piątek, 10 lutego 2017

Jackie (2016) - Pablo Larraín




Ostrzeżenie! Polecam wyłącznie tym, którzy są w stanie znieść ponad sześć kwadransów druzgocącej dawki ludzkiego cierpienia. To taki rodzaj filmu, który boli fizycznie i już w jego połowie widz pragnie, aby się zakończył - a kiedy już do końca seans dobiegnie i człowiek poniekąd się z depresji otrząśnie, przychodzi głęboka refleksja i film ze łba nie chce wyleźć przynosząc gorzką prawdę o ludziach żyjących na świeczniku i też o nas, tych którzy wobec tych mitycznych postaci z czerwonego dywanu mają swoje wymagania. Jackie jako fabularny dramat, to w moim przekonaniu tonąca w czarnej melancholii i goryczy próba uzmysłowienia jak bardzo amerykański naród ówcześnie ale i także dzisiaj wciskanej bajki pragnie, takiej gdzie ona urodziwą księżniczką, a on mądrym królem. Pięknej, paradnej opowieści, w której na życzenie mity pierwszoplanową rolę odgrywają, a często mroczna rzeczywistość dla dobra wszystkich i nikogo zostaje pieczołowicie przykryta teatralną kreacją. Zakładam, że z tego powodu Jacqueline Kennedy taką nienaturalną pozę i manierę wypowiedzi w kontaktach z mediami przyjmowała, a reżyser by uwypuklić to przekonanie tak tłustym drukiem te wszystkie ujęcia stylizowane na archiwalne z uporem maniaka wciskał. Widz dostrzegł, zrozumiał - widz uwierzył, został zadowolony? I tutaj jest fundamentalny problem! Bowiem Pablo Larrain przygnębiająco realistycznym klimatem, potworną dawką smutku i rozpaczy, potęgowaną przenikliwą muzyką (co poniekąd przecież naturalne, gdy chce się pokazać człowieka w głębokim dole emocjonalnym) odciągnął skupienie od meritum. Nie zrobił tego jednak odwróceniem uwagi na masę wątków pobocznych, a zwyczajnie zmęczył totalnym przygnębieniem. Szczerze mówiąc już dawno w kinie nie widziałem tak sugestywnie przytłaczającego i intensywnie przeszywającego obrazu smutku wdzierającego się do umysłu z ekranu i jednocześnie tylu osób odpływających w objęcia snu. :) Kto zatem był na wstępie już zmęczony (zapewne dodatkowo ciężkim dniem w pracy) miał trudności by utrzymać koncentrację, aby móc odczytać to, co reżyser pomiędzy wierszami próbuje przekazać. Jednak jeżeli nie poddał się fali znużenia, to wyszedł bogatszy w prawdziwą wiedzę o „Camelocie” i żyjącej w jego murach „Ginewrze”. Niestety tych osób pewnie znikoma ilość, bo to obraz dla widza wytrwałego, bystrego i przede wszystkim kochającego film ambitny, z głęboko zakamuflowaną treścią na wielu poziomach symboliki i według artystycznych standardów skrojonego. Stąd zapewne wysokich notowań i entuzjastycznej prasy nie ma, a absolutnie na ignorancje nie zasługuje i krytyce pod względem, jakości nie powinien być poddawany. Cieszy mnie zatem, że pomimo ciężaru gatunkowego fenomenalna rola Natalie Portman została zauważona i jej katorga na planie już nagrodzona. Trzeba było wykazać się ogromnym profesjonalizmem i odpornością na stres, gdy kamera wyłącznie na niej sfokusowana, a pozbawiające całkowicie intymności emocjonalnej zbliżenia z detaliczną precyzją pokazywały najdrobniejsze ruchy mimiczne, mogąc z łatwością obnażać warsztat aktorski i także wszelkie niedostatki charakteryzacji. Tyle, że praca wykonana przez aktorkę, operatora oraz speców od filmowego makijażu to poziom mistrzowski, czyniący z filmu Larraína autentyczne świadectwo dramatu, pustki przeżywanej przez jego uczestników. Zderzenia z ciosem zadanym przez śmierć, ale i w większości kurtuazyjną empatią politycznego środowiska, tym pozbawionym ludzkich odruchów pragmatycznym, zimnym zawodowym profesjonalizmem. Presją zachowania fasonu, pozorów w obliczu żałoby z emocjami utrzymywanymi na postronku wymagań pozycji społecznej, ale i konieczności pełnej naturalności, rzecz jasna paradoksalnie wedle wyobrażeń opinii publicznej. Miałem ogromne oczekiwania i obawy równie duże. Spodziewałem się portretu wyrazistego i bogatego niuansami, wrażliwego emocjonalnie jak i ekspresyjnego wykonawczo. Taki też finalnie do przetrawienia otrzymałem. Nie miałem jednak pojęcia, że to będzie takie trudne i bolesne doświadczenie, niczym uczestnictwo w pożegnaniu kogoś z kim nie było się związanym, ale samo obserwowanie żałoby i rozpaczy najbliższych powoduje kolosalne udręczenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj