piątek, 13 grudnia 2013

Lonely Kamel - Blues for the Dead (2010)




Szwedzka stajnia Transubstane Records dostarczyła mi już kilka świetnych stonerowych czy retro rockowych albumów do degustacji, ale i przede wszystkim dała większym wytwórniom szansę na wpuszczenie ich w bardziej szeroki obieg. I tak Lonely Kamel już dziś w towarzystwie Monster Magnet w zmieniającej wyraźnie profil Napalm Records rezyduje. Ale zanim tam ci Norwegowie trafili nagrali Blues for the Dead, gdzie w kapitalnej formie zawarli najlepsze cechy rocka, co na stonerowym zawieszeniu postawiony. Dziwiłem się przez moment, kiedy do świadomości mojej dotarło, że ta pełna piachu, chwytliwa pustynna maniera samotnego wielbłąda z kraju fiordów pochodzi. Jednak jak tak sobie pokombinowałem i kilka innych ekip z północy wyłowiłem, co tego rodzaju stylem muzycznym się zajmują do wniosku doszedłem, że na jakiej podstawie w mroźnym klimacie nie można takiej słonecznej energii wytworzyć. Jak się żyje tam gdzie czasem naturalne światło jedynie przez kilka godzin w czasie doby dociera to najlepszym sposobem by w depresji i smutku się nie pogrążyć jest wykrzesanie z instrumentów tego rodzaju energie, by to ona napęd do życia dawała. Typom z Lonely Kamel wyszło to doskonale i nie tylko sami pewnie pożytek ze swojej pasji mają, ale i takim szaraczkom jak ja radości i kopa pozytywnego udzielają. Wdzięczny im jestem ogromnie, bo ten ich autorski blues satysfakcji mi dostarcza co niemiara, nastraja mnie optymistycznie i nakręca do zabawy, uśmiech szeroki na twarz mi przyklejając. Jak sobie tak słucham jak chłopaki szarpią struny i okładają zestaw perkusyjny to wyobraźnia znacznie intensywniej zaczyna pracować? Siedzę ja wtedy w masywnym amerykańskim potworze, co bezmiar szos wśród piachu i skalistych pagórków przemierza spoglądając w dal skąpaną w czerwonej poświacie zachodzącego słońca lub też na werandzie w wieczornej porze cygaro sobie zapalam by odprężyć się beztrosko. W dupie wtedy wszelkie problemy życia codziennego, będąc nieodpowiedzialnie wulgarnym pozostawiam, odjazd robię z tej rzeczywistości pełnej szczurzych zawodników, co uczestniczą w wyścigu o bogactwa, które z nich niewolników czynią i esencji życia zażywam. Są takie dni, możesz mi czytający te wypociny nie wierzyć, kiedy takie dźwięki ratują mnie przed obłędem. Jak ja kurwa jestem ich autorom za to wdzięczny! Serio myślę, że czując je w taki sposób szczęściarzem jestem co na żadne materialne bogactwa tego daru by nie zamienił. No dobra, spróbujcie mnie sprawdzić. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj