wtorek, 14 sierpnia 2018

The Man Who Killed Don Quixote / Człowiek, który zabił Don Kichota (2018) - Terry Gilliam




„Po wielu latach kręcenia i odkręcania” nadeszła wiekopomna chwila! W tym miejscu proszę sobie przekleić wszystkie te królujące w sieci medialne gadki, że to projekt pechowy, od lat przygotowywany, w końcu sfinalizowany, mający w założeniach i przez pryzmat oczekiwań stanowić opus magnum w długoletniej karierze Gilliama. Fakt to gadki promocyjne, bo nakręcające wokół filmu konieczną oprawę i ciekawość, tak samo jednak oddające prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, czym dla twórcy była walka z tymi wiatrakami. Walka zwycięska, którą bez cienia przesady określę wielkim triumfem. Triumfem inteligencji i błyskotliwości, ale przede wszystkim wyobraźni i pasji! Bowiem zebrać taką masę pomysłów, powiązać tak liczne inspiracje z klasyką i odnieść ją do współczesności, to nie lada wyczyn. Zbudować logiczną całość z pozornego chaosu, z porywającym finałem i erudycyjną klamrą w postaci przewrotnej puenty. Okiełznać pulsujące obfitością efekty własnej wyobraźni, pokazać jednocześnie całe jej bogactwo i nie popaść w szaleństwo pustego ideowo spektakularnego przepychu, tudzież niestrwanej przeintelektualizowanej fanfaronady. Dać widzowi widowiskową scenografię i pobudzający pokaz fajerwerków, nieprzesłaniając zarazem wartościowego dna. Opowiedzieć z rozmachem o fundamentalnych wartościach za pomocą wizualnej feerii intensywnych barw, zawartych w przepięknych lokacjach, z pieczołowitością przygotowanych kostiumach i muzyce doskonale oddającej gwałtowne i pełne namiętności emocje. Rozśmieszać do łez humorem sytuacyjnym, abstrakcyjnym podejściem do tematu wzbudzać podziw, jak i inspirować do refleksji przenikliwym spojrzeniem. Pobudzić w aktorach żywioł i wyciągnąć cała maestrię z ich warsztatowych umiejętności. Stworzyć współczesną surrealistyczną wariację wokół klasycznej powieści Cervantesa, przemycając do formuły sporo odniesień autobiograficznych, całe spektrum skojarzeń z własną twórczością, lecz przede wszystkim z analityczną precyzją i artystycznym polotem przypomnieć, czym tak naprawdę jest prawdziwa magia kina, które rozrywkę czyni nauką, a naukę rozrywką. Ze szczerościa donoszę, świadom odpowiedzialności za słowa i potencjalnego ostracyzmu jakiemu mogę zostać poddany, że olśniewające widowisko obejrzałem, niezwykłego spotkania z artystyczną wyobraźnią doświadczyłem oraz geniuszu wizjonera dotknąłem. Polecam by każdy kto pragnie kontaktu z absolutem w kinowej wersji i potrzebuje aby to smrodem codzienności duszące się dziecko w nim jeszcze żyjące ożywczego haustu powietrza nabrało, skieruje swe kroki ku pierwszej świątyni rozrywki by zaznać magii w najczystszej postaci. Terry Gilliam i błędny rycerz jakość gwarantują, a jak uważacie że nie gwarantują, to chociaż wspomożecie finansowo tych co chcą was z mrocznej krainy zombie wyrwać, mimo iż wy jesteście tak oporni i odporni. :)

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Stone Sour - Come What(ever) May (2006)




To nawet ja przyznam, wiecznie kręcący nosem malkontent, szukający z sadystyczną przyjemnością dziury w całym tym mainstreamowym amerykańskim rockowym graniu, że Stone Sour to w tej lidze ekipa, którą szanuję, powracam do krążków z ich logiem systematycznie (szczególnie podczas podróży autem) lecz nigdy nie wpuszczę jej do ekskluzywnego kręgu subiektywnych wyjątkowości. :) Bez zbędnego czczego gadania, nigdy nie byli i z ogromną pewnością w przyszłości też nie będą tworzyć dźwięków, które każą mi przyklęknąć, tudzież wpaść w euforyczne zauroczenie, bo i target ich inny od tego z którym mam zaszczyt się identyfikować. Nie ma to jednak znaczenia, nie mam pretensji, że grają swoje i nosa poza bezpieczny rock środka nie wychylą, a priorytety zawsze zawrą w triadzie ciężar-melodia-chwytliwość. Są w tym dobrzy, z każdą kolejną płytą sprawdzają się w roli bandu dla rockowo-metalowych fanów grania z kopem, ale bez przesadnej ekstremy, czy artystycznych ambicji i to jest ok. Ja akurat jak już wrzucam do odtwarzacza którąś z pozycji z dyskografii Stone Sour to właśnie najczęściej jest to Come What(ever) May. Album z idealnym balansem pomiędzy rockowym ciężarem, a rockową przebojowością. Cholernie równy, bez jakichkolwiek numerów które odstają poziomem od pozostałych. Z hiciorskim potencjałem, ale bez żenującej nachalnej prostoty czy przesłodzonej formy. Tak samo żywiołowy, jak i nostalgiczny - zarówno z kawałkami o typowo rockowej energii, jak i o balladowych proweniencjach. Wszystkie napisane z pomysłem, własnym osobnym charakterem, dobrze nakręcaną dramaturgią i radiowym potencjałem. Gdyby jeszcze wówczas w roku 2006-tym, nie mówiąc już o współczesności komercyjne stacje radiowe chciały do swojej muzycznej oferty pomiędzy trendy wcisnąć nieco żywej, organicznej muzyki to z pewnością kawałki z Come What(ever) May by się do tej ważkiej misji niesienia światła dla ślepców odpowiednio nadawały - bez obawy, nie przestraszyłby radiosłuchacza. Nie ma na to jednak większych szans, rock stadionowy/amerykański rock środka (jak zwał tak zwał) nie ma startu w starciu z tym co obecnie młodzież kręci. I to też jest poniekąd w porządku. ;) :)

czwartek, 9 sierpnia 2018

Seven Psychopaths / 7 psychopatów (2012) - Martin McDonagh




Dość opornie wchodziłem w ten klimat i już zakładałem, że w podsumowaniu napiszę, iż Siedmiu psychopatów, to nic szczególnego, ale i też żadne nieszczególne nic, kiedy tak od więcej niż połowy filmu zacząłem wkręcać się w tą pokręconą historię konsekwentnie, aż prawie po uszy wpadając w intrygującą narrację. Przyznaję iż Martin McDonagh sięgnął po ciekawy scenariusz, zarazem będący dość karkołomną próbą stworzenia kina za wszelką cenę oryginalnego. Zapewne wielu mądrzejszych ode mnie zauważyło w nim posiłkowanie się stylistyką Quentina Tarantino, bądź Guya Richie’go – równie wielu też zarzuci mu kombinowanie na siłę kosztem czytelnego przekazu. Jednak wyczuwając powyższe wpływy i tendencję do przesady, nie można odmówić mu posmaku czegoś wyjątkowo smakowitego, bo frapującego i z własnym autorskim sznytem. Bowiem z perspektywy ostatniego, jak najbardziej zasadnego sukcesu McDonagha za sprawą (szukam jednego i oddającego genialność produkcji przymiotnika…:)) FENOMENALNYCH Trzech billboardów za Ebbing Missouri, czuć już w Psychopatach ten ton narracyjny i zwłaszcza tą konstrukcję złożoną i cholernie inteligentnie zaaranżowaną historię, tylko w nieco innej, bo akurat groteskowej konwencji. Abstrakcyjny humor, czasem tak bezpośrednio podany, iż aż wulgarny, w filmie w którym miesza się wyobraźnia pisarza z prawdziwym życiem. Nawzajem się one inspirują w totalnym misz maszu, w fermencie permanentnym, z każdą kolejną sceną wyciskając z niego wartościowy sens i zazębiającą się całość z pozornego braku spójności. Fajny pomysł, kapitalna obsada i mimo dość dużego zagmatwania pokaźną ilością postaci i wątków, to narracyjnie przejrzyście na tyle, że nawet tak mało bystry, bo nie zawsze odpowiednio uważny widz jak ja daje radę wydarzenia z ekranu ogarnąć. Co jednak najbardziej dla mnie zaskakujące, to sam fakt, że takie nienaturalnie ześwirowane kino, gdzie sporo fanaberii reżyserskiej, masa absurdów i nonsensów oraz pierdyliard dialogowych popisów na zasadzie sztuki dla sztuki wkręciło mnie bardzo i odnalazłem w nim sens, składając z porozrzucanych klocków może i nawet właściwą puentę. :) Puentę, która zdaje się sprowadzać do za Gandhim cytatu jednej z postaci, iż „przez oko za oko, cały świat straciłby wzrok”. Niby banał, ale z jaką finezją opakowany. :)

środa, 8 sierpnia 2018

Yves Saint Laurent (2014) - Jalil Lespert




Pełna powaga, ani grama przesady, może jedynie ciut poniżej dostrzeżecie, gdy o tej (już nie jestem w stanie policzyć, której ostatnio) filmowej biografii napiszę. :) Historii jak twierdzą znawcy tematu jednego z niewielu prawdziwych artystów w świecie mody. Pochodzącego z szanowanej rodziny młodziana, wrażliwego i utalentowanego. Rzekłbym potocznie delikatesika takiego, potrzebującego permanentnej opieki, bo absolutnie nieprzygotowanego na mentalne sprostanie całej przez los dla niego zaprojektowanej sławie. Co rusz umierającego ze zgryzoty, ale i dzięki wsparciu bliskiej osoby potrafiącego momentami (tak jak wyjątek potwierdza regułę) przedzierżgnąć się w człowieka ambitnie walczącego o własne prawa. Zmieniał się Yves Saint Laurent ustawicznie, miotając się przez lata przestawał być sobą, wyrywając się wbrew własnej naturze z ograniczeń skromności i wstydu, stając co rusz w powodowanych słabościami kontrastach skrajności. Nie w pełni szczęśliwy, bo w kryzysach natchnienia bezradny wobec wymagań przede wszystkim własnych wobec siebie. Wyznaczył ISL nowe rewolucyjne trendy, przeniósł modę w zupełnie nowy wymiar, wraz z kolejnymi etapami kariery, konsumowania sukcesu i splendoru zyskał względną, bo zawodową i tylko na pozór pewność siebie. Miotał się niestety nader często i tak naprawdę jako wieczny dzieciak nie wiedząc czego do końca pragnie, popadał co rusz w melancholie nasyconą wątpliwościami. To w mej ocenie przepiękny film w formie hołdu dla małego księcia, który przez własną nadwrażliwość do końca szczęścia nie zaznał. Z genialną, przeuroczą muzyką Ibrahima Maaloufa, od której tutaj tak wiele zależy, bowiem ile ona czaru tej biografii dodaje i jak bardzo intensywnie porusza trudno mi bez użycie wzniosłych, zdobnych w przesadę słów pisać. Jest w filmie Lesperta elegancja i dobry gust - jakby wprost przeniesione z projektów ISL. Jest w nim ten/to filmowy/e "haute couture" (wysokie krwaiectwo) budzące zachwyt. Donoszę, że piękny film obejrzałem i podzielić się tym doświadczeniem na blogu, bez względu na orientację seksualną bohatera nie omieszkałem. :)

wtorek, 7 sierpnia 2018

The Bleeder / Droga mistrza (2016) - Philippe Falardeau




Ta oparta na autentycznych wydarzeniach produkcja, nie ukrywam była dla mnie bardzo pozytywną niespodzianką, szczególnie w jej drugiej części, gdzie wątek powiązany z powstaniem słynnej serii o Rocky'm dominacje w fabule przejmuje i dla każdego, kto we wczesnym dzieciństwie za sprawą taśm VHS tą nagrodzoną Oscarem historię z wypiekami na twarzy poznawał, ma mocno sentymentalną wartość. Historii prostej, ale intensywnie chwytającej w swej konwencji za serducho i potężnie oddziaływującej szczególnie na młodocianą wyobraźnię. Jak się okazuje, a dokładnie jak autorzy scenariusza i reżyser dobitnie sugerują, a ja nie mam powodu by im niedowierzać, cały pomysł na bohatera odgrywanego przez Sylwestra Stallone pojawił się za sprawą inspiracji bokserem absolutnie nie z pierwszych stron gazet, który zbiegiem okoliczności swego czasu otrzymał szansę walki z samym wielkim Muhammadem Alim i jeśli nawet tego starcia nie wygrał, to został zapamiętany jako pięściarz o żelaznym zdrowiu, ogromnej wytrzymałości i sercu do walki. W pewnym sensie wyszedł więc z walki z Alim zwycięsko, bo wydarł dzięki niej dla siebie pięć minut mocno kontrowersyjnej sławy, której potencjału niestety nie przełożył na wymiar pieniężny, ani finalnie też go nie udźwignął. Spora chwilowa sława i mała na nią odporność oraz potrzeba odniesienia jakiegokolwiek sukcesu tak duża. Upojenie nim żałosne, a on przecież względny i zabójczy dla stabilizacji. Niestety „wino, kobiety i śpiew”, a życie osobiste w rozsypce. Tyle miał z tej kariery, która tutaj w wersji filmowej, mam nadzieję że nienaciąganym happy endem się zakończyła. Podsumowując, 15 rund z Alim, mit zbudowany na jednej walce - walce z super championem, starciu przegranym, ale po totalnej ringowej rzezi dokonanej na Chucku Wepnerze. Oddając mu prawdę to nie pierwszy i nie ostatni w tej branży szołmen, ale i twardziel nieprzeciętny, bo gdy po ryju dostawał, to krwią się zalewając ciosów poniżej pasa, odgryzania ucha czy innych debilnych pajacyków nie odpieprzał i absolutnie z ringu nie spierdalał. Stąd spora ma sympatia do gościa za sprawą hollywoodzkiej wersji jego życia oraz przez pryzmat kariery sportowej, lecz jednocześnie żal człowieka, który przez takie czy inne własne słabości nie wykorzystał szczególnie szansy jaką ogromny sukces filmów o Rockym mu przyniósł.

P.S. Dodam jeszcze już po pauzie, chociaż powinienem te kilka poniższych zdań od razu w tekst wtopić, że od strony formalnej to film po części wykorzystujący Scorsesową manierę i dzięki temperamentnej z polotem prowadzonej narracji, dokonujący tego niełatwego quasi plagiatu bardzo sprawnie i z wdziękiem. Szczególnie, że uzyskany klimat późnych amerykańskich lat siedemdziesiątych równie autentyczny, jak i wizualnie atrakcyjny, ze sporym udziałem archiwalnych zdjęć z okresu i bardzo dobrych stylizacji podpieranych finezyjną grą aktorską wszystkich pojawiających się nazwisk, bez różnicy.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Lucifer - II (2018)




Ich debiut (doskonale wiem dlaczego :)) przeoczyłem i o nowym, kolejnym projekcie, w który akurat tym razem poprzez „romansik” Nicke Andersson wkręcony, dopiero teraz przy okazji II usłyszałem. Nie wypadało jednakowoż by go zignorować, chociaż to gadanie o poznaniu Johanny i odnalezieniu tej właściwej partnerki życiowej trochę poprzez wydźwięk "harlequinowy" słabe. :) Złamałem się jednak pod presją ciekawości i obawy o to, że coś ważnego na retro scenie przegapię, zważywszy iż to co spod łap Nicke wychodzi, chociaż nie zawsze jest w swej stylistycznej formule oryginalne, to jednak zawsze poziom wysoki trzyma. Lucifer z perspektywy wyłącznie nowego krążka w moim odczuciu, to jak się okazuje tylko w miarę sprawna zabawa retro stylistyką spod znaku occult rocka, a nawet bardziej spopowiałego rock’n’rolla z blondwłosą niewiastą na wokalu. Cały anturaż z Lucifer powiązany jasno daje do zrozumienia, gdzie szukać sprężyny dla ich muzyki. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych oczywiście i całej pierwotnej scenie brytyjskiej, ze sporym udziałem również tej amerykańskiej, możnaby rzec od Blue Öyster Cult po stary Fletwood Mac. Jednak ze względu na fakt, iż ja w tych latach jeszcze tego świata nie zamieszkiwałem i obecnie też nie bardzo historię ówczesnej sceny tak szczegółowo z uwzględnieniem nazw drugo i trzecioligowych na wyrywki znam, to zwłaszcza posiadam skojarzenia z bieżącymi naśladowcami stylistyki sprzed lat. Czuć w tym graniu co z łatwością wytłumaczalne pewne schematy wykorzystywane przez Nicke niegdyś w The Hellacopters, a obecnie w Imperial State Electric. Lecz mimo wszystko przez wzgląd na obecność w składzie wokalistki, to moje myśli podczas kontaktu z Lucifer biegną w stronę na przykład krajanów Nicke z Blues Pills. Te skoczne patataje dodatkowo od razu też wzbudzają porównania z wyspiarzami z Gentlemans Pistols oraz jak się wsłuchać, a może bardziej odczucia zważyć, to ta brzmieniowa konwencja jest czymś w rodzaju co poniektórych wybiórczych dokonań Witchcraft - tylko powtarzam z kobitką za mikrofonem. Innymi słowy, jak słucham tej płyty to trudno powstrzymać się od wielu porównań i co gorsza wychodzą one niestety na niekorzyść Lucifer. Po pierwsze, lecz niedecydujące, to wszystko już było grane wielokrotnie, w różnych konstelacjach wpływów i inspiracji z większą lub mniejszą dozą własnej wizji. Po drugie tak naprawdę pośród tych dziewięciu kompozycji nie ma ani jednej, która by czymś szczególnym przykuła moją uwagę na dłużej niż kilka odsłuchów. Fakt, jest na ich drugim krążku rozrywkowo i miło dla uszu, jest na nim cholernie przebojowy numer Dreamer z fajną linią melodyczną, zwłaszcza we fragmencie refrenu. Ale reszta... hmmm no cóż, to tylko poprawne bez większej pasji odgrzewanie patentów złotej ery. Raczej rzemieślnicza robota, co dziwi kiedy patrzeć na fakt iż Nicke deklaruje ogromną miłość do tego rodzaju muzycznej formuły. Może fascynacja jedno, a możliwości kompozytorskie drugie? Może męska bezgraniczna miłość zakłóca krytyczny osąd względem brzmienia głosu partnerki, która się stara, ale w pewnych fragmentach zbytnio od rdzenia muzyki odjeżdżając powoduje niewielki, ale jednak słuchowy dyskomfort? Niemniej jednak absolutnie źle nie jest, z tym że jak konkurencja wokół spora to i więcej od nowych nazw na nasyconej retro scenie wymagam.

sobota, 4 sierpnia 2018

Isle of Dogs / Wyspa psów (2018) - Wes Anderson




Filmy fabularne i animacje Wesa Andersona zawsze są nasycone wizualnym przepychem oraz masą alegorycznych odniesień i niezwykle zasadnych pytań o charakterze społecznym. Polityka i ideologia ubrana w nich zostaje w pełną treści formułę narracyjną i imponującą przepychem feerię barw, a postaci są stworzone z precyzją według przemyślanego analitycznego modelu. Dialogi na długo zapadają w pamięć, częstokroć przechodząc do kanonu popkultury, a cierpkie i celne poczucie humoru ma rzecz jasna za zadanie nie tylko wywoływać salwy śmiechu, ale przede wszystkim podkreslić i docenić wartość intelektualnej żonglerki przenikliwym słowem (prawie jak u Woody Allena). :) W tych produkcjach znajdziemy sporo do wychwycenia intrygujących nawiązań do klasyki kina, ale i równie wiele własnej, wypracowanej już stylistycznej oryginalności. Jest w nich miejsce dla karykaturalnych przerysowań, dla potrzeb specyficznej gry z widzem kamuflujących błyskotliwe obserwacje oraz bystrego wnioskowania sugerującego i ostrzegającego. Wyrafinowana konstrukcja myślowa wyrażana jest za pomocą narracyjnej lawy i jednocześnie pozornych banałów, przekornie wykorzystując kontrasty w doskonałej kompozycji kojarzącej się ze skomplikowaną mozaiką, zbudowaną z rzemieślniczą pracowitością dbającą o warsztat plus jakość i artystyczną wyobraźnią dbającą o finezję plus detale. Całokształt po to by dostarczać znakomitej pożywki dla umysłu i wzroku, a wszystko to, co napisałem powyżej równie dobrze pasuje do tych tytułów z dorobku Andersona, które już zdążyłem poznać, jak i do samej Wyspy psów. :) Technicznie ponadto w tym konkretnym przypadku imponująco, przy pomocy rozbudowanej o liczne fajerwerki techniki poklatkowej, plastycznie nie tylko spektakularnie, ale i ze stylem i smakiem. Ja przynajmniej jestem pod ogromnym wrażeniem nie kryjąc podziwu dla faktu, iż z ożywionych lalek, korzystając ze współczesnych rozwiązań animacyjnych można aż tyle od strony mimicznej uzyskać. Dla mnie mimo że estetyka Wesa Andersona chwilami nieco zbyt mocno abstrakcyjna, przesytem napełniona po korek, to i tak prawdziwe mistrzostwo!

P.S. Jeżeli powyższym tekstem kogokolwiek rozczarowałem, bo akurat interpretacyjną stronę pieskiej historii o pieskim życiu w psim świecie pominąłem, to informuję, że z premedytacją przyjąłem taką pozbawioną kontekstu analitycznego formułę. Po pierwsze, gdyż możliwości snucia domysłów liczne, a przeto do spisania w krótkiej formie trudne i po drugie gdyż tekstów o charakterze rozbijającym Wyspę psów na atomy w sieci zatrzęsienie i po cholerę mam się w takich okolicznościach produkować powielając prawdopodobnie wątki w nich już na wszelkie sposoby przez filtr kontekstów i sugestii przepuszczone. A może nabrałem wody w usta, bo akurat nie bardzo rozkminiam co, jak, po co i dlaczego i wstyd się podpierać obcymi analizami, bo ktoś spostrzegawczy jeszcze odkryje i zarzuci mi, iż posunąłem się do quasi plagiatu, aby tylko w towarzystwie zabłysnąć. ;)

wtorek, 31 lipca 2018

Ghost - Opus Eponymous (2010)




Myślę że mało kto się spodziewał, iż Ghost zrobi tak oszałamiającą karierę i z głębokiego gatunkowego undergroundu tak błyskawicznie przebije się najpierw do przedsionka, a w chwilę później już do rockowego mainstreamu. Szczególnie iż image kontrowersyjny teoretycznie nie do końca pomaga w takich sytuacjach, lecz jak uczy życie i zaskakujące doświadczenia jakimi dość często sypie - kiedy do dobrze stargetowanej muzy dorzucisz jakąś tajemnicę, w tym przypadku personalną i zaciekawisz tym obliczem wielkich sceny, to droga na salony w praktyce, nie w teorii stoi otworem. :) Nie da się w drodze na "szczyty" jaką ekipa ghouli wraz z Papą Emeritusem wykonała, nie docenić odwagi stylistycznej, lecz jednocześnie także i dobrej prasy jaką jej członkowie Metallicy zapewnili. Kilka zbiegów okoliczności, niczym paradoksalnie dar z niebios rekomendacja, sporo charakteru i kompozycyjnego talentu, plus aura niedopowiedzeń i tym sposobem po czterech studyjnych długograjach Ghost jest w miejscu z którego już chyba wyżej wystrzelić nie jest w stanie, a jego notowania albo utrzymają się dzięki jakości na zdobytym poziomie, lub też po całkiem długich pięciu minutach będą lecieć może nie na łeb i szyję, ale jednak systematycznie w dół. Obydwa scenariusze zdają się równie prawdopodobne, a ja nie miałbym odwagi by na jeden z nich większego grosza postawić, bo i daleko mojej naturze do hazardowych posunięć i nie bardzo lubię z fusów poniekąd wróżyć. Ale do sedna, po tym osadzonym w szerszym kontekście domniemywań i analiz okoliczności wprowadzeniu. Z obowiązku powinienem przecież przy okazji nawet quasi recenzji napisać coś więcej o charakterze dźwięków proponowanych w tym przypadku na debiucie grupy. W zasadzie ta wtedy świeża stylistyka, to opierała się na wykorzystaniu klasycznych rozwiązań, które dostarczały takie tuzy lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jak Mercyful Fate i jego odłam wokalny, czyli sygnowany przez Kinga Diamonda projekt solowy, wsparty oczywiście znakomitymi nazwiskami. Nie ma wątpliwości w jakim rockowo metalowym gatunku fundamentalną inspirację Ghost odnalazł - z daleka czuć mroczny heavy metal i progresywnie psychodeliczną formułę opowiadania pełnych grozy historii, wspartą retro occultystycznym sznytem. Spisanych w hołdzie Diabłu i z diabelską powagą wykonanych, choć w konwencji gdzie bez dystansu  pozostałby jedynie odorek żenującego rechotu. Na pokaz minorowe miny, pełne majestatu i namaszczenia pozy, ceremonialny klimat z patosem w roli głównej, a pod tymi teatralnymi zagraniami autoironia, świadomy kicz i groteska w cholernie przerysowanej postaci. Aby jednak ponad setki podobnych dźwiękowych podmiotów muzycznych wypłynąć, postarali się członkowie tego ansamblu o intrygujący manewr dorzucając do mrocznego wywaru przebojowość, którą nie trudno skojarzyć z bardziej ambitnym popem święcącym swoje największe triumfy przed kilkoma dekadami, przechodząc za sprawą długowieczności z dzisiejszej perspektywy do klasyki muzyki rozrywkowej. W tym gęstym sosie wpływów i własnej koncepcji ich zaskakującego wykorzystania, jeszcze jedna kwestia zasługuje na zaznaczenie swej niekwestionowanej kluczowej roli. To subtelna brzmieniowo i podniosła wykonawczo wokalna maniera, której do tego momentu nikt nie odważył się użyć, w co by nie napisać mocnej muzie.  Historia Ghost trwa, muzycy systematycznie dopisują kolejne do niej rozdziały, zdając sobie z pewnością sprawę z faktu, że handicap startowy w postaci zaskoczenia i wyjątkowości już mocno zużyty i trzeba szukać na gwałt pomysłów na utrzymanie uwagi. Pytanie jest cholernie ciekawe - czy się im uda? :)

Drukuj