poniedziałek, 30 grudnia 2013

Filmowe podsumowanie 2013




Znaczy to co udało mi się obejrzeć, a że kanapowy ze mnie miłośnik kina to wielu premier nie skonsumowałem, bo zwyczajnie obrazy te wydań na krążku się jeszcze nie doczekały ;) Poniżej tytuły z 2013 roku, które udało mi się zobaczyć oraz kilka obrazów z ostatnich dwóch lat, jakie dopiero w mijającym roku skosztowałem. W kolejności pierwszej majstersztyki, a dalej to już tendencja spadkowa. Niemal każdy z nich szerzej na blogu opisany, natomiast do podsumowania poniższego prosty system filmwebowski wykorzystany.

DYSZKI w skali filmwebowskiej:

Między wierszami (reż. Brian Klugman, Lee Sternthal)
Drugie oblicze (reż. Derek Cianfrance)
Koneser (reż. Giuseppe Tornatorre)
Mistrz (reż. Paul Thomas Anderson)
Operacja Argo (reż. Ben Affleck)
Wróg numer jeden (reż. Kathryn Bigelow)

DZIEWIĄTECZKI w skali filmwebowskiej:

Zabić, jak to łatwo powiedzieć (reż. Andrew Dominik)
The Iceman (reż. Ariel Vromen)
Obława (reż. Marcin Krzyształowicz)
Pokłosie (reż. Władysław Pasikowski)
Django (reż. Quentin Tarrantino)
Gangster (reż. John Hillcoat)
Jesteś Bogiem (reż. Leszek Dawid)
Poradnik pozytywnego myślenia (reż. David O. Russell)
Hitchcock (reż. Sasha Gervasi)
Bogowie ulicy (reż. David Ayer)
Lincoln (reż. Steven Spielberg)
360 połączeni (reż. Fernando Meirelles)
Kobieta na skraju dojrzałości (reż. Jason Reitman)
Joanna (reż. Feliks Falk)
Kret (reż. Rafael Lewandowski)
Drogówka (reż. Wojciech Smarzowski)
Obecność (reż. James Wan)

ÓSEMECZKI w skali filmwebowskiej:

Władza (reż. Allen Hughes)
42 (reż. Brian Helgeland)
Imię (reż. Alexandre de La Patellière, Matthieu Delaporte)
Dopóki piłka w grze (reż. Robert Lorenz)
Dwoje do poprawki (reż. David Frankel)
Sesje (reż. Ben Lewin)
Bez wstydu (reż. Filip Marczewski)
Drive (reż. Nicolas Winding Refn)

SIÓDEMECZKI w skali filmwebowskiej:

Miłość (reż. Sławomir Fabicki)
Lot (reż. Robert Zemeckis)
Trans (reż. Danny Boyle)
Iluzja (reż. Louis Leterrier)
Weekend z królem (reż. Roger Michell)
Niemożliwe (reż. Juan Antonio Bayona)
Gangster Squad (reż. Ruben Fleisher)
Atlas chmur (reż. Tom Tykwer, Lana Wachowski, Andy Wachowski)
Kwartet (reż. Dustin Hoffman)
Tajemnica Westerplatte (reż. Paweł Chochlew)
Hobbit: Niezwykła podróż (reż. Peter Jackson)

Kit/wydmuszka/pierdoła/kicz/dziadostwo itd. - bez skali filmwebowskiej:

Panaceum (reż. Steven Soderbergh)
Pokusa (reż. Lee Daniels)
Cosmopolis (reż. David Cronenberg)
Prometeusz (reż. Ridley Scott)
Połączenie (reż. Brad Anderson)
Dzień kobiet (reż. Maria Sadowska)
Savages (reż. Oliver Stone)
Wielki Gatsby (reż. Baz Lurhmann)
Szklana pułapka 5 (reż. John Moore)


P.S. Wiem mało co z tego podsumowania wynika, zatem jeśli ty czytający zainteresowany moim skromnym szerszym zdaniem na temat każdego z tytułów zachęcam by na stronach NTOTR odszukać wpis odpowiedni i zapoznać się z tym co/jak/po co/dlaczego itd. Tylko uprzedzam, że poszukiwania utrudnione być mogą bo wyszukiwarka od czasu jakiegoś strajkuje, a ja na tyle biegły w sztuce wklejania kodu do gadżetu HTML czy CSS szablonu nie jestem :( Czekam więc na litościwe naprawienie tego dziadostwa przez googla i póki co mam nadzieje, że jak ktoś będzie chciał z archiwalnych postów skorzystać to czas poświęci by łopatologicznie w etykietach przeglądając na to czego szuka trafić. Życzę zatem cierpliwości oraz wyłącznie dobrego kina w nadchodzącym 2014. :)

piątek, 27 grudnia 2013

Muzyczne podsumowanie 2013




Znaczy bardzo, bardzo grzeszyłem! Nie ważne z diabłem czy też bez niego, w nutach poukrywanego :)

Koniec roku czasem podsumowań, zatem idąc tym tropem poniżej zestawienie kilkunastu albumów, jakie największe wrażenie w mijającym 2013 na mnie zrobiły. Bez szerszego rozwijania tematu, bo na stronach NTOTR, jeśli kogoś interesuje każdy z krążków opisany. Kolejność, w jakiej umieszczone przypadkowa! Zwyczajnie trudno mi zdecydować, które z płyt mogłyby zasłużyć na miano albumu roku. Ich wartość porównywalna – chociaż w innych gatunkowych ramach częstokroć funkcjonujące, to każda z nich swoimi walorami zdecydowanie do grzechu popchnęła!!!

BLINDEAD – Absence
ARCTIC MONKEYS – AM
CLUTCH – Earth Rocker
MONSTER MAGNET – Last Patrol
QUEENS OF THE STONE AGE –  …Like Clockwork
SOILWORK – The Living Infinite
ORCHID – The Mouth of Madness
THE DILLINGER ESCAPE PLAN – One of Us is the Killer
THE ANSWER – New Horizon
LEPROUS - Coal
PROTEST THE HERO – Volition
ALICE IN CHAINS – The Devil Put Dinosaurs Here
SAHG – Delusions of Grandeur
COHEED AND CAMBRIA – The Afterman: Descension
SPIRITUAL BEGGARS – Earth Blues
PEARL JAM - Lightning Bolt

TYLE! 

Więcej grzechów nie pamiętam, znaczy pamiętam ale nie dały mi one tak potężnej satysfakcji jak te powyżej, a ja jak już muzycznie grzeszę to czuć lubię kiedy po bardzo wielu takich aktach nadal wiem, że kolejny będzie równie podniecający. Nie obiecuje poprawy, bo bez korzystania z tych dźwiękowych podniet żałosna poprawność i nuda PANIE by mnie skonsumowała.

niedziela, 22 grudnia 2013

Anathema - Universal (2013)


 


Z zasady jestem wyraźnie sceptyczny wobec koncertów rockowych z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej, gdyż przede wszystkim rozbijają one naturalność przekazu, a nic tak nie spłaszcza prawdziwych emocji w rocku jak patos sprowadzony do symfonicznego nadęcia. Dodatkowo doświadczenia styczności z takimi projektami tą obawę mocno podtrzymywały. Częstym efektem takiej kolaboracji zwyczajnie zakalce były, których fundamentem megalomania członków wyśmienitych niejednokrotnie formacji. Jednak przerost ambicji i chęć wbicia się w nie do takiej konwencji skrojone fraki i doszycia sobie metki z napisem wytrawne i dla koneserów, ku całkowitej porażce ich prowadziła. Nie zamierzam w tym miejscu przykładów podawać bo zbyt liczne one, jak i ich produkcje nie tematem moich obecnych rozważań. Napisze tylko, że pewne wyjątki od tej reguły w mojej przygodzie z muzyką się zdarzyły, a w przypadku Universal klasyczni muzycy w żaden sposób nie niszczą struktury kompozycji Anathemy. Gdzie zatem tkwi przyczyna takiej symbiozy - zdaniem moim w naturalnej koegzystencji niebanalnych orkiestracji i rockowego pazura już na etapie powstawania samych pierwotnych wersji utworów. Szczególnie dwa ostatnie albumy grupy, tej tendencji są wyraźnie podporządkowane. Efekt więc uzyskany na Universal nie powinien mnie zaskakiwać, a z pewnością budzić obaw co do jakości, wszakże muzyczna wrażliwość braci Cavanagh i spółki jest wyjątkowa, a wyczucie dźwiękowej materii wręcz mistrzowskie. Dobór utworów pewnie jest przewidywalny bo trudno było spodziewać się czegokolwiek sprzed ery wokalnej Vincenta, a i pominięcie  przełomowej Eternity wraz z The Silent Enigma w obecnej formie artystycznej zespołu chyba tylko zagubionego już, przypadkowego fana grupy może martwić. Ogromny szacunek do Eternity od lat w sobie pielęgnuje z sentymentu do gówniarskich czasów i wrażliwości szczenięcej jaką się ówcześnie kierowałem ale w bezpośrednim starciu ze współczesnym warsztatem kompozytorskim liderów Anathemy był to album co jedynie cudownym klimatem czarował. Wiem, wielu się ze mną nie zgodzi ale to ja wystukuje tu swoje przekonania zatem pozwolę sobie na takie, jakie sam odczuwam. :) Pisałem już jak pamiętam kilkukrotnie, że Anathema to już dzisiaj w pełni dojrzała ekipa prawdziwych profesjonalistów, którzy pomimo lat rutyny nie zatracili iskry, która na nowo z każdym kolejnym krążkiem rozpala gorący płomień nie tylko utrzymujący w jego zasięgu dotychczasowych (myślę, że tych właśnie od Eternity :)) fanów, ale i przyciąga w jego pobliże wciąż nowych. Nie chcę ponownie (bronię się przed tym usilnie ;)) popadać w nadmierną egzaltacje i w niemalże poetyckim, pełnym uniesienia tonie zachwalać geniuszu zaklętego w dźwiękach przez Anathemę kreowanych. Jednako każdorazowy kontakt z tymi Brytyjczykami uwalnia we mnie nostalgiczne pokłady i w trudny do wyjaśnienia sposób taki rodzaj wrażliwości na nowo rozbudza. Nie inaczej jest w przypadku audiowizualnej prezentacji zespołu. Każde muśnięcie strun, uderzenie bębnów ma poważny ładunek duchowy, a napięcie z wprawą budowane przechodzi płynnie w żarliwą eksplozję. To już nie jest zwyczajne konsumowanie nut i obrazu, ale mistyczne doświadczenie i upojenie - powracam w myślach do wspomnień trzech bezpośrednich spotkań na żywo z Anathemą i równie mocno jak wtedy przeżywam nimi odurzenie. W przypadku Universal klimat kreowany muzycznie doskonale wtapia się w miejsce w którym nagrywany. Amfiteatr w Płowdiw o rodowodzie Rzymskim oczywistym walorem ale subtelnie naturalny montaż, płynna praca kamer i świetlna zamglona oprawa w dziedzinie realizacji równie trafnie dobrana. Na koniec nie mógłbym pominąć faktu genialnej formy wokalnej Vincenta wspieranego jak zwykle nader profesjonalnie przez Lee Douglas. Ten wokalista, jeszcze głęboko w latach dziewięćdziesiątych, taki z potrzeby czy przypadku odbierany, wyewoluował w finezyjnie zręcznego, szczerego w posługiwaniu się swoim głosem frontmana. Praca przez niego wykonana doprawdy niezwykła, a dzisiejsze natchnione interpretacje (proszę spojrzeć w jego oczy, kiedy z taką pasją wyśpiewuje kolejne wersy) porywają i wzruszają głęboko. Podsumowując jestem rad wielce, że ten trudny logistycznie projekt został zrealizowany i w takiej formie moją duszę cieszy, więcej nawet on ją uszczęśliwia. Ponad dwugodzinna, prawdziwie wyborna to uczta, taka królewska dosłownie. Myślę więc, że jej wysokość tym brytolom miłościwie panująca, powinna być dumna z takich poddanych! :)

P.S. Klimat, klimatem, a doskonałość kawałków i perfekcyjne wykonanie oczywiste. Jednak w tym pełnym emocji spektaklu jeden fakt komiczny w pamięć mi zapadł. Mianowicie nieśmiałe bujane podrygiwania publiczności - szczególnie te z rękami w kieszeniach! Dobra, było żartobliwie teraz poważnie dla odmiany. Głębokie wewnętrzne odbieranie takich dźwięków to na tyle intymna sprawa, że nie powinienem z niej się naśmiewać. Ciekawe jak bardzo komicznie wyglądałem kiedy to sam częścią takiej zaklętej przez Anathemę publiczności bywałem. :)

piątek, 20 grudnia 2013

Nevermore - The Year of the Voyager (2008)




Kilka lat minęło, kilkanaście, a może już kilkadziesiąt sesji z tym koncertem odbyte, zatem okrzepłe refleksje czas spisać. Po pierwsze dzisiejsza perspektywa odnośnie grupy, czyli smutek i coraz bardziej doskwierający brak ich na scenie. Luka ogromna może jedynie po części wypełniona przez w odczuciu moim po linii Nevermore grających Finów z Oddland i ich debiutanckiego albumu. Polecam serdecznie, a szersza opinia odnośnie The Treachery of Senses gdzieś w przeszłych postów zatrzęsieniu w tej spowitej czernią bloga otchłani. Tyle tytułem jęczenia i promowania tych, co mogą w przekonaniu moim w jakiejś części przestrzeń pozostawioną przez ekipę Loomisa wypełnić. Do rzeczy, znaczy do zawartości The Year of the Voyager przejść już należy. Kilka minut zdjęć z backstage'u, kapitalne umiejętności wokalne Dane'a w jodłowaniu zaprezentowane i wbijamy pod/nad scenę by w misterium ku czci progresywnego heavy/thrashu uczestniczyć. Zaprawdę powiadam wam to istna uczta, a stosując mityczną terminologię wieczerza :) gdzie czterech Amerykanów wodę w wino zamienia, stop – nietuzinkowe umiejętności każdego z osobna w rzężącą sztukę dla takiego muzycznie zwichrowanego osobnika jak ja najwyższych lotów. Skupieni na wykonawczej perfekcji dają taki pokaz maestrii, że kopara moja rozdziawiona z podziwu wyjść nie może, a gały wlepione w stworzone do efektownego przebierania po gryfie paluchy maestro Loomisa, dynamiczne obijanie zestawu przez Vana Williamsa, basowe tło Shepparda i wokalną eksplozje wywijasów i zawijasów serwowaną przez Warrela Dane’a, od tych spektakularnych popisów oderwać się nie są w stanie. Przekrój najdoskonalszych kompozycji z kariery zaprezentowali i jak widać po porwanej w obłęd publice nikt chyba nie czuje się zawiedziony. Ekstatyczna reakcja żywiołowo reagujących fanów przez zespół na zasadzie sprzężenia zwrotnego z powodzeniem jest wykorzystywana. Oni dla siebie nawzajem paliwem tą dobrze naoliwiona maszynę napędzającym – zespół dla fanów, fani dla zespołu wyłącznie istnieją. I może tu tkwi sedno uzyskanego efektu, w tej relacji energetycznie pobudzającej, motywującej do wysiłku i wykrzesującej z każdego trybu tej machiny niemal sto procent. W koegzystencji z jakością wyborną kompozycji i warsztatowej maestrii oraz kameralnej atmosfery w pełni wypełnionego klubu daje równanie idealne, a jedyna w nim niewiadoma jak realizator w stanie będzie oddać atmosferę tego metalowego święta szybko za sprawą fajnie skrojonej dynamiki ujęć oraz gry świateł zostaje precyzyjnie odnaleziona. Na koniec porzucając na dzień dzisiejszy już niemal całkowicie nadzieje na ruchy zespalające te zębatki w jeden tak sprawny jak ówcześnie był mechanizm, mam jedynie nadzieję, że w różnych osobnych konfiguracjach talent i umiejętności tych gości będzie mi jeszcze w najwyższej jakości dane podziwiać, a wzorcowy rezultat w przypadku tego gigu uzyskany w wykonaniu innych moich faworytów muzycznych zobaczę. Tak bardzo taki rodzaj koncertowej prezentacji, umiarkowanie klubowy, z kawałkami z jednego gigu pochodzącymi mi się podoba, że życzyłbym sobie by te kilkadziesiąt nazw z mojej prywatnej czołówki w takim wydaniu się zaprezentowało. Dla mnie bomba, a kto nie widział albo gorsza nie podziela mojego entuzjazmu ten trąba! :)

P.S. Jeszcze muszę, bo inaczej się uduszę, wspomnieć o dwóch fragmentach wśród doskonałości zawartych w sposób niemal mistyczny do aktywności moje owłosienie na kończynach górnych aktywujące. What Tomorrow Knows/Garden Of Grey zagrane bezpośrednio po sobie tak zgrabnie połączone oraz zapowiedź I Am the Dog – MURY PĘKAJĄ!

czwartek, 19 grudnia 2013

Mustasch - Above All (2002)




Podkręcony albumem Ratsafari, który pewnym zbiegiem okoliczności w 2003 roku porwał mnie bez reszty - znaczy się u schyłku czasów, kiedy to odsłuchy nowych kapel czy wyczekiwanych premierowych krążków przy takim stojaku w Media Markt się zwykło robić. :) Wertując w chwilę później archiwalne numery magazynów muzycznych na reckę ich debiutu trafiłem, jaką wysmażył w Mystic Art niejaki Adam Darski, dzisiaj nawet babciom typ znany po swym pseudonimie. Tą ścieżką podążając dopiero po latach dane mi było z Above All się zapoznać, gdyż zakupienie płytki przez wzgląd na braki dystrybucyjne w naszym kraju było niemożliwe. Przepastne dzisiaj zbiory internetu, wtedy jeszcze z pewną nieśmiałością przeze mnie przeglądane, na tyle ubogie ówcześnie były, że Above All tam nie znalazłem. A szukałem ja bardzo intensywnie, szczególnie, że przekonany Ratsafari i laurką jaką Nergal płytce wystawił apetyt na konsumpcje jej zawartości miałem ogromny. Obszedłem się niestety smakiem i za kilka wiosen dopiero w pełni aromat debiutu "wąsa" poczułem. Przekonywał Adaś w tekście, że ci Szwedzi tak wiele Sabbath zawdzięczają i po sporej części racje tutaj muszę mu przyznać, jednako dorzuciłbym jeszcze kilka innych kierunków z których na nich błogosławieństwo inspiracji spłynęło. Słyszę tam zdecydowanie, pewnie przede wszystkim za sprawą wokalnej maniery Ralfa Gyllenhammara wpływ Iana Astbury'ego i jego kumpli - szczególnie z okresu silniej twardszym rockiem przesiąkniętego. Szlachetne pochodzenie riffów równie mocno osadzone w stonerowej manierze, jednak nie tej co pustynnym piachem sypnięte by brzmienie twardsze osiągnąć - mniej Kyuss, a więcej przebojowego Clutch, Audioslave czy rubasznego Orange Goblin (śmiała teza?) tutaj słyszę. A w detalach odrobinę zawartość krążka opisując. Na czele rytmiczny otwieracz w postaci Down in Black z kapitalnie zmontowanym doń obrazkiem poraża energią i witalnością - hicior, że tak używając popularnej terminologii go określę. Dalej obroty zmniejszając trochę ciężaru dorzucają, takiego perfekcyjnie groovem podbitego (I Hunt Alone) czy w zapętlonym motywie zaklętej perełki jaką Into the Arena oraz podniosły, majestatyczny Ocean Song, wyłaniający się niby z nieśmiałego pomrukiwania. Wszystko tu buczy, huczy, kłębi się ku radości mojej i mógłbym (oczywiście, że mógłbym) w nieskończoność sławić chwytliwy, nośny potencjał kompozycji na Above All wtłoczonych, jednako unikając przesytu lukrowania tym Panom podkreślę jeszcze walor plumkania w środkowej części White Magic czy konkretnie zamykającego program albumu The Dagger. Cieszę się ogromnie, że przypadek sprawił mi taki prezent, poznał mnie z "wąsem" i chociaż po kilku świetnych longach ociupinkę się pogubili, swój ogon zaczynając konsumować i przebojowością numery przesładzając. Nadal jednak liczę, że z kolejnym krążkiem coś porywającego ze świeżą nutą zaproponują, a okazja już tuż, tuż bowiem info o nowym wypieku co pod znaczącym tytułem spakowany - Thank You for the Demon już śmiało w necie fruwa. Byle było za co MU dziękować. :)

P.S. Jeszcze tak na marginesie zastanawia mnie, że taki Nergal często podkreślając swój entuzjazm wobec witalnego, klasycznego rocka w swojej macierzystej formacji muzę w moim przekonaniu pozbawioną takiej swady taśmowo produkuje. Dobra, dobra - przecież trybie, że black/death to piekło, nihilizm i ogólnie na zmianę smutne i wojownicze miny. ;)

wtorek, 17 grudnia 2013

Bez wstydu (2012) - Filip Marczewski




W krótkiej, około osiemdziesięcio minutowej formie zawarta opowieść o miłości, zakazanej fascynacji, niechęci rasowej, obłudzie, biedzie, a w tle i trudnym dzieciństwie. Wszystko to w zapętleniu ludzkiego życia w upadającym obskurnym mieście umieszczone. I nie będę się zastanawiał czy nie za dużo nagromadzone tu oczywistych stereotypowych nieszczęść, życiowych trudności i kontrowersyjnych kwestii, bo dzięki zgrabnie skrojonej i naturalnej formie wszystko sprawia wrażenie autentyczności i w żadnym momencie nie razi sztucznością. Zwyczajnie ja wierzę, że to nienaciągane i prawdziwe, a to w przypadku tego rodzaju odartego ze spektakularnego kiczu surowego kina wartość nadrzędna. Tak myślę. :)

niedziela, 15 grudnia 2013

The Best Offer / Koneser (2013) - Giuseppe Tornatore




W żadnym wypadku znawcą twórczości Giuseppe Tornatore nie jestem, dodatkowo inklinacje do kina włoskiego nie leżały do tej pory w zakresie moich większych zainteresowań. I tu oczywisty grzech ignorancji popełniłem - bijąc się w pierś w najbliższym czasie zaległości te zamierzam systematycznie nadrabiać, licząc na kolejną wyborną przygodę podobną tej jaką za sprawą Konesera było mi dane jednego z ostatnich wieczorów przeżyć. Tornatore w urzekający sposób w formie nietuzinkowego melodramatu zamaskował historię sprytnego oszustwa w anturażu olśniewających wnętrz, malowniczych zdjęć i niepokojącej atmosfery. Klimat podkreślony ujmującą warstwą muzyczną oraz mistrzowską kreacją Geoffrey'a Rusha wciąga w świat już zupełnie niemal zapomniany w dzisiejszym kinowym obliczu zdominowanym taką pstrokatą tandetą. Człowiek bezgranicznie oddany pasji tutaj głównym bohaterem, w pełni pozornie kontrolujący wszelkie aspekty własnego funkcjonowania. Zdumiewająco skupiony na celu, przekonany bezgranicznie o własnym kunszcie gdzieś na dalekim marginesie pozostawiający naturalne ludzkie emocje. Chłodny w skorupie beznamiętnej na co dzień skryty, uniesienia i ekstatyczne doznania jedynie za sprawą kolekcjonerskiego obłędu przeżywający. I ten pewny siebie, opanowany, pragmatyczny człowiek próbie zostaje poddany. Ona z zaskoczenia w szczelnej powłoce słabe punkty odnajduje - bezwzględnie je wykorzystując. Lata obserwacji najbliższemu otoczeniu informacji dostarczają, a głęboka znajomość ludzkiej psychiki dodatkowo wspierana pokorą jest argumentem na tyle silnym by uśpiona czujność bez oporu została wykorzystana. Wypracowana latami zawodowa pozycja i iluzoryczna trwałość nasycania własnych namiętności tej jedynej niezaspokojonej potrzebie się poddaje. Tu klucz do zburzenia pewnej stałej się kryje, po cichu w tajemnicy przekręcany by z czasem wrota do zaufania otworzyć. Nawet najbardziej precyzyjny mechanizm pewnej pokusie poddać się może - KOBIETĄ ją nazywają. :)

sobota, 14 grudnia 2013

Soilwork - Natural Born Chaos (2002)




Po raz kolejny odrobinę ponad dekadę wstecz we wspomnieniach muzycznych się wybieram by z dzisiejszej perspektywy, bogatszy o lata kontaktów z albumem, co tematem mych przemyśleń się skonfrontować. Na tapecie przełomowy krążek szwedzkich kombinatorów, co w nazwie jakieś nie do końca mi jasne odniesienie do brudnej roboty jak dobrze odczytuje mają. Żadna to przecież wyjątkowo niehigieniczna praca związana z powstawaniem ich produkcji jest związana. Sound potężny, mocny, soczysty i przede wszystkim sterylny, pozbawiony brudnej, syfiastej maniery. Chyba, że w ich przypadku ta robota nie brudna, a zwyczajnie ciężka – co też z dźwiękami nie współistnieje w żadnej harmonii, bo jak słucham efektów ich działań to odnoszę wrażenie, że z lekkością i łatwością w osiąganiu zamierzonego rezultatu mam do czynienia. Nie próbuje mętnie już dochodzić znaczenia nazwy grupy, a skupie się natychmiast na Natural Born Chaos. A jest tu, o czym w kontekście kariery Soilwork pisać, bo po dwóch pierwszych albumach typowo na kliszach melodyjnego deathu się opierających, już trójka w postaci A Predator's Portrait przyniosła zajawki kształtującego się oryginalnego jak na ówczesne czasy stylu grupy. Kiedy jednak poprzedniczka chaosu wrażenie potężnego rozkroku stylistycznego robiła, takiego etapu przejściowego to już on sam jednoznacznie w kapitalnym stylu przewracał scenę wydrwionego w metalowym środowisku miękkiego, lukrowanego na wszelkie gitarowo-klawiszowe sposoby (i tu uwaga, nadużycie oczywiste) death metalu. ;) Nigdy nie byłem zwolennikiem nazywania death metalem, bez znaczenia jakich dodatkowych finezyjnych określeń towarzyszących się nie używało, prezentowanego przez ekipy z zza Bałtyku melodyjnego stylu grania. Gdzie tu jakakolwiek z śmierć metalem zbieżność – toż to przecież trzeba być kompletnie pozbawionym jakiejkolwiek wiedzy o hałasie by takie dyrdymały rozpowszechniać? Natural Born Chaos to zupełnie nowa, jakość w gitarowym łojeniu, bardziej z energetycznym heavy spokrewniona, niż cokolwiek mająca wspólnego z ekstremalną rzezią. Po cholerę ja tu próbuje jakąś konkretną łatkę tym dźwiękom przypisać, już lepiej zwyczajnie w kilku słowach elementy charakterystyczne tej energetycznej hybrydy określić. Podstawą tu dynamiczna konstrukcja, jaką buduje sekcja rytmiczna, co rusz zmieniające się tempa, rzężące gitary, melodyjne solówki i klawiszowa dekoracja. Ona akurat w przypadku tej płyty zdecydowanie na tyle charakterystyczna, że przez jej pryzmat całość w znacznym stopniu odbierana. Instrumentalna jakość w słowa została już myślę po części ubrana i pozostaje teraz przejść do sedna nietuzinkowości jak na owe czasy twórczości Soilwork. Nim wokalny dualizm Björna Strida, który z łatwością i przebojowym wyczuciem dzieli strukturę werbalną na tą ryczącą i tą z czystymi partiami - najczęściej w refrenach stosowanymi. I tu druga zmiana w stosunku do poprzedniczek w naturalny sposób narzucona przez charakter wokaliz się w oczy, czy bardziej uszy rzuca. :) To szablon zwrotka i refren we chwytliwym anturażu różnorakich efektownych zagrywek czy spektakularnych popisów. One scalone w zwartej formie zwyczajnie owoc w postaci piosenek przyniosły. To już nie trochę toporne sklejanie poszczególnych pomysłów, tylko esencjonalne aranżacyjne perełki. Może to nie najbardziej wymagająca od słuchacza wytrawna dźwiękowa forma, jednak tak zgrabnie skonstruowana, że ja nadal z ogromną przyjemnością do zawartości Natural Born Chaos powracam i bez żenady się do tego przyznaje. Kawał dobrej gitarowej muzy wtopili ci goście w tą płytę, podkreślając walory sonicznej finezyjnej młócki rewelacyjnie sugestywną okładką. Rzadko się grajkom udaje w tak trafny sposób dobrać obrazek z koperty do tego, co wewnątrz zawarte. Tak rodzi się naturalny chaos, znaczy ze zręcznością nagrany album. :)

piątek, 13 grudnia 2013

Lonely Kamel - Blues for the Dead (2010)




Szwedzka stajnia Transubstane Records dostarczyła mi już kilka świetnych stonerowych czy retro rockowych albumów do degustacji, ale i przede wszystkim dała większym wytwórniom szansę na wpuszczenie ich w bardziej szeroki obieg. I tak Lonely Kamel już dziś w towarzystwie Monster Magnet w zmieniającej wyraźnie profil Napalm Records rezyduje. Ale zanim tam ci Norwegowie trafili nagrali Blues for the Dead, gdzie w kapitalnej formie zawarli najlepsze cechy rocka, co na stonerowym zawieszeniu postawiony. Dziwiłem się przez moment, kiedy do świadomości mojej dotarło, że ta pełna piachu, chwytliwa pustynna maniera samotnego wielbłąda z kraju fiordów pochodzi. Jednak jak tak sobie pokombinowałem i kilka innych ekip z północy wyłowiłem, co tego rodzaju stylem muzycznym się zajmują do wniosku doszedłem, że na jakiej podstawie w mroźnym klimacie nie można takiej słonecznej energii wytworzyć. Jak się żyje tam gdzie czasem naturalne światło jedynie przez kilka godzin w czasie doby dociera to najlepszym sposobem by w depresji i smutku się nie pogrążyć jest wykrzesanie z instrumentów tego rodzaju energie, by to ona napęd do życia dawała. Typom z Lonely Kamel wyszło to doskonale i nie tylko sami pewnie pożytek ze swojej pasji mają, ale i takim szaraczkom jak ja radości i kopa pozytywnego udzielają. Wdzięczny im jestem ogromnie, bo ten ich autorski blues satysfakcji mi dostarcza co niemiara, nastraja mnie optymistycznie i nakręca do zabawy, uśmiech szeroki na twarz mi przyklejając. Jak sobie tak słucham jak chłopaki szarpią struny i okładają zestaw perkusyjny to wyobraźnia znacznie intensywniej zaczyna pracować? Siedzę ja wtedy w masywnym amerykańskim potworze, co bezmiar szos wśród piachu i skalistych pagórków przemierza spoglądając w dal skąpaną w czerwonej poświacie zachodzącego słońca lub też na werandzie w wieczornej porze cygaro sobie zapalam by odprężyć się beztrosko. W dupie wtedy wszelkie problemy życia codziennego, będąc nieodpowiedzialnie wulgarnym pozostawiam, odjazd robię z tej rzeczywistości pełnej szczurzych zawodników, co uczestniczą w wyścigu o bogactwa, które z nich niewolników czynią i esencji życia zażywam. Są takie dni, możesz mi czytający te wypociny nie wierzyć, kiedy takie dźwięki ratują mnie przed obłędem. Jak ja kurwa jestem ich autorom za to wdzięczny! Serio myślę, że czując je w taki sposób szczęściarzem jestem co na żadne materialne bogactwa tego daru by nie zamienił. No dobra, spróbujcie mnie sprawdzić. :)

Drukuj