_________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

" If you think you are too old to rock'n'roll then you are."

Lemmy Kilmister

środa, 24 sierpnia 2016

Death of a Salesman / Śmierć komiwojażera (1985) - Volker Schlöndorff




Zwięźle napiszę w kontraście do merytorycznej zawartości sztuki, której filmowej adaptacji w roku 1985 podjął się eksportowy niemiecki mistrz reżyserskiej profesji. Nie chcę w tym miejscu wyłącznie na treści dzieła Arthura Millera się skupiać, bo ona w formie telewizyjnej czy przede wszystkim wielokrotnie na deskach teatralnych goszcząc, zapewne tylko nielicznemu gronu nieznana. Ogólnie to istotą są relacje z najbliższym środowiskiem, podstarzałego obwoźnego sprzedawcy, kogoś na kształt mniej zaawansowanego technicznie, bo bez laptopa, komórki i innych gadżetów tzw. przedstawiciela handlowego. Więzi z rodziną, a przede wszystkim z synami oraz z kręgiem zawodowym, z którym od lat z konieczności związany. Problem polega na tym, że gość jest nieefektywny w robocie, wskaźniki jego obrotu spadły poniżej kreski, a utrzymywanie pracownika, który kokosów nie przynosi mija się z celem - nie spina się ze strategią firmy. Dodatkowo, a może w pierwszej kolejności ten przywiązany do branży biedak przeżywa frustrację związaną z synami, którzy w jego przekonaniu nie spełniają pokładanych w nich nadziei, a tak obiektywnie rzecz biorąc to są ojcu oddani i rokujący, tylko że ich wizja własnej przyszłości rozjeżdża się z tą zrodzoną w ciasnym niestety umyśle odlatującego psychicznie i skrajnie już sfrustrowanego (bo materialnie nic nie osiągnął) ojca. Hmmm... zresztą swym obłędem sam ich od siebie nieświadomie odpycha. Sytuacja ciekawa i jako fundament dla literackiego rozwinięcia przez błyskotliwego dramaturga obiecująca. Arthur Miller stworzył dzieło przenikliwe psychologicznie i głęboko emocjonalne, a tylko od talentu reżysera zależało czy materiał źródłowy o ogromnym potencjale zostanie przekonwertowany na obraz, który nic na tym procesie w stosunku do oryginału nie straci. W tym miejscu chciałbym napisać, że szanuje ogromnie i odkrywam stopniowo na bieżąco, w miarę możliwości dorobek Volkera Schlöndorffa i zadaję sobie teraz chyba retoryczne pytanie. Czy ta popisówka Dustina Hoffmana jest wyłącznie jego zasługą, czy może właśnie jeżeli aktor znakomity trafi na reżysera wybitnego to ten potrafi ze zdolniachy wydobyć w pełnej krasie całe zasoby. Jest w tym zdaniu zawarta prawda uniwersalna, a potwierdza ją także kapitalny w roli syna John Malkovich. Chemia jaką prezentują dialogi ojca i syna to absolutna aktorska magia i wystarczający powód by z tą ekranizacją się zapoznać, nawet gdy pośród tych walorów pewne minusy można dostrzec. Zgadzam się poniekąd z zarzutami kierowanymi w stronę obrazu, że nie do końca udało się przełożyć sztukę na język filmu, że przytłaczały nieco zbyt statyczne ujęcia, klaustrofobiczne pomieszczenia i przerażająca dominacja dialogów. Zakładam, że był to celowy zabieg zastosowany przez Schlöndorffa, który niestety, biorąc pod uwagę 130 minutową projekcję doprowadzał mnie poniekąd do znużenia. 

P.S. Chyba nie wyszło zwięźle. ;)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Truth / Niewygodna prawda (2015) - James Vanderbilt




Spotlight zdobywając Oscara i nagłaśniając skandale pedofilskie w kościele katolickim, dokonał jeszcze jednej pożądanej rzeczy. Mianowicie przywrócił do łask klasyczne kino, gdzie osią wydarzeń dziennikarskie śledztwo. Po tej właśnie linii idzie debiut reżyserski scenarzysty Basic i Zodiacka, a ja mam przekonanie po seansie, iż pod względem jakości Spotlight i Truth mógłbym śmiało umieścić w tej samej lidze. Doskonale bowiem Niewygodna prawda trzyma tempo, dynamika skutecznie napięcie podkręca, a intryga czy jak kto woli tajemnica jest czytelnie widzowi w aptekarsko wymierzonych dawkach aplikowana.  Tyle chyba w kwestii czysto technicznej, bo jak domniemam, nikt nie spodziewał się po Cate Blanchett słabej kreacji, a Robert Redford pomimo zasuszonego już oblicza wraz z dojrzałym Dennisem Quaidem raczej również z góry poziom wysoki gwarantowali. Ogólnie brak słabej roli zarówno wśród weteranów jak i młodszej ekipy, wzlotów ponad poziom także nie dostrzegłem, zatem tyle w temacie. Do sedna przeć zamierzam, a w centrum moich refleksji po projekcji obraz kulis manipulacyjnych przekrętów. Czasy wydajnego odkrywania prawdy już dawno za nami. Obecnie to określenie, po pierwsze drastycznie zdeprecjonowane, po drugie w gąszczu wszelkiej maści kombinacji, zarzucania tropicieli hipokryzji masą oskarżeń, zaszczuwania w atmosferze polowania na czarownice, niemal niemożliwe jest bez poniesienia ponad miarę ofiary dokonanie cudu ukazania istoty rzeczy w obiektywnej formie. I nie jest to wina wyłącznie specjalistów od brudnej socjotechniki, należy się wręcz uderzyć w pierś i przyznać, że oni wyłącznie bogactwo naszych fobii wykorzystują, a to że egoistycznie okopujemy się we własnych często bezrozumnie budowanych przekonaniach opartych na stereotypach czy wręcz strachu to do jasnej cholery nasza osobista wina - każdego z osobna i wszystkich razem. Świat zawsze był skomplikowany w swej naturze, jednak poziom jaki teraz osiągnął to już zagmatwanie na krytycznym poziomie. Zarzucani jesteśmy gąszczem informacji z różnorakich źródeł, które na potęgę wpływają na nasze nastroje, przekonania i decyzje. Jeśli natomiast ktoś twierdzi, iż jest na tą nachalność odporny to gratuluję zadziwiającej znajomości ludzkich słabości. Na koniec dodam jeszcze, iż koniec śledztwa, poszukiwań materiału kres i finałowa emisja, puszczenie owocu w obieg to dopiero początek wysiłku i problemów. Afera jest grubymi nićmi szyta, cholera jednak wie kto igłę trzyma, kto tu komu ma coś finezyjnym ściegiem udowodnić. :) Prowokacją mocno śmierdzi, spiskiem który może minę w szczwany sposób rozbroi i upiecze kilka pieczeni przy jednym ogniu? Ha! Zaciekawiłem? 

niedziela, 21 sierpnia 2016

Tomahawk - Tomahawk (2001)




Gdzieś u początków swej działalności, Tomahawk przeszedł mi koło ucha, nie obijając się wystarczającym echem bym pogrążony wciąż w żałobie po dekonstrukcji Faith No More mógł chociaż po części ukoić smutek. To zadziwiające zwłaszcza, że Mike Patton to dla mnie przewodnik i wyrocznia, bohater dorastania i ikona, niemal świętość do dnia dzisiejszego i pewnie już po kres. Współcześnie, kiedy to Oddfellows i Mit Gas (Anonymous to jeszcze wciąż księga nieodkryta) przegryzione i rozgryzione, rozłożone na części składowe zanalizowane szczegółowo i na powrót zsyntetyzowane, na poważnie i z odpowiednią świadomością powróciłem do debiutu. Stało się to również za sprawą dwóch klipów sprzed lat (God Hates a Coward i Flashback) zarejestrowanych podczas występu w bodajże australijskim telewizyjnym programie. To co tam wyczyniał Patton to jakaś metafizyka, rodzaj głębokiego uniesienia i stopienia się z muzyką w jednolitą całość - porywające i inspirujące doświadczenie. Z tej perspektywy odkrywanie na nowo zawartości pierwszego albumu projektu pochłonęło mnie bezgranicznie i teraz bogatszy w wiedzę ze szczegółowej autopsji pochodzącą napiszę, iż w większości te kompozycje śmiało mogłyby się odnaleźć na kolejnym albumie Faith No More i dziwi fakt, że w projekcie wyłącznie Patton zaangażowany, a towarzyszący mu zacni muzycy w żadnym stopniu z autorami Album of the Year niepowiązani. Takie numery jak Pop 1, Point and Click, 101 North, Jockstrap, Honeymoon, Laredo czy chyba najmocniej z bujającym klimatem znanym z krążków FNM spokrewniony Sweet Smell of Success to perełki i dowód na geniusz i dominację osobowości Pattona. Mimo, że inicjatorem jak wieść niesie powołania Tomahawk był Duane Denison znany przede wszystkim z The Jesus Lizard, a obok niego w ekipie równie charyzmatyczne postaci to duszę grupie zaszczepił wielki Mike. Czuć w każdym dźwięku jego ogromną muzyczną wyobraźnię i nie mam tutaj na myśli wyłącznie siły oddziaływania niesamowitego głosu, lecz wpływ na intrygującą robotę aranżerską. Po trosze eksperymentów brzmieniowych, niepokojącego, dusznego, chwilami schizofrenicznego klimatu, lecz i sporo dość miękkich, takich pluszowo-przytulnych kreowanych aksamitnym tembrem głosu momentów. :) I tylko jeden fragment mocno mnie zaniepokoił, tak, że z przekonania o drobniutkiej inspiracji, do myśli o plagiacie mnie pchnęło. ;) To motyw z końcówki Molocchio, dokładnie zaczynający się w drugiej minucie i ósmej sekundzie - jednoznacznie kojarzący się riff z jednym z numerów Clawfinger. Jakim, nie pamiętam dokładnie tytułu, może ktoś mi podpowie? :) 

piątek, 19 sierpnia 2016

Gojira - The Way of All Flesh (2008)




Obecnie Gojira to grupa w środowisku metalowym na tyle rozpoznawalna, iż większość fanów ostrych dźwięków jest w stanie prawidłowo ich nazwę wypowiedzieć. :) Za sprawą L'Enfant Sauvage i tegorocznej Magmy wskoczyli do ekstraklasy ostrego grania w tej nieco futurystycznej formule, lecz dla każdego kto już od dekady z nazwą się stykał i liznął ich dokonań było jasne, że ci utalentowani, choć nie w pełni zrozumiali dla wielu Francuscy innowatorzy konsekwentnie krocząc dotrą do tego miejsca. From Mars to Sirius czyli krążek z 2005-ego roku pozwolił im wypłynąć, wychylić łeb z podziemia, lecz dopiero nagrany w trzy lata później The Way of All Flesh odnalazł się w działach z recenzjami większości muzycznych periodyków, a wywiady z jego autorami nie były już wyłącznie fanaberią zorientowanych w temacie redaktorów. :) Zachwyt przede wszystkim z perspektywy czasu zawartością The Way of All Flesh jest dla mnie absolutnie zrozumiały, bo ukrywać nie mam zamiaru, że w dniu premiery byłem krążkiem zaintrygowany, lecz niekoniecznie po wielokrotnych próbach przyswojenia materiału w pełni ogarniałem jego wartość. Szczęśliwie przyszedł moment przełomu i już z perspektywy fana oswajającego temat piszę co myślę o czwartym pełnowymiarowym owocu pracy braci Duplantier i Panów Andreu/Labadie. Po pierwsze w tej mechanicznej porcji konkretnego łojenia jest ogromna wyobraźnia, a kompozycje charakteryzują się różnorodnością wykorzystywanych patentów - posiadają iskrę i ikrę, że tak sobie pozwolę na taką brawurową frazę. :) Od gwałtownych i dynamicznych sekwencji z okazjonalnymi blastami po pełne przestrzeni klimatyczne pasaże. Od muskania strun, solówek wykorzystujących technikę tappingu po całą gamę sprzężeń, zgrzytów i pisków kojarzących się jednoznacznie z Bogami death metalu z Morbid Angel. Album wciąga i hipnotyzuje, lecz niestety (i tutaj pretensja moja) jest odrobinę zbyt długi. W tym natłoku numerów tkwi jego jedyny mankament, bo umówmy się 75-minutowy stuff jakby nie był sam w sobie interesujący to potrafi odbiorcę zmęczyć. Wolałbym po góra godzince wcisnąć przycisk repeat niż po finałowym dźwięku potrzebować przerwy. Mimo jednak tego minusa jest to krążek wybitny, a numery takie jak singlowy Vacuity, czy równe mu Oroborus, A Sigh to Behold, A Art of Dying, Esoteric Surgery czy Adoration of None to klejnoty bezdyskusyjnie. Jak twierdził Joe w jednym z wywiadów przeprowadzonych na okoliczność promocji The Way of All Flesh płyta była logiczną kontynuacją drogi i myślę, do dnia dzisiejszego każdy kolejny studyjny krok jest nią nadal, a sama Gojira może być nazwana jedną z najbardziej usystematyzowanych kapel na metalowej scenie. Konsekwencja jest ich dewizą, a nieograniczona wyobraźnia znakiem rozpoznawczym. 

środa, 17 sierpnia 2016

The Daughter / Powrót (2015) - Simon Stone




Tak jakbym dwa odmienne filmy oglądał - pierwszy trwający niemal godzinę, która była męką i nużyła okropnie, wytrwać do końca nie pozwalała. I drugi, ponad dwa kwadranse, gdzie wszystkie odpowiedzi systematycznie udzielane emocje bardzo silne wywołały. Natężenie smutku i dramatycznych reperkusji wydarzeń z przeszłości, ich wpływ na każdą postać tego dramatu to skrajnie przytłaczające dla widza doświadczenie. Trudno w tym momencie pisać o szczegółach warsztatowych i jakkolwiek oceniać wartość obrazu, kiedy intensywny finał tak sugestywnie druzgocący psychicznie obrót przybrał. Przyznaję, że absolutnie nie spodziewałem się, że taki z początku mdły zakalec okaże się gwałtownie  poruszającym dramatem. Ostrzegam jednak, że osiągnięty efekt dla części z widzów może okazać się szczwaną manipulacją wykorzystującą z premedytacją i bez jakichkolwiek hamulców telenowelowe wzorce, tutaj akurat podane w surowej oprawie, autentycznym anturażu i przekonującej formie. W moim odczuciu była to właśnie tego rodzaju szarża, fakt skuteczna lecz wywołująca mieszane odczucia. Czy czując w tym podstęp, powinienem głęboko i z powagą przeżyć wraz z bohaterami ich traumę, czy może raczej pozostać niewrażliwym na jej wyreżyserowaną melodramatyczność? Myślę, że gdzieś w połowie tego tekstu padła już na to pytanie odpowiedź. :)

wtorek, 16 sierpnia 2016

The Graduate / Absolwent (1967) - Mike Nichols




Ówcześnie, czyli na przełomie roku 67 i 68 przyjęty jako dość skandalizujący, przełamujący seksualne konwenanse, jeszcze silnie wrośnięte w społeczeństwo amerykańskie. Dzisiaj z perspektywy niemal półwiecza absolutnie podobnych odczuć widzowi oszczędzający, bo opowieść o dobrze wychowanym młodzieńcu z bogatych przedmieść, który erotyczną inicjację przeżywa z dwukrotnie starszą, lecz wciąż atrakcyjną (zjawiskowa Anne Bancroft) żoną przyjaciela rodziny, to jak na dzisiejsze standardy kinowej kontrowersji prawdziwy lajt. :) I w tym miejscu to dla samego obrazu sytuacja komfortowa, bo oczywiście nie w szokowaniu tkwi jego największa wartość. Pomimo wtedy jeszcze stosunkowo ograniczonego doświadczenia Mike Nichols popisał się kapitalnym zmysłem do łączenia poważnego tematu z inteligentnym humorem, ciekawych ujęć z tłem muzycznym wyrastającym obok świetnej obsady na równorzędną gwiazdę i ikonę popkultury. Skomplikowane relacje bohaterów, zainicjowane pikantnym tete a tete :) z Panią Robinson - z Panem Robinsonem spięcia, wreszcie kulminacyjny powrót jego córki z collage’u i odnalezienie przez Benjamina duchowej przyjaźni, autentycznego pełnego porywu serca, a nie wyłącznie fizycznego pociągu to bogaty przekrój naturalnie i przekonująco przekazanych emocji. Wkręcił się chłopak w niebezpieczną gierkę z dojrzałą i znudzoną kobietą, przeżył z nią uniesienie i swoistą przemianę przeszedł, a w finale charakter na miarę prawdziwego mężczyzny pokazał. Tak Dustin Hoffman okazałą karierę rozpoczął stając się z marszu dojrzałą hollywoodzką gwiazdą.

P.S. Taka ciekawostka – w rzeczywistości Hoffman był tylko o sześć lat młodszy od Bancroft. :)

niedziela, 14 sierpnia 2016

Mother Love Bone - Apple (1990)




Gdyby nie tragiczna lub po prostu głupia śmierć Andrew Wooda nie powstałby Pearl Jam, a może numery podobne tym z Ten zamiast Veddera zaśpiewałby właśnie Wood? Gdyby nie zgon charyzmatycznego wokalisty Mother Love Bone rozwój sceny grunge przebiegłby zupełnie inaczej, a może i scena nie eksplodowałaby z taka mocą? Może, może - ciężko spekulować jak losy ostatniej wielkiej rewolucji w rocku by się potoczyły. Jedno jest pewne był to moment przełomowy, jak twierdzi Chris Cornell scena wówczas straciła swą niewinność i to już moje słowa, po takiej tragedii podniosła się ze zwielokrotnioną siłą, a sam trzon Mother Love Bone jak pokazał czas przedzierzgnął się w kultowy Pearl Jam. Stone Gossard i Jeff Ament osieroceni trafili na poszukujących muzyków i tego jednego wyjątkowego o głębokim głosie wokalistę i stali się legendą. Jednak nie o twórcach najlepszego debiutu w historii rocka tu będzie, tylko o grupie, która wydając wyłącznie jeden pełnowymiarowy album w annałach rocka się nim zapisała. Tutaj wtrącę osobistą dygresję, że dzięki praktykowanej od jakiegoś czasu manii spisywania własnych refleksji w temacie muzyki czy filmu sięgam do krążków, które zaczęły pokrywać się już warstwą kurzu. Dodam, że tą bezpośrednią inspiracją do odkurzenia Apple były ostatnio obiegające sieć informacje o trasie koncertowej i ewentualnym nowym materiale studyjnym Temple of the Dog. Jak ze sobą są powiązane nazwy Mother Love Bone i Temple of the Dog nie muszę chyba wyjaśniać, a jeśli ktoś nie zna związku niech momentalnie ten karygodny brak wiedzy zniweluje. :) Wieści od T.O.T.D. przypomniały, a nałóg pseudo dziennikarski pozwolił na nowo głęboko przeżyć dźwięki z Apple. :) Wracam zatem do meritum i po kilkunastu ostatnio zainicjowanych odsłuchach longa Mother Love Bone twierdzę, że niewiele w tych numerach cech zbieżnych z tym co w 1991 roku ekipa z Vedderem zaproponowała. Oprócz może zbliżonego brzmienia więcej na Apple podobieństw do Alice in Chains czy nawet Guns'n'Roses. Zarówno pod względem sposobu budowania kompozycji jak i podobieństw w obszarze wokalu. Jak słucham Wooda to gdzieś pobrzmiewa mi głos zarówno Axla Rose'a jak i Layne'a Staley'a, który już po dekadzie z hakiem dołączył do Wooda w zaświatach. Jednak gdy maniera wokalisty Mother Love Bone wybrzmiewa to pierwsze skojarzenie wędruje do gościa co w kilka lat później pod szyldem Ugly Kid Joe chwilowe, lecz głośne swoje pięć minut miał. Whitfield Crane z kompanami był i zniknął dosyć szybko i jak mi teraz wszechwiedzący net podpowiada nawet cztery lata temu po ciszy powrócił z albumem studyjnym, jednak znajomość jego mi obca i pewnie tak pozostanie. Niezły to zespół był, ale w świadomości na tyle mocno swego miejsca nie wyrył - i tyle. :) Inaczej z Apple ma się sprawa, bo ta przebojowa porcja energetycznych, a chwilami chwytających za serducho i ściskających gardło dźwięków z odpowiednią młodzieńczą pasją, emocjonalnym zaangażowaniem ale i luzem zagrana przetrwała próbę czasu i chociaż teraz nie spotyka się tak grających ekip to w moim, weterana przekonaniu poczucia zażenowania podczas odsłuchu absolutnie oszczędza. Duch rebeliancki i refleksyjna natura w nich żyje, a to cechy które (i tutaj stary dziad przemówi) dzisiejsza młodzież może znać tylko z opowieści tych rodziców którzy w swoim życiu o rockową rewolucje się otarli. Teraz małolaty wyłącznie w kategoriach ja myślą, egoizm jest religią, a roszczeniowość to ich sposób na życie. Jak już jakiejś ideologi buntowniczej się chwycą to pierdoląc swoje mądrości bez poczucia wstydu, bo świadomości przecież brakuje, swoją niewiedzę obnażają. Tutaj tekst urywam, bo zbyt blisko polityki się znalazłem, a miało być o rzeczach przyjemnych. :)

czwartek, 11 sierpnia 2016

Macbeth / Makbet (2015) - Justin Kurzel




Poważna sprawa, bo toż to ikona literatury, a dla aktora warsztatowy Mount Everest, bo przecież zagrać Macbetha to obok roli Hamleta największy dla przedstawiciela tej profesji zaszczyt. Michael Fassbender na fali, zatem nie dziwię się, że Justin Kurzel w tej roli hollywoodzkiego gwiazdora obsadził. Talent niewątpliwie człowiek posiada, warsztat znakomicie przyswoił i aparycję odpowiednią w genach przekazaną otrzymał. Donoszę zatem, że decyzja ta była trafna, bo Fassbender w roli odnalazł się znakomicie, a towarzysząca mu równie atrakcyjna fizycznie i sprawna aktorsko Marion Cotillard dopełniła ten duet wybornie. Postaci są wyraziste, odpowiednio sugestywne, a psychologiczne profile odtworzone z pasją i precyzją w teatralnej manierze. Chorobliwa żądza władzy, oślepienie namiętnością i podatność na manipulację, a dalej obłęd prowadzący ku upadkowi. Wszystko to widać i czuć w gestach, mimice – ekspresji ciała i głosu. To ogromny atut produkcji, która prócz powyższych zalet mistrzostwu aktorskiemu i geniuszowi Williama Shakespeare’a zawdzięczająca posiada jeszcze jeden walor, co dla oka szczególnie atrakcyjny. Wymiar wizualny to prawdziwa poezja, plastyczny majstersztyk. Zamglona, zatopiona w półcieniach, w surowych zimnych barwach, scenografia jakoby pędzlem malarskim wykreowana, z obrazów klasyków czerpiąca inspiracje – oddająca przemożne poczucie niepokoju, tajemnicy mrocznej. Wyrafinowana wizja sztuki Shakespeare’a, która w takiej formule na takim laiku w kwestii klasycznej literatury zrobiła duże wrażenie!

P.S. Jasne, że Shakespeare’a nie czytałem i pozować na jajogłowego znawcę literatury klasycznej nie zamierzam. Z lenistwa, z braku miłości dla archaicznego stylu, który szkoła w podstawówce obrzydziła, a może ze względu na osobistą naturę, w której zawsze ścierały się intelektualne poszukiwania, aspiracje, z robotniczym pochodzeniem trzymającym człowieka przede wszystkim przy sprawach przyziemnych. Cholera wie, nie mam zamiaru prowadzić teraz spontanicznej, nieprofesjonalnej psychoanalizy, bo boje się, że grzebiąc pośród dzieciństwa i okresu dorastania mógłbym jakiego trupa odgrzebać, który już zupełnie by mi osobowość zwichrował. :) Tak czy inaczej jestem pewien, że znajomość tekstu źródłowego wzbogaciłaby odbiór obrazu  Justina Kurzela i uwypukliła niuanse udowadniając w inny niż typowo szkolny sposób niepodważalny geniusz najwybitniejszego angielskiego literata. 

Drukuj