piątek, 28 kwietnia 2017

Patriots Day / Dzień patriotów (2016)




To było sprawozdanie, relacja z autentycznych wydarzeń – z minuty na minutę, z godziny na godzinę. Wpierw krótkie zapoznanie z postaciami, za chwile sam kluczowy zamach, ludzka tragedia i śledztwo w pełnej krasie, często nieudolności. W początkowej fazie rodzaj fabularyzowanego dokumentu, a dalej już w konwencji czystego kina akcji. Peter Berg to przecież specjalista od wykorzystywania historii opartych na prawdziwych zdarzeniach i przyznaję, że po raz kolejny robi to solidnie z rzemieślniczym podejściem. Niby nie ma się do czego przyczepić, ale też takie kino w jego wykonaniu nie porywa pomimo dramatycznego materiału. Oczywiście jest w tych produkcjach coś, co łapie za serducho, szczególnie gdy sięga się do wykorzystania na końcu prawdziwych twarzy tych, którzy życie stracili. Wtedy człowiek sobie uświadamia, że to coś więcej niż tylko filmowa historia, to rodzaj hołdu złożonego ofiarom bezsensownej przemocy. 

czwartek, 27 kwietnia 2017

Man on Fire / Człowiek w ogniu (2004) - Tony Scott




Od wielkiego dzwonu zacieram rączki z radości gdy czarnoskóry faworyt dojrzałych kobiet, znany jako Denzel Washington na ekranie swoje umiejętności aktorskie prezentuje. Zwyczajnie one wątpliwej jakości, raczej ograniczone tylko do używania autopilota, powielania tych samych gestów, tej samej mimiki. Utyskuje sobie teraz w najlepsze, bowiem rzadko jest "Pan postawny" autentyczny i wzbudza swoją grą jakiekolwiek emocje. W tym przypadku akurat obok takich aktorów charakterystycznych jak Christopher Walken i Mickey Rourke wypada jednak przekonująco. Bo tym razem, może jakimś cudem reżyser, który przecież za speca od kina akcji był uważany, do wzniesienia się na szczyt gwiazdora zainspirował, obsadził w roli dobrze dla niego skrojonej i sam kapitalnie opowiedział mocną historię z głęboką warstwą emocjonalną. Temat ochroniarza z mroczną przeszłością zapijającego psychiczne problemy i vendetta stanowiąca główny cel jego egzystencji może wykorzystywany wielokrotnie i z innych tytułów często znany, ale w tej odsłonie to konkretna twarda jazda i w dodatku sporo chwytających za serce scen do przeżywania. Niby to rasowy sensacyjny film, ale chwilami ocierający się z zachowaniem oczywiście proporcji (by fana krwawej bitki nie odstraszyć) o psychologiczny dramat, gdyż o relacjach między ludźmi opowiada i to one właśnie stanowią główną oś wokół której akcja z walką ze skorumpowanymi policjantami, bezwzględnymi bandziorami kreowana. W nim chłodny profesjonalizm, gruba skóra twardziela i systematyczne jego z niej odzieranie, by finalnie ciepłą zażyłość z widzem zbudować - jest napięcie, jest nerwówka postaci udzielającą się widzowi i dynamika odpowiednio sterowana. Trochę męczy może ta unowocześniona forma, te ujęcia tuningowane, takie rwane pulsujące nazbyt wyrazistą barwą. Ich zbyt wiele, jednak można się do tej niekoniecznie trafionej formuły przyzwyczaić i pozwolić porwać historii niezbyt jednak oryginalnej.

P.S. Patrzę i widzę, tak to Dakota Fanning, ta sama która w American Pastoral ostatnio oglądana. Tak ta sama, tylko trzynaście lat robi różnicę. :)

środa, 26 kwietnia 2017

Hable con ella / Porozmawiaj z nią (2002) - Pedro Almodóvar




Na początek zaskakujące oświadczenie. :) Przyznaję, że to mój absolutnie pierwszy raz z jakimkolwiek filmem Almodóvara. Z całkowitą świadomością omijałem jego twórczość, gdyż ubzdurałem sobie lata temu, że będę trzymał się z daleka od irytujących postaw lansowania się na wyrafinowanej sztuce niekoniecznie przez lansera rozumianej, a tym bardziej sam nie wpadnę w taką pułapkę. :) Przyszedł jednak czas na zweryfikowanie po części nieracjonalnego przekonania, bo jak długo można być ignorantem w temacie ważnej części europejskiego kina. Na początek wybór padł (w dużym stopniu przypadkowy) na obraz jak się zdołałem zapoznać, przez krytykę uznany za jedno z największych dokonań hiszpańskiej ikony. Faktycznie, trudno się nie zgodzić, że Porozmawiaj z nią to kino naprawdę wysokich lotów. Obraz zjawiskowy, niemal metafizyczny z tajemniczą aurą, emocjonalnie głęboki, psychologicznie przenikliwy, poetycki i w granicach dobrego smaku, ale jednak dość kontrowersyjny - mam tutaj rzecz jasna na myśli wątek gwałtu i inspiracje dla czynu pochodzącą z niemej surrealistycznej parodii pornografii. Nawet jeśli epizod ten dla zrozumienia zachowań bohatera istotny, to nie odciąga uwagi od głównego tematu, względnie przesłania którym co by się nie silić na skomplikowane i wybujałe interpretacje – głęboka miłość, przybierająca formę obsesji, zmuszająca widza w tym prowokatorskim kontekście do pobudzonej refleksji. Takie zabiegi scenarzystów i reżyserów w ambitnym kinie cenię ogromnie, bo otwierają oczy i zmuszają do wyczołgania się z bezpiecznego legowiska, w którym otaczamy się wygodnymi schematami szablonowego myślenia. Wszystko to czego spodziewałem się po obrazie autorstwa Pedro Almodóvara odnalazłem już w pierwszym obejrzanym filmie. Dostrzegłem sporo wartościowych atutów, które jednocześnie przekleństwem tego rodzaju stylistyki, bowiem łatwo przekroczyć tą bardzo cienką granicę pomiędzy emocjonalną ekstazą, a emocjonalnym nadęciem kierującym wprost do śmieszności. W tym jednak konkretnym przypadku, mimo że Almodóvar balansował niebezpiecznie na krawędzi to jednak nie stracił równowagi. Pytanie we mnie pobudził, czy w innych przypadkach robił to także z wyrafinowaniem i bez wpadania w sidła przesadnej egzaltacji? Odpowiedź będę uzyskiwał systematycznie i w tym miejscu skrupulatnie ją sobie dla siebie archiwizował. :)

P.S. Czy już takim przemądrzałym „almodovarofanem”, jakim być nie chciałem zostałem? :) Poważnie jednak mówiąc, to pomimo wyjątkowości tego obrazu nie trafił do mnie z taką intensywnością jaką ochy i achy profesjonalnej krytyki zapowiadały. Chyba jednak nie jestem jeszcze odpowiednio wyrobionym kinomanem. :)

wtorek, 25 kwietnia 2017

The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford / Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda (2007) - Andrew Dominik




Na firmamencie jako gwiazda dominująca oczywiście Brad Pitt w kolejnej wybornej kreacji, ale w tle i absolutnie nie w jej cieniu tym razem Casey Affleck i jego specyficzna fizyczność doskonale do roli zaadaptowana – powierzchowność, wyraz twarzy, a nawet głos. Idealnie został obsadzony młodszy z Afflecków dając całej produkcji dodatkowy atut. Ich akurat w tym przypadku cała litania, gdyż to od najdrobniejszego detalu do finalnej całości opowieść fenomenalna. Powolna ale treściwa, nostalgiczna i skonstruowana w formule gawędy opowiadanej przez narratora. Z hipnotyzująco rozmytymi ujęciami, każdym kadrem precyzyjnie przygotowanym i muzyką nie byle kogo. Kino absolutne, chociaż zapewne nie każdy z moim entuzjazmem się zgodzi, gdyż to nie jest typowy western z konstrukcją zmierzającą do finalizacji klasycznym happy endem. Brak w nim także spektakularnych pościgów, chociaż napadów to dość licznie uświadczymy. :) Poza tym bohaterowie wymykają się jasnym podziałom na bandziorów i stróżów prawa – jednych zuchwałych i godnych potępienia, drugich natomiast praworządnych i zasługujących na uznanie. To bardziej thriller psychologiczny osadzony w epoce dzikiego zachodu, niźli film akcji. Suspens z postaciami skomplikowanymi, wielowymiarowymi o aparycji zarówno zakapiorów, jak i dojrzałych cherubinów – Pitt rządzi. :) To studium ludzkich zachowań w ekstremalnych okolicznościach, obraz o lojalności i zaufaniu, o zazdrości i zdradzie, trudnej walce z własnymi demonami, fizycznej słabości i duchowej alienacji. Nawet jeśli od początku tytuł jednoznacznie na trop naprowadza i poniekąd wiadomo czym się ta historia zakończy, to stale gęstniejącą melancholijna atmosfera uwagę absorbuje i tajemnica mimo wszystko umiejętnie zostaje dialogami w formie pasjonujących „pogaduszek” pobudzana. Dla mnie majstersztyk, a co dla was to mało mnie obchodzi. Jak patrzę na sposób bycia takiego Jesse’ego to arogancja się we mnie budzi. :)

P.S. Jeszcze jedno przed czym moje kolana się uginają, to cała promocyjna sesja zdjęciowa stylizowana na tą z epoki - znakomitość przywołująca skutecznie mrocznego ducha tamtych czasów.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Fences / Płoty (2016)




Zatem! Denzel Washington w rolę reżysera powtórnie wejść próbuje, jednocześnie odgrywając centralną postać w dramacie na podstawie sztuki Augusta Wilsona. Na warsztat bierze ciekawy temat, ale niestety w nieznośnie napuszony sposób potraktowany. Brak mi wiedzy czy charakter finalnego produktu zależny wyłącznie od autora tekstu, czy może to praca Washingtona wtłacza ten cholernie drażniący patos. Tutaj się nie mówi, tutaj się przemawia, wygłasza płomienne kazania, a wzruszenie i poruszenie najgłębsze odbiera mowę, z tchu ograbia. Tak, drwię sobie, ale takie moje zachowanie uznaję za usprawiedliwione, kiedy tego rodzaju rozbuchana emfaza na pierwszym planie odbiera w bardzo znaczącym stopniu autentyczność poważnej przecież tematyce. Potoczyste teatralne monologi, dialogi niczym czytane ukradkiem z wcześniej przygotowanej kartki – wszystko to nienaturalne i pretensjonalne, przegadane i zwyczajnie przez większość seansu nudne. Gdzieś w połowie coś się zawiązuje, ferment zostaje zasiany, ale z niego nic szczególnie przekonywującego nie wynika. Żeby jednak nie było nieporozumień, to w sumie technicznie dobre, bardzo przyzwoite kino, miejscami nawet wspinające się dość wysoko, ale dramatycznie niestety przerysowane przez co nie budzi takich emocji, jakich oczekiwałem. Miałem, gdy bez entuzjazmu oglądałem skojarzenia z hollywoodzkim kinem lat czterdziestych i pięćdziesiątych, ale takim bez czaru, jakim oryginalne produkcje z tego okresu intensywnie przesiąknięte. Może wygrywa obrazem, malowniczo sugestywnym, ale przegrywa nadmiernym nadęciem – irytująco ofensywnym.

P.S. Oscar przyznany Violi Davis uznaję za dowód niskich lotów gustów Akademii, znaczy równie dobrze mogliby go oddać w ręce którejś z nieco bardziej charyzmatycznych wenezuelskich aktorek. Płaczliwość i egzaltacja podniesiona do kwadratu, w typie niemal oper mydlanych :( Zawód, wstyd, bo zarówno po warsztacie Davis, jak i elicie jurorskiej więcej można się spodziewać.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Troubled Horse - Revolution on Repeat (2017)




"Kariera" Troubled Horse jak wynika z szybkiego researchu przepastnych archiwów netu już dość długa, bo wzmianki o powstaniu grupy kierują aż do roku 2003-ego. Natomiast dorobek płytowy mizerny, jedynie na koncie samotny długograj sprzed pięciu lat, który wówczas (już teraz wiem :)) także kilkukrotnie przesłuchałem. Napiszę więcej, jeżeli mnie pamięć nie myli to ja swego czasu nawet Szwedów na żywca oglądałem, a miało to miejsce w grodzie Kraka przy okazji klubowego mini festiwalu na którym z ogromną radością show kameralny (bo wraz z małżonką przy stoliku z pomarańczową lampką) Amerykanów z Orchid widziałem. Jednak nie był to wówczas zapewne porywający występ Troubled Horse skoro w pamięci się wyraźnie nie odłożył, a i sama debiutancka Step Inside większego wrażenia na mnie nie zrobiła. Ot solidny retro rock, ze sporą ilością klawisza, bardziej zapatrzony w tradycję bigbitu (tak wiem, że to polskie określenie tradycyjnego rock'n'rolla :)) w warunkach europejskich spod znaku The Animals, niż rozimprowizowanych herosów spod egidy Led Zeppelin. Stąd w moim muzycznym życiu wyłącznie na moment się pojawili i cichaczem z niego zniknęli, większego śladu nie pozostawiając. Nie dziwi mnie zatem, iż kiedy kumpel podrzucił mi info o nowym albumie ekipy Troubled Horse przez chwilę dumałem o kogo mu chodzi. :) "A to ci goście", triumfalnie oznajmiłem, kiedy pierwsze skojarzenie skleciłem i dalej to już z górki kolejne z pamięci wydobyłem, lecz entuzjazmu wielkiego nie wykazywałem, a bo i dlaczego. :) "Opatrzność" jednak czuwała bym nie zignorował krążka, który zbiegiem okoliczności do mnie dociera. Coś mi szeptało, że trzeba Revolution on Repeat zlokalizować i sprawdzić. Jakież było moje zdziwienie przez pryzmat wcześniejszych z kapelą doświadczeń, gdy po pierwszym odsłuchu przez dłuższy czas nie potrafiłem się od tego materiału uwolnić. Zupełnym jednak  faworytem okazał się numer The Haunted, który w zapętleniu z ekscytacją, wręcz obłąkaniem kręcił się chyba nastokrotnie. Ogólnie zawartość nowego longa różni się zasadniczo od tego co na Step Inside retro rockersi zamieścili. Zamiast wszędobylskich plam i plumknań parapetu więcej ognia krzesanego - gitary tną kapitalne klasyczne w formie, jednak na swój sposób uwspółcześnione riffy, sekcja dodaje animuszu, bas szyje pulsujące tematy, perkusja podbija ich moc, a wokalista z pasją wyśpiewuje kolejne wersy. To już nie jest ten wspomniany bigbit, tylko rasowy blues-rock, energetyczny hard-rock z nadal mrocznym folkiem w roli klimatycznego tła. Płyta absolutnie nie jest jednowymiarowa, bo obok ognistych rockerów sporo atmosfery budowanej za pośrednictwem powoli rozwijanych motywów - bluesowych brzdąkań wioseł spowitych bez przesadnej obfitości klawiszową mgiełką. Najważniejszym natomiast walorem Revolution on Repeat okazuje się permanentne napięcie, masa momentów kulminacyjnych, stałe trzymanie najwyższego poziomu entuzjazmu i pasji wykonawczej. Ten album kipi od dynamicznych kaskad wyrazistych dźwięków skonstruowanych z szacunkiem dla tradycji i z młodzieńczą wręcz radością zagranych. Na koniec taka oto refleksja! Już myślałem, że ten sprzed kilku lat boom na retro granie powoli zaczynał umierać śmiercią naturalną, bo oto nie dostrzegałem świeżych propozycji mało znanych lub całkowicie nowych przedstawicieli nurtu. Owszem najlepsi z tonu nie spuszczali nagrywając świetne albumy, ale świeżej krwi, nie zauważałem. A tu nagle, znienacka taki Troubled Horse z siłą huraganu z nowym otwarciem wkracza, obok niego Blues Pills z opóźnieniem odkrywam i po raz drugi z entuzjazmem patrzę w przyszłość retro rocka. 

piątek, 21 kwietnia 2017

Blues Pills - Lady in Black (2016)




Ze sporym opóźnieniem przesłuchałem dwójkę Blues Pills, zapewne od lat zdystansowany od niemal wszystkich kobitek za mikrofonem. Jednak ileż to można ignorować dobry trend, kiedy to Panie błyszczą kapitalnymi wokalizami! :) Pozwoliłem akurat już jakiś czas temu na wtargnięcie do mojego muzycznego (niemal wyłącznie męskiego) świata Mlny Parsonz, znakomitego głosu Royal Thunder, ostatnio także młodziutkiej belgijce śpiewającej w Black Mirrors, w końcu po części także charyzmatycznej Alison Mosshart w konfiguracji z Jackiem Whitem i jeszcze z pełnym impetem babeczce współpracującej między innymi z Buzzem Osbornem w Crystal Fairy. Do tej elity dodam również Beth Hart, Susanne Sundfør, zjawiskową Lorde, od czasu do czasu obowiązkowo legendarną już Amy Winehouse oraz do momentu wydania ostatniej rozczarowującej płyty największą chyba obecnie gwiazdę żeńskiego wokalu, czyli Adele. Idąc wiec za ciosem po sforsowaniu nonsensownej przecież blokady dopuszczam także Blues Pills i kapitalny głos Elin Larsson. Toż to czysta perfekcja, więcej mainstream jak się patrzy gdyby postanowiła solową karierę rozpocząć. W takim I Felt a Change, a jeszcze bardziej Gone So Long jej popisy postawię na równi ze wspomnianą znakomitą Beth Hart, a sam ten numer mógłby z powodzeniem znaleźć się którejś z płyt Amerykanki, a może i nawet 19 lub 21 divy Adele. Ta dziewczyna na froncie to ogromna zaleta Blues Pills, niezaprzeczalny atut, że kogoś tak rewelacyjnego za mikrofonem Szwedzka retro rockowa kapela posiada, ale i trochę ich przekleństwo, bowiem to zawodowe brzmienie jej strun głosowych, na równi bluesowe jak i mocno podbarwione soulem, wymusza na kompozycjach większą przebojowość. Bo jak takiego potencjału nie wykorzystać i na wzrost popularności takiego waloru nie przeliczyć. :) Stąd mam wrażenie, iż ten znaczny jednak wciąż przez dobry gust kontrolowany dryf od sentymentalnego bluesa w stronę często szlachetnego soulu, względnie funkującego R&B ma swoje uzasadnienie. Teraz na Lady in Black to zespól jak mniemam z krwi i kości hipisowski, który w polskich warunkach z Breakoutem takiemu jeszcze zielonemu "znawcy" się kojarzy, a sięgając za ocean myśli jego biegną w stronę Jefferson Airplane. :) Pewnie się mylę i te ostatnie porównania mocno chybione, jednak nie zmienia to faktu, że jakbym więcej o scenie z przeszłości wiedział to do największych i najlepszych (tak nie zawsze są to synonimy) bym ich porównał. Tworzą fantastyczne przeboje i pomimo, iż one bardzo chciałyby popularność większą od tej standardowej dla współczesnego retro rocka zdobyć, to czuć tutaj że przede wszystkim szczerość i potrzeba wewnętrzna pisania takiej właśnie nieco wypolerowanej muzyki ekipą z pierwotnie Örebro kierowała. To im w duszy śpiewa i naturalnie tą drogą podążają, mają bezspornie papiery na zapamiętywalne granie i duszę niezbrukaną chyba nadal gorączką kolekcjonowania złotych płyt przygotowywanych dla masowego odbiorcy. Nie martwię się jednak na razie, że zagubią się w pogoni za sławą, że ulegną iluzji makiawelicznego splendoru, wszelkim czającym się merkantylnym pokusom i podporządkują kiczowatym potrzebom komercji. Póki nimi hipisowska natura kieruje zbłądzić ku miałkości zapewne im się nie zdarzy. :) Oby!

P.S. Asekuracyjnie jeszcze raz podkreślę, że powyżej znajdujące się porównanie do Breakoutu i może odrobinę mniej do Jefferson Airplane należy traktować jako żart świadomy, który także obrazuje dystans jaki amatorski recenzent posiada do swojej wciąż jeszcze ograniczonej wiedzy o czasach kiedy praprzodkowie podobnych Blues Pills formacji swoje perełki nagrywali. Nie jestem emerytem by pamiętać przełom lat 60/70-tych i na bieżąco, na żywca obserwować scenę rockową i jej burzliwą ewolucję. Dodatkowo tak wiele na dzisiejszej scenie i tak dobrze się dzieję, że naturalnie brak czasu by klasykę  sprzed lat detalicznie odkrywać. Poza tym przecież każdy nawet mało kumaty fan słyszy, że taki wspominany Go So Long ma potencjał by z powodzeniem przygody agenta 007 firmować, a nie wyobrażam sobie by któryś z mnie znanych numerów ekipy dowodzonej przez Tadeusza Nalepę mógłby stylistycznie w tej roli się odnaleźć. Nieco inaczej ta sytuacja wygląda z Jefferson Airplane, ale tak jak napisałem skojarzenia z amerykańską hipisowską legendą nie są aż tak bardzo nietrafione. :)

czwartek, 20 kwietnia 2017

Les Amours imaginaires / Wyśnione miłości (2010) - Xavier Dolan




Napiszę w miarę krótko! Na pewno sie uda! :) Les Amours imaginaires to nie jest jeszcze poziom takich późniejszych obrazów Xaviera Dolana jak Laurence Anyways, Tom à la Ferm, czy tym bardziej moich faworytów - osobiście poruszającego Juste la fin du monde i wreszcie absolutnie fenomenalnej (po części także tematycznie mi bliskiej) Mommy. Widać wyraźnie, że autorski styl młodzieńca dopiero się kształtuje - on kombinuje i eksperymentuje, poszukuje optymalnej formuły, choć robi to jak na swój wówczas przecież niespotykanie młody wiek sprawnie i z gracją to odrobinę jednak, co naturalne niezdecydowanie. Formalne pomysły zaczynają ewoluować, a każda kolejna produkcja Dolana w przyszłości będzie tylko udowadniała, że autorski styl dojrzewa, a sam twórca nabiera coraz większej pewności, czasem (Laurence Anyways się kłania) pozwalając sobie na zbytnie rozpasanie. Tutaj ono jeszcze powściągane, mimo że jak na odrobinę ponad dziewięćdziesiąt minut seansu spora gama środków stylistycznych zostaje zastosowana. Raz króciutkie ujęcia, teledyskowy montaż, a za chwilę wyrafinowane rozbudowane kompozycje lub nerwowe zbliżenia centralnych postaci z eksponowaną mimiką i znaczeniem wypowiadanego słowa. Muzyka ma ogromne znaczenie, swą niepoślednią rolę, pojawia się między innymi w formie standardów jej rozrywkowego oblicza (Dalida - Bang Bang) czy z drugiego bieguna klasyki w postaci powracającego w lirycznych scenach preludium do pierwszej suity wiolonczelowej Bacha. Ona wraz z obrazem konstruuje przepełnione poezją ruchu ujęcia i w subtelny aczkolwiek klarowny sposób świadomie obnaża wrażliwość emocjonalną i artystyczną Dolana. Tematem zaś przewodnim Wyśnionych miłości fascynacja i zakochanie - odrzucenie i gorzki smak porzucenia. Młody Bóg, dopiero co poznany niczym mityczny Apollo postawiony zostaje na piedestale, do którego strefy namiętności aspiruje dwójka wieloletnich już przyjaciół. Gierki w trójkącie absolutnie atypowym i jednocześnie ze wszelkimi cechami szablonowymi takiej ryzykownej zabawy z uczuciami. W pozornej symbiozie ich potrzeb główną rolę odgrywają jednak egocentryczne ambicje, zazdrość głęboko skrywana i i obawy niespełnienia - wyśnione marzenia o wyłączności i w końcu finalnie rozczarowanie wraz z konsekwencją w postaci zawiści.

Drukuj