niedziela, 20 maja 2018

Thelma (2017) - Joachim Trier




Płynie swoim równym rytmem, nigdzie się nie spiesząc, powoli odsłaniając kolejne fragmenty skomplikowanej i przede wszystkim bardzo tajemniczej układanki. Wyjaśnień dosłownych nie ma się co spodziewać, brak jest oczywistości i banalnych mielizn, choć film absolutnie nie kipi energią i jest bardziej kameralny niż spektakularny. Sugestywne ujęcia hipnotyzują, będąc dopieszczone artyzmem i niepokojąc złowieszczym charakterem. Klimat w nim mroczny i puls metafizyczny intrygujący - siły tajemne, zjawiska paranormalne, niewyjaśnione moce, dar i religijny charyzmat. Zimne emocje i nieokiełznane pragnienia, sterylna architektura i surowa przyroda - przede wszystkim siła przekazu zawarta z gigantyczną intensywnością w sile alegorycznego, onirycznego obrazu.

sobota, 19 maja 2018

Tully (2018) - Jason Reitman




Tully, znaczy ratunek? ;) Ratunek przed rutyną, znojem, stresem, depresją, frustracją i złością? Ratunek, który przewrotnie zaburzenie psychiczne sprezentowało? Taki twist Reitman zaproponował, który akurat w jego autorskim kinie nieco mnie zaskoczył, bo jakoś nie przypominam sobie, aby do tej pory posiłkował się tego rodzaju oklepanymi chwytami. Nie mam jednak pretensji, bowiem żadne to puste działanie o charakterze kiczowato ozdobionej wydmuszki, tylko przemyślane narzędzie, by odczarować załamanie nerwowe, pokazując je w błyskotliwej odsłonie. Kapitalny montaż (etiuda z przewijaniem w roli głównej), spójna z koncepcją muzyka, kipiący życiowym autentyzmem scenariusz (osobne brawa dla Diablo Cody) i nadrzędna, godna nagród filmowych rola kierownika tego zamieszania, czyli Jasona Reitmana, który po raz wtóry już udowadnia, iż ma niewiarygodną smykałkę do opowieści o zwyczajności, prezentowanej w niezwyczajny sposób – po prostu pięknie, gdyż pozytywnie, ciepło i co najważniejsze bez odrobiny patosu czy banału. Wyborna Charlize Theron warsztatowo na tak wysokim poziomie, jak w poprzedniej roli w filmie Reitmana (Kobieta na skraju dojrzałości), ale w kreacji o zupełnie innym charakterze. Z ogromnym poświęceniem fizycznym dla roli, co wszyscy zauważą i nie będzie to akurat niespodzianka dla tych wszystkich "z tych wszystkich”, którzy doskonale Monster pamiętają. :) I żeby nie było nieporozumień, że to film tylko dla kobiet, bo przecież rozterki dojrzałej kobiety (matki, żony) są tutaj bazowym tematem. Reitman stworzył poważną i tryskającą jednocześnie sarkastycznym humorem obyczajową perełkę, bez względu na płeć wartą poznania, bowiem życie i specyfika jest tutaj tylko pretekstem do konstruowania uniwersalnych wniosków. Czy końcem świata jest pełne rodzinnych obowiązków, pozbawione ekscytacji, poukładane, schematyczne życie, w udanym związku przepełnionym ciepłem i wyrozumiałością? Takie pytanie zdaje się zadawać, niezwykle przenikliwie i mądrze temat zgłębiając, aż po seansie miałem ochotę wstać i klaskać! :)

czwartek, 17 maja 2018

Tom of Finland (2017) - Dome Karukoski




"Śliski" temat na ekranie, szczególnie w homofobicznym Polandzie, czyli rzecz o “prehistorii” środowiska LGTB. Od fińskiej do jankeskiej ziemi, o sposobie postrzegania odmienności seksualnej w różnokulturowym wydaniu. W rozbudowanej formule całkiem ze sporym rozmachem nakręconej biografii, jednej z najważniejszych postaci gejowskiej kultury XX wieku. O życiu homoseksualnym ze skomplikowaną polityczną i społeczną historią okresu wojennego, od północy Europy, przez powojenne zachodnie Niemcy, po Amerykę czasów rewolucji seksualnej. Gejowskie podziemie, pierwsze konspiracyjne kluby, nagonka, polowania na wyjętych spod prawa kochających inaczej. Skóry, czapki, te charakterystyczne wulgarne mundurki znane z baru pod błękitną ostrygą. :) Karykaturalne stylówy, wyzywające pozy i zmanierowane gesty. Mimo wszystko film postrzegany jako ryzykowny, bo poruszający niewątpliwie kontrowersyjną tematykę okazał się świetnym dramatem społecznym, skrojonym z możliwą przyzwoitością, z zachowaniem dystansu, bez przesadnego ukazywania cielesności - chociaż bliskość fizyczna, czasem wręcz perwersja odgrywa w nim fundamentalne znaczenie nie tylko w kontekście psychologicznym. ;) Dobrze zagrany, merytorycznie przemyślany, warsztatowo więcej niż poprawny, a od strony artystycznej w kilku scenach przywołujący wręcz wspomnienie Samotnego Mężczyzny Toma Forda - pomimo, iż artyzm ogólnie z innej, bo niższej półki. Poniekąd też Obywatel Milk pojawia się w kontekście skojarzeń, przez wzgląd na wątek politycznego zaangażowania, czy z naszego rodzimego podwórka ze Sztuką kochania według Michaliny Wisłockiej. Tylko bez takiego dystansu i rozrywkowego charakteru, którym pobudzała Sadowska. :) W powyższej triadzie odnajduje podobieństwa, nie zachęcając do seansu oczywiście wszelkiej maści zdeklarowanych homofobów, bo na “ch**” narażać ich na napięcia, nie tylko mięśni wielogłowych, kiedy będą "zmuszeni" podziwiać rysunkowe muskularne kształty mężczyzn nieheteronormatywnych. ;)

środa, 16 maja 2018

Mujeres al borde de un ataque de nervios / Kobiety na skraju załamania nerwowego (1988) - Pedro Almodóvar




Barwne kolaże, w tle makiety, wysunięta na czoło patetyczna muzyka, sporo egzaltacji i tona groteski w hiszpańskim kinie końca lat 80-tych, czyli na ekranie kultowy Almodóvar z pierwszej fazy kariery. Obejrzałem, na swój sposób korzystając z niewielkiej wiedzy w przedmiocie dorobku artysty przeanalizowałem i nie kryjąc akurat w tym przypadku ogólnego braku mojego zrozumienia dla tego rodzaju sztuki dla sztuki, oznajmiam co następuje. Może nie straciłem półtorej godziny z środowego popołudnia całkowicie bez sensu, ale też nie chwytając w lot tego rodzaju estetyki, nie spędziłem tych dziewięćdziesięciu minut na tyle efektywnie, by podskakiwać z ekscytacji. Zwyczajnie zaspokoiłem ciekawość sprawdzając i przekonując się z autopsji czym się krytyka tak podnieca, a co jak się okazuje w mojej akurat laika percepcji jest li tylko profilowaną na ambitnie artystyczne arcydzieło wydmuszką - z gigantycznym nadęciem i totalnie przerysowanym scenariuszem. Tak jak dotychczas poznane Porozmawiaj z nią, Skóra w której żyję i Julieta miały w sobie coś, co potrafiło wynieść powyższe ponad w treści telenowelową banalność. Tak świrowanie kobiet na skraju załamania nerwowego (zakładam, że to komedia) jest dla mnie irytująco sztuczną, potwornie absurdalną, wyłącznie ciekawą kolorystycznie i scenograficznie, lecz bezdyskusyjnie nie śmieszącą mnie pierdołą. Nie krytykuje, po prostu absolutnie nie kminię takiej farsy, zadając sobie generalnie pytanie – czego ja się z niej właściwie o kobietach dowiedziałem, co ona mi zasadniczo dała? :(

wtorek, 15 maja 2018

D'après une histoire vraie / Prawdziwa historia (2017) - Roman Polański




Rok 2017-ty okazał się niezwykle pracowity w życiu ponad 80-letniej legendy kina. Bowiem dwie produkcje przygotowując, Roman Polański dał wyraźny znak, że nie zamierza jeszcze na emeryturę przechodzić, a intensywna praca związana z promocją oczekiwanej premiery The Dreyfus Affair i właśnie Prawdziwej historii, nie jest czynnikiem, który tak zaawansowanego wiekiem seniora mógłby powstrzymać przed aktywnością ponad możliwości. Znaczy ma Roman Polański nadal coś ciekawego do przekazania, nadal się w nim żar pasji intensywnie pali i nie odczuwa on w żadnym stopniu syndromu zawodowego wypalenia, czy znudzenia lawiną promujących obrazy obowiązków. :) Tyle tytułem obowiązkowego wstępu, więcej natomiast natychmiast przechodząc do meritum, tu i teraz poniżej piszę. Prawdziwa historia okazuje się filmem do bólu klasycznym, w formie wielokrotnie już przez Polańskiego eksploatowanej, jednak pomimo głosów podkreślających wtórność, w żadnym stopniu akurat w moim przekonaniu już wyeksploatowanej. Siłą charakterystycznego stylu reżysera jest klimat, jedyny w swoim rodzaju – łączący obrazy ze skrajnie odległych etapów twórczości. Wątki, które nasuwają liczne skojarzenia i posiadają w sobie rodzaj przebiegle zakamuflowanej intelektualnej szarady – pewnej szczwanej gry z widzem, którą mam nadzieję, że nie bezpodstawnie dostrzegam. :) Podczas projekcji moje myśli dryfowały w stronę zarówno Lokatora (zaburzenia psychiczne), Dziewiątych wrót (specyficzny warsztat aktorski Emmanuelle Seigner) i wreszcie Autora Widmo (wątek literatów). Spostrzegałem także masę innych drobniejszych podtekstów w kierunku bogatej filmografii Polańskiego, miałem poczucie iż silna jest w nim potrzeba odnoszenia się do własnych ulubionych motywów, które w powieści Delphine de Vigan, jako fundamencie scenariusza nasuwają jednocześnie pytanie, czy aby autorka pisząc pierwowzór, sama nie była pod silnym wpływem dokonań Polańskiego? ;) Chyba że to akurat Polański dość luźno jej powieść potraktował i sam od siebie tych odnośników, w tak dużej ilości nie skąpił? Ale tego się nie dowiem, gdyż na zapoznanie się z oryginałem teraz czasu nie wygospodaruje, zadowalając się jeno gdybaniem. ;) Będę zatem przez chwilę, bez większej wiedzy temat analizował, być może tą teorią się interesując przez pryzmat ciekawej pętli przyczynowo-skutkowej, która w fabule Prawdziwej historii zawarta. W obrazie tak jak na wstępie napisałem dość wtórnym, w którym jednak tkwi pewien rodzaj intrygującej magii, a jej źródeł doszukuję się w genialnym aktorstwie przede wszystkim niezwykle wyrazistej i sugestywnej Evy Green, w doskonale zaaranżowanej atmosferze miasta i wsi (architektura, przyroda), idealnie budowanej konstrukcji podporządkowanej narastającemu napięciu, które prowadzi do rozbudowanego finału - bardzo klasycznie rozumianego w filmowym języku thrillera. Profesjonalnej, warsztatowo niemal w szkoleniowym wydaniu wykonanej pracy operatora (Paweł Edelman) i obrazowej, skutecznie budującej atmosferę  muzyki autorstwa Alexandre'a Desplata. Ze scenariuszem i przesłaniem w nim zawartym mocno frapującym, mimo iż w tej na ekranie rozwijającej się intrydze sporo dziur logicznych i sytuacji mało wiarygodnych – z integralnymi dla dzieł Polańskiego niedopowiedzeniami i finałem pozostawiającym w umyśle widza enigmatyczny znak zapytania. Dzięki tym argumentom, jako zalety postrzeganym, mimo że to rodzaj szablonu wypranego z większych emocji, to ja takim szablonem, w takim wykonaniu jestem usatysfakcjonowany i jakiś większych pretensji nie mam zamiaru zgłaszać.

P.S. Wiem, też zauważyłem, że to taka wariacja na temat Misery pióra Stephena Kinga. ;)

poniedziałek, 14 maja 2018

Detroit (2017) - Kathryn Bigelow




Kolejna doskonała fabuła Kathryn Bigelow, oparta na autentycznych wydarzeniach i wzbogacona znacząco archiwalnymi zdjęciami, które wespół z doskonałym aktorstwem idealnie oddają emocje wiążące się z zamieszkami w Detroit z roku 1967-ego. Świadectwa ogromnego napięcia, frustracji, nienawiści i zwykłej potrzeby bezmyślnego, furiackiego niszczenia. Policja, wojsko, prywatni ochroniarze, setki nabuzowanych małolatów, postronni obserwatorzy i przerażeni mieszkańcy. Totalny chaos, eskalacja przemocy - płoną stacje benzynowe i bary, sklepy są masowo szabrowane, a kilka przecznic dalej beztrosko na przymotelowym basenie zabawa trwa w najlepsze. Do czasu niestety, bo nierozsądne zachowanie sprowadza w to miejsce uwagę, wraz z rozwojem zdarzeń prowadzącą wprost do tragedii, która jest głównym wątkiem filmu Kathryn Bigelow. Z wielu perspektyw, unikając uproszczeń i czarno-białej, patosem napędzanej dialektyki, przez grubo ponad dwie godziny wydarzenia są wstrząsająco relacjonowane, ukazując sugestywnie jak one na młodym życiu różnych postaci dramatu się odbiły i jakie głębokie piętno na ich dalszych losach odcisnęły. Detroit w ujęciu Bigelow jest seansem dość obszernym, bo to zarazem dokumentalna relacja, antyprzemocowy, antyrasistowski manifest, pełen napięcia emocjonujący thriller, jak i klasycznie poprowadzony w finale dramat sądowy z mocnym akcentem psychologicznym. W moim przekonaniu kapitalna robota warsztatowa, z rewelacyjną z epoki oprawą muzyczną, która znakomicie łączy wartościowe przesłanie z hollywoodzko rozumianą filmową materią.

niedziela, 13 maja 2018

En man som heter Ove / Mężczyzna imieniem Ove (2015) - Hannes Holm




Sygnalizuje natychmiast skojarzenia, gdzieś główny bohater przypomina mi inną filmową postać, lecz porównanie ich zdecydowanie na niekorzyść dla bohatera i obrazu Hannesa Holma wypada. Bowiem w starciu z Waltem Kowalskim (tak, Gran Torino), Ove Lindhal nie przekonuje tak wyraziście. Pomimo, iż postaci powiązania licznymi zbieżnymi cechami pobudzają, to jednak w rzeczywistości pod wieloma względami bardzo różne produkcje. Gdyż jak Eastwood doskonałym scenariuszem się podpierał, zagrał i wyreżyserował Gran Torino wybitnie, tak ta historia po szwedzku opowiedziana posiada chwilami nieznośnie łopatologiczną, przesadzoną nadmierną ckliwością formę. Nie wciąga tak bardzo, banalnością odpycha, warsztatowo nie w pełni trzyma jakość, aktorsko wypada dość nierówno, czasem po prostu blado i jedynie obficie rozbudowana formuła z licznymi odwołaniami do historii życia głównego bohatera, liczne retrospekcje odpowiednio tempem i natężeniem modulowane ratują efekt w miarę zgrabnej narracji. Nie ma mimo to w niej większego napięcia, a kilka sytuacji potraktowanych jest zbyt szablonowo, według stereotypowego podejścia - za cukierkowo, zbytnio moralizatorsko, bez odrobiny fantazji. Humor też inaczej niż ten soczysty sarkazm z Gran Torino do mnie nie przemawia. On tutaj jest, nawet w sporej obfitości, ale taki suchy, zbyt poprawny czy ugrzeczniony. Patrząc zatem bez przywoływania konotacji z dziełem Eastwooda, jest to zasadniczo bardzo dobre kino europejskie o sporej dojrzałości i wartości życiowej - o rzeczach ważnych, o sensie życia, pustce, przyzwyczajeniach, oddaniu, uczciwości, o tych cechach które o szczęściu człowieka decydują. Kiedy jednak w pamięci obraz Eastwooda podczas seansu powraca, Mężczyzna imieniem Ove staje się tylko i wyłącznie dobrym, ale bez większej charyzmy kinem z dużymi, niekoniecznie zrealizowanymi ambicjami.

piątek, 11 maja 2018

Arctic Monkeys - Tranquility Base Hotel & Casino (2018)




Kiedy pierwszy odsłuch został dokonany, używając barwnego, niekoniecznie wysublimowanego określenia, szczena mi opadła. Znaczy ze zdziwienia oczywiście, bo to zupełnie inna muzyka niż ta, która przed pięcioma laty tak mocno mnie wkręciła, stawiając zespół z totalnie nie mojej bajki na długi czas w centrum mojego zainteresowania. Nie rób pochopnych ruchów, daj sobie czas, pozwól by materiał się osłuchał, abyś człowieku wgryzł się w ten sound! Takiej motywacji po premierowym odtworzeniu sobie dodawałem i uwaga, ponowne zaskoczenie - nie trzeba było długo czekać, by z jednolitej masy poszczególne odrębne formy się wykrystalizowały, a motywacja przybrała zupełnie nowego formatu. Bowiem nie potrzebowałem już wsparcia by do Tranquility Base Hotel + Casino ciągiem jeszcze naście razy powrócić, kiedy oto kompozycje zaintrygowały i jasno dały do zrozumienia, że jest w nich frapujące drugie dno ukryte. Arctic Monkeys na świeżym i śmiałym nowym longu eksplorują wciąż sprzed około półwiecza muzyczne rejony, tyle że tym razem o zupełnie różnych od dotychczasowych gatunkowych proweniencjach. Bo kiedy poprzednik sięgał inspiracją do bluesem brzmieniowo przybrudzonego rock’n’rolla - zarówno po części tego wyspiarskiego jak przede wszystkim tego zza oceanu, to ta dzisiejsza ich muzyczna konwencja, zdaje się pochodzi od europejskiej muzyki rozrywkowej, która swoją największą popularność notowała na włoskiej czy francuskiej słonecznej riwierze (takie, nie wiem czy tylko moje skojarzenie :)). Tam gdzie zapach luksusu i zabawy dominował, w ekskluzywnych hotelach i najbardziej elitarnych casinach. Nie jest to jednak bezmyślne kopiowanie niezbyt ambitnych form muzycznych, z oczywistych względów wówczas mających charakter czysto rozrywkowy, a wytrawne korzystanie z tego, co w tej estetyce stylistycznie najciekawsze, a wzbogacone przez jazzujący niemal feeling. Kręgosłupem kompozycji stały się grane na klawiszach zmysłowe figury, z wyrazistym basowym tłem, a ich filarem wokalna interpretacja Alexa Turnera, który z pietyzmem melodyjnie recytuje kolejne wersy w ilustracyjnej manierze. Gitary wybrzmiewają z rzadka, a ich rola sprowadzona zostaje do sporadycznego wypełnienia przestrzeni finezyjnie zagraną quasi solówką. Album buja zmysłowo, odpręża znakomicie, jest nietuzinkowy i pociągający. Absorbuje, intryguje – dojrzałością i kunsztem aranżerskim imponuje. Pod względem lirycznym jak mi mądrzejsi podpowiadają, to kosmiczne przeloty nawiązujące do tej bardziej odjechanej strony twórczości Davida Bowie'go - a że ja w tej częsci historii muzyki niezbyt biegły jestem, to tym bardziej obeznanym tematycznie liryczny koncept do analizy pozostawię. :) Reasumując, zaskoczyli mnie tą formalną woltą, wprowadzili w stan sporej konsternacji, by po chwili zaskarbić sobie przychylność i spory szacunek za odważne postawienie na realizację osobistych artystycznych ambicji i rezygnacje z najkrótszej drogi w kierunku komercyjnego sukcesu. Wszakże AM z 2013 roku zdobywając na rynku znaczną popularność, przyniósł muzykom duże gratyfikacje finansowe, a nikt nie zagwarantuje im, że ten krok, jakiego jesteśmy dziś świadkami na nowym albumie powtórzy sukces poprzedniczki. Uznanie się Turnerowi i spółce należy i nawet jeśli to oblicze na dłużej mnie przy sobie nie zatrzyma (mam coraz mniejsze obawy :)), to nie zmienię zdania, że ponadprzeciętną odwagą i klasą się Panowie wykazali, by muzycznie pójść tam, gdzie chyba niewielu mogło się spodziewać, że zawędrują. Że zrzucili szorstkie skórzane kurtki i przywdziali eleganckie gładkie smokingi. :) Że w dźwiękach do tej pory przeze mnie spostrzeganych, jako nieco koturnowe dostrzegli potencjał i niezwykle interesująco je aranżując wprowadzili je bez najmniejszego wstydu i strat wizerunkowych na współczesny rockowy rynek.

P.S. I myślę jeszcze, iż gdybym od tego krążka zamiast od AM swoją przygodę zaczynał, to być może trwała by ona marne kilkanaście minut, po którym o Arctic Monkeys bym szybko zapomniał. W tym akurat momencie dzięki sprzyjającym okolicznościom, nie tylko wpadłem podstępnie w sidła czaru Arctic Monkeys z AM, ale i poznałem Brytyjczyków w eterycznym odcieniu z Tranquility Base Hotel & Casino.

Drukuj