poniedziałek, 26 czerwca 2017

Que Dios nos perdone / Niech Bóg nam wybaczy (2016) - Rodrigo Sorogoyen




Rasowy mroczny kryminał, coś na podobieństwo ikonicznego fincherowskiego Siedem, tylko w iberyjskim wykonaniu - a gdyby szukać podobieństw po linii pochodzenia to na myśl przychodzą Dawne grzechy mają długie cienie, bądź Sekret jej oczu. Nie pierwszy i nie ostatni to zapewne raz, kiedy kino hiszpańskojęzyczne robi na mnie kapitalne wrażenie i nie mam na myśli tutaj jednego gatunku, w którym filmowcy z południa znakomicie się odnajdują. Thriller, kryminał, znaczy kino z dreszczykiem, ale i dramat, ewentualnie obyczajówka z masą głębokich przeżyć to te rejony twórczości filmowej gdzie zawsze znajduję tytuły, które dostarczają mi wartościowych wrażeń. Mają Hiszpanie i mocno powiązani z nimi Argentyńscy filmowcy smykałkę do historii o ludziach z życiowymi tajemnicami, po przejściach dramatycznych, z traumami, obsesjami, psychozami czy fobiami. Rodzinnymi problemami i ogólnie mnóstwem złej energii wokół genialnie psychologicznie sportretowanych postaci. Niech Bóg nam wybaczy jest jednym z wielu przykładów na potwierdzenie powyższej tezy, z zastosowaniem mechanizmów warsztatowych budujących gęstą, mroczną i duszną atmosferę, z doskonałym aktorstwem i podkręcanym na zasadzie interwałów tempem oraz ustawicznym napięciem. Tajemnicą bez oczywistości, prowadzonym śledztwem, gdzie wysyp tropów, poszlak i dowodów – ślepych uliczek i na każdym kroku przeszywającego poczucia niebezpieczeństwa, czy czającego się tuż tuż zwrotu akcji.

czwartek, 22 czerwca 2017

Intouchables / Nietykalni (2011) - Olivier Nakache, Eric Toledano




Na poziomie poczucia humoru rozmijałem się z tym co oglądałem okrutnie, ten rodzaj żartu akurat do mnie nie przemawia, natomiast jeśli mówić o przesłaniu to rzecz wartościowa i bardzo istotna szczególnie w czasach alergii na wszelkie odmiany inności. To spotkanie dwóch światów, skrajnych osobowości i wymiana perspektyw spojrzenia, wpływ wzajemny na siebie, budowa głębokiej relacji, rozwijanie wrażliwości ma sugestywny wymiar. To jest film, który określę jako ładny, lecz czy to będzie komplement, czy kurtuazja, gdy obraz w wymiarze warsztatowym po prostu zachowawczy, a jednostajna emocjonalność dość nużąca i zwyczajnie mdła. Wiem że to tytuł, który znakomite recenzje zbierał, ale spotkałem się także pośród większościowych zachwytów z głosami umiarkowanie krytycznymi - że entuzjazm przesadzony, a ambicje intelektualne nie w pełni wysokie. To oczywiście względnie wysokich lotów kino, szczególnie piękne w sferze duchowych przeżyć i zwykłych ludzkich odruchów, ale także jednocześnie nazbyt naiwne, w sensie zastosowanej formuły płaskie, schematycznie zrealizowane i przewidywalne. Nawet jeśli oczekując wyjątkowego seansu odrobinę się zawiodłem, bo emocje płynące z ekranu jednak nie mają najwyższej amplitudy i nie budują koniecznej huśtawki nastrojów czy temperamentnych kontrastów to nie traktując go jako arcydzieła, chociażby przez pryzmat wspaniałego tematu muzycznego uważam za tytuł co najmniej bardzo dobry. 

środa, 21 czerwca 2017

Forushande / Klient (2016) - Asghar Farhadi




Opóźnił się seans z Klientem, gdyż plany pierwotnego poznania najnowszego obrazu Asghara Farhadiego pokrzyżowała awaria projektora w kinie studyjnym, a nawał osobistych obowiązków nie pozwolił na zmianę terminu. Tym sposobem po kilkumiesięcznej pauzie dopiero na dniach tą nagradzaną intensywnie, w moim menu filmowym niezwykle egzotyczną produkcję sprawdziłem. Jak się okazało i co zaskoczeniem nie było obraz to z gatunku poniekąd tych mało filmowych, w tym tradycyjnym ujęciu kina z typowo hollywoodzką pompą. To bardziej kronika wydarzeń, a nawet obserwacja autentycznego życia, w zasadzie bez podkładu muzycznego lub z jego bardzo minimalnym udziałem. Nie forsuje reżyser w poczynaniach aktorów konieczności wykorzystywania teatralnej maniery - w zachowaniach, gestach czy mimice jest naturalnie i surowo, bez ingerencji zbędnej artystycznej oprawy. Z każdą minutą rozwijania się „akcji” atmosfera gęstnieje, a w finałowej scenie to już zawiesina maksymalnie skondensowana na widza spływa. Napięcie, którego z początku brakuje zaczyna gwałtownie narastać, a całkowity brak dosłowności i postawienie na tajemnicę niedomówień pobudza w widzu ciekawość i każe zadawać masę istotnych pytań. Poczynając od kwestii czysto psychologicznych w uniwersalnym dla każdego człowieka znaczeniu radzenia sobie z traumatycznymi przeżyciami, po zagadnienia mentalne, kulturowo związane z płcią i rolą społeczną. Tak naprawdę ten psychologiczny thriller (szukając znajomych klasycznych odniesień po linii twórczości Polańskiego i może nawet Hitchcocka) to dla osób z kultury zachodniej skarbnica wiedzy o właściwościach i kontekście kulturowym funkcjonowania jednostek i społeczeństw bliskiego wschodu. Ludzi tak samo nam podobnym jak diametralnie od nas różnych, bez względu na okoliczności miejsca zamieszkania zmagających się często nieskutecznie z własnymi niedoskonałościami, spętanych nie zawsze bez potrzebny całą paletą konwenansów, religijnych i światopoglądowych przekonań. Zazdrość i podwójna moralność, honor i uległość wobec pokus to przecież absolutnie nie są pojęcia immanentne dla wschodniej lub zachodniej cywilizacji. 

wtorek, 20 czerwca 2017

Royal Blood - How Did We Get So Dark? (2017)




Sprawa jest jasna! Kilka zaledwie przesłuchań nowego materiału krwi królewskiej i moja opinia odnośnie jego wad i zalet wykrystalizowana. Skłonny nawet jestem publicznie pochwalić się swoimi zdolnościami wróżenia i to akurat nie z fusów tylko z różnorakich dostępnych faktów (jakie to więc wróżenie :)), gdyż moje przewidywania niemal w stu procentach pokryły się z rzeczywistością. To chyba jednak żadna wielka sztuka domyślić się kroków zespołu, który już za sprawą debiutu błyskawicznie sporą jak na warunki rockowe popularność zdobył, a teraz musiał tylko i aż utrzymać ten zaskakująco wysoki status. Mając w dodatku do dyspozycji dość niewielkie pole manewru, bo instrumentarium skromne za duetem stoi, nie trzeba posiadać było zdolności paranormalnych by już przed ukazaniem się How Did We Get So Dark? oznajmić, iż przełomów rewolucyjnych na dwójce nie będzie. Żadnych istotnych zmian wysłuchując z uwagą tych dziesięciu kompozycji nie dostrzegłem, kombinują mimo wszystko zaciekle na ile mogą z brzmieniami i efektami, bo w samym kręgosłupie dłubanie o ograniczonym zakresie. Co wyraźnie wyczuwalne w kilku numerach udowadniają, że rękę na pulsie trzymają i wiedzą, jakie granie na skrzyżowaniu indie i garage rocka jest na topie, bo to chyba nie przypadek, że She's CreepingLook Like You Know i najbardziej Don't Tell kręcą się wokół stylistyki jaką Arctic Monkeys na AM z sukcesem przed czterema laty zaproponował. Posiadają Mike i Ben rękę do bujających rockersów, bogato nasączonych niekoniecznie bluesującym groovem – takich potencjalnych hitów, którym jednak wyczucia i klasy nie brakuje, ale czy są na tyle wyjątkowi by na ten mainstreamowy hajp zasługiwać to już po kilku miesiącach powracania do pierwszego krążka wątpliwości miałem, a teraz je tylko potwierdziłem. Tutaj w uzyskaniu popytu zapewne większą rolę odegrał fart powiązany ze zbiegami okoliczności niż sama, niewątpliwie dobra, ale nie względnie unikalna muzyka. Faktem jest, że to takie granie, które sympatię szerokiej masy zwolenników rocka wzbudzić potrafi, jednak jeśli głębiej w scenie pogmerać to ja akurat widzę kilka ekip bardziej na sukces komercyjny zasługujących. Stąd przez kilka tygodni do How Did We Get So Dark? będę powracał, lecz nie zakładam by u mnie na trwałe pośród topowych krążków zaistniała.

P.S. Bo bym zapomniał, a pochwała w całym zakresie, bez jakichkolwiek ale też się należy - za minimalistyczną oprawę graficzną i miłe dla oka, bo bez tandety teledyski. 

poniedziałek, 19 czerwca 2017

T2 Trainspotting (2017) - Danny Boyle




Zawsze mam dystans do wszelkich kinowych kontynuacji, bowiem wiążą się z obawą oczywistą czy ona poziomem dorówna pierwowzorowi. Moje zaniepokojenie w takich sytuacjach uzasadnione, gdyż druzgocąca większość nie jest w stanie konkurować z oryginałami, a częstokroć jest jedynie skokiem na kasę przez pryzmat koniunktury bądź sentymentu. Kultem obrósł Trainspotting i wyniósł Danny'ego Boyle'a do pozycji czołowego reżysera europejskiego powiązanego z amerykańskim przemysłem filmowym. Teraz z określonym już wysokim statusem w branży wrócił do tematu i zaryzykował. Nawet jeśli przez większość seansu dominuje nostalgia, a prawdziwie elektryzujące fragmenty są rzadkością to i tak jest niezła zabawa, rwane tempo i osobliwe poczucie humoru. Są i to najważniejsze czterej pojebańcy teraz w średnim wieku, a w ich wykonaniu rzeczy, które nobliwym Panom grubo po czterdziestce raczej nie wypadają. Płynie z ekranu słowotok, slang i niezrozumiały akcent, jak i notuję programowo obleśne "ornamenty", bo wymiociny i seks analny w odwrotnej konfiguracji mogą odruchy zwrotne wywołać. Typki znów spierdalają w rytm skocznego znajomego numeru, kręcą dochodowe wałki i ze swoimi uzależnieniami się zmagają. Stracił się jednak rzecz jasna frustracki klimat, młodzieńcza pasja i efekt pierwszego starcia widza z pomysłem. Mimo że teledyskowe ujęcia dominują, w ogóle montaż jest świetny to nie robią one oczywiście nokautującego wrażenia, bo wiem że to już widziałem i zapomnieć jakie to niegdyś szokujące było nie jest możliwe. Udała się jednak (jakby cholernie nie być zrzędliwym) pomimo kilku wpadek, tudzież świadomych zbyt dalekich sentymentalnych wycieczek Boyle'owi sztuczka z zabawą w odgrzewane kotlety we współczesnej odsłonie, na tyle by bez opierania się na sympatii uznać T2 za przyzwoitą robotę. Zaznaczę jednak stanowczo, iż więcej jednak powrotów do tego tematu sobie nie życzę!

piątek, 16 czerwca 2017

Anathema - The Optimist (2017)




Bracia Cavanagh od przełomowego We're Here Because We're Here idą konsekwentnie w stronę światła, tak muzycznie jak i w sensie przesłania w lirykach zawartego. Fakt, że muzyka nadal ma w sobie masę ilustracyjnego smutku i nieco mrocznego pierwiastka, ale bije z niej przede wszystkim emocjonalny optymizm, coś w rodzaju przekonania, że jakby nas życie nie gnębiło to warte jest tych cierpień, bo każde doświadczenie nawet najtrudniejsze dzięki odrobinie dobrej woli może zostać przekute w szczęście, którego za sprawą samospełniającej się przepowiedni jesteśmy kreatorami. Zdaje sobie sprawę z faktu, że takie stwierdzenie może zabrzmiało górnolotnie, ale przyznaję iż Anathema potrafi tak skutecznie grać refleksyjnym nastrojem, podnosić temperaturę emocji napięciem i wtłaczać podskórny puls, że zawsze prowokuje mnie do wzniosłych, czasem zbyt ckliwych, tudzież banalnych przemyśleń. :) Nie inaczej finalnie jest w przypadku The Opitmist, który jest tak mięciutki, że niemal pluszowy i w zasadzie po pierwszym kontakcie wywołał u mnie poczucie zaskoczenia, iż zamiast spełnienia niedosyt odczuwałem. Potrzeba było wielokrotnie wsłuchiwać się w kompozycje, odbierać je na poziomie całościowym jak i próbować na detale rozkładać poszczególne elementy by dotrzeć do jego jądra. Dopiero z czasem, przy wymuszonym zaangażowaniu album nabrał pełni barw i okazał się nie tylko kolejnym wyjątkowym dziełem w dyskografii grupy, ale ukazał ją w kilku fragmentach z zupełnie nowej formule, która jakby nie ewoluowała w poszukiwaniu świeżych środków nadal przesiąknięta jest specyficzną manierą immanentną wyłącznie dla ekipy braci Cavanagh. Gdy numery w rodzaju Endless Ways, Springfield czy Can’t Let Go w typowej transowej, a nawet hipnotyzującej manierze rozwijają długie tematy prowadząc konsekwentnie do punktu kulminacyjnego, to już Close Your Eyes przez wzgląd na użyte partie instrumentów dętych i jazzującą formułę zaskakuje bardzo in plus, dając przestrzeń i nadzieje na tego rodzaju intrygujące eksperymenty także w przyszłości. Nie będę udawał, iż nie oczekuję już w przypadku następnej płyty przesilenia w stylistyce, takiego na miarę właśnie We're Here Because We're bo symptomy zmęczenia materiału przy odrobinie krytyki są dostrzegalne. Nie mam jednak absolutnie jeszcze powodów do obaw o zjadanie własnego ogona przy akompaniamencie mlaskania w samozachwycie. Zakładam nie na wyrost, że muzycy tej klasy sami są świadomi, iż konieczność przeobrażeń jest już tuż tuż i zapewne nim pojawi się następcę The Optimist minie kilka długich tęsknych lat, które okażą się zbawienne dla samej muzyki. Apeluję więc pokornie o wstrzemięźliwość w kwestii wydawania kolejnych materiałów studyjnych, by kierunek na przyszłość wybrać starannie, bo przecież grunt to mocny fundament, na którym staną kolejne piętra doskonałej muzyki. Zanim jednak nastąpi kolejny akt w historii dumy Liverpoolu raduję się zatapiając w dźwiękach zawartych na tegorocznym krążku, oświadczając w pełni świadomie i odpowiedzialnie, iż mimo że lubię, gdy gitarowe pierdolnięcie usuwa obuwie to w przypadku Anathemy kupuję bezdyskusyjnie każde jej oblicze, nawet to ultra delikatne z The Optimist.   

czwartek, 15 czerwca 2017

Gold (2016) - Stephen Gaghan




Dawno nic od Stephena Gaghana nie było, jak dostrzegam spoglądając na jego filmwebowy profil i jak pamięć się okazuje mnie nie myliła to już ponad dekada minęła od ostatniej reżyserskiej roboty. Syriana w 2005 roku i długo, długo nic aż do teraz, kiedy sygnowana jego nazwiskiem produkcja się pojawia i co tu zawile bez potrzeby pisać – nie zawodzi, ale i o zawrót głowy nie przyprawia. Gold to mianowicie bardzo sprawnie zrealizowana opowieść w formule zainspirowana poniekąd Wilkiem z Wall Street, ewentualnie ostatnio dość popularnymi Rekinami Wojny - tyle, że przez wzgląd na stereotypowe powierzchowne moralizatorskie pierdy i szablonowe sztuczki w scenariuszu poziom to bardziej z tym drugim niż pierwszym tytułem bliźniaczy. Mimo, że to film z nerwem i dobrym poczuciem humoru, z dynamicznie opowiedzianą historią opartą na autentycznych wydarzeniach i kapitalną rolą Matthewa McConaughey'a (ach ten antylook :)) to gdzieś niedosyt pozostawia konfrontowany z dziełem Martina Scorsese. A potencjał był ogromny od samej kluczowej postaci Kenny’ego Wellsa, człowieka mega ekspresyjnego i tak samo impulsywnego, owładniętego gorączką złota i przede wszystkim potrzebą sprostania zadaniu uratowania rodzinnej firmy, aż po skomplikowaną intrygę z wielością zajmujących wątków, tutaj niestety potraktowanych na zasadzie – dużo, ale po łebku, bo to tylko dwie godziny i może nie ma sensu rozwijać ich zbyt wielu, gdy widz tempem narracji w wir akcji i tak wprowadzony. To mimo mankamentów bardzo dobre kino, od nudy wystarczająco dalekie, godne polecenia jako dwugodzinny seans z dobrą zabawą nakręcaną licznymi zwrotami akcji i popisówką aktorską speca od wizerunkowych metamorfoz. Pech jednak taki, że mistrz Scorsese niedawno zrobił tego rodzaju energetyczne widowisko lepiej, poprzeczkę bardzo wysoko podnosząc. 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Mutoid Man - War Moans (2017)




Trafiłem jakiś czas temu (w okolicach poprzedniego ich wydawnictwa) na ten wesoły twór muzyczny, o którym z lenistwa tak niewiele wiem do dzisiaj w kwestii formalnej, a swoją wiedzę ograniczam wyłącznie do znajomości dźwięków teraz już z dwóch pełnowymiarowych krążków. Płyt które to na marginesie w wymiarze czasowym oscylują wokół dłuższego mini, bowiem obydwa wydawnictwa zawierają w przeważającym stopniu numery krótkie, dwu/trzy minutowe dając muzyki maksymalnie trzydzieści minut z okładem. Tak jak Bleeder zagościł w moim stereo na krótko (nie do końca zatrybiło – kiedyś szansę jeszcze otrzyma) to akurat War Moans od pierwszych dźwięków zyskał moją przychylność, chociaż jakiegoś objawienia w zetknięciu z tymi dwunastoma numerami nie doznałem. Nowy krążek to ciekawa hybryda punkowej zadziorności, ożenionej z niemal sludge’owym ciężarem, hard core'owym przytupem i finezją kojarzącą się z numerami sygnowanymi logiem Mastodon. Trójka dżentelmenów grzmoci intensywnie, pary w ich instrumentalnych poczynaniach nie brakuje, jak i wyobraźni kompozycjom starcza na tyle, by nie stanowiły jedynie surowych i topornych klonów ciężarnej sceny, a odznaczały się specyficznym rodzajem oryginalności. Tą niecodzienność poniekąd zapewnia wokalna maniera frontmana – żadna wyjątkowa barwa, ani warsztat genialny nie wchodzą w grę, gość zwyczajnie na tyle na ile mu dość skromne warunki pozwalają rytmiczne z ozdobnikami artykułuje teksty, przypominając czasem zmagania z materią wokalną (sic) krzykaczy amerykańskich pop rockowych składów. W specyficznej symbiozie z dźwiękami generowanymi przez sekcję i wiosło nie brzmi jednak ten wysilony głos jakoś wybitnie drażniąco, uszy nie więdną i od dobrych struktur numerów nie odpychają, a wyrazistość gwarantują. :) Może to akurat ciekawe kompozycje, ewidentna równowaga pomiędzy jadem, ciężarem i agresją, a względnie melodyjną powłoką osadzoną na twardym szkielecie, czy chwilami rozjazdami tonalnymi w kontrze do heavy wiosłowania, powodują moją wyrozumiałość dla mankamentów wokalu. Może dystans do śmiertelnie poważnego oblicza gitarowej młócki, poczucie humoru zaprzęgnięte do realizacji klipów i cała koncepcja zabawy w zespół bez spiny sympatię do tych typów i ich pracy wzbudza. Z pewnością w tegorocznych podsumowaniach War Moans nie zaginie, tudzież będę miał baczenie na ich kolejne posunięcia, lecz to jeszcze nie ten moment by śmiało mówić o zjawisku i kolejnym osobliwym motorze napędowy sceny. Papiery na więcej zdają się posiadać i byłoby miło gdyby ta legitymacja przyniosła efekty w konkretnym praktycznym wymiarze.

Drukuj