środa, 23 października 2019

Tool - Fear Inoculum (2019)




Już ponad miesiąc od tej latami oczekiwanej premiery minął, co jest zarówno niczym w odniesieniu do czasu i cierpliwości w jaką fani uzbroić się musieli, jak i okresem wystarczającym jak się okazuje by kurz opadł, a niezwykle mocno nakręcone emocje straciły swą wrzącą temperaturę. Dziś z perspektywy odsłuchów liczonych w dziesiątki napiszę zdań kilka, jednocześnie w tonie ironicznym jakim dzieliłem się swymi zwięzłymi spostrzeżeniami na gorąco, jak i we właściwej części refleksji spojrzę naturalnie na Fear Inoculum poważniej, bogaty ponad miesięcznym doświadczeniem z nim obcowania. W zasadzie to na otwarcie (pocierając wówczas jak miliony innych zainteresowanych kolanem o kolano) mógłbym tak sobie zabłysnąć żartem złośliwym, że jak na świeżo rozpoznałem najnowsze dziecko toolowskiej legendy, to pomyślałem że już rozumiem doskonale dlaczego tak się ociągali z jego nagraniem i złaknionym apologetom (a zdecydowanie bardziej zawodowym krytykom i szydercom) efektu swojej długoletniej pracy zaprezentowaniem. ;) Wprost wówczas powiedziawszy - jak na ponad tuzin lat czekania, to nie ma szału, więc mogą mieć zgryźliwcy szanse na wyżywanie. I tak to obserwując bardzo liczne reakcje w sporym stopniu było, bowiem apetyt przecież rósł niepomiernie w trakcie wyczekiwania, a domysły i pomysły kłębiły się w głowach budując coraz trudniejsze do sprostania żądania. To jest oczywiście, całkowicie nieodkrywczo dostrzegany najistotniejszy problem Fear Inoculum, że poprzeczka została tak wysoko ustawiona i równolegle zasadnie (bo to nie pierwszy lepszy zespolik rockowy) i niezasadnie (bo na eksperymenty, rewolty czy nawet poziom galaktyczny nie mogli tak najzwyczajniej wskoczyć, bo właściwie po co i dlaczego). Wziąwszy pod uwagę całą paletę zmiennych towarzyszących powstawaniu Fear Inoculum to nie było przesłanek ponad te czysto ambicjonalne, by ikona wychodziła zbytnio przed szereg, bo to co do gatunku wniosła swego czasu to jej niepodważalna zasługa, a teraz należało tylko utrzymać pozycję, tym bardziej że doświadczenie i status kultowy nie sprzyja potrzebie przemian radykalnych. We mnie jednak nie było pretensji takowych - jako w statystycznym odbiorcy toolowskiej dźwiękowej formuły diagnozowałem potrzeby, których zaspokojenia żądałem, ale ich intensyfikacja skutecznie zbijana była zdroworozsądkowym mierzeniem rzeczywistości. Stąd kiedy zaprzyjaźniłem się z kolekcją nowych kompozycji, to w poczuciu satysfakcji i z każdym kolejnym odsłuchem intensywniejszego spełnienia, sam jeszcze dobitniej zrozumiałem czego po tym krążku się spodziewałem i co mi on sam dał jako osobie dla której logotyp Tool to cała konstelacja przeżyć i oddziaływań kształtujących mój muzyczny gust. Fear Inoculum po szybkim wstępnym przetarciu przyniósł mi wewnętrzny spokój, harmonie i równowagę, nie otwierając od razu drzwi do wszystkich własnych walorów, ale jak to dojrzała kompozytorska robota zwykle czyni stopniowo wpuszczając do introwertycznego świata. Chociaż album w pełni skonfrontowany już z domysłami, przefiltrowany i rozłożony na czynniki pierwsze, to nie pokuszę się o dumne analityczne dociekania, tylko przez konieczny umiar aby tekst był w miarę przyswajalny dopiszę (bez rzecz jasna wyczerpania tematu, robiąc to maksymalnie przewidywalnie) że nowe dzieło klasyków jest w moim przekonaniu tak samo intrygująco wielowątkowe i przestrzenne, jak i w oczywisty sposób chwytliwe. Ponadto co szczególnie cieszy (bo obawy były) nie jest megalomaniacko przekombinowane i pomimo rozbudowanego charakteru oraz tematów progresywnie rozwijanych unika mielizn, dostarczając wciąż radości z odkrywania tego co jeszcze do tej pory nieodkryte, w atmosferze powracania do miejsca bezpiecznego, bo przytulnie swojego. :) Instrumentalnie prym wiedzie wirtuozerska praca zestawu perkusyjnego i basowe linie stanowiące jak od początku Tool przyzwyczaił kręgosłup całej misternie formowanej konstrukcji, w której rola wiosła Adama Jonesa nadzwyczaj ważna w chwilach erupcji rosnącego napięcia, kiedy nierzadko siecze naprawdę ostrym riffem. Ponad warsztatem instrumentalnym i aranżerskim, gdzie rozwiązania rytmiczne i poszczególne riffy nie zaskakują zbytnio, jest jeszcze linia wokalna, kapitalnie wpleciona w charakter numerów - włażąca pod skórę i hipnotyzująca swym magnetyzmem. Miałem pierwotnie wystartować i sfinalizować tekst stwierdzeniem, iż fajnie że nowy Tool jest i w tym lakonicznym stwierdzeniu zawarłbym to co lapidarnie najistotniejsze. Ale jak tu nie dodać jeszcze dwóch arcyważnych określeń sprowadzających się do prostego sensu, że takich właśnie cholernie bezpiecznie (w tym przypadku to nie jest oksymoron) meandrujących i absorbujących dźwięków z obozu Keenana, Chancellora, Jonesa i Carey'a potrzebowałem, by poczuć się jak w domu. Co uznaję za sukces zespołu i satysfakcję moją. :)

poniedziałek, 21 października 2019

Dogman (2018) - Matteo Garrone




O Jezusie, co to za zapomniane przez twojego ojca miejsce! Betonowe blokowisko tuż nad brzegiem morza, zamieszkane przez zmarginalizowaną garstkę funkcjonującą według prostego, brutalnego kodeksu i terroryzowaną ustawicznie przez potężnego nieposkromionego troglodytę z potwornym apetytem na narkotyki i przemoc. W tych smutnych i przerażających beznadzieją okolicznościach umieścił Matteo Garrone dwóch głównych bohaterów, którzy symbolizują głęboko zakorzenione w ludzkiej psychice atawistyczne zachowania. Jeden dominującą barbarzyńską siłę, drugi wobec niej uległość – ale nie ta dychotomia bezpośrednio zdaje się być tutaj kluczem do zrozumienia sensu tej surowej opowieści, przekornie tylko sprowadzonej do przetrwania. W tej pozornie prymitywnej i znaczeniowo głęboko metaforycznej relacji najistotniejszym jest brak oczywistości. Przecież pytanie jest wyraźne - kto tutaj kogo trzyma na smyczy, a dokładnie jakimi działaniami można uzyskać przewagę? W tej przewrotności właśnie dostrzegam geniusz myśli Garrone, że we względnej prostocie formalnej (z użyciem skromnych środków budżetowych) przemycił problematykę o złożonej naturze oraz pod odpychającą fasadą skrył dla widza inteligentnego rozbudowaną psychologicznie historię postaci oraz w jej tragicznych i skomplikowanych aksjologicznie losach zawarł piękno prostych ludzkich odruchów, z troską jako tą właśnie newralgiczną. Ponadto w mistrzowski sposób dobrał obsadę i zainspirował ją do uzyskania wysokiego poziomu autentyzmu - gromkie, absolutnie nieprzesadzone oklaski dla Marcello Fonte i Edoardo Pesce.

sobota, 19 października 2019

Ciemno, prawie noc (2019) - Borys Lankosz




Bezdyskusyjnie duży plus (dodatni) za zdjęcia i całkiem spory (równie dodatni ;)) za klimat, który świetne operatorskie oko Marcina Koszałki (na zawsze mam wtłoczone w pamięć, że to ten sam człowiek z krótkometrażowego dokumentu Takiego pięknego syna urodziłam) kreuje. Ponadto wyraźny plus za ten surowy depresyjny charakter i poprawną grę aktorską - nie wiem jednak czy oddającą autentyzm rozpisanych postaci jeden do jednego, ale to, co się w mój łeb jako wartość wryło, to jedynie zasługa Koszałki i właśnie obsady. Te wszystkie żyjące w biedzie i beznadziei, na granicy lub w głębokiej patologii postaci (Roma Gąsiorowska i popielniczka z lalki Barbie level master) miały swoją siłę oddziaływania, ale i z drugiej mańki liczne też zbytnio kozaczyły karykaturalną pozą (faworyta nie mam, bo konkurencja bogata była ;))  – z pewnością na wyraźne życzenie reżysera i pod dyktando scenariusza na podstawie powieści Joanny Bator. Natomiast jako kwestie względnie dyskusyjną (stąd może być to plus ujemny, lub minus dodatni :)) rozpatrywać należy to wszystko, co spowodowało że najnowszy film Lankosza zebrał dość krytyczne, a na pewno niespodziewane mało entuzjastycznie opinie. Całe to horrorowate naznaczenie, oniryczna baśniowość kojarząca się dzięki dobrej woli z największym dziełem Guillermo Del Toro, czy ukierunkowanie na kryminał skandynawski ma swój urok, ale tylko teoretycznie, bowiem Lankosz (a może już Bator) mocno przeszarżował z natłokiem wątków i ekspozycją mocno kontrowersyjnych scen. Co rzuciło się jeszcze w oczy i przyniosło skojarzenia podczas strasznie ciężkiego i od połowy śmiertelnie nużącego seansu, tej intensywnie stylizowanej, zeschizowanej groteskowo niestety i brutalnie surowej historii, to w zasadzie tylko charakterystyczne dla stylu Lankosza filmowanie w kierunku teatralnego Rewersu. Wyszło właśnie tak pod zamysł spektaklu odegranego w szerszych lokacjach wychodzących poza kameralne cztery ściany. Itd... itp.... A na maksa wprost - ludzie jak to Lankosz spieprzył! Albo zwyczajnie zrobił człowiek, co zrobić mógł z tak potwornie przeszarżowaną fabułą. 

P.S. Nie wiem (mam opory by się jeszcze jedną myślą podzielić) - może strasznie błądzę i na gniew koneserów polskiego kina się narażę, ale dostrzegam tutaj, może nie inspiracje merytoryczną, ale jakieś w ogólnej wizualnej formule (te barwy neonowe) nawiązanie do klasyki spod znaku Sanatorium pod klepsydrą. Wykrztusiłem i teraz mam stracha. :)

czwartek, 17 października 2019

Joker (2019) - Todd Phillips




Miliony słów do znacznej potęgi podniesionych wypowiedziane, tych które w tonie zachwytu zasłużenie komplementują zaskakująco fascynującą robotę "gościa od Kac Vegas" oraz w głównej mierze fenomenalny warsztat aktorski zajęczowargiego młodszego brata nieodżałowanego Rivera Phoenixa. Zatem na cholerę potrzebne publiczne prezentowanie kolejnego zdania, tym bardziej opinia anonimowego amatorskiego quasi dziennikarzyny z przypisywanymi mu bez żadnej racjonalnej przyczyny wielkimi ambicjami zauważenia i zaistnienia? Może gdyby on napisał coś nowego, potrzebnego bo odkrywczego, a najlepiej odnalazł starannie zakamuflowane wady obrazu Todda Phillipsa i swoją przenikliwością oraz sarkastyczną naturą obnażył jego hochsztaplerskie sztuczki (niczym hipnotyzujące zaklęcie czarnoksiężnika rzucone na widzów miliony), wtedy warto by było czas poświęcić na tego rodzaju już nie wtórną lekturę. Kiedy jednak zasadniczo, a nawet w pełnym zakresie zgadza się on z recenzjami pochlebców i sam nudzi się śmiertelnie czytając ente hymny pochwalne, a jedyne co daje mu przyjemność z ich eksploracji, to nadzieja w praktyce spełniona, kiedy rzadko, ale jednak wpada na te fragmenty wychodzące poza schemat, zainfekowane kapitalnym poczuciem humoru i błyskotliwością ponad przeciętną, wywołującą intelektualne ożywienie i salwy ironicznego śmiechu, a sam jednak nie bardzo tym popisać się potrafi - zatem po co ma pisać? 

P.S. Co bym jednak nie zapomniał z czym się posłusznie zgadzałem, a co mi w filmie Phillipsa zaimponowało, poniżej sobie streszczę i tutaj w jednym miejscu pozostawię. Pierwsze to postać i kreacja Joaquina, czyli fakt że figura uwolniona z kart komiksowych sag o super bohaterach umieszczona została w realistycznym do bólu kontekście. Uczłowieczona poprzez szereg wynikających z siebie i naukowo popartych ludzkich ułomności i totalnie eliminujących ze względnej normalności, w teorii niestety tylko walorów. Wrażliwość przegrywa sromotnie z brutalną rzeczywistością  popadając w szaleńczy nihilizm, jako wypadkowa długotrwałej frustracji i ustawicznego zobojętnienia na własne potrzeby. Arthur z bezradności i bezsilności tworzy alter ego, tym samym pielęgnuje obłęd i finalnie się w nim zatraca, a okoliczności zupełnie mu w tym kluczowym dla przemiany akcie nie przeszkadzają. Drastyczne fakty z rodzinnej przeszłości, traumatyczne dla psychiki latami wdrukowywane przeżycia, ale także rozgrzane nastroje społeczne oraz mediów na krew apetyt w decydujący sposób wpływają na destrukcyjne zapędy i docelowo rozpad dotychczasowej osobowości, tworząc zupełnie wypranego z emocji demiurga zbrodni. W interpretacji Phoenixa teoretyczne założenia spektakularnie zostały ukazane w praktyce, a stwierdzenie iż on sam urodził się właśnie dla tej roli nie wydaje się nadużyciem. Po drugie, gdyż to wielkie kino jednego aktora, nie byłoby tak wielkim kinem w ogólności, gdyby nie dopieszczone z detaliczną precyzją wszelkie elementy scenografii (lokacje, paleta barw), tak samo ścieżka dźwiękowa korzystająca zarówno z elektryzującej mocy standardów sprzed lat, jak i z mrocznej siły muzyki symfonicznej oraz scenariusz przywracający wiarę w kino spójne, oparte o logiczne następstwa i merytoryczne podstawy psychologiczno-socjologiczne, nad którym czuwał reżyser (nie do wiary) robiący przez wiele lat filmy może nie paździerzowe, ale z pewnością bez większych ambicji artystycznych. Tym samym dotarłem do miejsca w którym zamknę archiwizację na własny ewentualny użytek w post scriptum zapisaną, że takiego filmu od lat oczekiwałem od Guillermo del Toro, a dał mi je (nie do wiary raz jeszcze) "ten gość od Kac Vegas". ;)

wtorek, 15 października 2019

Lazzaro Felice / Szczęśliwy Lazzaro (2018) - Alice Rohrwacher




W tym miejscu jak metodologiczna praktyka oceny filozoficznych traktatów nakazuje, powinna pojawić się równie rozbudowana jak symboliczny charakter dzieła Alice Rohrwacher analiza. Powinna ona podług potrzeb eksplanacyjnych odnieść się do każdego szczegółu alegorycznej ekspozycji wizualnej, tak samo do metaforycznego sensu oraz wykorzystania transcendentalnej formuły w przeniesionej do współczesności baśniowej formule. Powinienem też jako człowiek z recenzenckimi ambicjami obowiązkowo precyzyjnie i z rozmachem rozpisać znaczenia, a przede wszystkim doszukać się właściwych intencji i motywacji Alice Rohrwacher i jej współpracowników. Tyle, że jej film zawierając w treści całą masę misternie wplecionych subtelnych sugestii, jak i w ogólnym wystarczająco jasnym przesłaniu odnosząc się do palących kwestii współcześnie dominujących, nijak nie chce poddać się w tym momencie powyższym zaleceniom! Przynajmniej moje niestety wątłe możliwości przejrzystego objaśniania dość osobliwie i z pewnością przenikliwie intelektualnie rozpisanych historii kapitulują w starciu z erudycyjnymi możliwościami twórców podobnych Alice Rohrwacher. Stąd zamiast silić się na budowanie elaboratu, w którym masło maślane będzie udawało naukową deskrypcję wartościowych i błyskotliwych znaczeń ograniczę się do dwóch zdań czysto duchowej oceny. Mianowicie obejrzałem film, który pomimo wątpliwej atrakcyjności wizualnej w sensie uzyskania przyciągającej wzrok faktury, dopuścił bym stawał się z każdą minutą coraz większym jego niewolnikiem i odkrywał z pasją nieoczywiste walory tej pozornej prostoty. Przede wszystkim jednak dzięki charakterowi jakim emanuje, a bez większej nadinterpretacji można go sprowadzić do cech pozbawionego niemal całkowicie temperamentu tytułowego bohatera, którego dobroduszność, niewinność, szlachetność i dobroć w czasach walki na nizinach społecznych o przetrwanie, a na szczytach społecznych o władzę dającą  materialne dobra, bardzo przewrotnie przywraca sens i wiarę w człowieczeństwo. To szczerze pisząc wygląda tak, że ogólne przesłanie zrozumiałem i te może nie wszystkie, ale z pewnością ważne w ilości przeważającej, zarówno symboliczne, jak i wprost zasugerowane znaczenia wychwyciłem, więc trudno uznać, iż jest to obraz nazbyt przeintelektualizowany, czy po prostu przekombinowany. Szczególnie, że rozbudowana symbolika ozdabia z założenia prostą narrację, a dynamika akcji absolutnie nie należy do kategorii tych przytłaczających intensywnością. Zwyczajnie, aby zrozumieć i poczuć efekt wykonanej pracy przez zespół Alice Rohrwacher należy z czystym umysłem i bez żadnych wyjątkowych oczekiwań zapoznać się z powyższym obrazem. Na swój subiektywny sposób go przyswoić i w miarę możliwości i potrzeb przemyśleć. Gwarantuję iż osoby z wartościowymi duszami odnajdą tu bardzo wiele dla siebie. :)

poniedziałek, 14 października 2019

Boże ciało (2019) - Jan Komasa




Zaskakująco szybko i bardzo wyraźnie przywrócił mi Jan Komasa wiarę w swój reżyserski potencjał. Po tym jak Sala samobójców wywindowała go na wysoką pozycję pośród obiecujących polskich reżyserów, tak głośne Miasto 44 druzgocąco mnie rozczarowało przynosząc zwątpienie. Ale teraz, wraz z najnowszym tytułem Komasa wraca na odpowiednie tory i mało tego, staje się nie tylko jednym z największych, ale chyba największym z własnego pokolenia kandydatem do wielkiej, może nawet ponad jedynie europejskiej kariery. Biorąc na warsztat samą w sobie niezwykłą i może nie fundamentalnie, lecz jednak zasadniczo opartą o autentyczne wydarzenia historię, dodał jej tak wyrazistego reżyserskiego szlifu, że każda scena stała się rodzajem emocjonalnego katharsis. Wykorzystując jako pretekst motyw wewnętrznej przemiany nieoczywistego bohatera (w tym miejscu uzasadniony długi wtręt) - bohater jest ofiarą własnych niedojrzałych decyzji, godnych potępienia czynów, lecz nie jest do szpiku kości zepsuty, gdyż tkwi w nim człowieczeństwo, które miota się pomiędzy muszę, a mogę! Po wtręcie, od nowego zdania kontynuuje, zakładam że bez utraty kluczowego wątku. ;) Przemiany... będącej wypadkową jego prawdziwych potrzeb, realizowanego dość biernie rozliczenia z przeszłością poprzez desperacką, a praktycznie to kształtowaną zbiegami okoliczności próbę ucieczki w kierunku względnej normalności, dokonał reżyser sugestywnej analizy (co ważne unikającej prostego podpierania się wyłącznie stereotypami) społeczności małomiasteczkowej, konfrontując się z niejednoznacznymi przecież w ocenie realiami, w których kapłan poprzez reprezentowanie Kościoła stanowi jednocześnie rodzaj wyroczni i spoiwa łączącego członków wiejskiej wspólnoty. Przede wszystkim jednak pośród licznych nawiązań socjologicznych ukazał czym jest pierwotna siła religii i gdzie tkwi jej zasadnicza funkcja, będąca wypadkową fenomenu potrzeby wiary, a sprowadzająca się właściwie w praktyce do poszukiwania oparcia w Bogu podczas doznawanego cierpienia. To jest bowiem film o terapeutycznej roli wiary w Bożą moc udzielaną w postaci wsparcia w sytuacjach kryzysowych. To film o nadawaniu sensu z bezsilności zdarzeniom pozbawionym takiego realnego usprawiedliwienia, które prócz logicznego wyjaśnienia przynieść może też upragnione ukojenie. Tutaj także, mimo że Komasa działa na granicy przesady i tym samym newralgicznej utraty wiarygodności, pozwalając na wtłaczanie do scenariusza natłoku motywów wynikających z potrzeby pełnego wykorzystania potencjału socjologiczno-psychologicznego, to w żadnym momencie jej nie przekracza. Wykorzystując fundament autentycznej historii nie dodaje nazbyt krzykliwych i kontrowersyjnych argumentów, a tylko naturalnie potrafi dostrzegać w zawiłej sytuacji, tak wiele typowych, wyjaśnianych przez nauki humanistyczne tendencji w ludzkich zachowaniach. To też ponad merytoryczną i emocjonalną wartość, również film doskonale zagrany, a sam Bartosz Bielenia nie jest jedynym, choć z pewnością najbardziej chyba wyrazistym przykładem kapitalnego warsztatowego przygotowania i umiejętności uzyskania przekonującego autentyzmu odgrywanej postaci. Łudząco fizycznie przypominający Christophera Walkena fantastycznie wykorzystał własne wizualne atuty, jednak dzięki równie doskonałym kreacjom drugoplanowym nie zdominował ekranu. Tak samo na uznanie zasłużyła Eliza Rycombel, Tomasz Ziętek, Leszek Lichota, Barbara Kurzaj, czy pojawiający się wyłącznie we wstępie i finale Łukasz Simlat. Jednak ponad nimi pod względem mistrzowskiej wiarygodności funkcjonuje Aleksandra Konieczna, która powściągliwym aktorstwem opartym o mimiczne niuanse w postaci najdrobniejszych drgnięć mięśni twarzy, osiąga porażający efekt zatracenia i zagubienia w potwornym bólu. Takie kapitalne zaplecze aktorskie prowadzone ręką utalentowanego i wyczulonego w tym akurat przypadku na przeholowanie reżysera, dało szansę na uzyskanie tego, co w miarę niedawno nie udało się Małgorzacie Szumowskiej, która kręcąc niezrozumiale nagradzaną Twarz popełniła w rzeczy samej grzech groteskowego potraktowania, absolutnie w głębi znaczeń niegroteskowej rzeczywistości i w głównej mierze samych postaci. Chcąc w teorii uzyskać efekt podobny co Komasa obnażyła swoją niewielką wiedzę o prowincjonalnych środowiskach, a wartość lokalnych wspólnot i roli w nich wiary ubrała, może nie w obraźliwe, lecz z pewnością karykaturalne oblicze. Komasa nie popełnił tego błędu, stworzył obraz zarówno krytyczny jak i zarazem film którego przesłanie nie wyśmiewa, a sieje wyrozumiałe dobro łączące to, co teoretycznie stoi w opozycji i bez elementarnej dobrej woli nie da się konstruktywnie zgłębić. Nie wytyka palcami ani nie usprawiedliwia, stawia lustro i próbuje zrozumieć docierając do jednostkowych i grupowych motywacji. Niezwykle wartościowe to kino, takie które w surowym wydaniu dostarcza pięknego choć bolesnego przeżycia. Łzy w oczach bohaterów i równie ustawiczne świeczki podczas seansu w moich. Celne diagnozy i trafnie odnalezione przyczyny. Ludzka ułomna natura - w niej zrozumiała gorycz, złość i potrzeba zemsty. Bezsilność wobec konstelacji tragicznych zdarzeń prowokowanych przez ludzkie nieodpowiedzialne działania kierowane niekontrolowaną frustracją lub też młodzieńczą euforią. Konstruktywne w przesłaniu kino brutalnej prawdy i kino mimo, że tragiczne, to w istocie optymistyczne, za które Kościół powinien być Komasie wdzięczny. 

P.S. Jeszcze puenta nieoficjalna, która jest akurat ekstremalnie gorzka. Znaczy, że jak masz wyrok to nie masz szans by zostać księdzem, ale jak zostaniesz księdzem, to możesz mieć już wyjebane na  potencjalne wyroki.

niedziela, 13 października 2019

Of Monsters and Men - Fever Dream (2019)




Gwoli archiwizacyjnej ścisłości przypominam, że dokładnie lat temu osiem islandzki Of Monsters and Men z impetem wbił się na listy przebojów za pośrednictwem mega ówcześnie popularnego singla Little Taks. Z pewnością głównie dzięki powyżej wspomnianemu, ale również bardzo dobrze sprzedającym się debiutem płytowym zaskarbił sobie sympatię milionów. Po kilku latach, a dokładnie na wiosnę 2015 powrócił z drugim krążkiem, lecz już takiego hajpu w telewizjach muzycznych chyba nie zanotował, chociaż może i nawet Beneath the Skin był to album lepszy od startowego. Oczywiście to sprawa dyskusyjna, subiektywnego osądu kwestia, bowiem to co się Panu X czy Pani Y podoba, nie musi jednocześnie Pani Z z automatu przypaść do gustu. ;) Nie zmienia to jednak mojego przekonania, że obydwie produkcje miały swoje istotne walory, liczne wielkie momenty, a pomiędzy nimi dostrzegam zmiany wyłącznie o charakterze ewolucyjnym, żadnym zaś radykalnie rewolucyjnym. Dzisiaj zaś mam ogromną przyjemność odbierać słuchem i sercem zawartość trzeciej płyty tej jednej uroczej Pani i towarzyszących jej czterech równie młodych i utalentowanych Panów. Nie przypadkiem napisałem, iż kompozycje z Fever Dream tak samo jak zmysłem słuchu kosztuje się także szczególnie wrażliwą duszą, gdyż to muzyka przepięknie rozmarzona i z cudownym (mimo że z północy) ładunkiem ciepła  w nutach zawartym. Może posiadająca przez fakt stylistycznej przynależności te cechy popu, które co bardziej wymagającą ambicji publiczność mogą skłonić do wydawania surowych opinii sprowadzających się do stwierdzenia, że to landrynkowy banał dla przewrażliwionej młodzieży, a nie pełnowartościowy kawałek naprawdę wymagającej świetnego warsztatu muzyki. Zgodzę się rzecz jasna, że Of Monsters and Men żadnych nowych lądów nie odkrywają, a technicznie rzecz biorąc ich twórczość opiera się bardziej na splocie wysokiego poziomu rozmarzonej emocjonalności i talentu do pisania ładnych melodii, niż prawdziwego geniuszu, który raczą wytrawne uszy melomanów od instrumentalistów wymagać. To nie ten kierunek, nie te rejony zaspokajania wygórowanych potrzeb. Tutaj, w miejscu gdzie swoje brzmienie lokują Islandczycy ważniejsze od biegłości są uczucia oraz całkiem zgrabne sięganie do inspiracji płynących z legendarnej już klasyki przede wszystkim syntezatorowego popu, lecz nie tylko. Nie szukając daleko i nie popadając w detaliczną analizę donoszę, że na przykład taki Sleepwalker oprócz hipnotycznej aury, posiada w charakterystycznych chórkach z tła manierę bliźniaczą z tą wykorzystywaną przez Eurythmics, a z innej strony w Róróró znacznie subtelniejszy w formie, ale jednak nowofalowy pomysł rytmiczny, czy w Wars taneczny funkowy szlif kojarzony z Daft Punk, wreszcie w zamykającym program albumu Sothsayer wypisz, wymaluj melodykę AOR-owską. Ogólnie grupa porzuciła całkowicie wszelkie dęciaki, jakie szczególnie na debiucie wyznaczały charakter kompozycji oraz zdecydowanie ograniczyła silnie z nimi kojarzone folkowe elementy i poszła odważnie w stronę elektroniki i większych przestrzeni uzyskując efekt podobny też nieco do tego co ich północni pobratymcy z A-ha wiele lat temu na światowy rynek muzyczny wprowadzili. Jest jednak nie tylko w obecnych dźwiękach Of Monsters and Men to coś co na początku tekstu zasugerowałem, a co odróżnia ich zarówno na współczesnej scenie i nie pozwala też by Fever Dream został skatalogowany jako ślepe naśladownictwo wyżej wymienionych grup pokroju Eurythmics i A-ha. To właśnie przepięknie rozmarzone przestrzenie w których wraz z tanecznym potencjałem dominuje absolutnie niebanalna liryczność, idealnie współgrająca z prostym aczkolwiek intrygującym obrazem z koperty. 

czwartek, 10 października 2019

Yesterday (2019) - Danny Boyle




Dwóch dojrzałych gentlemanów, znanych w szerszym niż tylko brytyjskim kinowym środowisku wpadło na czarujący pomysł. Dokładnie to rówieśników rocznik 56, którzy na sto procent z ogromnym sentymentem wspominają czasy, kiedy jako smarkacze na własnej skórze doświadczali czym była beatlemania, postanowiło w formule ciepłego familijnego kina romantycznego oddać (pozbawiony szczęśliwie irytującej egzaltacji) należny hołd największym gwiazdom popu w historii. Danny Boyle (wiadomo Trainspotting) jako reżyser, wspomagany talentem pisarskim i doświadczeniem Richarda Curtisa (wiadomo scenariusze do Four Weddings and a Funeral, Notting Hill, Bridget Jones's Diary itd.) napisali i nakręcili urzekający quasi musical, oparty o przeboje czwórki z Liverpoolu, przenosząc sprytnie osobistą nostalgię do współczesności. Może realizacja jest dość sztampowa, bez większych ambicji, chwilami dość naiwna i nazbyt przesłodzona, lecz podstawowa koncepcja (o czym szczegółowo zobaczycie, jeśli obejrzycie) całkiem przewrotna i zawierająca w sobie sporo uniwersalnych prawd i wartości. Mnie przynajmniej kupiło proste, ale ważne przesłanie, wciągnęła ta zabawna satyryczna ekspresja i klimat świetnie wykorzystujący potencjał największych beatlesowskich przebojów oraz rozbawiło/wzruszyło kilka smakowitych aluzji (szczególnie ta kąśliwa o Coca Coli, ta bardzo mądra z żyjącym Lennonem, ta przekorna z Harrym Potterem i ta jeszcze jedna WAŻNA do samodzielnego odkrycia :)). Jeśli szanowny widz poszukuje filmu uroczego, ale nie przesadnie banalnego i chciałby sobie w środku, w widzu ponucić (bo śpiewać choć nie potrafi to lubi), to śmiało niech sobie seans zafunduje. Nie pożałuje. :)

Drukuj