czwartek, 17 sierpnia 2017

The Name of the Rose / Imię róży (1986) - Jean-Jacques Annaud




Największe, a na pewno najbardziej znane literackie dzieło Umbero Eco, zekranizowane przez Jeana Jaquesa Annaud ze świetną obsadą i w każdym fragmencie filmowej sztuki na poziomie mistrzowskim zrealizowane. Mając do dyspozycji pierwowzór który już sam w sobie jest gwarantem emocji, własny talent reżyserski jak i najlepszych specjalistów od zbudowania odpowiedniego sugestywnego nastroju (muzyka, scenografia) nie jest zaskoczeniem, iż efekt finalny przeszedł do historii kina jako dzieło wyjątkowe. Pamiętam, że pierwotny seans odbyłem za czasów szkolnych dzięki zaangażowaniu ówczesnej mojej wychowawczyni, która dając jednocześnie dojrzewającym młokosom odrobinę kultury i przerwę od zajęć lekcyjnych dała szansę na spotkanie ze sztuką filmową najwyższej klasy. Średniowiecze w pełnej krasie na ekranie, mroczne wieki zdominowane przez hipokryzje i władczy charakter kleru. Herezje wszędzie podkopujące władzę kościoła, inkwizycja powołana by w ryzach jednomyślności trzymać, posępne opactwo mrokiem osnute, zakonnicy niczym duchy jakie, niebezpieczna tajemnica, śmierć jako codzienność, śledztwo w miejscu, gdzie diabeł w owczej skórze bynajmniej nie przysypia. Starcie przesądów z niemile widzianym podejściem naukowym, światle rozumowym, czysto zdroworozsądkowym. Ludzie niczym upiory, pozbawieni człowieczych emocji, jakiejkolwiek wrażliwości, zatraceni w ascezie, zagubieni w zabobonnej filozofii. W tych okolicznościach William z Baskerville obserwuje, czyta uważnie pomiędzy wierszami, wyrywa strzępy informacji, niczym detektyw z wieków dużo późniejszych dedukcją się kieruje, posługuje czystą logiką, wyciąga przenikliwe wnioski i działa pod presją, bo ustawicznie czujnym okiem zainteresowanych jest obserwowany. William tropi, łączy fakty i poszlaki korzystając z doświadczenia i zdobywanej na bieżąco wiedzy dzieląc się nią i swoim zamiłowaniem dla rozumu z młodym uczniem, który ponadto rozkoszy czysto fizycznych zaznaje, żądzą ciała się poddając. Zaiste kino to tak samo mistyczne, jak bliskie człowieczej naturze. :)

środa, 16 sierpnia 2017

Wall Street (1987) - Oliver Stone




Kultowy Gordon Gekko i jego słynna sentencja "greed is good". Money, Money, Money, można by zanucić obserwując jak działa wielka finansjera, jak po trupach stąpają królowie życia, brać cwaniaków nakręcona na jeden cel, na kasę która wszystkie drzwi otwiera ale i z człowieka pokusą i luksusem kupionego podstępnie niewolnika czyni. Jak idzie to jest git, ale w tej branży upadek bardziej prawdopodobny od długotrwałego sukcesu, a stabilizacja to absolutnie w grę nie wchodzi, bo tu trzeba zarabiać by mieć, posiadać - by na kolejne poziomy zarabiania wkraczać. Grube ryby kręcą gigantyczne wałki, gierki i manipulacje w głowach, motywacyjne sztuczki by zapalić do działania, wykorzystywać przyjazne zbiegi okoliczności i własną przebojowość – wszystko inspirowane w jednym celu. :) Klasyka kina, najwyższa półka w dorobku Oliviera Stone’a – z dziecięcą buźką Charliego Sheena, z symbolem dolara w oczach Michaela Douglasa. I nawet jeśli po latach w konfrontacji z kilkoma współczesnymi tytułami o podobnej tematyce nie lśni już tak intensywnie, blask przyblakł co nieco, tajemnica wraz z zaskoczeniem z branży została zerwana i nic już nie dziwi, to i tak przez wzgląd chociażby na kultowe zdanie wypływające z namiętnością z ust GG ikoniczna dla kina produkcja.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Extremely Loud & Incredibly Close / Strasznie głośno, niesamowicie blisko (2011) - Stephen Daldry




Na Daldry’m nie można się zawieść, jest gwarantem wielkiego kina i nawet jeśli Strasznie głośno, niesamowicie blisko nie od razu uznałem za dzieło, to z perspektywy czasu i po ponownym seansie nabrał w moich oczach cech kina wyjątkowego. Dwie tragedie, dwa dramaty jako fundament dla błyskotliwie skonstruowanej fabuły - ten zza oceanu dla mojego pokolenia mimo że daleko stąd, ale przez pryzmat przeżywania na żywo bardzo silnie odczuwalny i w tle ten sprzed wielu laty dla ojczyzny konsekwencjami czarny, przodków moich bezpośrednio dotykający. Przeplatają się w zamyśle Daldry’ego, lecz nie zazębiają w sposób oczywisty, stanowią bazę i punkt odniesienia dla przeniesienia na widza poczucia niewyobrażalnej straty nie tylko ojca w znaczeniu rodzica, czy opiekuna ale przyjaciela i przewodnika. Druzgocąca żałoba i radzenie sobie z traumą wyniszczającą młodego, wrażliwego człowieka. Potworna tęsknota, której konsekwencje łagodzone wyobraźnią, pasją będącą darem i terapią jednocześnie. Przygoda, śledztwo niezwykłe, poszukiwanie klucza do zrozumienia siebie i innych w zapętlonych losach przypadkowych osób. Fantastyczny pomysł na poruszająca opowieść, oryginalny i co najważniejsze ogromnie wartościowy. Trudny i poruszający obraz, ale mimo wszystko ciepły i optymistyczny film o tym wszystkim co w życiu najważniejsze. Z ujmującą rolą młodziutkiego aktora i towarzyszących mu pierwszoplanowych gwiazd - w doskonałej symbiozie, przepięknej kompozycji wszystkich zalet głębokiego emocjonalnego kina.

P.S. A może przez wzgląd na tą wycieczkę po mieście, w czapce, kurteczce i z plecakiem to taki ambitny ale jednak Kevin sam w Nowym Yorku, lub może to Wszystko za życie Seana Penna, w sensie poszukiwania własnej tożsamości poprzez styczności z przypadkowymi osobami, budowania archiwum przeżyć, tylko ograniczona w przestrzeni do jednej aglomeracji? Czy tylko mnie dopadły takie dodatkowe skojarzenia? :)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Passengers / Pasażerowie (2016) - Morten Tyldum




Śmiały, lecz przyjazny dla oka futurystyczny charakter scenografii każe oklaskami obdarować wyobraźnię tego, który za ten efekt odpowiedzialny. Czyste formy, miękkie kształty, idealnie sterylne powierzchnie, dużo neonowego światła, pogrywanie połyskiem i mrokiem dobrze wygląda ale i jest nienaturalnie higieniczne, bowiem ogromna ingerencja grafiki komputerowej sprowadza efekt do oglądania jakby animacji permanentnej. No tak, ale to szczegół, gdy merytoryczna strona obrazu jest zaskakująco ciekawa. Ten pomysł z uwięzieniem na ulegającym awariom statku kosmicznym, który rodzajem wyspy w czasoprzestrzeni - inspirowany klasycznymi opowieściami o rozbitkach. Klaustrofobiczna atmosfera zamknięcia w pałacu ze złota z wszelkimi wygodami ale bez wolności, możliwości decydowania i przede wszystkim braku perspektywy wyrwania się z tego potrzasku. Ten filozoficzno-moralistyczny pierwiastek w egoistycznym sposobie walki z samotnością, skazaniem innej osoby na podobny los by zaspokoić własne potrzeby. Te wyrzuty sumienia związane z podjętymi działaniami, trwanie w kłamstwie, gdy rodzi się uczucie w konwencji wzruszającego love story ale także w końcowej części, co spostrzegam jako wadę, akcji dość typowej dla scenariuszy w klimacie science fiction i wreszcie finalnej taniej ckliwości. Jednakże pomimo obranego kierunku na rozrywkę, to film z zaskakująco sporym potencjałem intelektualnym i co najistotniejsze w zdecydowanym stopniu wykorzystanym. 

sobota, 12 sierpnia 2017

Algiers - The Underside of Power (2017)




Eklektyzm pełną gębą - masa inspiracji przefiltrowana przez własne spojrzenie na świat dźwięków, wrażliwość emocjonalną, także społeczną i chyba również polityczną. Bo to takie pełne empatii i bólu protest songi na bazie uduchowionego soulu, zimnej elektroniki, trip hopowego mroku, trybalnej szamańskiej rytmiki i nawet surowego punka, a wszystko z wartością dodaną, jaką w tym całym kosmosie wyraźna dawka soczystego groovu wplecionego bezkolizyjnie w apokaliptyczny klimat. Wokalnie wypisz wymaluj (oczywiście na czarno) jak Ty Taylor, ten gość z Vintage Troube, lecz z mocniejszym zaangażowaniem, może i nawet wkurwem na rzeczywistość. Ma człowiek dwojga imion, zwany Franklin James Fisher kapitalne możliwości głosowe, coś mądrego, bo akurat  dokładnie przemyślanego do przekazania i jest w tym absolutnie prawdziwy i wiarygodny. The Underside of Power to niezwykła dawka piętrzących się emocji, może z jednym drobnym mankamentem, że pod koniec płyta gubi trochę napięcie i nieco pęd wyhamowuje, ale i tak pasji w niej tony. 

środa, 9 sierpnia 2017

Dead Cross - Dead Cross (2017)




Nie będę ukrywał, bo i niby po co, że zainteresowanie moje ekipą Dead Cross wynika w prostej linii z zaangażowania w jej działalność głównie Mike'a Pattona, w drugim rzędzie zaś Dave’a Lombardo, nie mówiąc już o dwóch pozostałych członkach grupy. Absolutnie nie umniejszam ich roli, czy wpływu szybkostrzelnego kubańczyka, ale oddziaływanie na każdą ekipę w której funkcjonuje ten wokalny akrobata lub której częścią bywał w przeszłości jest bezdyskusyjnie zasadnicze. Zdaje sobie sprawę (i nie jest to usprawiedliwianie ;)), iż Dead Cross swój oddech na scenie ekstremalnej zaznaczył i to bez konieczności podpierania się osobą wokalisty Faith No More, lecz taka promocja kiedy jakość ona jednocześnie podnosi zdecydowanie przecież nie przeszkadza. Bo oto za sprawą wokalnych interpretacji quasi alchemika Mike'a, który swymi możliwościami wokalnymi potrafi przeciętność zamieniać w złoto, ekipa powstała jak doczytałem z inicjatywy Lombardo weszła na dotychczas nieosiągalny poziom zaawansowania, podbijając dramatyczny pierwiastek proponowanych strzałów bitych intensywnie i z konkretną mocą do poziomu ponad poprawny, co nieco grind corem zainfekowany hard core/punk. Tym samym zapewne przez pewien może i istotny odsetek pierwotnych fanów płyta zostanie skrytykowana jednocześnie otrzymując wsparcie tych co za nazwiskiem Pattona tutaj w to miejsce dotarli. Jak widać czuję się rzecz jasna częścią tej drugiej kategorii, bowiem nie styl czy gatunek przez martwy krzyż uprawiany był dla mnie magnesem przyciągającym. Nie ma we mnie odrobiny wstydu, że wytropiłem Dead Cross wyłącznie po śladach pozostawionych przez gentelmana z ikonicznymi dla sceny nazwiskiem. Tym bardziej, że te niecałe 30 minut z furiackim okładaniem instrumentów, doprawionym tylko czasem względnym uporządkowaniem i wszelkiej maści wrzaskami uzyskiwanymi z aparatu gębowego Mike’a Pattona zapętliłem już kilkunastokrotnie i mimo, że muzyczna ekstrema tego rodzaju nie stanowi dla mnie atrakcji obowiązkowej to także i nie uciekałem od tego szaleństwa w popłochu. Jako niekoniecznie fan takiego sonicznego gwałtu okazało się, iż nie mocowałem się nazbyt z tymi dziesięcioma numerami, przyjąłem je na klatę w takiej hałaśliwej formie, bez roztrząsania po cholerę kolejny projekt weteranów zrozumiały dla bardzo ograniczonej liczby fanów. Dla mnie to początek znajomości z tym ansamblem, dla ansamblu i maniaków zaś z pewnością mocne nowe otwarcie.

P.S. Dodam jeszcze, że nie takie marginalne znaczenie ma dla mnie surowa i symboliczna oprawa wizualna albumu i klipów. 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Lorde - Melodrama (2017)




Po czterech latach od debiutu ówcześnie jeszcze nastoletnie dziewczę, dzisiaj już dojrzewająca w szybkim tempie kobieta wraca z nowym albumem, a oczekiwania co do jego jakości ogromne, bo czysta heroina nie tyle wprowadziła ją z dużym rozgłosem na salony, jak z hukiem ogromnym wyważyła do nich drzwi pozostawiając zapewne konkurencję tam wygodnie zasiadającą z mocno rozdziawionymi ze zdziwienia mordkami. Pytanie zatem oczywiste, czy Lorde spełniła pokładane w niej nadzieje i czy można w tym miejscu zdecydowanie stwierdzić, że pozostała jedną z najjaśniejszych gwiazd sceny, która w perspektywie wielu lat może wyznaczać zakres trendów. Przede wszystkim Melodrama to krążek z pewnością świetnie wyprodukowany, pełny ciekawych, momentami bardzo świeżych chociaż niekoniecznie rewolucyjnych rozwiązań oraz kapitalnej spójności pomiędzy dźwiękami, a bogatą w szczegóły interpretacją wokalną. Zarówno sporo tutaj potencjalnych hitów, jak i numerów które ambitnych artystycznie zwolenników intelektualnego popu zadowolą - pobudzających emocjonalnie hipnotycznych perełek flirtujących z całą paletą brzmień z pogranicza elektroniki kojarzącej się zarówno z indie rockiem, trip hopem, jak popem o czysto ejtisowych syntezatorowych proweniencjach. Album zdobny jest masą intrygujących bitów, odgłosów, pogłosów itp. wprowadzających tajemniczy klimat i podkręcających dramatyzm zabaw muzyczną materią oraz wpadających w ucho, mimo tego nie takich oczywistych refrenów. Odpowiedź na pytanie z początku refleksji jest chyba już oczywista, znaczy Lorde bezsprzecznie poszła za ciosem i przygotowała materiał, który niczym nie ustępuje debiutowi i chwilami nawet z nawiązką przynosi fanom oczekiwaną satysfakcję, szczególnie gdy w Writer in the Dark zaciąga niczym legendarna Kate Bush, ubarwia konstrukcje kompozycji dęciakami w Sober, silnie akcentuje charakter w Sober II, czy rozsiewa urzekający czar przy akompaniamencie pianina w Liabillity. Natomiast czy zgodnie z przewidywaniami Dawida Bowiego będzie "przyszłością muzyki", nie mam jeszcze do końca takiego przekonania. Życzyłbym sobie jeśli to możliwe, by mainstream nie wchłonął jej nazbyt szybko i nie zepsuł czyhającymi w tym środowisku pokusami. Talent w niej pulsujący intensywnie, możliwości ogromne i tylko od tego jak silna jej konstrukcja psychiczna i odporność na wpływy niekorzystne zależy jej miejsce w historii muzyki popularnej. Wbrew pozorom uważam, że niekonwencjonalny pop zawsze na propsie, że tak się lansersko wyrażę. :)

piątek, 4 sierpnia 2017

Bleed for This / Opłacone krwią (2016) - Ben Younger




Tak po cichu się pojawił i bez większego echa przeszedł, a zasługuje na głośniejszą reklamę, bo to jak się okazuje bardzo sprawnie zrealizowany dramat bokserski oparty na autentycznych wydarzeniach. Wciągające spojrzenie na pełną ostrych zakrętów historię życia - kulminacyjnego czołowego zderzenia oraz jednego niewiarygodnego wzlotu ponad ludzkie możliwości w karierze amerykańskiego pięściarza o makaroniarskim pochodzeniu, o którym ja miłośnik boksu (tylko w tym filmowym wydaniu :)) absolutnie nic przed seansem nie wiedziałem. Więcej świadom nawet nie byłem, że ktoś taki w zawodowym boksie mocno swego czasu namieszał. W postać Vincenzo Pazienzy bardzo przekonująco Milles Teller się wcielił, czyli młody człowiek który w pierwszej lidze aktorskiej zaistniał dzięki roli w lawinowo nagradzanym Whiplash, a mnie dobrze już wówczas był znany po bardzo udanym zaistnieniu w kapitalnym obrazie Johna Camerona Mitchella u boku między innymi Nicole Kidman. W roli pięściarza odnalazł się znakomicie, chociaż obawy pewne przed seansem miałem, czy to trafny castingowy wybór. Przekonał mnie jednak w stu procentach, stając się w sposób autentyczny człowiekiem o trudnym charakterze i hulaszczym usposobieniu, nieodpornym na pokusy za grube pieniądze dostępne i dotkniętym przez los dramatycznym wypadkiem. Niestety ślepy traf nie zawsze człowiekowi przyjazny, więc jak się idzie na serio w okładanie na ringu to trzeba mieć w sobie coś ze wściekłego zwierza uodpornionego na niepowodzenia, którym bardziej od wyrachowania i rozsądku instynkty, ewentualnie ambicje kierują. Charakter do walki gość posiadał, z dyscypliną bardziej kiepsko było ale i tak samozaparcie spotęgowane i ten dynamit w łapie wespół z zadziorstwem sukces mu zapewnił i wpisał w historię pięściarstwa. Może to obraz niesięgający poziomu dzieła, ale z pewnością na wysokim poziomie, intrygujący i z pazurem zrealizowany i co najważniejsze bez taniej popeliny i miałkich wzruszeń powpuszczanych pomiędzy sekwencje walk. A może się mylę i chwalę go bezpodstawnie, bo brak mi krytycznego spojrzenia na tego rodzaju kino? Obejrzyjcie i mi powiedzcie! :) 

Drukuj