poniedziałek, 10 grudnia 2018

A River Runs Through It / Rzeka życia (1992) - Robert Redford




Przyszedł być może właściwy czas, aby zacząć uzupełniać archiwum bloga o refleksje w temacie twórczości reżyserskiej Roberta Redforda i wreszcie nadrobić spore zaległości jakie posiadam w kwestii jego kierowniczej (nie przywódczej :)) roli na filmowym planie. Tak się złożyło, że lata temu nie byłem zainteresowany na bieżąco śledzeniem tego co kręci i tylko może ze dwa tytuły znam z tej całkiem obfitej działalności. Zaczynam w tym miejscu od Rzeki życia bez żadnych większych powodów i zastanawiam się teraz dlaczego, kiedy tak bardzo po premierze Wichrów namiętności zachwycony filmem Edwarda Zwicka byłem, to nie wpadłem na żadną notkę prasową sugerująca potrzebę zapoznania się z tym obrazem. Kilkadziesiąt lat w Montanie z prezbiteriańską rodziną Maclean, dwoma braćmi o skrajnie różnych charakterach, ich rodzicami oraz tym wszystkim co naturalnie związane z dorastaniem, dojrzewaniem i starzeniem się, czyli zwyczajnie emocjami i uczuciami - w dodatku w spektakularnej formule obrazowej z doskonałymi pejzażami to byłoby ówcześnie i jest z perspektywy czasu doświadczenie filmowe całkiem interesujące. Redfordowa Rzeka życia według współscenariusza i na podstawie wspomnień Normana Macleana, to tak poniekąd dwa lata wcześniej nakręcone Wichry namiętności, lecz z dużo mniej odczuwalnymi dramatycznym wydarzeniami, ale też z tragicznym finałem. Całość w bardziej w obyczajowej formule, chociaż w bardzo podobnej estetyce w bardzo nostalgicznym ujęciu. Podkreślę, iż nie opieram swego przekonania na roli Brada Pitta, która w Rzece życia wręcz bliźniacza z tą jaka wykreował później u Edwarda Zwicka, lecz przede wszystkim na charakterystycznym rodzaju narracji z klimatycznym zacięciem do opowiadania swoistej rodzinnej epopei w bardzo klasycznej konwencji dramatu. Ponadto osobna wartość Rzeki życia objawia się także w pewnej symbolice zmiany warty w amerykańskim kinie, bowiem trudno nie dostrzec iż Redford namaszcza Pitta jako swego następcę w roli złotego chłopca amerykańskiej branży filmowej. Niezwykle utalentowanego i nieprawdopodobnie fizycznie kojarzącego się z samym Redfordem, który jak już dziś od lat wiemy osiągnął w hollywoodzkiej fabryce snów co najmniej, jak nie więcej aktorsko niż sam Redford. Oklaski dla piękniusiego (wciąż młodego) blondaska, który mimo swojej świetnej formy powinien już wkrótce sam rozpocząć poszukiwania własnego klona. ;) Czas płynie bowiem bardzo żwawym nurtem.

piątek, 7 grudnia 2018

Rage Against the Machine - Evil Empire (1996)




Zacznę od ogólnikowej refleksji, że gdy nagrywa się debiut, który zarówno w undergroundzie jaki i w mainstreamie sukces odnosi (gdyż jest on tak potężnym ładunkiem zarówno chwytliwej jak i ambitnej muzycznej energii, w dodatku o znamionach czegoś zdecydowanie nowego) to trudno oczywiście kolejnym krążkiem zdyskontować ogromny sukces tak wyśmienitym początkiem uzyskany. Szczególnie gdy już dość mocno odczuwa się konsekwencje wiążące się bezpośrednio z trudem intensywnego koncertowania i świadomością rozbudzonych oczekiwań. Wtedy zmęczenie wespół z odpowiedzialnością mocno na styl i jakość pracy kompozytorskiej wpływają, a obawa przed wypuszczeniem materiału który rozczaruje prowokuje do długiego poszukiwania optymalnych rozwiązań. Taką ścieżką jak pamiętam z ówczesnych prasowych donosów szli muzycy jednego z największych objawień w świecie rocka wczesnych lat 90-tych. Oni nawet w dwóch falach kompozycje na dwójkę przygotowywali, bowiem pierwotna wersja niemal w całości została odrzucona i prace po okresie intensywnego skakania sobie do oczu (frustracje - pretensje - konflikty, drodzy Państwo) na nowo ruszyć musiały i na szczęście w zaledwie półtorej miesiąca przyniosły namacalny efekt w postaci tego co na Evil Empire uświadczamy. Czuć było wyraźnie podczas premierowych odsłuchów, że muzycy nie chcieli, lub nie potrafili nagrać płyty tak bezpośredniej jak w przypadku debiutu. Niby większość składników muzyki pozostała bez zmian (nikt z fanów nie zastanawiał się kto na Evil Empire instrumenty maltretuje) a jednak jako całość dwójka już tak efektywnie nie kopała. Zabrakło chyba przestrzeni i powietrza, gdyż brzmienie jest dużo brudniejsze, a dźwięk robi wrażenie mocno skompresowanego w porównaniu do jedynki. Riffy są jednak konkretne, Morello się nie opieprza i ciekawie kombinuje z efektami, bas ochoczo z funkowym feelingiem buja, a perkusja siłowo punktuje oraz rzecz jasna Zack wciąż nawija z zaangażowaniem i jadem w charakterystyczny dla niego sposób. Teksty ponownie są dosadne i podane na ostro, jak i co nie zaskakuje dotyczą tego wszystkiego co zaangażowanego lewaka wkurwiało, lecz finalnie poprzeczka niebotycznie wysoko postawiona nawet nie została szturchnięta. Zwyczajnie Evil Empire to inny rodzaj tej samej w zasadzie energii, która nie porywała natychmiast, a trzeba jej było dać więcej czasu by osadziła się w świadomość. Dziś ona rezonuje we mnie równie efektywnie i uznając mimo wszystko prymat debiutu nad kolejnymi krążkami, zauważam i cieszy mnie to ogromnie, że ta zduszona spontaniczność Evil Empire posiada także swoje istotne zalety. Zamiast walczyć z jedynką na tym samym poziomie rozwiązań formalnych, próbować przeskoczyć to co nie do przeskoczenia, Rage Against the Machine skomplikowali aranżacje, przybrudzili brzmienie i chwytliwość wcisnęli w tło, tym samym album stał się wyrafinowany, a na pewno bardziej dojrzały - przez co udowodnił wartość zespołu i mnie z dużym poślizgiem na tyle do siebie przekonał, iż za cholerę nie napisałbym teraz o nim krytycznie. :)

P.S. Właśnie skompletowałem archiwizacyjnie trzy autorskie albumy "Rejdżów" nie porzucając jednak nadziei, że przyjdzie taki dzień w którym dodam kolejny. ;)

wtorek, 4 grudnia 2018

Carlito's Way / Życie Carlita (1993)



Górna półka klasycznego kina gangsterskiego, chociaż oglądana dzisiaj już nie kopie tak mocno, jak niegdyś pamiętam czyniła - niegdyś, kiedy byłem dojrzewającym, kształtującym intenswynie gusta młodzianem, biegającym z zapałem do wypożyczalni po vhs-y. :) Wtedy to ekranowe odkupienie Carlito Brigante, latynoskiego oprycha na emeryturze, uciekającego bezskutecznie przed przeszłością, przed którą (jakżeby inaczej) zbiec się nie da, bo ona jak bumerang powraca poprzez stare znajomości, dawne zaszłości i koneksje, które wówczas atutem, a dziś już tylko kulą u nogi, która w każdej chwili może zatopić w bagnie półświatka lub w konfrontacji z ambitnym stróżami prawa. Produkcja z obfitych dla gatunku lat dziewięćdziesiątych, sygnowana nazwiskiem legendarnego Briana De Palmy, z aktorstwem pierwszorzędnym, gdzie głównie rola Pacino stanowi zachwycający popis jak grać, robić to niby jak zawsze, ale robić to za każdym razem z nową świeżością, ogromną energią i przekonującym autentyzmem. Z kilkoma twarzami w obsadzie, wtedy jeszcze z dalszego planu, które wkrótce same swoją popularnością będą ciągnęły na szczyty box office’ów hollywoodzkie super produkcje. Wreszcie z genialnym Seanem Pennem z tą efektowną fryzurą fryzur, dającego taki koncert zawodowstwa, że miejscami, mimo iż podtrzymuje to co dwa zdania wyżej napisałem, to jednak Pacino schodzi na plan dalszy i przez plugawy charakter kreowanej postaci Davida Kleinfielda, dla równowagi w filmie nie jest na szczęście w stanie się przebić. Obraz jak na czas powstania przystoi pozbawiony irytująco forsowanego efekciarstwa - względnie surowy i sugestywny, z tą charakterystyczną dla filmów De Palmy zawsze podniosłą epicką muzyką i oczywistymi skojarzeniami w sposobie pracy kamery z autorskimi klasykami z lat osiemdziesiątych. Zakładam, iż nie tylko ja widzę, że zdecydowanie dominuje w The Carlito’s Way własne spojrzenie na formę kina gangsterskiego, które dzisiaj może się zestarzało i nie robi już takiego wrażenia jak te kilka dekad wcześniej, posiadając jednak ikoniczną wartość i koneserską klasę. Nie ma się co oszukiwać, współcześnie kino jest bardziej dynamiczne albo bardziej dosadne, przez co z większym impetem, bądź realizmem robi wrażenie. Ale te klasyki (nie tylko de Palmy) posiadają coś, czego już współcześnie się w kinie nie odtworzy i to jest ich walorem podstawowym. Tym czymś właśnie romantyczna wizja i pełna wdzięku poetyka narracji nawiązująca charakterem do amerykańskiego kina z lat czterdziestych. Jeśli jesteście świadomymi kinomaniakami, to wiecie co mam na mysli. ;)

poniedziałek, 3 grudnia 2018

The Ballad of Buster Scruggs / Ballada o Busterze Scruggsie (2018) - Ethan Coen, Joel Coen




Ballada o Busterze Scruggsie, to kilka nowelek zgrabnie zszytych, chociaż bez bezpośredniego fabularnego powiązania. Ot, takich sześciu historyjek, jak źródła donoszą od lat pomiędzy bardziej poważnymi projektami przez Coenów pisanych, które łączy jedynie stylistyka gatunkowa. Przyznaję że całkiem nieźle ubawiły mnie te przewrotne igraszki z konwencją westernu, z wykorzystaniem wszystkich immanentnych dla gatunku klisz i schematów. Z typowym dla Ethana i Joela groteskowym spojrzeniem i od strony technicznej z dbałością o detal wraz z błyskotliwymi obserwacjami pomiędzy wierszami z przekorą w strukturę upchanymi. Z esencjonalnym sarkazmem, ze świetnymi zaskakującym zwrotami akcji i pomysłowym wykorzystaniem realizacyjnych sztuczek. Tak w ogólności, a w szczególe to najsilniej w pamięci mnie akurat utkwiły i największe wrażenie zrobiły twarze wszelkich, nie tylko typowych sukinkotów pochodzących z tego ironią losu przesiąkniętego dzikiego zachodu, a genialnie zagranych bez wyjątku przez całą obsadę. Twarze, z których jak z pamiętnika wyczytuje się przeszłość bohaterów i w których odbija pasja twórcza Coenów. Ich przywiązanie do tragikomicznej wizualizacji niedosłowności, genialnego wciskania w usta tych twarzy bystrych dialogów i kreowania intelektualnej zagadki. Takie kino z przymrużeniem oka podane i przez ten zabieg swawolny nie do końca poważne nie zachwyca mnie mimo wszystko całościowo, lecz wyłącznie przez pryzmat szczegółów. Bowiem zwracam uwagę na warsztatowe drobiazgi pozwalające w przypadku Coenów bez wyjątku bardzo nisko chylić czoła, zdejmując czapkę przed wyjątkowym wpływem ich osobowości na pracę wykonaną przez wybornych aktorów, doskonałych speców od charakteryzacji, scenografii i lokacji. Świetna robota warsztatowa, niekoniecznie jednak kino, które za sprawą treści stanie się legendą pośród innych, zdecydowanie bardziej rozbudowanych dzieł braterskiego teamu. Ja osobiście cierpliwie czekam z nadzieją na podobne ciosy jak Fargo, czy To nie jest kraj dla starych ludzi, chociaż seans z Balladą przy ognisku gorąco polecam. :)

niedziela, 2 grudnia 2018

A Star Is Born / Narodziny gwiazdy (2018) - Bradley Cooper




Na początek taki apel do męskiej części potencjalnej widowni wystosuję - Panowie nie idźcie na ten film, chyba że macie w sobie prawdziwą samczą odwagę by nie wstydzić się łez, bo nawet jeśli uważacie się za zimne głazy to gwarantuję, że kilka kropel uronicie. :) Ta w sumie nieskomplikowana i dokuczliwie wzruszające historia, w dodatku już po raz czwarty reinterpretowana ma w sobie czar, urok i właściwie też całkiem spore ambicje, a potencjał w tym akurat remake’u tkwiący sugeruje, iż nominacje oscarowe się posypią i statuetki niewątpliwie w kilku kategoriach do twórców powędrują. Nawet jeśli mój bardzo entuzjastyczny odbiór obrazu nieco banalnym finałem został ostudzony, to nie przestałem uważać, co następuje. :) Lady Gaga naprawdę ma talent i to nie tylko muzyczny ale i ku zaskoczeniu aktorski, bowiem wypada niezwykle przekonująco partnerując już staremu wydze w osobie Bradley’a Coopera - który też w roli zapijaczonego, wspomagającego się na scenie kreską wrażliwca daje radę znakomicie. W dodatku Bradley to jak się okazuje reżyser z predyspozycjami i już teraz kapitalną żyłką do sugestywnego i nieprzekombinowanego autentycznego kina opartego między innymi o cholernie naturalne dialogi. Kogoś (mam nadzieję, że nie przesadzę, tym bardziej nie zapeszę) w rodzaju następcy Clinta Eastwooda w gatunkowym segmencie, gdzie całkiem prostymi metodami i wybornym wyczuciem tematu osiąga się zarówno sukces komercyjny i intelektualny. Mnie przynajmniej ten zaproponowany sposób ukazania muzycznego mainstreamu trafił całkiem skutecznie i fajnie korelował z wyobrażeniami i dotychczasowymi doświadczeniami płynącymi rzecz jasna wyłącznie z zaglądania za kulisy przez dziurkę od klucza, którą wszelkie dokumenty i fabuły o najczęściej tragicznych losach gwiazd pierwszego formatu. Oczywistością jest niezaprzeczalnie, że jak wkręcasz się człowieku z talentem, osobowością i charyzmą w świat szołmeńskiego biznesu, to licz się z tym, że będziesz finalnie tańczył jak ci zagrają, choć na początku zapewne dla twojej satysfakcji i w celu uśpienia czujności jeszcze przez chwilę pozwolą ci prowadzić. :) Puenta jednak będzie gorzka i tutaj wyświetlona w bardzo tragicznej formule. W blasku sławy zostaniesz dla swojego komercyjnego dobra przez fachowców od osiągania sukcesu konkretnie przemielony, a sława zdecydowanie nie ułatwi ci zbudowania harmonijnego związku z partnerem, chociażbyś kochał szczerze i do szaleństwa. W sumie prosta i intensywnie wzruszająca historia w reżyserskiej oprawie Bradley’a Coopera, z przynajmniej trzema muzycznymi hiciorami, okazała się nie tak do końca typowo hollywoodzką produkcją, która (zachowując odpowiedni dystans w ciężarze porównania) mogłaby by być zdefiniowana przymiotnikiem zbalansowana i umieszczona pomiędzy Zapaśnikiem Darrena Aronofsky’ego oraz ostatnio ogromnym sukcesem musicalowym Damiena Chazelle’a. Tak to maksymalnie subiektywnie spostrzegam. ;) 

sobota, 1 grudnia 2018

Le grand bleu / Wielki błękit (1988) - Luc Besson




To klasyka oczywiście i niczego odkrywczego o niej już nie jestem w stanie napisać, stąd w zwięzłym tekście powielę najistotniejsze znane od lat w licznej konfiguracji komplementy i zapisze we własnym archiwum kolejną obowiązkową około filmową refleksje. To po pierwsze kino sensu stricto obrazu, dzieło wielowymiarowe i rozbudowane, pod względem formalnym epicki format, w którym emocje harmonijnie pobudzane zostają przez zarazem pasjonującą dramatyczną i piękną historie pasji, jak i cały spektakularny aspekt wizualny. Wysoko angażująca opowowieść o miłości, przyjaźni, właśnie obsesyjnej pasji i nie zawsze refleksyjnej rywalizacji. Opowieść z duszą i przesłaniem, będąca czymś więcej niż romantyczną przygodówką osadzoną w przepięknych okolicznościach przyrody, bowiem aspirującą wyraźnie i skutecznie do filozoficznego traktatu będącego symbolicznym odzwierciedleniem ucieczki w świat marzeń poprzez odcięcie się od rzeczywistości i totalne nomen omen zanurkowanie w nieodkryte i nieodgadnione. Bez efekciarstwa i szablonowości, wyraźnie oparta o liczne charakterystyczne "sztuczki" dla przyszłej, tej z najlepszych lat twórczości Luca Bessona. Film wyjątkowy i osobny, chociaż trudno nie dostrzec, iż mocno osadzony w tradycji europejskiej kinematografii lat osiemdziesiątych, która jednocześnie zachowując swoją kontynentalną tożsamość korzystała z fascynacji wysokobudżetowym kinem amerykańskim. Tą hollywoodzką spektakularność widać przede wszystkim w wizualnej stronie produkcji, całej widowiskowości podwodnych zdjęć i szerokiej perspektywie ukazującej zapierające dech obrazy oceanu. Istota zaangażowanego kina europejskiego nie pozwala jednak, by były to tylko puste emocjonalnie techniczne sztuczki, bowiem w pracę operatorską tknięto poetyckiego ducha wspomaganego charakterystyczną muzyką skomponowaną przez Éric Serre. Dzięki między innymi niej, przy przekonującym współudziale refleksyjnego charakteru i osobistego wątku reżysera, w swojej wymowie Wielki Błękit staje się filmem przejmująco smutnym, a zarazem w finałowym rozrachunku optymistycznie idealizującym współczesnego Piotrusia Pana. Wiecznego chłopca, który nie potrafi wyrwać się z traumy z przeszłości i przekroczyć granicy pomiędzy dzieciństwem, a dorosłością, żyjąc po swojemu w paradoksalnie zaciskającej więzy wyimaginowanej wolności od odpowiedzialności za kogoś więcej niż wyłącznie siebie. 

P.S. Tym razem ani słowa o obecnej reżyserskiej formie, może nawet bardziej o wyborach stylistycznych Bessona, szkoda mi po prostu miejsca i czasu dla pełnych goryczy słów rozczarowania.

piątek, 30 listopada 2018

Velvet Revolver - Contraband (2004)




Ważąc historyczne zasługi jakie dla muzyki rockowej Gunsi posiadają oraz siłę oddziaływania ich krótkiej, aczkolwiek potwornie intensywnej kariery, jednocześnie biorąc również pod uwagę koniecznie moc przebojową dwóch bezdyskusyjnie wielkich albumów Slasha i spółki stwierdzam i narażam się tym samym na pewnie zasłużoną krytykę, że dopiero w tej konfiguracji personalnej, pod szyldem Velvet Revolever za sprawą właśnie Contraband nagrali krążek, który posiada dwie właściwości dla mojej oceny produktu muzycznego najistotniejsze. To jest fakt taki, że Contraband kapitalnie łączy uzależniającą chwytliwość z kompozycyjną wytrawnością w sensie, że tych numerów da się z ciekawością wysłuchać nawet po latach i nie sprawiają wrażenia spranych i wytartych szlagierów z minionej epoki. Poza tym są na tyle zadziorne i szorstkie, a w swoim charakterze wielowymiarowe, bez popadania w megalomanię, że gdybym nie wiedział iż to efekt pracy kompletnie zepsutych sławą muzyków, to przypisałbym ich autorstwo jakimś młodym ale warsztatowo ukształtowanym młodzianom, bowiem w nich tyle pasji i energii. Albo lub właściwie, bez budowania skomplikowanych i naciąganych tez (co burzy moja powyższą teorię) wole obecnie posłuchać numerów Velvet Revolver niż Guns N' Roses, bo wprost pisząc, te super hiciory Gunsów są tak obsłuchane, niemal do porzygania że ja nie jestem w stanie zwyczajnie nie kojarzyć ich z histerią sprzed laty, a znajomość szczególnie tych z rodzaju November Rain nawet w szeregach ludzi o wątpliwym guście muzycznym, czy całkowitym braku własnych gustów muzycznych doprowadza mnie do stanu podobnego temu, kiedy pytany w nowym towarzystwie czego słucham pokrótce sprowadzam swoją rozbudowaną pasję do stwierdzenia "rocka i metalu", a goście niemal chóralnie odpowiadają, że też lubią Metallice, a szczególnie te jej ballady. :) Mam nadzieję że rozumiecie moją wtedy frustrację, że ta ignorancja mnie przerasta z głośnym śmiechem we mnie wewnętrznie wybrzmiewającym oraz czego mi wstyd okropnie z arogancją w formule "co wy wiecie o rocku i metalu, wy laicy k*** wychowani na radiowo-telewizyjnej popelinie". :) Stąd szanując znaczenie i sukces wielkich Guns N Roses, lecz przez tą globalną popularność nie odczuwam jednak przyjemności w kontakcie z ich przebojami i uciekam zawsze gdy mam ochotę na gunsowego rocka do krążków Velvet Revolver - a zazwyczaj wrzucam do odsłuchu właśnie Contraband. Slash, McKagan, Sorum wraz z Dave'm Kushnerem (Wasted Youth) i jak piszą powracającym wówczas z odwyku Scottem Weilandem (Stone Temple Pilots) nagrali album, który kapitalnie połączył legendarną przeszłość z nowym obliczem. Pamiętam ówczesne notki prasowe w których podekscytowani muzycy (którzy oczywiście odpierdalali w przeszłości kompletnie pozbawione rozsądku numery) dawali upust radości z powrotu w takim składzie i takiej konwencji muzycznej, co nie dziwi biorąc pod uwagę iż uznawali VR za nowy start, a za sobą zostawiali mroczne doświadczenia ze współpracy z (napiszę wprost, rezygnując z tak dyplomatycznego określenia jak niezdyscyplinowany, ale także próbując uzmysłowić różnice pomiędzy obłędem jego i kolegów :)) piopierdolonym kompletnie Axlem. Uznaję z dzisiejszej perspektywy, że udało im się fantastycznie w nowej muzyce uzyskać feeling, którym czarowali wiele lat wcześniej, kiedy stawiali pierwsze kroki w muzycznym show biznesie i czuć też, że to nie było oszustwo nastawione na podkręcenie zainteresowania i sprzedaży, bowiem radocha z grania przekłada się bezpośrednio na siłę numerów, w których pierwotna energia zostaje ożeniona z doświadczeniem i ponownie uwolnionym potencjałem. To przecież niby mainstream, a jednak bunt stanowi o głównej sile tej muzyki, ten rodzaj niepokoju duszy przesądzający, iż nie są to typowo radiowe kawałki, mimo że przecież cholernie przebojowe. Werwa, polot, szczerość, wyrazistość przekazu i również refleksja, bo przecież rock to muzyka ludzi żyjących na krawędzi, ale też i wyrzutków, względnie życiowych rozbitków, którzy właśnie poprzez twórczość wypluwają z własnych trzewi całą osobistą gorycz. Kropka, wystarczy słów, mówię stop pierdoleniu! :)

czwartek, 29 listopada 2018

Ain't Them Bodies Saints / Wydarzyło się w Teksasie (2013) - David Lowery




To jest moje kino, takie które do mojego nieczułego na płaczliwą manipulację serduszka ma drogę uprzywilejowaną. :) Małe kino z wielkim sercem, znaczy kameralne w formie ale obfite emocjonalnie. Stąd jestem obecnie zafascynowany tym, co do tej pory David Lowery nakręcił i pospiesznie obejrzałem Ain't Them Bodies Saints zachęcony seansem Ghost Story jak i ostatnio The Old Man & the Gun. Estetycznej i merytorycznej satysfakcji dostarczyło mi osadzenie akcji w prowincjonalnej Ameryce i jej południowych okolicznościach przyrody, jak się można domyślić u schyłku względnie na przełomie lat 70-tych. Wykreowanie przekonującego naturalnością klimatu i oddanie bulgocących pod powierzchnią czystych emocji, bez posiłkowania się nieznośną szarżą uczuciową. Zastosowanie tradycyjnych technik rejestracji obrazu w stonowanych odcieniach, odrzucające sterylną czystość i kontrastową wyrazistość na rzecz wąskiej palety rozmytych odcieni brązu i szarości. W tej zadumanej intymnej sztuce filmowej urzekają i świetne zdjęcia eksponujące grę światłem i muzyka w tle podkreślająca z każdą minuta gęstniejącą atmosferę, sugerując nieuchronne zmierzanie do tragicznego finału. Doskonała gra aktorskiej obsady w osobach Rooney Mary, Casey'a Afflecka i Bena Fostera – może nie sięgających swoich wyżyn, ale kreujących postaci przejmująco naturalnie, bez emfazy i ogólnej przesady w gestach czy mimice. To zapewne będzie dla jednych niemiłosiernie ciągnący się, niemal pozbawiony akcji glut, inaczej półtora godzinne flaki z olejem, dla mnie natomiast fascynujący swą surowością i oddaniem jeden do jednego prawdy miejsca i czasu dramat obyczajowy z żywym pulsem i podskórnym napięciem. Doskonały dramat o splatających się ludzkich losach i wartej wielkich poświęceń miłości, stawiających na drodze postaci piekielnie trudne dylematy, a widzowi w moim przekonaniu jedno zasadnicze pytanie w kontekście działań pierwszoplanowych bohaterów. Co jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, co jest warte podjęcia wszelkiego ryzyka? Miłość i tęsknota bracie. Tylko one człowieku!

Drukuj