poniedziałek, 27 lutego 2017

Arcturus - La Masquerade Infernale (1997)




Poniżej sentymentalna wycieczka w czasy dość zamierzchłe, zapowiadana już w połowie roku 2015-ego, tuż po premierze Arcturian, a zrealizowana dopiero teraz. Poślizg znaczący jednak usprawiedliwiony, bowiem dziś daleko mi z obecnymi zainteresowaniami do podobnych klimatów jakimi ówcześnie Arcturus mnie hipnotyzował, a i ostatni album posiadaczy wymyślnych pseudonimów przyniósł miast rozpalenia zmysłów, zimny niestety prysznic. Po prawdzie to nie wiem nawet, czy tego rodzaju stylistyka na scenie ma swoich kontynuatorów, ewentualnych propagatorów, może chociaż zwolenników, którzy po dwudziestu niemal latach potrafią z podobną jak wtedy ekscytacją chłonąć dźwięki z La Masquerade Infernale. Nie mam wiedzy, czasu brak na jej zdobywanie, a jedyne co mogę tutaj napisać to kilka zdań refleksji z pamięci wydobytych i tych pochodzących z dzisiejszej konfrontacji z materią z drugiego, przełomowego krążka Norwegów. Jak zasygnalizowałem, w roku 1997 kontakt z grupą złożoną z tuzów black metalowej sceny był szokiem zupełnym, stycznością ze sztuką (świadomie użyte górnolotne określenie) wychodzącą poza moje wyobrażenia, spotkaniem z materiałem definiującym w mojej świadomości określenie metalowa awangarda. Bo pomimo, że na albumie masa klawiszy i dodatkowo jeszcze kwartet smyczkowy pierwsze skrzypce odgrywa, a cała teatralno-groteskowa oprawa z patetycznym, napuszonym wokalem nijak się ma do sceny ekstremalnej, to jednak pochodzenie muzyków i ekstremalnie jazgotliwa, trudno przyswajalna formuła stawiała i stawia ich pośród formacji nadal metalowych. Przynajmniej takie miałem wtedy przekonanie, a dzisiejszy odsłuch płyty znacząco tego wyobrażenia nie zmienił. To co słyszałem w tej muzyce wtedy, a to co współcześnie w niej dostrzegam to w miarę spójne przekonania i odczucia. Różnica zasadniczo zmieniająca ogląd rzeczywistości polega wyłącznie na tym, iż kiedyś był to kult absolutny, obecnie zaś rodzaj ciekawostki, która nostalgią jedynie zostaje pobudzona. Żeby jasno być zrozumianym już wyjaśniam, iż te 45 minut z dźwiękami absolutnie osobliwymi nie były męczarnią, ani też doświadczeniem na nowo rozbudzającym pasję. One uświadomiły mi jak długą i kształcącą drogę przebyłem, ile musiałem ostrych zakrętów pokonać, w jak wiele ślepych uliczek zabrnąć by znaleźć się tu i teraz i posiadać takie, a nie inne priorytety w obrębie muzycznych zainteresowań. Szanuję pomysł i realizację, odwagę i bezkompromisowość, jednocześnie trudno mi znieść cholernie płaskie brzmienie, już na standardy sprzed dwóch dekad nie do przyjęcia. Tutaj wszystko rzęzi nieprzyzwoicie szarpiąc nerwy i odbierając wybornym instrumentalnym popisom oraz aranżacyjnym odlotom głębię. To grzech podstawowy, chociaż w przypadku rozprawiania o piekielnej maskaradzie, ilość sprzeniewierzeń zasadom powinna być wprost proporcjonalna do zawartości diabła w pięciolinii. :) Żart się pojawia i on też usprawiedliwiony, gdyż odnoszę wrażenie, że ten ośmioaktowy spektakl to rodzaj świadomego przerysowania, bo ten patos i próba stworzenia wyrafinowanej opery na bazie „parapetu” nie mogła być do końca poważna. Z drugiej jednak strony jak przypomnę sobie śmiertelną powagę ówczesnych muzycznych „Panów Ciemności” to uśmieszek politowania na twarzy spod fikuśnej maski założonej dla uchwycenia klimatu się przebija. :) To jest prawdopodobnie mój największy problem z tego rodzaju twórczością, bo nie mam do końca pewności jak sami muzycy efekty własnej pracy spostrzegali, jakie były źródła ich motywacji. Do tej "niepewności" czy aby między innymi ze mnie żartów sobie nie robili, dodaje teraz niemal stu procentową pewność, że tego rodzaju mocno przestylizowana awangarda próby czasu nie przetrwała. Świadczy o tym brak (ja akurat nie znam) kontynuatorów oraz porażka samej formacji, która nagrywając dwa lata temu nowy album sama dostarczyła masy argumentów dla wydania tak radykalnego osądu. Mierząc się z Arcturian przeżyłem tortury, powracając do La Masquerade Infernale doznałem w miarę przyjemnego, aczkolwiek tylko chwilowego niestety spełnienia. Sentyment ogromny we mnie tkwi nadal, prawdziwa, czysta miłość do tych kompozycji bynajmniej już dawno wygasła. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj