piątek, 19 stycznia 2018

Spiritual Beggars - Ad Astra (2000)




To jest ta muzyczna twarz Michaela Amotta, która poznana bliżej za czasów właśnie Ad Astra, leży mi najbardziej. Żadne Arch Enemy, nawet nie Carcass - tylko Spiritual Beggars! Powtarzam to uparcie i pomimo częstych zmian frontmanów i także dźwiękowego dryfu w kierunku hard rocka, stan stały, bezpiecznie niezmienny. :) Z ogromną przyjemnością łapę każdą nutę ze wszystkich albumów duchowych żebraków, jednak najwięcej radochy czerpię z odsłuchów krążków, na których za mikrofonem stoi koleś o ksywie Spice i zaraz za nim, równie wyjątkowy J.B. Christoffersson. Do gwiazd, to jest ten wyjątkowo groovem maźnięty, rubaszny stoner, na funkowych resorach. Te odpowiednio zużyte amortyzatory bujają wybornie, w rytm przebojowych linii melodycznych, lecz absolutnie pozbawionych banalności czy landrynkowej słodyczy. Konkretny ołowiany riff pilnuje, by należycie ciężko było, organiczne Hammondy, by soczyście, a potężne i głębokie brzmienie dopełnia idealnie harmonię pomiędzy naturą mocarną i chwytliwą. Życie tętni w tych numerach, czuć w nich pasję i zaangażowanie, ale też luz, bo spina tego rodzaju graniu całkowicie nie przystoi. Szczególnie, gdy muzycy z kapitalnym warsztatem, świetnymi pomysłami, bez presji i ciśnienia na karierę mainstreamową, pozwalają naturalnie przepływać szczerej energii. Dwanaście bezpretensjonalnych numerów, zarówno z bezpośrednimi strzałami w rodzaju Left Brain Ambassadors, czy Angel of Betrayal, jak i nieco bardziej rozbudowanymi, o progresywno-psychodelicznym charakterze, by od jednowymiarowości się nie ulało. Kozak muzyka i tyle! Lepiej jej słuchać, niż o niej czytać, tak jak lepiej wychylić zimnego browara, niż czytać o jego promocji w gazetce z marketu. :)

czwartek, 18 stycznia 2018

The Conversation / Rozmowa (1974) - Francis Ford Coppola




Posiada Francis Ford Coppola w swym filmowym resume, tytuły zdecydowanie bardziej głośne. Ma wreszcie dzieła uznane za epokowe, lecz także pojedyncze, dość poprawne, pośród w przytłaczającej większości rzeczy, przede wszystkim ambitnych. Rozmowa natomiast nie należy do żadnej z tych kategorii w sensie oczywistym. Jest z pewnością propozycją bardzo intelektualną i brak jej absolutnie zaciągu mainstreamowego, nie mówiąc już o cechach rozbuchania, ale trudno mi ją porównać do jakiegokolwiek innego filmu mistrza. Szczególnie przez pryzmat Ojca chrzestnego, zaledwie dwa lata przed Rozmową nakręconego, obraz to z kategorii tych przyczajonych, stawiających w surowej formule na budowanie ascetycznej atmosfery, z użytymi powściągliwymi środkami i niezwykle sugestywnym przesłaniem, precyzyjnie ukrytym w błyskotliwych spostrzeżeniach. W nim teatr niemal wyłącznie jednego aktora dominuje i wzbudza zasłużenie podziw, chociaż drugi plan nie daje żadnych powodów do najmniejszych utyskiwań. Gene Hackman jest niezwykle przekonujący w roli uznanego speca od szpiegostwa komunikacyjnego - fachowca na rynku inwigilacji, który przeżywa kryzys, po latach bezrefleksyjnej działalności. Dręczą go moralne rozterki, wyrzuty sumienia, a jedna kluczowa rozmowa przybiera w jego życiu rozmiary wielkości obsesji. Film ten to majstersztyk, od strony budowania historii o człowieku i współczesnego spojrzenia na oblicze głównego bohatera. Mistrzostwo drobiazgowego i wnikliwego konstruowania postaci, od strony psychologicznej z kapitalnym detalicznym wglądem i emocjonalnej, z wyjątkowo realistycznie ukazanymi jego przeżyciami wewnętrznymi. I zapewne efekt nie byłby aż tak doskonały, gdyby nie właśnie warsztat aktorski Hackmana, który wszelkim intencjom i założeniom reżysera pozwolił zaistnieć w sensie praktycznym. Rozmowa finalnie jawi się jako produkcja na pewno wymagająca sporego skupienia, ale i jednocześnie oferująca wymagającemu widzowi całą masę niuansów do wychwycenia pomiędzy wierszami. Dopomina się zaangażowania i zaangażowanie oferuje.

P.S. Wniosek praktyczny po seansie nasuwa sie jasny. Każdy ma jakąś tajemnice, którą można wykorzystać. Potrzeba jednak odpowiedniego narzędzia i rzecz oczywista, zlej, interesownej woli, by komus życie solidnie uprzykrzyć. A potem? Potem, trzeba z tym żyć. 

środa, 17 stycznia 2018

Under Sandet / Pole minowe (2015) - Martin Zandvliet




Wszystkie ofiary wojny, te zawinione i przede wszystkim, te absolutnie bez winy. Te świadomie zabijające i te okolicznościami okrutnymi w zadawanie bólu i śmierci wmieszane. Największym poświęceniem młodość okrutnie odebrana, nierzadko życie młode przerwane, a z pewnością na dobre traumą naznaczone. Stąd ta niemiecko-duńska produkcja, mimo, że nie wyróżnia się znacząco pośród licznej reprezentacji obrazów traktujących o II wojnie światowej i dla wielu osób obecnie idealnie wpisuje się w ogólnie rozumiane relatywizowanie historii, to jednak ze względu na sugestywnie oddane kwestie konsekwencji nazistowskich działań, czy naiwności wpędzonej przez ideologiczny obłęd w koszmar wojny, zrobił na mnie całkiem duże wrażenie. Ci gówniarze to przecież nie żołnierze, tym bardziej masowi mordercy przygotowani zawodowo do okrucieństwa - to dzieciaki, chłopcy zabrani z domów, płaczący za matkami. Dlatego też, ta postawa wrogiego sierżanta, w stosunku do niemieckich jeńców, ewolucja relacji i ludzkie odruchy, tam gdzie przez wzgląd na zło uczynione jej absolutnie być nie powinno, nawet szczególnie przez kontrastową scenę z prologu mnie nie zaskakuje. Poznaj swego wroga, a przekonasz się jak wiele was łączy, jak bardzo podobnymi jesteście ludźmi. Niech was połączą emocje podczas wspólnych wyzwań, niech czas zbuduje zależności i więzy, a perspektywa ulegnie przemianie. Przecież wszyscy jesteście marionetkami zaplątanymi przez politykę w konflikty, których mechanizmów do końca nie pojmujecie.

wtorek, 16 stycznia 2018

Mudbound (2017) - Dee Rees




Krótka i zakładam treściwa będzie to refleksja, znaczy na wysokim poziomie ogólności, ale z najistotniejszymi spostrzeżeniami. Mudbound, to jak się okazuje produkcja Netflixa, ze względnym rozmachem zrobiona. Może nie takim jak epickie super produkcje wielkich wytwórni, ale wiele im nie ustępująca i co ważne odpowiednio dopracowana ze względu na charakter gatunkowy. Ogólnie poruszony zostaje temat tragicznej współegzystencji białych i kolorowych, w tym konkretnym przypadku dwóch rodzin z tej samej ziemi, w Ameryce segregacji rasowej. Dokładnie w ultra konserwatywnym stanie w  Missisipi, w okolicach II wojny światowej, przez pryzmat wszystkich krytycznych czynników ją warunkujących. Przetrwanie w wymagających warunkach surowej egzystencji obserwujemy, na farmie, w skomplikowanych relacjach rodzinnych i sąsiedzkich oraz powiązanych z nimi osobistych dramatach. W klimacie smutnej, melancholijnej opowieści, angażującej emocjonalnie i w miarę ciekawie, przez wzgląd na uwarunkowania społeczne i historyczne konteksty opowiedzianej. Dobrze zagrany to dramat i przyzwoicie wyreżyserowany, jednak mimo wielu zalet, może zbyt przydługi i bardzo zachowawczy, absolutnie bez pierwiastka wyjątkowości, przez co powyżej oceny bardzo poprawnej nie może się wznieść. 

P.S. Dodatkowym plusem udział Carey Mulligan. Gdziekolwiek, u kogokolwiek się ona ze swym ogromnym talentem i wdziękiem nie pojawi, zawsze doda produkcji sporego atutu.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Nevermore - Dreaming Neon Black (1999)




To ostatni album Nevermore, z tym charakterystycznym dla początków istnienia grupy brzmieniem, dosłownie sprawdzającym w ekstremalnych przeciążeniach zawieszenie membran w kolumnach. Z tym niosącym się podczas tego testu, irytującym niestety pogłosem, którego za cholerę ja nie potrafię usunąć korzystając z dostępnych ustawień korekcji dźwięku. Nie wiem, czy ten typ tak ma obiektywnie, czy to tylko mnie właściwe odczucie dźwiękowe, czy tylko ja jestem przewrażliwiony na pasma o takiej częstotliwości. Przez ten fakt przyznaję, ciężko było mi przekonać się do startowych krążków i do dzisiaj, kiedy je odtwarzam mija chwila zanim do tej specyficznej roboty dźwiękowca słuch względnie przyzwyczaję. Mam z tym zawsze kłopot duży i jest to istotnym powodem rzadszego z nimi kontaktu, jak i wciąż powracającego, uparcie kotłującego się w głowie pytania, czy tak tylko i wyłącznie mam ja, czy to jednak wada dostrzegana przez liczniejsze grono fanów? :( Pomimo jednak, iż ta awersja we mnie wdrukowana i ponad to odczucie trudno się wznieść osobie mojej, to z pełnym przekonaniem twierdzę, iż od strony warsztatowej i czysto muzycznej to kawał soczystego mięcha, na krwisto podanego. Kapitalny heavy metal, który trzyma się z daleka od standardowego postrzegania gatunku. W nim spory udział thrashowego podejścia do materii i oryginalnego, jak na formułę podatną na tandetę sznytu. Brutalnego i bezpośredniego, niemal jak w death metalowych strzałach, z epicką, czy bardziej monumentalną wokalną ekspresją Warrela Dane'a. Ona właściwie o nietuzinkowości Nevermore decyduje, na równi z pomysłem na gatunkowe kolaże i technicznymi umiejętnościami, niezwykle biegłych w fachu instrumentalistów. Ona żyje w nieco niepojętej symbiozie z szorstkimi i połamanymi, rzecz jasna w granicach zdrowego rozsądku strukturami numerów. To płyta, jak można doczytać w opiniach sprzed lat, nagrana podobno w pośpiechu, z okrojonym budżetem, a mimo tych przeszkód intrygująca i ekscytująca. Jak przekonam się kiedyś do jej brzmienia, to obiecuję, że dopiszę tutaj jeszcze kilka dodatkowych linijek z zachwytem w roli głównej. ;)

P.S. Okoliczności zmuszają do spisania jeszcze smutnego post scriptum. Śmierć Warrela Dane'a absolutnie mnie nie zaskoczyła, skoro jego stan fizyczny już przed grubo ponad rokiem, przy okazji katowickiego przystanku trasy projektu solowego, odgrywającego w całości album Dead Heart in a Dead World, niczego dobrego nie wróżył. Chociaż technicznie głos Dane’a dawał radę zaskakująco dobrze, to obraz człowieka fizycznie zniszczonego, wyglądającego niczym cień samego siebie, utkwił mi w pamięci mocniej niż sam gig. Warrel wychudzony, Warrel zgarbiony z trupią cerą i uśmiechem pogodzenia z nieuniknionym, nie dawał nie tylko nadziei na kolejny album Sanctuary, nie pozwalał wierzyć w zapowiedzi wydania w najbliższych miesiącach solowego krążka, jak i tym bardziej odbierał już na dobre marzenia o powrocie Nevermore. :(

piątek, 12 stycznia 2018

Margin Call / Chciwość (2011) - Jeffrey C. Chandor




Grube ryby, koszą gruby szmal, metodami dla przeciętnego zjadacza czerstwego chleba tajemniczymi. Istnienie modeli analitycznych stworzonych w celu wyciskania kasy z syntezy, inaczej z pakietów zbudowanych z papierów wartościowych, będących wydmuszkami, to chyba nic innego jak spekulacja, względnie mówiąc wprost oszustwo. Na takich glinianych nogach zdaje się stać ten cały system finansowy, takie wnioski się nasuwają, kiedy laik ze swojej perspektywy patrzy na mechanizmy prowadzące do jego upadku - oczywiście bez ofiar w inżynierach, tego błyskotliwie wątpliwego etycznie dzieła. Żaden kocur z najwyższych szczebli tej drabiny nie przetrąci sobie rzecz jasna grzbietu, bo one zawsze spadają na cztery łapy. Nigdy nie jest tak źle, by nie dało się jeszcze na tym nieszczęściu zarobić. Wystarczy bezwartościowe gówno sprzedać innym chciwym kombinatorom, wykorzystując do tego celu kupionych pokusą obłowienia się, współpracowników niższego szczebla, którzy oczywiście z mniejszej chciwości, tej wprost proporcjonalnej do praktycznych możliwości, podcinają gałąź na której siedzą. Nie ma pogłębionej refleksji, większych oporów - kręgosłupy moralne z łatwością przetrąca się perspektywą czeku z co najmniej pięcioma zerami. Chociaż cenę trzeba będzie kiedyś za tą lojalność za żetony zapłacić, ale kto tutaj przejmuję się spojrzeniem w przyszłość, kiedy decyzja zwyczajnie przecież chciwością, tudzież obawą o utratę sportowego wózka i członkostwa w klubie golfowym, znaczy luksusu podyktowana. Jakoś to będzie, sprawa ucichnie, pamięć jest przecież niedoskonała, kiedy w interesach konkretny zysk będzie do wyrwania. Każda burza niesie zniszczenia, ale po niej względny spokój następuję i trzeba ewakuować się z miejsc najbardziej narażonych, by frajersko nie dać się skosić, tak bez uszczerbku przetrwać czas zdradliwych wiatrów. W tym świecie korpoludków, nie ma przebacz, nie ma ludzkich odruchów, relacje przyjacielskie to ułuda, może w najlepszym przypadku kurtuazja. Idzie dobrze, zarabiasz, jesteś poklepywany po plecach, odpowiednio wynagradzany, łapiesz się kolejnych szczebli w hierarchii. Kończy się zwierzyna łowna, ryb w stawie brakuje i sieci puste to jesteś zbędnym balastem i odpowiednimi zimnymi regułkami zostajesz z okrętu wprost do morza zepchnięty. Sytuacja rynkowa takie metody usprawiedliwia, nie ma miejsca na sentymenty, bo jak nim ulegniesz to sam swoje dupsko poddasz weryfikacji negatywnej. Działy oceny ryzyka zaskakująco przypadkowo nie podołały wyzwaniu, lawina ruszyła i sytuacja każe zadać pytanie, komu się to finalnie opłacało? Nie jestem ekonomistą, ale sprawa wydaje się jasna, przynajmniej wnioski płynące z historii odpowiednio ciekawie i precyzyjnie, z odczuwalną duszną, gestą atmosferą opowiedzianej przez J.C. Chandora wyraźnie wskazują, że za świadomie budowaną latami iluzję zapłacili frajerzy. Banki, niczym mityczny Feniks powstały z popiołu, a za sztucznie nadmuchany balon kredytowy, masę niespłacalnych hipotek zapłacili utratą marnych, bo nie miliardowych, ale jednak dorobków życia, zwykli zjadacze wczorajszego chleba. Rekiny finansjery przeczekały czas posuchy i dalej tuczą się na garbach i piją krew nieświadomych żywicieli. Mają te swoje idealnie skrojone garniturki i nienaganne maniery z ustami pełnymi frazesów. Wciskają ten swój kit i napełniają portfele, przygotowując się do kolejnego kryzysu, za który oczywiście nie poniosą żadnych konsekwencji. Proszę mnie źle nie zrozumieć – gdybym był taką wroną, krakałbym tak jak one. :)

P.S. To nie jest FilmWeb, to NTOTR77! Tutaj się inaczej o filmach pisze, tutaj nie zawsze ocenia się warsztat aktorski i nazwiskami sypie. Tutaj wreszcie nie zawsze autor ma czas i ochotę by natchnionymi literacko elaboratami zabłąkanych internautów karmić. :)

czwartek, 11 stycznia 2018

Amok (2017) - Kasia Adamik




Tak, przyznaję, że żałuję, iż ociągałem się z seansem, bo to bardzo dobry thriller, który z dumą (a nie jest) powinien być uznawany za jeden z lepszych, w ostatnim czasie, na naszym krajowym podwórku. Czerwony smok, Jestem mordercą i właśnie Amok, który tą triadę doskonale dopełnia. Każdy z nich posiada cechy wspólne, którymi autentyczne wydarzenia, typowo polskie spojrzenie na rzeczywistość, spowity mrokiem klimat, frustracja bohaterów i ich obłudne relacje z otoczeniem. Jednocześnie w każdym z nich, pierwiastki utrzymujące jakość i zapewniające oryginalność formy. Amok to historia, którą życie napisało, ale mimo, że ona medialnie istniała, to ja kompletnie w informacyjnej burzy jej nie wychwyciłem. Chory umysł literata ją spisał, kiedy wyobraźni spaczonej dał się ponieść, bądź właśnie osobiste doświadczenia opisywał. Zabójstwo w pokoju na piętrze, kiedy na dole życie rodzinne się toczy. Rany boskie! Rozcinanie ciała, odcinanie piersi, krojenie ciasta, rozkrawanie placka wiśniowego – chore fantazje i żądze oraz ten obrót spraw przez wzgląd na promocje powieści zaskakujący! Podszedł go glina, wciągnął tego przebiegłego psychola w grę, ale jednocześnie sam stał się obiektem, zabawką. Pomaga świr w śledztwie, poszukując siebie, myląc tropy i w chorym poczuciu wyższości, jednocześnie ściągając na siebie podejrzenia. Satysfakcja jest kluczem, świadomość, że ktoś rozumie, a najlepiej docenia „wartość” artystyczną  tego makabrycznego dzieła. Niebezpieczna gra psychologiczno-medialna, która się toczy, jest na rękę zabójcy. On w centrum uwagi, a wokół niego teatr na pograniczu  rozrywki. Wszyscy tańczą jak on im zagra i czerpie delikwent z tego potworną satysfakcję, pławiąc się w blasku własnej przebiegłości. Wątpliwości służą jego książce! Tak, plik „Amok” został w historii kryminologii zapisany, a autor zapamiętany!

P.S. W tej historii jest też inteligentnie zawarty wątek krytyczny, jednak tylko w dwóch trzech scenach wklejony. Nim dziecko, w którym zarodek obłędu, jak sugeruje reżyserka będzie się rozwijał. 

wtorek, 9 stycznia 2018

Three Billboards Outside Ebbing, Missouri / Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (2017) - Martin McDonagh




Do czego prowadzi nienawiść, a może bardziej do jakich tragicznie kuriozalnych zapętleń może prowadzić? Czy gniew wyrzucany w desperacji permanentnej, frustracji eksplodującej, złości niekontrolowanej jest jedynym, nieuniknionym rozwiązaniem? Wszystko co wystawiamy na widok publiczny, czym manifestujemy swoje stany psychiczne, to oszustwa, nawet nie mające na celu zwieść innych, ale skupione na nas samych, na nieumiejętności radzenia sobie z wewnętrznymi stanami bezsilności. Sami siebie, tak po prostu oszukujemy! Gniew kierowany na zewnątrz, niszczy nas od środka – napędzany paliwem pochodzącym z pieprzonego zadręczania poczuciem winy, za słowa, za działania, za zaniechania, za błędy, za wszystko! Bo można było inaczej, więcej, rozsądniej, z miłością, wyrozumiałością i zaangażowaniem. Ale co by to dało, co właściwie zmieniło - taki kurwa los, takie irracjonalnie niezależne zrządzenie przyczynowo-skutkowe i taki z tego finalnie dramat, bez właściwie bezpośredniego na niego wpływu. Ale to boli, rani zagryzając, od wewnątrz zabijając. Tego z biegu nie przewalczysz, z tym nie wygrasz konwencjonalnymi metodami. To musisz zadusić, a zasadniczo rozdeptać ostatecznie poczuciem, że zrobiło się wszystko co możliwe, bez najmniejszych już wątpliwości. Bo winny powinien ponieść zasłużone surowe konsekwencje, zgnić przynajmniej w mamrze, jeśli nie można sprawić, by cierpiał męki takie jak ofiara, której przecież nic już nie pomoże. Trzeba więc pomóc sobie i najbliższym, sobie dać odkupienie moralne, spokój duszy, a im poczucie względnej sprawiedliwości! Taką walkę podejmuje matka, gdy córka ginie z rąk wciąż niezidentyfikowanego oprawcy. Uparta babka, z jajami większymi od wszystkich buhajów razem wziętych. Pyskata, drapieżna, inteligentna i cholernie zdeterminowana. Wynajmuje trzy zapomniane przez lata billboardy i umieszcza na nich komunikaty, które zmiany i przemiany przede wszystkim w ludziach dokonują. Cały przekrój ludzkich postaw wobec sytuacji przenikliwie zostaje ukazany, podziałów pośród społeczności lokalnej na różnych frontach i liniach przecięcia. Są ci, którzy ze strachu milczą, ci którzy nie wtrącają się w cudze nieszczęścia. Tacy zza bezpiecznie obranych pozycji lokalnych stróżów prawa o zaniechania oskarżający lub otwarcie manifestujący swój gniew, jak i ci, którzy mając argumenty czysto ludzkie stają w obronie szeryfa, bądź robią to z różnych innych mniej lub bardziej racjonalnych powodów. Atmosfera gęstnieje wprost proporcjonalnie do czasu, do żadnych postępów w kluczowej sprawie i coraz większych komplikacji lawinowo narastających. Nic nie jest takie oczywiste jak można by zakładać, bo metoda solą w oku i cierniem w dupie, a konsekwencje jej stosowania gigantycznie obciążające już zdruzgotaną przecież psychikę. Nieporozumień w brud, efekty mizerne - koszty materialne i przede wszystkim zdrowotne ogromne. To walka z wiatrakami, czy może jednak kropla za kroplą kruszy skałę? A może efekt gigantyczny, ale w zmianie mentalności widoczny? Chociaż forma obrazu zaadaptowana przez reżysera jest niekoniecznie maksymalnie dramatyczna, bo przez rysy psychologiczne postaci świadomie o kontrolowaną w każdym najdrobniejszym calu farsę się ociera, to temat przewodni cholernie poważny – wydarzenia przygnębiająco dramatyczne, a przesłanie zaskakująco jednako optymistyczne. Żadnych dróg na skróty, wszystko w swoim naturalnym porządku, z wybornym wyczuciem i wrażliwością społeczną. Z błyskotliwie napisanym scenariuszem, płynną, balladową narracją i postaciami genialnie, raz miękką innym razem wyraźnie ekspresyjną kreską malowane, z pierwszym planem na trzy osoby rozpisanym. Wspomnianą i scharakteryzowaną już dzielną matką i dalej szeryfem odchodzącym z tego świata, robiącym rachunek sumienia przed przejściem na drugą stronę. Człowiekiem zagadką właściwie, bo o jego przeszłości nic zasadniczo nie wiemy,  który co najistotniejsze okazuje się aniołem, zza grobu zmieniającym serca bohaterów, dostrzegającym w ludziach dobro dzięki temu, że sam przed śmiercią odnalazł szczęście, w postaci  prawdziwej miłość, "z której bierze się spokój, a ze spokoju, rozsądek". Z ukochanym mamusinym wsiokiem - synusiem mamusi, przypominającej urodą fizyczną i osobowościową bardziej faceta, aniżeli kobietę. :) Mężczyzną narwanym i prostackim, wrażliwość w sobie zadeptującym, kompletnie nieszczęśliwym we własnej, nieakceptowanej skórze i przez tą pogardę do własnego ja, nienawidzący niemal wszystkich wokoło. Ale to tylko plan pierwszy, a za nim kolejne równie przenikliwie umieszczone w historii postacie, z ich istotną rolą, w całym kalejdoskopie wydarzeń i zachowań. Przepiękny to film, bo ponad te wszystkie na tony produkowane pierdy wartościowy, ale również od strony narracyjnej perfekcyjny, dzięki czemu historia główna i wszelkie równie ważne, ale ze względów formalnych poboczne wątki doskonale osadzone, w wąskiej przestrzeni i idealnie ze sobą od strony przesłania korespondujące. To film wielki, absolutnie nieprzeciętny, nieprzerysowany, nieprzeintelektualizowany, nierozhisteryzowany i niezaduszony emfazą. Taki, który swoje znaczące miejsce w historii kina z pewnością odnajdzie. Gromkie oklaski na stojąco!

P.S. Pewnie tysiące niuansów tutaj pominąłem. Z braku możliwości technicznych, czy warsztatowych część świadomie zignorowałem, by z tekstu ciężki kloc nie powstał. Nie podkreśliłem też wielu jeszcze zalet dzieła Martina McDonagha, gdyż najzwyczajniej bogactwo ich ogromne, treść tak intensywnie oddziałująca, że zapewne przez wiele dni będzie za mną chodziła krok w krok i podpowiadała kolejne drogi interpretacyjne i szczegóły do wychwycenia. Aby uzmysłowić wam jak wielki ślad on pozostawia, powiem tylko, że nie potrafię uwolnić się od tła muzycznego, a ono konsekwentnie osadza w mojej podświadomości kolejne obrazy. Wciąż i wciąż… 

Drukuj