wtorek, 17 stycznia 2017

Coma - Bez tytułu (2011)




W momencie ukazania się na rynku czwartej płyty łódzkiej formacji (bez tytułu - ale brawura ;)) mocno podkreślano zmiany stylistyczne, które jakoby zaszły w dźwiękowym obliczu grupy. Tyle, że odnoszę wrażenie, iż bardziej niż rzeczywisty jej charakter istotny wpływ na takie spostrzeganie zawartości „czerwonego albumu” miała przede wszystkim chwilę wcześniej nagrana dość eksperymentalna, zdecydowanie ryzykowna solowa płyta Roguckiego. Nie znaczy to jednakowoż, iż żadnych zmian nie dostrzegam, one są tyle, że w znaczeniu formalnym w stopniu ilościowym, mniej jakościowym. W stosunku do rozbuchanej, nazbyt obszernej czasowo Hipertrofii, kompozycje i całość zamknięte zostały w bardziej zwięzłych formach, nie pozbawionych jednako cech charakterystycznych dla stylu Comy. Bo oto jest na równi chwytliwie i ambitnie, czasem konkretnie „na ostro” na fundamencie wyeksponowanego basu i rwanych riffów, jak i melancholijnie, tak wyraźnie pod względem lirycznym refleksyjnie. Może jedynie od tego szablonu odstaje singlowy Na pół o wpływach „blendersowych” z tym firmowym dla zapomnianych już gości od Czarnego ciągnika chórkiem. :) Ale to tylko jedna taka wycieczka w stronę list przebojów dla "zpopowiałego" rocka, która pomimo istotnie radiowego charakteru jest ciekawym urozmaiceniem i idealnie sprawdza się jako towarzysz samochodowych podróży. Ogólnie w moim przekonaniu, z mojego doświadczenia wiem, iż cały krążek kapitalnie odnajduje się podczas dojazdu i powrotu z pracy i jest mimo, iż pod względem tekstowym gorzką diagnozą nędznej kondycji współczesnego polskiego społeczeństwa, to muzycznie daje pozytywnego kopa. To sprzeczność i może powód by czepiać się, że niby nonsensy wypisuję ale nie uciekam przed subiektywnym odbiorem dźwięków i nie sugeruję się cudzymi odczuciami, tylko polegam na własnym (może osobliwym :)) spostrzeganiu tej materii. Ona może na albumie z 2011 roku mniej skomplikowana, silniej inspirowana bezpośrednim odreagowaniem po nieco nazbyt nasączonej megalomanią poprzedniczce, ale nadal do bólu charakterystyczna dla maniery zarówno instrumentalnej jak i tej tekstowej, posądzanego niesłusznie o grafomanię Roguca.

P.S. Dopiero z perspektywy ostatniego wydawnictwa zespołu słychać, że wolty na Czerwonym albumie to absolutnie jeszcze nie było. 

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Norma Jean - Polar Similar (2016)




Swego czasu Meridional ochoczo katowałem i nawet ta religijna etykietka, jaką grupa posiada nie odpychała, gdy zwyczajnie sama muzyka wystarczająco intensywnie ciekawiła. Trzy lata później kolejny ich album już podobnej Meridional sympatii nie zdołał zaskarbić, stąd Polar Similar świadomie pominąłem. Teraz jednak skuszony rekomendacją, ze sporym czasowym poślizgiem sprawdziłem czy goście się zrehabilitowali, a może i moja ówczesna ocena Wrongdoers była niesprawiedliwa. O tym przy innej okazji, bo oczywiście pomiędzy odsłuchami nowej produkcji, nie omieszkałem kilkukrotnie krążka z 2013-tego roku odsłuchać. :) Zatem! Z inspiracji pewnym tegorocznym muzycznym podsumowaniem postanowiłem koniec końców sięgnąć po najnowszy album Amerykanów i mam cholera mieszane odczucia, nie mylić z pomieszane w uczuciach. :) To bez wątpienia bardzo dobry materiał, jeśli brać pod uwagę rejony gdzie spotykają się chwytliwy metalcore z surowym hardcorem i ambitnym mathcorem. Tam właśnie Norma Jean swoje poletko znalazła i zdecydowanie wykonując solidną pracę pozwoliła by plon był urodzajny. Numery kipią od pomysłów i są doskonale przemyślane, a proporcje pomiędzy przebojowym potencjałem wynikającym z nośnych refrenów i melodyjnych fraz, a progresywnym zacięciem by wielowątkowość w struktury wprowadzać są po aptekarsku zważone. Materiał brzmi odpowiednio masywnie, jest w nim sporo brudu i energetycznej żywiołowości, a tempa zróżnicowane, połamane rytmy nie pozwalają na pojawianie się uczucia obcowania z typowym miałkim, bo schematycznym graniem dla bardziej niż przeciętnie zbuntowanej nastoletniej publiczności. Ja człowiek już wiekowo dojrzały, który na dźwiękowym gruzie zęby sobie już niejednokrotnie nakruszył i jednocześnie osoba posiadająca alergię na przesłodzone zasiewy wplatane bez opamiętania w ciężką gitarową masę nie odczułem by ta typowo po amerykańsku młodzieżowa maniera wokalna frontmana całkowicie popsuła frapujący wymiar instrumentalny. I tutaj jest właśnie to istotne „ale”, finalne odczucia czyniące mieszanymi. Nie popsuła intrygującego posmaku całkowicie, jednakże siedzi we mnie tak mocno zakorzeniona niechęć do barw głosu podobnych tym jakim dysponuje przykładowo Chester Bennington ze swego czasu mega popularnego i przereklamowanego Linkin Park, że na dłuższą metę ta cecha nie pozwala mi się cieszyć z obcowania z numerami Normy. Jako urozmaicenie, sporadycznie tak, lecz nie ma takiej opcji, przynajmniej na razie by grupa zyskała taka sympatię, jaką darzę przykładowo Protest The Hero. Niby to zbieżne rejony gatunkowe i w praktycznym wymiarze podobne granie, ale wokalnie to już bajki zupełnie inne. Wiem, że to taki detal, urastający w moim przypadku niemal do wymiarów obsesji, ale nie jestem w stanie przejść obok niego zachowując względny dystans. Doceniam w kompozycjach Normy Jean wiele aspektów i drażni mnie ten jeden!:( To odwrotnie proporcjonalnie do ogólnie spostrzeganego metalcore’a - wiem, że on jako trend już jakiś czas temu sczezł, dokonując żywota nie tylko dla mnie, ale najlepsi w tym Norma Jean, mimo że już nie na pierwszym planie to na szczęście przetrwali.   

piątek, 13 stycznia 2017

Captain Fantastic (2016) - Matt Ross




Ty kapitanie wybierasz drogę, podejmujesz decyzje autonomicznie i ponosisz ich konsekwencje wspólnie z najbliższymi. Świadomie i odpowiedzialnie, wedle poglądów, idei i przekonań. Źródło tej decyzji skomplikowane, oparte na całej gamie wcześniejszych doświadczeń. To ucieczka i poszukiwanie szczęścia, niezgoda na reguły rządzące dużymi społecznościami. Te wszystkie nonsensowne konwenanse, co wolno, czego nie co wypada, bo w twoim przekonaniu liczy się szczerość i otwartość bez owijania w bawełnę – żadnych eufemizmów czy po prostu kłamstw. Jako wsparcie masz rodzinę, uczącą życia i różnych jego odcieni, prawdziwą wspólnotę w starciu ze społecznym konformizmem, religijną hipokryzją, obłędem wiary w zabobony i konsumpcjonizmem w obliczu politycznej poprawności - szczep zżyty i idealnie współpracujący, który uznaje cię za wodza. Czy to jest konsekwentne z pełnym oddaniem postępowanie według wyznawanej filozofii czy już rodzaj szaleństwa? Jesteście inni niż wszyscy ale czy to wy jesteście dziwakami? Jest nad czym się zastanawiać, jest co głębokiej analizie poddawać. Wartościowe, mądre i refleksyjne kino – żywe i autentyczne, dotykające spraw naprawdę istotnych.

środa, 11 stycznia 2017

Amores Perros (2000) - Alejandro González Iñárritu




Pełnowymiarowy debiut Alejandro Gonzáleza Iñárritu to kawał soczystego, krwistego mięcha, zainspirowanego niewątpliwie twórczością Quentina Trantino. Pogmatwana, bo składająca się z segmentów narracja o charakterze swoistej mozaiki oraz bezpośrednia surowa przemoc wraz z przenikliwą treścią czerpie z największego hitu Tarantino, stając się jednocześnie jedną z kluczowych cech obrazów meksykanina. Wszystko w Amores Perros do bólu prawdziwe, bez półśrodków, cholernie sugestywne i ekspresyjne – mroczne i duszne. Trzy równoległe historie stanowią opowieść, jedna od startu niemalże jasna, przewidywalna, a dwie następne tajemnicze, rozwijane z początku jakby na marginesie i doklejane cyklicznie by stawać się stopniowo równoprawnym, osobnym wątkiem szerszego kontekstu wydarzeń. Splatają się one, ich bohaterowie stają sobie na drodze, a ślepy los czy bardziej konsekwencje dokonywanych wyborów scenariusz piszą. Bohaterami ludzie prawdziwi, z różnych warstw społecznych, o zupełnej odmienności mentalnej, ale z tymi samymi namiętnościami, pragnieniami i pokusami sugerującymi niekoniecznie dobre życiowe wybory. Tu jest zapewne klucz do zrozumienia tego obrazu, dotarcia do jego sedna i przesłania. Ta „suka miłość” przybiera różnorodne postaci i komplikuje życie niemiłosiernie. Dla tej namiętności poświęca się wszystko i to ona potrafi odebrać nam równie wiele. Tak, nie ma przebacz - jesteśmy tym, co straciliśmy!  

P.S. Film cholernie ciężki, temat poważny ale nie mogę powstrzymać się przed niepoprawnym komentarzem, zwanym w tym przypadku (może na wyrost) żartem. Mianowicie, donoszę że podczas kręcenia zdjęć nie ucierpiał żaden pies! ;) :)

wtorek, 10 stycznia 2017

Chocolat (2015) - Roschdy Zem




Cyrk to zawsze festiwal osobliwości, czasem także osobowości, bo aby nie być tylko ”pajacem”, a artystą rozpalającym emocje to potrzeba przede wszystkim tego drugiego. :) To wymagające, szczególnie gdy człowiek jest czarnym emigrantem kojarzonym jedynie z dzikusem z nieznanego lądu (tej egzotycznej kolonii) ewentualnie niewolnikiem białego pana. Szarpiącym się ze stereotypami, rasowymi uprzedzeniami płynącymi z zewnątrz oraz własnymi słabościami, frustracjami wynikającymi z poczucia niższości i rozpalanymi zbiegiem okoliczności ambicjami. Sprostać tym wyzwaniom niezwykle trudno, udźwignąć chwilowy sukces, absolutnie bez przygotowania mentalnego skonsumować jego profity w miarę odpowiedzialnie, utrzymać się na fali wznoszącej ze świadomością, że jest się sławnym ale popularność ta zbudowana na upokorzeniu. To raz, bo Chocolat to historia dwóch równoległych bohaterów. Duetu clownów, pośród których przypadkowy i świadomy komik. Footit zaś to archetypiczny przykład cyrkowego błazna, który wewnątrz ukrywa smutek i kamufluje wrażliwość oraz intelektualną samoświadomość, a na zewnątrz wzbudza poklask tanim pajacowaniem. To też jego dramat, chociaż ukazany na marginesie, bo bardziej kameralny niż ten który udziałem Rafaela. Obydwaj aktorzy dali popis kapitalnej gry, świetnego warsztatu, a spece od strony wizualnej produkcji dopieścili obraz wyborną scenografią, plastycznymi kadrami i urokliwą kolorystyką. I jedyny mankament jaki dostrzegłem, który niestety nie bez istotnego wpływu na efekt finalny to brak charyzmy ze strony reżysera, który nazbyt bezpiecznie, o ton za subtelnie całość zrealizował. Szkoda, bo potencjał historii był spory, a i oczekiwania moje dość wygórowane.

P.S. Jeszcze jedno, czy tylko ja w postaci George’a Footita ogromne podobieństwo do Charliego Chaplina dostrzegłem. :) Tak, wiem, że to w cyrku ikona nie tylko niemej rozrywki inspirację dla własnej kreacji znalazła i przeniosła ją na ekrany kin, w przyszłości dodając do niewyszukanych sztuczek wartościową i błyskotliwą treść.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Royal Thunder - CVI (2012)




Zbierałem się zbyt długo, by wpierw z perspektywy już dobrych kilku lat (pierwszego odsłuchu, tuż po premierze) a dalej roku wstecz (drugie podejście po wydaniu Crooked Doors) spisać sporo myśli powiązanych mniej lub bardziej z pełnowymiarowym debiutem Royal Thunder. Mianowicie co już zasugerowałem moja przygoda z muzyką kwartetu z Atlanty podzielona jest na dwa etapy. Ten pierwotny, gdy zapoznawałem się z CVI w roku 2012-tym i pomimo licznych odtworzeń krążka, nie pozwoliłem by w mą świadomość wrył się na stałe. Czułem, że w tym jest potencjał, że pierwiastek intrygujący w nim zawarty istnieje ale do jądra tego mroku nie dotarłem. Trzeba było poczekać do pojawienia się na rynku dwójki i dzięki jej chwytliwemu charakterowi, za jej poniekąd pośrednictwem pozwolić na dotarcie do sedna jedynki. Bo tak się akurat złożyło, że wałkowanie Crooked Doors bez opamiętania, wciąż w zapętleniu otworzyło wrota do odkrycia w pełni jej poprzedniczki. Ona bardziej surowa, mniej przebojowa, jeszcze aranżacyjnie nie zawsze doskonała ale posiadająca walor podstawowy, czyli oryginalna na tle wtedy w pełni rozkwitającego trendu na  granie okultystycznego rocka, niekoniecznie z niewiastą za mikrofonem. :) Osoba Mlny Parsonz, a dokładnie barwa jej głosu (drapieżna, zadziorna z charakterem) i nietuzinkowa inteligencja, elokwencja, poczucie humoru (czyta się te wywiady, kupuje prasę branżową :)) pozwoliły na przepracowanie traumy związanej z damskim wokalem z szeroko rozumianego metalu lat dziewięćdziesiątych. :) Nie będę tu udawał i oszukiwał, bo w tym okresie z własnej nieprzymuszonej woli często namiętnie osłuchiwałem się w niewieścich trelach z akompaniamentem ciężkiego riffu i masy klawiszy. Jednak z perspektywy lat, wciąż dojrzewając muzycznie widzę, że w wielu przypadkach była to ślepa uliczka i kiczowata namiętność. :) Czego bym nie zawdzięczał i jakiej krzywdy na rozwoju gustu nie doznał za sprawą ówczesnej metalowej mody to jednego jestem pewien. Co cię nie zabija to cię wzmocni, uodporni lub inaczej mówiąc wszystko co przeżywasz głęboko i szczerze czyni cię bogatszym o doświadczenie. :) Odjechałem nieco jednak od meritum, a nim przecież dźwięki zawarte na CVI, więc by nie zanudzać opowieściami o własnym muzycznym  dojrzewaniu wracam natychmiast na proste tory, bez bocznic i rwę do przodu, do stacji docelowej gdzie kropkę będę mógł postawić. Zatem! CVI skomponowana została na przecięciu wielu podgatunków rocka i metalu, co czyni ją przedsięwzięciem zarówno ambitnym jak i długowiecznym, bo jest co rozkminiać i jest czym się zachwycać. Trzonem tutaj granie solidnym riffem opartym przede wszystkim na szkole maestro Iommiego. Tyle, że wokół tego rdzenia mnóstwo różnorodnych inspiracji misternie owiniętych. Szerokie ich spektrum, od tuzów hard rocka budujących lata temu swą sławę na bluesowych archetypach, poprzez wizjonerskie poszukiwania mistrzów psychodelii, inklinacje powiązane bardziej współczesnymi nawiązaniami do southern rocka, sludge'u i doomowej grobowej aury, aż po zerkanie nawet w stronę rozwiązań wyraźnie progresywnych. Wszystko zagrane z wizją i pasją w dosyć przekrojowych tempach, gęsto i z podskórnie intensywnie hipnotyzującym pulsem. To ponad godzina kompozycji wielopłaszczyznowo rozbudowanych, równie często wielowątkowych jak i zaskakująco oszczędnych ale rozwijanych z transowym sznytem, więc w żadnym stopniu pozbawionych dramaturgii. Album, który mnie może nie pochłonął z miejsca i swoje musiał odczekać, bym koniec końców zgłębił jego atuty. Trzeba było mu poświęcić czas, dać swoje odleżeć i dopiero po tych wielu zakrętach docenić i ustawić pośród najciekawszych dokonań szeroko spostrzeganego retro rocka. Tutaj kropka, chyba? Gdzie tam, na pewno! :)

piątek, 6 stycznia 2017

Puscifer - Conditions of My Parole (2011)




Stosunkowo młoda, bo zaledwie roczna ma namiętność do twórczości Maynarda, tej pod szyldem Puscifer uskutecznianej, ograniczona na razie do dwójki i trójki. Teraz z perspektywy nie tylko Money Shot, lecz już głębszej zauważam, iż od Conditions of My Parole aranżacje nabrały bardziej rockowego sznytu i przede wszystkim większej dyscypliny formalnej, nie tracąc jednakowoż na eksperymentatorskim zacięciu i nieco przeszarżowanej wizualnej stylizacji. ;) Zwyczajnie zespół w tej formule dojrzał i okrzepł, a efektem oryginalna muzyka z ekscytującym pierwiastkiem nietuzinkowości. Cały koncept oparty jest na płynnym łączeniu syntezatorowych impresji z southern rockiem/country rockiem i po części medytacyjnym klimatem bogatym pasją wykonawczą i głębokim przeżywaniem kreowanych dźwięków. Największą w moim przekonaniu zaletą tej hybrydy jest wprowadzanie słuchacza w rodzaj transu podobnego temu jaki ekspresyjny kapłan wywołuje u swoich wiernych słuchaczy. Sytuacji gdy oni pochłonięci opowieścią, kazaniem tracą nieomal kontakt z otoczeniem, wchodząc w wykreowany świat, udając się w wartościową refleksyjną podróż. Puscifer robi to dzięki instrumentalnemu i wokalnemu lawirowaniu pomiędzy nastrojowym plumkaniem, a gwałtownymi ekspresyjnymi wybuchami w hipnotyzujących zapętleniach z ustawicznym podnoszeniem napięcia. Dostrzegam też pewną zbieżność, zauważam że Maynard James Keenan, tak podobnie jak Mike Patton to wulkan tryskający kreatywna lawą, który żyje intensywnie i musi tą swoją energię wyrzucać na rożnych muzycznych kierunkach. Dla mnie Puscifer to taki „maynardowski” odpowiednik ”pattonowskiego” Tomahawk. :) Obydwaj dominując zza syntezatora, otoczeni masą elektronicznych zabawek są jak nawiedzeni szamani wywołujący odmienne stany świadomości. Chociaż muzyka się różni to każdy z ich projektów ma w sobie ten zapamiętywalny walor, kojarzony jedynie z produktami ich artystycznego zapału. Tutaj brawa dla Maynarda, w innym miejscu uznania dla Pattona. :)

czwartek, 5 stycznia 2017

The Whistleblower / Niewygodna prawda (2010) - Larysa Kondracki




Dopiero co zakończona wojna na Bałkanach i trudne bo jeszcze w warunkach totalnej anomii powojenne realia. Tematem autentyczne wydarzenia, handel żywym towarem, atrakcyjnymi młodymi kobietami, a obraz wyreżyserowany przez specjalistkę od seriali tak mroczny, zimny i brutalny jak czasy i proceder którym niestety także ludzie wysłani by pomagać się zajmowali. Podejrzenia, śledztwo i bezradność wobec machiny której macki sięgają najwyższych szczebli władzy. Wszechwładny ból i strach więzionych kobiet, presja wobec ofiar oraz tych którzy próbują walczyć ze zmową milczenia i okrucieństwem bandytów. Ten poruszający thriller może i emocje zapewnia, ale ich źródłem nie jest reżyserska finezja lecz wstrząsająca prawdziwa historia. To solidna próba opisania rzeczy okrutnych po której obejrzeniu trudno nadal wierzyć w człowieczeństwo. 

Drukuj