czwartek, 18 października 2018

Operation Finale / Ostateczna operacja (2018) - Chris Weitz




To nie jest relatywizowanie historii, nie jest to mimo ludzkiego spojrzenia na ludzkie słabości usprawiedliwianie zbrodni. To jest wgląd w skomplikowaną rzeczywistość, która prowadziła i wciąż prowadzi niejednokrotnie, w niejednym miejscu globu do nienawiści. Historia się powtarza, jak nie tu to tam, wciąż pomimo nauki z niej systematycznie płynącej. Temat ten podniesiony widziałem w fabułach ostatnio dwukrotnie i to akurat przez potomków nazistowskich oprawców. Raz Hannah Arendt (Margarethe von Trotta) w nader intrygującym ujęciu filozoficzno-psychologiczno-socjologicznym - takim niemal zupełnie pozbawionym histerii, naukowym spojrzeniu na nazistowski plan ostatecznej zagłady. Oraz dwa, wycinku z życia niemieckiego prokuratora Fritza Bauera, w niemniej frapującym filmie Larsa Kraume, Fritz Bauer kontra państwo. Dwie doskonałe produkcje z jednej perspektywy oceniającej, lecz o różnych fundamentach poznawczych, będące niezwykle wnikliwym spojrzeniem na uwarunkowania polityczne, społeczne i wreszcie psychologiczne Niemiec hitlerowskich, Niemiec powojennych oraz Europy i w szczególności Izraela i Argentyny. W przypadku Ostatecznej operacji zupełnie niekojarzony z poważnym dramatycznym kinem reżyser, mimo że w pierwszej fazie idzie klasycznym, udeptanym szlakiem dramatu szpiegowskiego, odpowiednio sprofilowaną ścieżką dźwiękową podkreślając gatunkowy charakter i hollywoodzkie pochodzenie produkcji, to gdzieś od mniej więcej połowy udanie rozbudowuje warstwę fabularną o grę psychologiczną pomiędzy kluczowymi postaciami tej opartej przecież na faktach wstrząsającej historii. Opór Adolfa Eichmanna, walka oficera Mosadu nie tylko z dumą i niezwykle silnym charakterem zbrodniarza. Postawa Eichamanna w obliczu okoliczności i kapitalnie odegrana postać przez świetnego Bena Kingsley’a, który w moim przekonaniu wyraźnie i przekonująco ukazał charakterystykę osobowości i zachowań oddanego sprawie nazistowskiego aparatczyka. Wszystko w formule doskonale skrojonej gry psychologicznej, z zaskakująco ciekawą głębią. Obraz zasadniczo niczym wielkim niezaskakujący, bardzo klasyczny w oprawie wizualnej oraz co podkreślę, że dzięki świetnej obsadzie zyskujący dodatkowe punkty do końcowej oceny, ogląda się bardzo dobrze, szczególnie w drugiej fazie odczuwając wysokie stężenie emocji. Daje do myślenia i pozwala nawiązać relacje z bohaterami, będąc tak oględnie ujmując skrzyżowaniem kina akcji z kinem refleksji – fragmentaryczną biografią dwóch postaci, których wojenna zawierucha ustawiła po dwóch stronach barykady, których rodzinne losy skrzyżowały się odciskając naturalnie piętno zwłaszcza na ofierze szukającej sprawiedliwości i zemsty oraz w imię pamięci o najbliższych zachowującej w sobie elementarne człowieczeństwo. 

środa, 17 października 2018

Love & Mercy (2014) - Bill Pohlad




Bardzo psychodeliczny film o bardzo słonecznym boys bandzie. ;) Bardzo smutny film o autorze bardzo wesołej muzyki. Żaden to tribute movie dla popowych klasyków ze słonecznej Kalifornii, tylko rasowy dramat psychologiczny, któremu do poziomu gatunkowego dzieła trochę więcej niż nieco brakuje, ale który mnie przynajmniej zaskoczył bardzo pozytywnie. Dramatyczne losy wrażliwego i utalentowanego muzyka tutaj podstawą fabuły, ciemne strony życia w świecie popkultury. Osobnika postawionego za sprawą niewyobrażalnego sukcesu na świeczniku i funkcjonującego z problemami natury psychicznej pośród całej masy różnorakich pasożytów żerujących na jego naiwności i słabościach. Całkiem zgrabnie zrealizowana i świetnie zagrana historia życia Briana Wilsona, najsławniejszego z rodzeństwa tworzącego swego czasu super popularny band The Beach Boys. Jak się dzięki opisywanemu obrazowi okazuje kompozytora wybitnego, lecz poprzez rodzaj wykonywanej muzyki i jej typowo rozrywkowy charakter zaszufladkowanego, jako muzyk mało ambitny. Niby człowieka zawodowo zrealizowanego, a tak rzeczywiście to niewolnika potwornego sukcesu, bez szans na wyrzucenie z siebie poprzez artystyczną działalność tego, co tak naprawdę mu w duszy grało, bowiem to co w rzeczywistości grało kokosów by nie przynosiło. Choroba psychiczna konsekwencją tego zaduszenia prawdziwej pasji na rzecz sprecyzowany wymagań, plus funkcjonowanie w uzależnieniu od silniejszych osobowości, będąc karmionym psychotropami i utrzymywanym w świecie schizofrenicznych urojeń.  

poniedziałek, 15 października 2018

High on Fire - Electric Messiah (2018)




High on Fire ponownie dudni, łomoce i pędzi, czasem tylko serwując solówki i zwalniając aby ciężar zagrał ponad impetem, urozmaicając tym samym ten bezpardonowy soniczny atak. Taka już stała charakterystyka dźwiękowej propozycji ekipy niezniszczalnego Matta Pike'a, że jest ciężko jak diabli, ale zarówno w formule szybkich motörheadowopodobnych strzałów, jak i potwornie masywnych epickich walców. Wszystko oczywiście programowo ekstremalnie, lecz na fundamencie soczystego stonera z takim groovem nośnym, że trudno nie ulec jego magnetyzmowi. Zatem nawet jeśli Electric Messiah wnosi do dyskografii grupy z Oakland w sensie progresu niewiele, to dzięki pasji wykonawczej i umiejętnemu wykorzystywaniu zdartych już nieco patentów zyskuje moją sympatie i dość często od premiery gości w odtwarzaczu. Nie oczekiwałem aby High on Fire zdefiniowali się na nowo, nie obawiałem się także iż usłyszę na Electric Messiah oznaki blazy. Zwyczajnie dostałem to czego oczekiwałem, a sam Matt Pike już nie tylko wizerunkiem scenicznym, ale także przywiązaniem do własnego stylu pobudza jednoznacznie skojarzenia z wielkim Kilmisterem i chyląc czoła przed mistrzem jemu oto dedykuje efekt swojej ideowej pracy. :)

sobota, 13 października 2018

The Black Queen - Infinite Games (2018)




Bardzo cieszy mnie fakt, że Greg Puciato odnalazł "życie po życiu" i idzie wraz z nowymi muzycznymi kompanami szybko za ciosem, wydając drugi krążek w zaledwie dwa i pół roku po premierze genialnego debiutu. Szczególnie, iż dwójka z każdym kolejnym odsłuchem nabiera w moim przekonaniu kształtów świadomie dojrzalszych od Fever Daydream. Nie mając jednak do tej pory żadnych zarzutów co do krążka otwierającego karierę The Black Queen zauważam stanowczo, że Infinite Games posiada w sobie zarówno świeżość spojrzenia na szeroko rozumiany synthopop, jak i jako walor dopełniający w strukturach kompozycji przemyca do rozrywkowej gatunkowej formuły większą dawkę surowego ambientu. Ogólnie to album może nieprzeładowany chwytliwymi pomysłami tak intensywnie jak Fever Daydream, ale posiadający swoistą charyzmę wynikającą z łączenia ze sobą w płynnych aranżacjach wątków przebojowych z tymi korzystającymi bardzo świadomie z mrocznych brzmień. Doświadczeni muzycy tworzący trio The Black Queen zanurkowali tym razem głębiej w melancholijne otchłanie, sytuując swoją twórczość w uproszczeniu pomiędzy Depeche Mode, a Nine Inch Nails. Nie będąc jednak ekspertem zarówno w kwestii twórczości jednych, ani drugich nie jestem w stanie detalicznie wyliczyć wpływów i wskazać tych miejsc, które wyraźnie te konotacje mi wskazują. To przekonanie oparte jest na ogólnych odczuciach jakie dźwięki zawarte na Infinite Games we mnie wzbudzają i ma ono charakter bardziej duchowo-emocjonalny, niż oparty na fakultetach z muzykologii. To dla mnie cecha istotna muzyki TBQ i gatunku w jakim się z gracją porusza, że odbieram ją jako całość nie próbując rozbierać na części składowe, zamiast tego skupiając się wyłącznie na ogromnej przyjemności jaką obcowanie z nią mi przynosi. To muzyka dla ducha i ciała - emocjonalna i taneczna - poruszająca i pobudzająca jednocześnie. Kapitalna odskocznia od tego czym na co dzień karmie swoją muzyczną wrażliwość. Niby inna, ale w zasadzie pod względem wywoływania emocji nie tak odległa od natchnionej gitarowej progresji, czy przykładowo uduchowionego soulu kreowanego na blusowych ornamentach. Kłania się The Black Queen zacnej ejtisowej przeszłości, śledzi meandry wielokrotnie już zagranych dźwięków, rewiduje też poniekąd spojrzenie na elektronikę graną z parapetu i w dodatku robi to z uroczym wdziękiem i godnym docenienia profesjonalizmem. Posiada także atut niebagatelny w postaci głosu Grega Puciato i jego fantastycznej umiejętności interpretacji wokalnej, dzięki czemu każdy numer ma swój osobny wyrazisty charakter nie tracąc równolegle rdzenia. Jeszcze zaledwie kilka lat temu nie przypuszczałem, że tego rodzaju syntezatorowe wibracje z cykającym pulsem i dudniącym groovem przykują moją uwagę, a za niedorzeczność uważałbym sugestię, iż mogę uzaleźnić się od krążka z takiej niszy gatunkowej. :) Trudno mi przecież było wtedy także wróżyć moją fascynację awangardową ekstremą The Dillinger Escape Plan, czy z innego bieguna takimi mistrzami jak Queens of the Stone Age, nie mówiąc nawet o zatonięciu po uszy w tym co ostatnio robią Arctic Monkeys. Tak chwilami zastanawiam się i dochodzę do oczywistego wniosku, że jeszcze dekadę temu to byłem mało świadomym miłośnikiem muzyki, dopiero na początku swej drogi. Kto wie gdzie dotrę, kto wie, co i jak będę pisał za następne lat dziesięć i więcej. Póki co zatapiam się w przebojowych nutach z Lies About You, One Edge of Two, czy zwiewnych dźwiękach z Porcelain Veins ciesząc się wciąż jak naiwny dzieciak tym razem zrzuconymi klapkami z oczu. :)

piątek, 12 października 2018

Coheed and Cambria - Vaxis – Act I: The Unheavenly Creatures (2018)




Rozpocznę chyba jakbym opowiadał historię, przez co nawiąże do konwencji w jakiej Coheed and Cambria już lata temu się wygodnie umościli i w której do dzisiaj egzystując z powodzeniem poszerzają własne grono zwolenników progresji, która równie często sięga do poprocka jak i klasycznie rozbudowanych aranżacji. To było bowiem tak, że pierwsze odsłuchy The Unheavenly Creatures powodowały poczucie obcowania z jednym długim numerem. Kompozycje robiły wrażenie monolitu z którego trochę trudno wyodrębnić było poszczególne osobne kawałki i dopiero głębsze wgryzienie się w ich struktury pozwoliło odkryć ich indywidualną charakterystykę. Charakterystykę która w przypadku już dziewiątego studyjnego albumu CaC sprowadza się do stwierdzenia, że oto grupa nagrała album będący kwintesencją ich stylu, bez nawet najdrobniejszych zaskoczeń, tym bardziej radykalnych volt. Grają swoje nawiązując być może w tym konkretnym przypadku bardziej do krążków z początków kariery niż ostatnich produkcji, lecz ta myśl wyłuszczona zostaje nie jako pewność, lecz rodzaj domniemania wynikającego z potrzeby zauważenia czegoś więcej niż wyłącznie stałą odrobinę tylko z każdym kolejnym albumem zwyżkująca. W tym miejscu zapewne malkontenci dorzucą swoje trzy krytyczne grosze, że to wszystko już było i że jak mamy grupę ambitną o progresywnym sznycie, to nie wypada jej odgrzewać przez ileś tam z rzędu krążków tych samych kotletów, będących w istocie zaprzeczeniem progresu - nie mówiąc już o powrotach do korzeni. Przyznam, że w swojej maksymalnie subiektywnej opinii jestem gdzieś pośrodku, czyli z jednej mańki życzyłbym sobie bardziej radykalnego odświeżenia coheedowej formuły, ale z drugiej to mimo, że The Unheavenly Creatures zawiera kompozycje, które z powodzeniem odnalazłyby się na jakimkolwiek poprzednim albumie Amerykanów (a już najbardziej na Good Apollo, I'm Burning Star IV) oraz tęskniąc nieco do okresu intensywniejszych poszukiwań z dwóch odsłon The Afterman, to nie jestem w stanie oprzeć się romantycznej aurze jaką każdy numer z tej płyty jest wypełniony po brzegi. Profesjonalizm Proszę Państwa to kluczowa cecha kolejnego koncepcyjnego epickiego albumu Jankesów - dopracowanie, dopieszczenie na maksa. Chwytliwość wespół z wyobraźnią i świetnym technicznym warsztatem, przez co jeśli nawet The Unheavenly Creatures nie rozgrzewa krwi tak jakbym tego sobie życzył, to i tak emocjonuje na swój wyjątkowo radośnie-naiwny sposób nakręcając na wyśpiewywanie refrenów wraz z kudłatym Claudio. Zamknę temat wciąż od kilku ładnych lat do siebie kierowanym zapytaniem, co oni w sobie takiego mają, że mnie tymi dźwiękami za każdym razem równie mocno przyciągają? :)

czwartek, 11 października 2018

Under the Silver Lake / Tajemnice Silver Lake (2018) - David Robert Mitchell




Czy tylko ja mam przekonanie, że w tym konkretnym przypadku David Robert Mitchell, to taki Terry Gilliam w równych proporcjach zmieszany z Davidem Lynchem? Wychowany w dodatku na grach Nintendo, karmiony „spielbergopodobnym” młodzieżowym kinem przygodowym, carpenterowskimi horrorami i całym ejtisowym pop rockiem żywcem z klasycznej MTV. Z muzyką nie w tle jako obrazu dopełnieniem, ale w roli głównej, w postaci która w zasadzie bez większej obawy o zatracenie klimatu mogłaby być użyta w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w filmach Hitchcocka. Tajemnice Silver Lake to fuzja przeróżnych wpływów wykopanych na popkulturowym wysypisku i ponadto jeszcze napędzana dodatkowo metafizyczną filozofią zagajającą do poszukujących prawdy uniwersalnej o transcendencji. Totalny misz masz, kompletnie wyobraźni popuszczone wodze i scenariusz którego wątki rozpływają się w przestrzeni, tuż po ich wybrzmieniu, niczym sens gadki (jak obejrzycie, zrozumiecie:)) typa za fortepianem nawijającego genialnie o istocie popkultury. Fajna kinowa przygoda sygnowana przez studio A24, pobudzająca jazda rollercoasterem poprzez kinowe gatunki i popkulturowe inspiracje. Idealna propozycja dla nerdów i geeków, wszystkich tych którzy dziecięcej pasji w sobie nie zatracili i żyją bardziej kolekcjonowaniem książek, komiksów, tematycznych magazynów, płyt, czy nawet kaset, zamiast twardo stąpać po ziemi skupiając się na zarabianiu kapusty. Kino dla cholernie inteligentnych "dziwaków" zawiasami częstokroć pobłażliwie określanymi, którzy w ucieczce w pasję odnajdują radość życia i kryjówkę przed nudną rzeczywistością. Kłaniająca się przeszłości zabawa konwencjami, z doskonałym warsztatem operatorskim, kapitalnie zaaranżowanymi klasycznymi trickami z zakresu pracy kamery i montażu oraz z aktorstwem na zaskakująco wysokim poziomie. Szczególnie Andrew Garfielda, którego dotąd absolutnie nie trawiłem, a tutaj jako Sam daje znakomicie radę i dostarcza mi przełomowego do zmiany sposobu myślenia o nim argumentu, że jak nie musi grać płaczliwego chłoptasia, to jest naprawdę dobry w te aktorskie klocki. Jeśli jednak takie swoiste koktajle ze wszystkiego i z wszystkim są dla was z reguły tak jak i dla mnie ciężkostrawne, to uważajcie, aczkolwiek akurat w tym przypadku pomimo przesady mnie się nie ulało, chociaż chwilami blisko było. Zatem ostrożnie, ale jednak polecam. :)

P.S. Przyznaję, że w początkowej fazie przyswajania Tajemnic Silver Lake nieco w skojarzeniach się pogubiłem, bowiem gdzieś seans powyższy wzbudził we mnie przekonanie, że musi to być film gościa, który nakręcił jakiś czas temu coś co funkcjonowało pod tytułem Dom w głębi lasu. Ta formuła jaka uderzała z ekranu przypominała nie tylko symbolicznie ten sposób ekspresji, a ja jak się okazało takie powziąłem domniemanie, bowiem sugestii podświadomej się poddałem, gdyż zaledwie dwa dni wcześniej przy okazji poznania trailera do Źle się dzieje w El Royale właśnie nazwisko Andrew Goddarda mi przypomniano. Ot, taki psikus. :)

środa, 10 października 2018

Black Sabbath - Sabotage (1975)




Z tego co kiedyś, gdzieś i z jakiegoś powodu (może nudy, może ciekawości) przeczytałem, był to album powstały w nie bardzo sprzyjających okolicznościach, mimo że po wydaniu Sabbath Bloody Sabbath ekipa Iommi'ego wyrwała się z marazmu, to dość szybko stanęła przed kolejnym wyzwaniem mającym, tak oględnie pisząc przenieść twórczość grupy na nowy, w założeniach jeszcze bardziej niż na poprzedniku świeży poziom, ale i (do tego powyżej najbardziej pije) ogarnąć relacje zawodowo-towarzyskie pomiędzy jej członkami. Teraz jak szyje ten tekst to się zastanawiam, czy aby była aż tak duża potrzeba i presja ogromna by iść jeszcze mocniej w rejony nie dające pewności sukcesu komercyjnego, bo do artystycznego to akurat w tym przypadku przez pryzmat odwagi aranżacyjnej się czepiać nie mam powodu. Może tekst ten w tym miejscu cierpi na brak większej logiki, może nieco w chaosie nieprecyzyjnych myśli zostaje/zostanie zatopiony, ale mam ja swoje usprawiedliwienie - istnieje racjonalne uzasadnienie takich manewrów słownych. Bowiem ja w kryzysie jesiennym pogrążony sam siebie w sobie próbuje odnaleźć i za cholerę nie jestem w stanie tego bez wewnętrznej szamotaniny uczynić, a co dopiero klarownie przełożyć na zdania uczesane, liczne bo masywnym doświadczeniem kontaktu z Sabotage napędzane refleksje. Próbuję też blogerskim paplanino-pisaniem oderwać się od męczących myśli natrętnych, skupiając się na kwestiach przyjemnych, pozwalających przelać na klawiaturę nie tylko refleksje czysto muzyczne, ale i stan ducha piszącego. Oczyszczając nieco takim nieprofesjonalnym działaniem świadomość nie trafiam niestety w te klawisze, które oddadzą sens taki jakim sobie go staram we łbie ułożyć. W takich okolicznościach nie ma mowy by jasno było, stąd apel o wyrozumiałość i nakaz ewakuacji z tego miejsca natychmiast dla tych, którzy złośliwie wykorzystać będą chcieli moje, mam nadzieję chwilowe słabości. Powracając do meritum, bo zagubił się on ewidentnie pośród tłumaczeń, w zasadzie absolutnie zbędnych. Sabotage to może nie jest największe osiagnięcie Black Sabbath i wiem że cierpi ten materiał na swego rodzaju brak kontroli nad detalami, gdyż kombinacji jest nad nim sporo i nie do końca mają one charakter  działań uzasadnionych. Ale! Pauza wymowna i kilka argumentów za! To album cholernie ciekawy, który pomimo kolejnego na nim wykonanego kroku w kierunku mniejszej surowości na korzyść aranżacyjnego eksperymentatorstwa i właśnie większej łagodności nie traci tak jak już będzie to miało miejsce na Technical Ecstasy i Never Say Die! sabbathowej aury oraz nie jest totalnie wyprany z pasji. Będąc intensywnie duszony w klawiszowym sosie posiada swój magnetyzm, a numery nie tracą całkowicie pazura, choć szpony to już z pewności nie są. Do tego momentu uznaję, że Sabbs przechodził ewolucję, po tym albumie uważam, że wszystko co dobre się skończyło i ucieczka Ozzy'ego była konieczna, by w nowej już kompletnie formule jeszcze wtedy względnie młoda legenda mogła osiągać kolejne poziomy wtajemniczenia i przecierać nowe szlaki. Z perspektywy czasu Sabotage broni się bez większego wysiłku jako krążek przede wszystkim urozmaicony, może chwilami przekombinowany orkiestracjami ale bardzo sympatyczny przez wzgląd na przewrotność i kompozycyjną chwytliwość z kilkoma, bądź kilkunastoma nawet fragmentami melodycznymi wwiercającymi się w świadomość - stając się z czasem motywami klasycznymi. Mnie się zawsze muzycznie podobał, a jego większe minusy odnajdywałem wyłącznie w tym potwornym zdjęciu z frontu okładki. Tylko tyle o muzyce i aż tyle o jesiennym kryzysie. ;)

niedziela, 30 września 2018

Kler (2018) - Wojciech Smarzowski




Cytując podtytuł „Nic co ludzkie nie jest im obce” i dokładnie o tym jest najgłośniejszy jak do tej pory film Wojtka Smarzowskiego, który paradoksalnie bez nachalnej promocji producenta, siłą ciekawości, masą medialnych recenzji, histerią środowisk ultrakatolickich i wreszcie podjętym tematem tabu zapędził tłumy do multipleksów. Trzy główne tragiczne w istocie postaci tego dramatu, plus liczne drugoplanowe lub wreszcie totalnie epizodyczne pokazują w przekroju, niczym w soczewce skupiając i poddając sekcji całe raczysko toczące współczesny polski Kościół i tworzących go pasterzy. Drogi ku upadkowi moralnemu, zimnemu cynizmowi, interesowności, zboczeniom, alkoholizmowi, załamaniom psychicznym, ale co jest zawsze dla filmów Smarzowskiego symptomatyczne także powodom jakie do pozbawiania ludzkich odruchów, zagubienia, niespełnienia w naturalnych płciowych rolach czy odruchach i instynktach prowadzą. Aż mnie w tym miejscu korci, aby rozłożyć osobowości i historie życia księdza Kukuły, Lisowskiego i Trybusa na czynniki pierwsze i w ten sposób wyartykułować cały wachlarz okoliczności, zdarzeń, następstw i wreszcie konsekwencji i piętna jakie odcisnęły na ich życiu i osobowościach. Nie zrobię jednak tego, gdyż to olbrzymi materiał bardziej odpowiedni do pracy naukowej, niż do zwięzłej refleksji o charakterze recenzji. Niemniej jednak postawię w tym miejscu wykrzyknik zauważając przenikającą istotę rzeczy oraz wnikliwą analizę jaką reżyser wraz ze współpracownikami odpowiedzialnymi za scenariusz przeprowadził. Smarzowski nakręcił film ze wszech miar ważny, lecz też równie klasyczny dla swojej autorskiej formuły – film dwuwymiarowy, zarówno z warstwą dla tych wszystkich którzy spostrzegają fasadę i nie mają potrzeby i intelektualnych możliwości by spojrzeć w głąb problemu i analizować zjawiska odpowiednio szeroko i gruntownie dla wagi problemu oraz dla tych pozostałych, którzy w pokorze dla ludzkiej niedoskonałości, z dystansem do jednoznacznego oceniania oraz z inteligencji zasobem dostrzegą precyzyjnie przemyślaną przez reżysera i scenarzystę warstwę merytoryczną opartą o wiedzę socjologiczną i psychologiczną. Zauważą ci drudzy bowiem z łatwością, że nie jest to w żadnym stopniu film antyreligijny, a nawet antykościelny, tylko absolutnie pozbawiony ideologicznej złośliwości obraz o ludzkich słabościach i instytucjonalnym zniewoleniu poprzez odbieranie jednostkom podmiotowości oraz indywidualizmu podporządkowując ich życie agresywno-opresyjnemu rozumieniu dobra Kościoła jako wspólnoty, na każdym kroku wiarołomnie usprawiedliwianej. Technicznie rzecz biorąc Kler jest kolejnym schematycznie poprowadzonym projektem Smarzowskiego, gdzie jednocześnie natłok mikro wątków, wtrętów do głównej narracji i licznych humorystyczno-populistycznych zagrywek z tła, często pokazanych w sposób stereotypowy dodaje produkcji bezpośredniej filmowej atrakcyjności, ale też odciąga często uwagę od rzeczy najistotniejszych w postaci właśnie głębokiego dna o erudycyjnej wartości. Rozumiem że taki fachowiec jak Smarzowski robi to w pełni świadomie, zderzając w formule kontrastów nie tylko topornie ciosane uproszczenia z rozbudowanymi, pełnymi namaszczenia i pietyzmu wstrząsającymi kontemplacyjnymi eksploracjami w formule przeciwwagi, ale jednocześnie używając chaotycznego montażu, surowej obróbki obrazu z różnych perspektyw, we wszelkich dostępnych technicznie czy warsztatowo szatach, w kontrze do długich poruszających ujęć. W tym kryje się mój jedyny właściwie zarzut, że Kler jako już siódmy pełnometrażowy film Smarzowskiego oparty jest o schematyzm konstrukcyjny i mam nadzieję ogromną, że już przy okazji pomysłu na następny scenariusz wreszcie przełamie tą szablonowość na rzecz zaskoczenia. Węszę przy kolejnym filmie Smarzowskiego przełom, liczę po cichu na wnikliwy spektakl, który nie będzie zawierał w sobie przenikających się historii kilku postaci, ale dogłębnie skupi się tylko na jednej, bo Smarzowski w takiej jak mnie się marzy kameralnej kompozycji może naprawdę wejść na poziom światowy podobny do tego celebrowanego obecnie przez Pawła Pawlikowskiego. Tym razem zabrakło odwagi aranżacyjnej, mimo że odwagi cywilnej w pomyśle na film przełamujący tak silne tabu było od groma. Na szczęście też aktorskie rzemiosło Jakubika, Braciaka, Więckiewicza i Gajosa, odpowiednio stymulowane charyzmą reżysera pozwoliły przenieść na ekran pulsujące prawdą i autentyzmem nieprawdopodobnie przeszywające emocje. Tak precyzyjnie napisane i z pasją odegrane postaci w scenach które w kilku przypadkach przejdą do historii polskiego kina, mogą zagrać tylko najlepsi aktorzy prowadzeni przez najwybitniejszych reżyserów. Dzięki też temu Smarzowski nie pokazując nic nowego (a kto niby tego akurat oczekiwał?) ukazał tajemnicę poliszynela znaną właściwie każdemu mieszkańcowi tego przepięknego, lecz ogarniętego masową hipokryzją kraju. Nie wierzę by było inaczej! Na zakończenie puenta proszę Was drogich jeszcze powinna być w tym tekście czarno na białym objawiona, wniosek końcowy, który w moim przekonaniu sprowadza się do uniwersalnej prawdy, że oto zimni dranie zawsze spadną na cztery łapy, a wrażliwcy spalą się w piekle własnych rozterek. :(

P.S. Miliony w kinach i miliony oczekiwań osób! Zastanawia mnie po tym co pisze się w esejach recenzjach, amatorskich reckach, czy w social medialnych komentarzach jak radzi sobie Smarzowski z ich przyjmowaniem, szczególnie że film od strony merytorycznej odbiera sobie szansę na oklaski ze strony osób o postawach skrajnie radykalnych, a takich w naszym kraju jest niestety większość. Coś w rodzaju za mało przyjebał Kościołowi i z drugiej za bardzo przyjebał Kościołowi. Smutno mi, że właściwie mało kto zauważył gorzką uniwersalną puentę z niego płynącą i mało kto docenia, że to film ideologicznie neutralny.

Drukuj