Biorę
się ja
(skupion jak się okaże na detalach, na kosmetyce) za
Powiększenie. Ruszam
odważnie
w kapciach neofity w kierunku najbardziej jak póki co się
domyślam
ambitnego
i najbardziej jak poczułem niejasnego
oraz najbardziej jak widzę docenionego
przez krytykę
obrazu
Antonioniego. Równie
głośnego
co przepełnionego i przegiętego
kontekstami i symboliką, więc
pozostając ze zmarszczonym czołem po niezwykłym abstrakcyjnym
finale, sięgam automatycznie do źródeł i wyczytuje to, co mnie
paradoksalnie w niewielkim stopniu zaskakuje. Bowiem okazuje się że
zatrybiłem, choć być może jedynie podświadomie. Akcja wówczas
związana z paniką i spotkaniem ze słowem wyjaśniającym wyciąga
ze mnie tym samym, wszystko to co w mgle skojarzeń i
interpretacyjnych pomysłów istotne i trafione, ale bez kluczowego
znaczenia. To okazuje się iż po prostu artystyczny intelektualny
snobizm i realizacyjnie ta pozorna nonszalancja w grze i w
prowadzeniu narracji gubi właściwy kierunek i onieśmiela, a
powinna mnie głupiego sfokusować i olśnić. Impertynencja
perfidnego blagiera wręcz momentami, pod którą kryje się
precyzja, jednako do wychwycenia, gdy mimo wszystko (w końcu) autor
poda poza ekranem tropy do wyłapania, więc też typ kinowego
przekazu za jakim nie przepadam do końca. Szanuje niekonwencjonalne
ścieżki w myśleniu i kreowaniu ekranowej rzeczywistości przez
osobliwych i erudycyjnych twórców, lecz też wymagam aby na tyle
przyswajanie przelewali koncept na kadry, aby sam wysiłek umysłowy
w miarę ogarniętego widza wystarczył, by ubrać metafory i
alegorie w słowa. Sensów wiele, sposobów odczytywania dowolność,
sprowadzona w tym konkretnym przypadku do dostrzeżenia w
powierzchownym brak spójnej treści, przekazu trafnego - każdy widzi (jak
ten bohater filmu) co innego i na swój sposób indywidualnie
rzeczywistość przemiela. Tym przecież jest też film jako sztuka
iluzji.
P.S.
Właściwie to co powyżej powinno wystarczyć, ale po drodze do
dziury w której goniona myszka spryciula się schowała, brzęczały
mi myśli i kojarzonka, więc się jeszcze podzielę w trybie
bezceremonialnie surowym składniowo, co następowało. Morderstwo
jako pretekst, zagadka bez rozwiązania przejmująca uwagę i
zwodząca. Bardziej archiwizacja, kronika wyglądu Londynu, przemian
wizualnych i kulturowych, mentalnych z lat sześćdziesiątych.
Bohaterem bardziej miasto, jako miejsce rozwoju kontrkultury -
„Londyn który dopiero zaczyna swingować”. Rodzaj „peanu na
cześć mody, obyczajów, muzyki, seksualności i dziwności świata”,
który w zasadzie zakładam chciał Antonioni wyłuszczyć i być może potępić.” Hołd
jednocześnie dla gatunku zwanego suspensem, ale z pozycji
obserwacyjnej, technicznej, w żadnym stopniu emocjonalnego uwiązania
w zależności, a tym samym nieintencjonalnie przyszła inspiracja
dla (zgadzam się) Coppoli w Rozmowie czy De Palmy w Wybuchu. Akcja
się długo zawiązuje i nie ma oczekiwanego wyjaśnienia od punktu kulminacyjnego. Narracja robi
podkład pod zaskakującą tak abstrakcją, jak prostotą
podkreślającą ogołoconą istotę, z interpretacyjnym twistem
finalizacją. Niby to jakiś pusty przebieg, takie robi wrażenie ale
czekając na zawiązanie intrygi, czuć napięcie i wisi nad tymi
scenami jakiś rodzaj zawiesiny, która zagęszcza atmosferę.
Surowo, a bardzo konkretnie i sugestywnie, a niby od niechcenia,
śledząc jedną z kluczowych postaci. Ten aktor też przykuwa uwagę! Ten (o Eureka) z „ridleyowskiego” Gladiatora - rozpoznany (w odróżnieniu od The Yardbirds) z
poślizgiem przez rysy surowe, charakterystycznie wyraziste, nadające
w przyszłości aktorowi rozpoznawalność, nawet jeśli nazwisko w
głowie, ze względu na przypisanie do roli z drugiego planu
anonimowe. Taki to j.w. był seans do końca „o ch*j chodzi?”. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz