czwartek, 11 maja 2017

Deep Purple - InFinite (2017)




Przez modulator przepuszczony głos Gillana i za chwilę dość miękkie riffy podbite klawiszem wyraźnie zapowiadają, że ta głęboka purpura po raz kolejny jest u schyłku swojej kariery daleko od ikonicznych dokonań z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nie łudziłem się ani przez moment, że w tym zapewne już finałowym okresie swojej twórczości wykrzesają więcej ognia z wioseł zamiast zalewać faktury kompozycji wypieszczonymi solóweczkami i neoprogresywnymi klawiszami. Stąd unikam podczas odsłuchu oznak silnego rozczarowania i mogę w miarę z dystansu przez własne gusta przefiltrować zawartość InFinite nie ferując radykalnej oceny. Przecież podczas kilku kwadransów z nowym albumem purpury nie zanotowałem u siebie oznak znacznego znużenia, a nawet poniekąd obserwując odruch tupania nóżką dałem się porwać dźwiękom niekoniecznie przecież trafiającym bezpośrednio do mojego serca. Grają weterani słodziutko i nieco pompatycznie tego swojego klasycznego hard rocka z intensywnie używanymi różnorodnymi syntezatorami, tylko incydentalnie czystego, żywiołowego rock'n'rolla. Obecnie duch rocka progresywnego odgrywa w konstrukcji kompozycji niebagatelną rolę i skojarzenia kieruje w stronę Purpendicular, gdzie taka maniera osiągała swoje apogeum. I chociaż ten styl nigdy nie był i nie będzie spełnieniem moich marzeń jeśli chodzi o obraz Deep Purple to każdy kolejny kontakt z InFinite jest bezbolesny i niewiele niestety wnoszący do twórczości grupy. Miarą krótkowieczności (tak sobie z fusów wróżę ;)) nowego albumu jest fakt, iż żaden z tych dziewięciu autorskich numerów nie ma szansy by stać się ich żelazną klasyką. Jedynie zamykający stawkę fantastyczny cover The Doors ekscytuje na takim poziomie, by mógł spełnić warunki konieczne dla długiej przydatności i osadzenia się w kanonie. To smutne wielce, że umieszczając Roadhouse Blues na płycie sami sobie psikusa sprawili, utwierdzając w przekonaniu, że to co stare bardziej jare. 

P.S. Tak na marginesie dodam, że aby pozostać na topie, czasem trzeba paradoksalnie na lata ten top opuścić. Konsekwentne trwanie, systematyczne nagrywanie albumów o wysokiej jakości, lecz nie dorównujących ikonicznym krążkom niestety nie sprzyja podkręcaniu napięcia i budowaniu kultowego statusu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj