wtorek, 16 czerwca 2026

Blow-Up / Powiększenie (1966) - Michelangelo Antonioni



Biorę się ja (skupion jak się okaże na detalach, na kosmetyce) za Powiększenie. Ruszam odważnie w kapciach neofity w kierunku najbardziej jak póki co się domyślam ambitnego i najbardziej jak poczułem niejasnego oraz najbardziej jak widzę docenionego przez krytykę obrazu Antonioniego. Równie głośnego co przepełnionego i przegiętego kontekstami i symboliką, więc pozostając ze zmarszczonym czołem po niezwykłym abstrakcyjnym finale, sięgam automatycznie do źródeł i wyczytuje to, co mnie paradoksalnie w niewielkim stopniu zaskakuje. Bowiem okazuje się że zatrybiłem, choć być może jedynie podświadomie. Akcja wówczas związana z paniką i spotkaniem ze słowem wyjaśniającym wyciąga ze mnie tym samym, wszystko to co w mgle skojarzeń i interpretacyjnych pomysłów istotne i trafione, ale bez kluczowego znaczenia. To okazuje się iż po prostu artystyczny intelektualny snobizm i realizacyjnie ta pozorna nonszalancja w grze i w prowadzeniu narracji gubi właściwy kierunek i onieśmiela, a powinna mnie głupiego sfokusować i olśnić. Impertynencja perfidnego blagiera wręcz momentami, pod którą kryje się precyzja, jednako do wychwycenia, gdy mimo wszystko (w końcu) autor poda poza ekranem tropy do wyłapania, więc też typ kinowego przekazu za jakim nie przepadam do końca. Szanuje niekonwencjonalne ścieżki w myśleniu i kreowaniu ekranowej rzeczywistości przez osobliwych i erudycyjnych twórców, lecz też wymagam aby na tyle przyswajanie przelewali koncept na kadry, aby sam wysiłek umysłowy w miarę ogarniętego widza wystarczył, by ubrać metafory i alegorie w słowa. Sensów wiele, sposobów odczytywania dowolność, sprowadzona w tym konkretnym przypadku do dostrzeżenia w powierzchownym brak spójnej treści, przekazu trafnego - każdy widzi (jak ten bohater filmu) co innego i na swój sposób indywidualnie rzeczywistość przemiela. Tym przecież jest też film jako sztuka iluzji.

P.S. Właściwie to co powyżej powinno wystarczyć, ale po drodze do dziury w której goniona myszka spryciula się schowała, brzęczały mi myśli i kojarzonka, więc się jeszcze podzielę w trybie bezceremonialnie surowym składniowo, co następowało. Morderstwo jako pretekst, zagadka bez rozwiązania przejmująca uwagę i zwodząca. Bardziej archiwizacja, kronika wyglądu Londynu, przemian wizualnych i kulturowych, mentalnych z lat sześćdziesiątych. Bohaterem bardziej miasto, jako miejsce rozwoju kontrkultury - „Londyn który dopiero zaczyna swingować”. Rodzaj „peanu na cześć mody, obyczajów, muzyki, seksualności i dziwności świata”, który w zasadzie zakładam chciał Antonioni wyłuszczyć i być może potępić.” Hołd jednocześnie dla gatunku zwanego suspensem, ale z pozycji obserwacyjnej, technicznej, w żadnym stopniu emocjonalnego uwiązania w zależności, a tym samym nieintencjonalnie przyszła inspiracja dla (zgadzam się) Coppoli w Rozmowie czy De Palmy w Wybuchu. Akcja się długo zawiązuje i nie ma oczekiwanego wyjaśnienia od punktu kulminacyjnego. Narracja robi podkład pod zaskakującą tak abstrakcją, jak prostotą podkreślającą ogołoconą istotę, z interpretacyjnym twistem finalizacją. Niby to jakiś pusty przebieg, takie robi wrażenie ale czekając na zawiązanie intrygi, czuć napięcie i wisi nad tymi scenami jakiś rodzaj zawiesiny, która zagęszcza atmosferę. Surowo, a bardzo konkretnie i sugestywnie, a niby od niechcenia, śledząc jedną z kluczowych postaci. Ten aktor też przykuwa uwagę! Ten (o Eureka) z „ridleyowskiego” Gladiatora - rozpoznany (w odróżnieniu od The Yardbirds) z poślizgiem przez rysy surowe, charakterystycznie wyraziste, nadające w przyszłości aktorowi rozpoznawalność, nawet jeśli nazwisko w głowie, ze względu na przypisanie do roli z drugiego planu anonimowe. Taki to j.w. był seans do końca „o ch*j chodzi?”. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj