wtorek, 30 maja 2017

Dark Tranquillity - The Mind's I (1997)




Do Dark Tranquillity mam w zasadzie stosunek podobny jak do In Flames, czyli tej drugiej znacznie bardziej popularnej ekipy ze szwedzkiego zagłębia melodyjnego death metalu. To znaczy czasem głównie z sentymentu powrócę szczególnie do albumów z początków ich działalności, ale na dłużej niż chwilowo nie są w stanie przyciągnąć mojej uwagi. Winę za taką sytuację zrzucam na zespoły, bo ich oferta niestety nie przetrwała próby czasu, a zmiany stylistyczne konsekwentnie dokonywane wpędzały ich co raz głębiej w ślepe uliczki. Tak jak twórcy The Jester Race ostatecznie „s-korn-nowacieli”, tak DT w którymś momencie stał się nudnym powielaczem własnych pomysłów. Problemem jednak w przypadku autorów The Mind’s I w późniejszej fazie działalności nie był przerost mainstreamowej popularności, tylko niemal całkowity jej brak, co zmusiło poniekąd do powrotu do cięższego grania i przede wszystkim ograniczenia popularnych w gatunku, ale im akurat niekoniecznie posłuch zwiększających czystych zaśpiewów stosowanych w kontrze do ostrego growlowania. Spięli się Panowie kilkukrotnie i w sumie kilka niezłych albumów urozmaicanych elektroniką nagrali, lecz myślę, że jakiegokolwiek błyskotliwego przełomu nie zaliczyli. Stąd moje zainteresowanie ich funkcjonowaniem umarło i tak od może już dekady nie śledzę na bieżąco, co i w jakiej jakości serwują. Jak okoliczności sprzyjają to wrzucę sobie najczęściej właśnie krążek z 1997 roku i przenoszę się do czasów, kiedy zapomniany już Morbid Noizz od deski do deski czytałem, przy dźwiękach ekip promowanych ówcześnie przez tego rodzimego dystrybutora kilku czołowych metalowych wytwórni. W takim nieco kombatanckim tonie wybrzmi ta refleksja, z naciskiem na idealizowanie młodzieńczych czasów, kiedy gusta się kształtowały, a spontaniczność, zaangażowanie i przede wszystkim pasja popychały mnie do oszczędnego dysponowania skromnym budżetem, by tylko na nowe kasety wystarczało. Dokonywałem wtedy ekonomicznych cudów, nalewałem z próżnego i licznych przyjemności sobie odmawiałem byleby na nośniki z nowo poznanymi kapelami złociszy nie brakowało. Na The Mind’s I także odpowiednią kwotę wysupłałem i akurat tej inwestycji nie żałowałem, a z dzisiejszej perspektywy, kiedy oczywiście na tryb sprzed lat się przestawię doskonale rozumiem dlaczego. Na krążku masa ciętych riffów zagościła, sporo perkusyjnej kanonady i oczywiście nieprzeholowanej chwytliwej zabawy melodią odpowiednio skontrastowanej jadowitym wokalem. Świadome ukłony w stronę klasyki hard rocka i heavy metalu sprawnie ożenione z energetycznym obliczem kąśliwego skandynawskiego brzmienia zostały, a wszystko w klamrę spięte charakterystyczną tożsamością grupy. I nawet jeśli przy okazji kolejnych wydawnictw propozycję urozmaicali, wprawy i ogłady nabierali to w moim przekonaniu niczego, co by tak kapitalnie wiązało kąśliwe riffy, młodzieńczą werwę, muzyczną wyobraźnię, szacunek dla legend z przeszłości i wreszcie instrumentalny warsztat nie nagrali. Takie oto przekleństwo Dark Tranquillity, że stylistyka, którą praktykowali nie bardzo rozwojowa była/jest, bo w niestety w ciasnych ramach osadzona, a jak już poza te ograniczenia starali się nos wysunąć to okazywało się, że w inną spętaną schematami niszę wkraczali. Może nie było to wpadanie z deszczu pod rynnę, niemniej jednak zamiast na rozsłonecznione tereny zawędrować, oni po kilku przemoczonych latach asekuracyjnie parasol zakupili i pod nim się chroniąc nie bardzo ochotę na kolejne ryzyko przejawiali. Ustabilizowali pozycję i nawet nie dostrzegli, że to tylko była względna równowaga, która właściwie systematycznie spychała ich na margines. Dzisiaj w moich oczach stanowią jeden z bardziej reprezentacyjnych przykładów osadzenia swojej twórczości na mieliźnie, bo kilka odważniejszych prób wypłynięcia na szersze wody zakończyło się fiaskiem i finalnie powrotem w panice do macierzystego portu, w którym niby jest bezpiecznie, ale perspektyw na większą przygodę nie ma żadnych. Niewiele wiem, co u nich obecnie słychać, świadom jestem, że albumy z ich logiem na rynku się pojawiają, ale brak mi ochoty na konfrontowanie się z ich zawartością. Także zachowam się powściągliwie i swoje narzekania jak i mój entuzjazm wyłącznie w tym jednorazowym tekście wyrażę, w odniesieniu do albumu, który za zarówno początek, jaki i symbolicznie koniec ich wspinaczki uznaję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj