piątek, 3 lutego 2017

American Pastoral / Amerykańska sielanka (2016) - Ewan McGregor




Kolejny już aktor w stosunkowo dojrzałym wieku będąc zajmuje miejsce za kamerą i próbuje swych sił w fachu, w którym typowego szkolnego przygotowania to nie ma. Ciekawe jest, że dość często przedstawicielom rodziny aktorskiej równoległe rozwijanie kariery aktorskiej i reżyserskiej z sukcesem się udaje. Jest to jak odważnie zakładam argument udowadniający poniekąd prymat teorii przyswajanej na poziomie praktycznym lub przynajmniej dowód na to że obserwacja prawdziwych fachowców, często wręcz mistrzów w akcji daje dobre przygotowanie. :) Z drugiej strony jak staje się za kamerą i przed jej obiektywem jednocześnie to ryzykuje się że brak spojrzenia z zewnątrz niekorzystnie wpłynąć może na realistyczne odegranie roli i potrzebna będzie ogromna samodyscyplina, bardzo wysokie wobec siebie wymagania i czasem bolesna autokrytyka by tą perspektywę skutecznie zastąpić. Zaznaczam teraz że do tego miejsca tekst przygotowałem przed seansem, to co poniżej to już jednostkowe z rzeczywistością starcie powyżej postawionych tez. Niestety!!! (tutaj trzy wykrzykniki uzasadnione) Ewan McGregor nie udźwignął podwójnej roli, bowiem aktorsko wypadł przeciętnie, chwilami wręcz żenująco amatorsko, a jako szef na planie obnażył sporo braków, na front wypychając żałosny brak doświadczenia. Jestem na niego tym bardziej wściekły, że zaprzepaścił ogromny potencjał dramatyczny, jaki bez najmniejszych wątpliwości w powieści Philipa Rotha istnieje. Nie znając literackiego pierwowzoru pozwalam sobie na takie wnioski, gdyż temat jest złożony i człowiek nagrodzony Pulitzerem za jego rozwinięcie w powieści nie mógł go spłycić i okroić tak dalece, jak to scenarzysta i reżyser karygodnie zrobili. Dodatkowo dla mnie, jako ojca relacja bohatera z córką z praktycznego i emocjonalnego punktu widzenia była powiązana z oczekiwaniem bardzo intensywnych przeżyć, chwytając za ojcowskie serducho. Tutaj tylko kilka scen wrażenie na emocjach wywołało i smutne, że akurat nie były to w pierwszym rzędzie te na linii Swede-Marry. Pomiędzy tymi rzadkimi uniesieniami dominowała masa nijakości i mocno napompowanych patosem banałów, które gasiły chwilami pojawiający się względny żar. Zabrakło charyzmy, napięcie siadało, gdy trzeba było do pieca dorzucić, a zamiast rozgrzanego ostrza haratającego treścią i wizualną oprawą było w praktyce głaskanie czymś nieco bardziej szorstkim niż pawie piórko. Nie dziwić powinno, zatem, że będąc nakręcony wiedzą o literackim pierwowzorze oraz wybornym zwiastunem na rasowy sugestywny dramat, jestem totalnie zdruzgotany (mimo że to nie jest absolutna klapa), iż obejrzałem wyłącznie przeciętną i cholernie asekurancką ekranizację. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj