poniedziałek, 13 lutego 2017

Deepwater Horizon (2016) - Peter Berg




Jest napięcie, niepokój i rozmach produkcyjny - ta platforma i jej złożoność robi wrażenie, a ludzie tam pracujący autentycznie zdają się być twardzielami i profesjonalistami. Do czasu kulminacyjnego wydarzenia masa tutaj dialogów, gęstych, pełnych branżowych, zawodowych pojęć i tak typowo po amerykańsku praktykowanego niby sarkazmu, takich efektownych przepychanek słownych. Później już tylko dynamiczna akcja i prawdziwe piekło żywiołu na ekranie. Efekty specjalne robią wrażenie, ogień szaleje realistycznie, a ludzie w takiej sytuacji są marnym pyłem, bezbronnym przedmiotem pomimo względnej przecież władzy i sporych technicznych możliwości. Panika, walka o życie, przetrwanie i w chwilę później ewakuacja podczas emocjonującej akcji ratowniczej. Pamiętam dwa tytuły, które lata temu bliźniacze wrażenie robiły i o zbliżonych wydarzeniach traktowały. Eksplozje i pożary w Ognistym podmuchu Rona Howarda królowały, a żywioł wody spustoszenie siał w Gniewie oceanu Wolfganga Petersena. Tam dramatyczne wydarzenia także rasowo z hollywoodzkim ciśnieniem ukazane wciągnęły mnie jednak mocniej i na dłużej sentyment do nich w pamięci zakorzeniły. W przypadku Deepwater Horizon niestety już po zaledwie kilku dniach wspomnienia w pamięci przyblakły i żadnej potrzeby ponownego przeżycia tej opartej na autentycznych wydarzeniach katastrofy nie odczułem. To pomimo niepodważalnych technicznych walorów produkcji argument z grona potencjalnych gatunkowych klasyków najnowsza produkcję Petera Berga wykluczający.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj