 18 listopada 2016

Arrival / Nowy początek (2016) - Denis Villeneuve




Denis Villeneuve po cichu, bez większego rozgłosu (choć w Wenecji Arrival zaistniał) swą najnowszą produkcję na ekrany kin wprowadził i udowodnił, że nie potrzeba rozmachu realizacyjnego by wspaniały obraz science fiction nakręcić. Tak po prawdzie to sam gatunek filmowy został wykorzystany instrumentalnie, wątek "kosmitów" jako pretekst by złożone wnioskowanie przeprowadzić i wartościowe przesłanie przekazać. Zatem pusta widowiskowość tak często goszcząca w formule fantastyki naukowej byłaby co oczywiste nie na miejscu, gdy o ważkich kwestiach się rozprawia i do wymagającego intelektu widza chce się dotrzeć. Temat filmu jest zaskakujący, a konstatacje gorzkie. Język jakim się posługujemy oferuje nam ogromne bogactwo opisu wszelkich procesów jakie w naszym życiu bezustannie zachodzą. Nieograniczone możliwości wiążą się także z mnogością interpretacji konstruowanych stwierdzeń i budują w każdym z nas schematy odczytywania i formułowania treści. Pewnego rodzaju wytrychy, skróty myślowe, szablony ułatwiające i utrudniające jednocześnie możliwości porozumienia. Jest także paradoksalnie wewnętrznym więzieniem w jakim sami często nieświadomie się zamykamy, redukując nasze zdolności komunikacji do minimum. I nie mam tutaj na myśli wyłącznie ograniczeń w zasobie słownictwa, ale przede wszystkim sposobu spostrzegania tej „broni”, „narzędzia”. Poznaj język partnera interakcji, a zrozumiesz metodykę jego widzenia rzeczywistości – zarówno w wymiarze makro jak i mikro. To ciekawe spojrzenie na kwestię istoty języka, wymiaru czasu, jego początku i końca oraz funkcjonowania w pętli implikuje sporo pytań i zmusza do drobiazgowego rozbierania tej teorii na czynniki pierwsze. Może te teoretyczne wizje nie do końca jasne i przejrzyste, zapewne posiadające pewne luki logiczne, ale mające w tym konkretnym przypadku bezpośrednie przełożenie na praktyczne funkcjonowanie człowieka oraz uzasadniane są przekonująco barwnie i uczuciowo emocjonująco. Przyznaję, że nie przypominam sobie bym kiedykolwiek po seansie w stylistyce sci-fi czuł się tak ogromnie poruszony. A tym razem oglądając finałowe sceny moje oczy się zaszkliły i poczułem, że jest to ważny moment w kształtowaniu osobistego oglądu rzeczywistości, a umieszczenie w kontekście wydarzeń wątku rodzinnego, kwestii straty dziecka dodatkowo poruszyła instynkty ojcowskie. Wysłannicy obcej cywilizacji, którzy zagubionym i skłóconym mieszkańcom ziemi oferują „nowy początek” świeże spojrzenie na rolę języka to zabieg tak intrygujący intelektualnie jak równie wzruszający emocjonalnie. To przecież fundamentalne pytanie – jak mamy porozumieć się z istotami z kosmosu skoro tak trudno nam dogadać się między sobą w zakresie jednego tylko gatunku, czasem jednej rodziny? To smutne, że wiemy do czego prowadzi niezrozumienie i jak kończą się kolizje na tej linii, innymi słowy znamy przyszłość i rozumiemy konsekwencję ale godzimy się tymi kosztami. Zakładam iż potrzebne przewartościowanie i nowe otwarcie inaczej upadek mamy zagwarantowany. :(

Drukuj