środa, 8 lutego 2017

Soen - Lykaia (2017)




Nowy Soen jest nieprawdopodobnie uzależniający, zasysa i nie puszcza mimo, że ilość kolejnych bezpośrednio po sobie już wykonanych przesłuchań wskazywałaby na zajeżdżenie numerów poprzez obsesyjną powtarzalność. I chociaż nie jest to tak skomplikowany materiał jak ten z Tellurian, to jednak pośród ogromnej chwytliwości i emocjonalnej intensywności, wyczuwalnych jest sporo aranżacyjnych smaczków do ciągłego odkrywania. To zadziwiające, iż kompozycje skrojone dość schematycznie, pełnię kolorytu odkrywają ze zdwojoną silą po wielokrotnych odsłuchach. Mienią się wtedy bogatymi odcieniami przejmujących emocji, wraz z każdym kolejnym spotkaniem dojrzewając w słuchaczu. Mam zasadne przekonanie, iż magia tej płyty tkwi w świadomości aranżacyjnej, gdyż nie ma niej zbędnego dźwięku, a struktura utworów nie będąc przeładowana nadmiarem idealnie została wyważona. Ogólnie to na chwilę obecną najbardziej harmonijny krążek sygnowany nazwą Soen i ogromny powód do dumy dla tych muzyków. Dziewięć kompozycji w stawce, wraz z zaskakującym bo tylko bonusowym na edycji limtowanej God's Acre, wśród których nie odnajduję faworyta ani jakiegokolwiek utworu, chociaż w drobnym stopniu odstającego od stawki. Wszystko cholernie równe i precyzyjnie przemyślane by ta równowaga i harmonia odnosiła się do każdego aspektu krążka – od kwestii czysto wizualnych oprawy graficznej, poprzez koncept liryczny, po merytoryczne uzasadnienie użycia konkretnych rozwiązań melodycznych i rytmicznych. Startując z pułapu, gdzie jednoznaczne skojarzenia z muzyką Toola były rozpoznawane, przeszli przez etap względnego podobieństwa do A Perfect Circle, a teraz wyraźnie korzystając z tego co najlepsze w obydwu uwypuklili trzeci punkt odniesienia swojego stylu. Mianowicie tam gdzie mniej sterylnej mechaniki, a więcej nastrojowej przestrzeni, królują kiedyś jeszcze nieco w tle zatopione, a dzisiaj już pierwszoplanowe opethowe pejzaże, wzbogacane klasycznymi przepięknymi solówkami niczym spod palców Davida Gilmoura i wyrafinowanym brzmieniem szlachetnie użytego klawisza. Aby konstrukcja była kompletna subtelne partie wokalne przenikają do najgłębszych pokładów mojej emocjonalności, napięcie permanentnie wzrasta i dzieje się tak kilkakrotnie na przestrzeni poszczególnych utworów, w symbiozie z raz egzotyczną bliskowschodnią ornamentyką czy innym razem z ambitną rytmiką. Progresja w znaczeniu rozwoju umiejętności kompozytorskich wyznacza kierunek dla Soen i cieszę się ogromnie będąc od dłuższej chwili pod wpływem czaru płynącego z tego urzekającego albumu, że horyzont dostrzegają i z klasą bez ryzykownych działań próbują go osiągać. Bo to płyta która w gatunku wyróżnia się pewnym rodzajem dostojeństwa, a Soen z nikim się nie ścigając nie pragnie na siłę przechodzić na kolejne poziomy strukturalnej komplikacji, zyskując na tym co w dobrej muzyce najistotniejsze – na docieraniu do słuchacza poprzez emocje. Muzyka pisana wewnętrzną potrzebą tworzenia tu dominuje, płynąca prosto z serca, co czuć w każdej sekundzie tej uroczej podróży. Pytanie sobie tylko zadaje będąc nauczony doświadczeniem, biorąc pod uwagę fakt że te albumy, które szybko sympatię zdobywają czasem równie prędko na zasadzie nadmiaru dobra, na jakiś czas na margines muszą być odłożone. Na jak długo potencjału Lykaii wystarczy? Nie wyobrażam teraz sobie by poczucie przesytu przyjemność korzystania z tego wyjątkowo uzależniającego szwedzkiego daru zakłóciło.

P.S. Czekam teraz na emocje koncertowe - bilet na wrocławski gig już nabyty. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj