sobota, 23 stycznia 2021

Pieces of a Woman / Cząstki kobiety (2020) - Kornél Mundruczó

 

Oczekiwania były ogromne, gdyż tytuł zdążył już przed premierą mocno podgrzać emocje, a wraz z jego pojawieniem się w sieci, posypały się niezależne, jak i te pochodzące ze strony bardziej profesjonalnej krytyki oceny. One niemal jednym głosem uznały obraz Kornéla Mundruczó za jeden z najmocniejszych tytułów w ostatnim czasie. To też musiałem wykorzystać okazję i trzeba było obowiązkowo przeżyć zapowiadane emocje, ale też korzystając z dobrodziejstwa popularnej platformy mieć możliwość z własnej perspektywy skonfrontować to co na papierze, z tym co w duszy praktyczne zamieszanie może wywołać. Poród domowy, cud narodzin i potworna tragedia, gdy dziecko w rękach trzymane odchodzi. Moment który szarpie widzem, a świat bohaterów w momencie rozpada się w pył. Pierwsza scena z finałem, który rozpoczyna właściwą opowieść, tą sprowadzającą się do długotrwałego procesu stawiania czoła nie tylko samej tragedii w wewnętrznym wymiarze psychologicznym czy relacji małżeńskich (partnerów z osobna i razem ją przeżywających), ale też w sensie społecznego odbioru wszelkich prawnych reperkusji z nią powiązanych. Najmocniejsza siła obrazu węgierskiego reżysera (pomimo dramatycznego wymiaru zawartego w scenariuszu) tkwi głównie w aktorskich paradach - całkiem mocnej Leboufa oraz kapitalnej kreacji Vanessy Kirby i jak zwykle doskonałej Ellen Burstyn (szczególnie w scenach między Kirby, a Burstyn jest ogień i lód, zupełnie różne postawy, działania i tragicznych wydarzeń na osobowości oddziaływania). Zarzut mógłbym mieć mimo wszystkich walorów więcej niż jeden - gdybym tylko mierzył to co otrzymałem z tym czego po promocyjnym zamieszaniu się spodziewałem. Mógłbym na ten przykład narzekać iż koszmar tylko cząstkowo ujęty, że dobrze by było gdyby szerzej i głębiej jednocześnie scenariusz eksplorował jego potencjał. Ale rozumiem przecież że nie było takiej praktycznej możliwości, by tak złożoną traumę indywidualną i grupową detalicznie analizować i każdego z jej bohaterów uznać za centrum owych wydarzeń. Nie udało się też przez wyraziste cięcia w fabule utrzymać pełnej, niezachwianej koncentracji, a film zdecydowanie nie jest produkcją nastawioną na typowy nawet dla kameralnych produkcji z tego rejonu rozmach realizacyjny. Szczerze to wygląda wizualnie bardziej jak produkcja telewizyjna, lecz akurat zrobiona na tyle sprawnie i z wrażliwością artystyczną, iż ten fakt na komfort i ocenę nie wpływa strasznie negatywnie. Film jest skromny i kameralny, zatem w kontekście angielskojęzycznego debiutu Kornéla Mundruczó, nie można mówić o epokowym dziele filmowym, tylko uznać, iż pośród premier ostatnich miesięcy jego film wyróżnia się zdecydowanie pod względem charakteru i treści. Ponadto (podkreślając bezdyskusyjną wartość) subiektywnie odniosłem przekonujące wrażenie, iż relacje, działania postaci były do szpiku prawdziwe, ani przez moment nie cuchnęło tanim szantażem emocjonalnym. To mi właśnie prócz autentycznej roli Kirby zaimponowało, że scenariusz ucieka od stereotypowych przekonań, iż przeżywanie takiej traumy ze strony kobiety musi być pogrążone w histerii. Kobiety współczesne są twardsze częstokroć od swoich partnerów, a przynajmniej kino w końcu zaczęło dostrzegać tą chyba już od wielu dekad oczywistą prawidłowość. 

piątek, 22 stycznia 2021

Emma. (2020) - Autumn de Wilde

 


Może nie mega, ale jednak całkiem zabawna i bez wątpliwości finezyjna komedia kostiumowa, której oprócz urokliwie rozpisanych dialogów i subtelnie poprowadzonej narracji, pierwszoplanowymi atutami są przyjemne dla oka, wymuskane, wychuchane wnętrza i architektoniczne pejzaże - piękne panoramy ubarwiające walor ilustracyjny całkiem oryginalnego spojrzenia na klasyka Jane Austen. Ogólnie ich malowniczość jest fantastycznie ujmująca i nie bardzo odpowiadająca zapewne realizmowi – czego w tym przypadku nie postrzegam jako wady. Przyjemnie bezpretensjonalna obyczajowa satyra na klasę arystokratyczną żyjącą w naturalnym luksusie i zajmującą się kwestiami do których przedstawiciele tej lepszej warstwy społecznej są w oczywisty sposób stworzeni. Pięknie one wypunktowane i pięknie ich zabawny charakter wyśmiany. Poczucie wyższości, wykorzystywanie finansowych możliwości, noszenie głowy dumnie i tak wysoko jak tylko jest możliwe. :) Ponadto też wytrawne poczucie smaku i „starrrannne” wychowanie w duchu poszanowania sztuki. Postacie miewają się dobrze, są wielce przeurocze w obyciu i korzystają z klasą z różnych atrakcji. Żyją szczęściem własnym lecz najczęściej (oczywiście z klasą) wciskają swoje przypudrowane noski w nie swoje sprawy. W towarzyskiej śmietance otoczonej pochlebstwami żyje, romansuje i kocha się cudownie. :)

P.S.1. Puenta - prosta, przyziemna. Jeśli się nie mylę to więcej się ryzykuje kiedy nie mówi się wprost co się czuje, i czeka robiąc jakieś uniki że może zbiegiem okoliczności ktoś się domyśli. Konwenanse są zwyczajnie głupie, a ta wypieszczona komedia omyłek z błyskotliwym kontekstem społeczno-obyczajowym jest bardzo OK. 

P.S.2. Może się przełamię i sprawdzę co z tej historii przed nieomal ćwierć wiekiem wycisnął niejaki Douglas McGrath. Nie będzie to łatwe, bowiem takich kostiumowych babskich historyjek z zasady tykać się obawiam.  

czwartek, 21 stycznia 2021

U Turn / Droga przez piekło (1997) - Oliver Stone

 


Przytulona w mocnym uścisku do gorzkiej ironii, brutalna przygoda na arizońskiej pustyni. Bardzo czarna komedia (oko przymrużone obowiązkowe), osadzona w anturażu kina drogi oraz stawiająca na warsztatową aktorską wyrazistość rozpoznawalnej obsady. Gdyż z przyciągnięciem gwiazdorki pierwszego sortu nie miał taki Oliver Stone wówczas najmniejszego problemu, kusząc za jednym zamachem Seana Penna, Nicka Noltego, Joaquina Phoenixa, Johna Voighta i Billy'ego Boba Thortona – jak w międzyczasie doczytałem nie takimi jednak gigantycznymi gażami. Z tak spektakularnym zapleczem aktorskim, to nawet słabszy scenariusz i poprawna tylko realizacja mogłyby się obronić. W tym przypadku jednak nie muszą, bowiem nawet jeśli jest to w formie dość luźnej nawiązanie do nieco groteskowego kina drogi opowiedzianego trzy lata wcześniej przez odpowiedzialnego za znacząco większy sukces Urodzonych morderców, to efekt ponownego szokowania jest bardzo przyzwoity, lecz już nie porażający. Wszystko niby gra, ale już nie porywa. Ciekawi galeria przedziwnych postaci z przygranicznego zadupia, gdzie mniej Ameryki a więcej latynoskiego burdelu i klimat uwspółcześnionego westernu (ach ta muzyka Ennio Morricone), lecz już nie szokuje. Intryga wciąga, lecz brak jej już świeżości oraz jej autentyzm siłą stylistycznego odpału miewa momenty słabsze. Główny bohater brodził sobie kiedyś radośnie w gównie i kiedy szambo przynoszące dotąd dobry szmal go już wciągało, spierdala przed konsekwencjami. Ale gdzieś po drodze okazuje się że zła passa się nie kończy i można jednak spod deszczu wpaść zbiegiem niekorzystnych okoliczności wprost pod rynnę. Dzieją się więc rzeczy dość dziwacznie, a formie w jakiej pokazane bardzo blisko do psychologicznej bomby z opóźniony zapłonem. Ryje ona beret skrupulatnie i konsekwentnie, oferując widzowi chwilami mocno przegiętą lekcję perfidnej manipulacji podsycanej żądzami kasy i władzy. Jak mówi jedna z postaci - tak jest na pustyni, nie wiadomo dlaczego wszystkim odbija. Nie byłem na amerykańskiej pustyni - nie mam więc powodu by nie wierzyć. Koniec dyskusji. :)

P.S. Dla kumatych - scena w barze, wchodzi Phoenix przy dźwiękach z szafy grającej. Nomen omen nucie Johnny'ego Casha i wyglądający jak młody Cash. Coś, ktoś, kiedyś w niedalekiej przyszłości? :)

środa, 20 stycznia 2021

The Midnight Sky / Niebo o północy (2020) - George Clooney

 

Clooney kolejny raz reżysersko - tym razem a' la futurystycznie, czyli w stylistyce fantastyki naukowej. W dodatku mocno filozoficznie oraz z wykorzystaniem (jak to w tym gatunku jest niestety naturalne) wszelkich wytartych schematów na setki już sposobów przemielonych. Oczywiście gwiazdor nie omieszkał tu posiłkować się nowatorskimi możliwościami technicznymi widocznymi w obróbce obrazu, by wrażenie wizualne na widzu zrobić. Nie wyszło mu jednak dobrze i to o zgrozo na całej szerokości zastosowanego wielkiego rozmachu. Żeby być uczciwym, nie jest to (jak można by po wstępie przypuszczać) też przede wszystkim paranaukowe kino, tylko bardziej nostalgiczna ballada o człowieku z życia społecznego wycofanym. Opowieść o osobniku trzymającym relacje z innymi na dystans - szczególnie z perspektywy i w obliczu pasji oraz ambicjonalnego wyzwania. Problem w tym że mogłoby tu być nawet tak smętnie jak smętnie jest (nie mam z tym zasadniczo problemu), gdyby pod tą nużącą fasadą narracji żył puls większy (chociażby jakiś), a forma była podporządkowana wyłącznie naturze refleksyjnej i nie stanowiła tu wszystkiego i niczego zarazem. Jest jednak to obraz po prostu słaby, niemal irytująco nijaki – oparty wyłącznie na kalkach i jeszcze bez dobrego pomysłu powielonych. Ale i tak już lepiej kiedy nudzi tym nijakim dołowaniem, niż kiedy akcję próbuje rozkręcić pozbawionym autentyzmu i potwornie kiczowatym użyciem grafiki komputerowej (uwaga kontener się topi, ale spoko wszyscy uratowani). Wtedy z filmu w założeniach wartościowego lecz w finalnym efekcie przez jakikolwiek brak autokrytycyzmu położonego (z godnym potępienia niewykorzystaniem potencjału) robi się cholernie tandetna, żenująca potwornie klucha. Klucha którą (bardzo mi przykro) chyba w zasadzie to jest od startu do mety, a ja powyżej tylko na siłę szukam choć małych pozytywów.  Bo przecież jak pamiętam to Clooney świetne filmy robić potrafi.

wtorek, 19 stycznia 2021

Breakfast on Pluto / Śniadanie na Plutonie (2005) - Neil Jordan

 

Nakręcona w uwodzicielskim klimacie Forresta Gumpa czy innego Benjamina Buttona, oparta na powieści Pata McCabe'a barwna quasi autobiograficzna tragikomedia w reżyserii Neila Jordana. Innymi słowy można z miejsca być pewnym iż to warsztatowo świetnie zrobione kino, bo przecież autorstwa człowieka odpowiedzialnego za takie znakomite obrazy łączące mainstreamowy potencjał z wartością merytoryczno-artystyczną jak Wywiad z wampirem, Michael Collins czy jeszcze wcześniej Gra Pozorów. Tym razem w interpretacji Neila Jordana śmieszno-straszne oblicze życia w "głupim poważnym" świecie, a dokładnie jazda bez trzymanki w Irlandii ósmej dekady XX wieku. Jeszcze precyzyjniej Irlandii zatopionej w konflikcie wolnościowym i Londynu czasów rozluźnienia obyczajów oraz strachu przed IRA - spostrzeganej oczami nieco więcej niż odrobinę zaburzonego poznawczo transseksualisty. Kapitalna rola Cilliana Murphy'ego i dynamiczny scenariusz plus gorzkie poczucie humoru dały w rezultacie film o którym powinno być zdecydowanie głośniej niż w rzeczywistości było. Film z wartościowym przesłaniem i celnym morałem. Mimo że jest w nim sporo  cierpkiego śmiechu przez łzy, to naprawdę bardzo pozytywna opowieść. Opowieść łamiąca za jednym zamachem kilka tabu i otwierająca pięknie i szeroko oczy na rzeczywistość z zupełnie marginalizowanej lub demonizowanej perspektywy. Z perspektywy duszy dziewczynki/kobiety zaklętej w ciele chłopczyka/mężczyzny. 

P.S. Na starcie dałem do zrozumienia, że jak Neil Jordan bierze się za filmową realizację to jest pewność iż będzie znakomicie. Kłamię, o czym świadczą szczególnie niestety jego ostatnie, te najbardziej współczesne produkcje. 

poniedziałek, 18 stycznia 2021

The Nest / Gniazdo (2020) - Sean Durkin

 

Oglądałem dobre kilkadziesiąt minut i nie wiedziałem w jakim kierunku historia szczęśliwej amerykańskiej rodziny przeprowadzającej się do podlondyńskiej posiadłości ewoluuje. Czy będzie ona osadzona w stylistyce mrocznego dreszczowca, bowiem coś w jej życiu w końcu huknie? Czy może będzie mozolnie pełzać w kierunku obserwacji obyczajowości, gdyż nic do końca projekcji gwałtownego się nie stanie? Okazało się jednak, że Gniazdo to pełnokrwisty całkiem przenikliwy dramat, zbudowany na fundamencie dotkliwych społecznie i finansowo polityczno-ekonomicznych przemian epoki thatcherowskiej i tego w jakim właśnie praktycznym wymiarze odbiły się one na wysokich aspiracjach tutaj ojca rodziny i jej wspólnotowym życiu ogólnie. Jednak mimo iż pobudzająco eksplozywnych trików w scenariuszu zabrakło, to jak w dobrym suspensie napięcie stale narastało. Wrzały wewnątrz bohaterów emocje, w milczeniu pulsowały stresujące naprężenia i w końcu bez totalnego zaskoczenia, ale jednak huknęło! Eksplodowało ogniście i pojawiła się wreszcie oczekiwana intensywna scena kulminacyjna, a dalej już może bez totalnego dreszczu, ale sporo na wysokich obrotach do końca w autentycznej atmosferze wzbudzającej naturalną ciekawość na ekranie się działo. Bo podsumowując, Gniazdo to świetny film, który nie ma ambicji być widowiskiem lecz tylko względnie skromnym i przez to prawdziwym zapisem kolei losu i konsekwencji dokonywanych wyborów. Zapisem zwyczajnego życia w którym dobrze było i się spieprzyło. Spieprzyło akurat na życzenie tatusia przy asyście bierności mamusi. 

niedziela, 17 stycznia 2021

First Cow / Pierwsza krowa (2019) - Kelly Reichardt

 

Koneserzy ambitnego kina sugerują iż First Cow to takie łamiące utarte stereotypy spojrzenie na rzeczywistość Dzikiego Zachodu. Trudno się po seansie nie zgodzić i jak teraz na potrzeby refleksji daleko sięgam pamięcią, to chyba nie kojarzę aby na męskich bohaterów realiów westernowych scenarzysta i reżyser spojrzał kiedykolwiek w tak ciepły sposób. Nie widziałem dotąd tak rozmarzonej opowieści o ciężkim życiu amerykańskich traperów, która pozbawiona byłaby niemal całkowicie akcji, a skupiła się na pokazywaniu prozaicznych czynności i głęboko intelektualnym odniesieniu do natury człowieka pragnącego w surowych realiach zrealizować własne marzenia o lepszym życiu. Zamiast spektakularnych strzelanin i pobudzających wyobraźnię przygód herosów, charakterem nostalgiczna i puentą brutalna rozprawa o micie spełniającego się amerykańskiego snu. Zamiast widowiskowych polowań zbieranie grzybów i jagód w lesie, bądź też wybieranie z sideł wiewiórek. Ale przede wszystkim kojące dojenie jedynej, pierwszej w okolicy krowy i produkcja wypieków za którymi przepadają miejscowi. :) Stąd też rzecz pozornie się wlecze i pewnie mnóstwo widzów przytnie trochę komara, gdyż dominuje mozolna narracja i zwyczajna cisza - długie fazy milczenia, jedynie z dźwiękami banjo w tle. To więc film atrakcyjny wyłącznie dla nielicznych, którzy poczują jego balladową atmosferę i oczarują się korzystającą z naturalnej kolorystyki pracą scenografa i operatora. Tytuł wyłącznie dla zatopionych w niszowym kinie intelektualnych wrażliwców, będących w stanie docenić kunsztowny warsztat, ale i pod prostą historią czystej przyjaźni dostrzec zasygnalizowaną otwierającą sceną metaforycznie gorzką opowieść o anonimowych ofiarach budujących krainę szczęśliwości, Ameryką nazywaną.

sobota, 16 stycznia 2021

Viagra Boys - Welfare Jazz (2021)

 


Poniższy wpis będzie wyrażał niemal entuzjastycznie moje uznanie. Nie będzie to jednak tylko lista przymiotników określających w superlatywach wartość drugiego krążka Szwedów. Będzie jednak upustem bardzo przyjemnych emocji jakie Welfare Jazz od momentu premiery mi zapewnił. Zaciesz mój osobisty wyjątkowy też ze względu na zaistnienie sytuacji, w której coraz odważniej wchodzę w dźwięki w których dotychczas odnajdowałem się dość ostrożnie, a jeszcze kilka lat wstecz nie pomyślałbym iż albumami o takim charakterze wyrazu mógłbym się ciekawić. Jak nieraz jednak w mym życiu już się zdarzało, na wszystko przyjść musiała odpowiednia pora, inaczej pisząc musiały pojawić się takie bandy które rzeźbiąc w stylistykach mi całkiem obcych, potrafiły mój gust muzyczny do poszerzania przekonać. Viagra Boys trafili na moją listę odsłuchową za sprawą debiutu, gdzieś na wzbierającej fali postpunkowej, której pierwszym przełomowym przedstawicielem był Beastmilk zmuszony przedzierzgnąć się w chwile później w Grave Pleasures. Dalej zaś niby inny, a jednak gdyby pogrzebać w inspiracjach to eksplorujący podobne tereny Turbowolf i wreszcie notując spory hajp wokół własnej nazwy Idles. Grave Pleasures, Turbowolf, Idles i bohater dzisiejszej refleksji Viagra Boys idą w tym momencie łeb w łeb i to jeszcze absolutnie własnymi ścieżkami. Cieszy mnie zatem wielce iż do powyższej trójki wbili się jeszcze Szwedzi i tak pięknie z płyty na płytę dojrzeli. To wręcz niewiarygodne jaki poziom wyczucia szeroko rozumianej materii postpunkowej prezentują. Orbitują oczywiście wokół punkowego rdzenia, lecz z ogromną swobodą korzystając z dostępnego eklektyzmu, stając się dzisiaj jak sobie myślę, fenomenem muzyki jednocześnie ambitnej jak i popularnej - granej przebojowo ale z pazurem i surowym sznytem. Instrumentaliści  świetni, aranżacje z kluczowym saksofonem i oryginalnymi smaczkami znakomite, lecz trudno byłoby z taką sporą efektywnością obronić się samej nucie, gdyby nie fenomenalnie polotem zainfekowane wokale, jak się okazuje pochodzącego z San Francisco Sebastiana Murphy'go. Jestem pełen podziwu jak kapitalnie pod interpretacyjne możliwości frontmana podczepiono w zasadzie proste, jednak pełne efektywnej wyobraźni dźwięki. Welfare Jazz to dzięki temu ze swadą zaaranżowane i zagrane numery - uważam iż podobnie interesujące, lecz w inny znacząco sposób niż te z debiutu. Mimo iż startowy album cieszy mnie do tej pory zarówno ze względu na poczucie humoru, nonszalancję graniczącą z bezczelnością, jak i kompozytorską oryginalność, w treści nowego intensywniej się odnajduję. Test drugiej płyty zdany celująco! Gratulacje!

P.S. Jedno och i ach to studyjne wydanie, drugie z wykrzyknikiem to Viagra Boys w wydaniu live. Swoboda improwizatorska plus ten gość z aparycją łobuza równa się magnetyczne przyciąganie. :)

Drukuj