środa, 18 marca 2026

Lenny (1974) - Bob Fosse

 

Mierzyłem się po seansie dni ładnych kilka i zmierzyłem się z Lennym z przypadku, gdy poszukując wspólnych z Lalu filmów z przeszłości wspólnie akurat nie obejrzanych, moglibyśmy taki jeden z wielu zapewne razem obejrzeć. Pomógł dokument o Lizie Minnelli gdzieś w przestrzeni klasycznej telewizji linearnej napotkany późnym popołudniem, wczesnym wieczorem i oczywista w nim obszerna wzmianka o Kabarecie, niezgłębionego wciąż Boba Fossa, w szerszym zakresie znajomości jego filmografii. Trafiło więc na Lenny’ego tym sposobem i ustrzeliliśmy tym samym zdecydowanie w punkt dzierlateczkę pośród różnych możliwości. Trafienie tak fantastyczne ze względu na jakość artystyczną, gdzie prym wiodą znakomite aktorskie kreacje z tą oczywiście kluczową, pierwszoplanową znakomitego (być może tutaj najznakomitszego w karierze) Dustina Hoffmana, jak i estetykę którą otoczył swoja biograficzną przypowieść Fosse. Obraz z wyeksponowaną najczarniejszą, jaskrawą czernią i najbielszą, czystą bielą, a pomiędzy skrajnościami stonowane ziarniste szarości, więc wizualna strona wygląda niczym autentyczny film archiwalny z epoki, tylko podkręcony klimatem tak montażowej jak i popkulturowej awangardy. Forma, opowiadanie o opowiadaniu (zeznania byłej żony, matki i menadżera), to sam w sobie fundamentalny walor w pomyśle zawarty, a treść jaką w sobie zawiera dostarcza prócz intrygującego materiału do analizy społeczno-psychologicznej, także mnóstwo wyrazistych, pulsujących i kłębiących się emocji. Lenny Bruce bowiem okazał się postacią niezwykle interesującą praktycznie charakterologicznie i osobowościowo teoretycznie - poważnym komikiem, społecznym stand-uperem zaangażowanym obyczajowo i z rozpędu też politycznie, gdy normy funkcjonujące w otoczeniu i ich kompletne nieprzystawanie do realiów budziły usprawiedliwiony wstrząs etyczno-moralny u kogoś kto hipokryzji za tolerowany stan uznać nie był w stanie. Człowieka przez swoją niezgodę i prowokującego do myślenia, często uzasadnienie stosującego wulgarny styl bycia (gagatek uzależniony z wielkim ego, czasem okrutny, ale nie napiszę że nie bez powodu) i ze względu na wzorce współżycia społecznego zawodowego prześladowany przez establishment i przez tenże tak finalnie doprowadzony na skraj obłędu z bezradności, jak po drodze pozbawiony możliwości działania i zarobkowania, mimo że jego bezkompromisowość popularność w środowisku scenicznych komików, pół szołmenów (jak na dzisiejsze warunki) rozgłos, sukces i pieniądze w międzyczasie mu gwarantowała. Tragiczna postać wyprzedzająca swoje czasy, wielowymiarowa i nieoczywista, zmarła w kwiecie wieku po przedawkowaniu, uwikłana w sądowe batalie i tragicznie uległa ostatecznie kompletnej znieczulicy prawnej, co fenomenalnie Fosse ukazał, tak oryginalną rozwijając narrację, jak i zamykając ją wymownymi, pełnymi między wierszami współczucia scenami końcowymi. Stworzył mocne, nieco paradokumentalne, szczere do bólu emocjonalnie i artystycznie wyraziste, bezwzględnie angażujące, przede wszystkim o pełnym sprzeczności i słabości, ale bez pogardy i bez strachu przed oceną przez pryzmat własnych wad człowieku w konflikcie z obłudą - w obronie wolności słowa ważne KINO. Ważne cholernie, bowiem dotykające mnie tematycznie, bardzo obecnie osobiście. 

P.S.  „Igrać z najbardziej uświęconymi pojęciami, z najbardziej czcigodnymi uczuciami, próbować ich siły i szczerości, rozkładać je odczynnikiem uśmiechu, prowokować obłudne oburzenia, demaskujące dyskusje, wpuszczać powietrze, ośmielać do myślenia, iżby pośród walących się bałwanów zostało to, co naprawdę jest szanowane - oto zadanie, które chciałbym spełniać wedle sił moich.” - Tadeusz Żeleński-Boy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj