Zdaje się że szczególnie od poprzedniej płyty (Baker's Dozen), konkretnie gorący amerykański towar na scenie stonerem podkręconego psychodelicznego rocka, wydał kolejną płytę i cieszy, że tym razem zrobił to w formie klasyczniej, co w praktyce oznacza, iż zrezygnował z powielania pomysłu sprzed trzech lat, kiedy miast normalnie zebrać materiał, to wrzucał do sieci osobne single wzbogacane wizualizacjami, a posiadać je w kolekcji można było jedynie w wersji strumieniowanej, bądź jak teraz widzę jako kompilacja singli na 3 LP, za konkretną kosmiczną kwotę nabytą. Nie podobał mi się ten pomysł i do dzisiaj jestem na nich zły, że taką strategię promocyjną obrali, która w sumie nie znam statystyk, ale skutecznie mogła im nową bazę fanów napędzić - jednocześnie pozbawiając kolekcjonerów, na cd wersji. Szkoda bowiem, gdyż poprzednie wejście na rynek z nowościami, było fenomenalnym przyjściem w chwale, z samym gęstym. Gdybym teraz miał zestawiać materiały z roku 2023 z nowym krążkiem, to widzę spore różnice, a dokładnie nabicie broni kalibrem mniejszym, czyli nie kopiącym tak mocno eksperymentami, a może rozdrganą i transowo hipnotyzującą psychodelią, która przejęła pole od bardziej tradycyjnego stonera. Na House of Mirrors wydaje się, iż bliżej jest do wcześniejszego grania, choć nadmienię, że absolutnie Baker's Dozen nie zatracił cech charakteru All Them Witches z przeszłości - doskonale wiążąc odjechanie z szlachetnym do stonerowego piachu i bluesowych, czy country-folkowych inspiracji przywiązania. Dzisiejsze studyjne zdradza symptomy ciągłego dojrzewania, gdy czuć że jego wartość wzrasta z każdym przesłuchaniem, bowiem aranżacje nie są od razu w pełnym słońcu i swoim blasku dostrzegalne. Brakuje ewidentnych killerów, przebojów, mimo że całość to nie tylko wyważone, zwolna się rozwijające, momentami eteryczne akcje akustyczne. Dynamiki płycie nie brakuje, ale jej moc regulująca odczuwalna właśnie wówczas, gdy płyta wsączy się w układ krwionośny słuchacza i zostanie z czasem w krwioobiegu rozprowadzona. Ona od człowieka sporo wymaga, ale odwdzięcza się w nawiązką, gdy się wpije i okaże się ku jego zdumieniu, że z pozoru monotonne, asekuracyjne wręcz strun szarpanie, to nie bezpieczna strategia, a szczwane i ambitne zarazem z fanem się przekomarzanko. Powstał tym samym album który podsumowując wpierw budzi poczucie niedosytu, pozornie płaską, ascetyczną fakturą, a jak się okaże z biegiem odsłuchów, dalej mega intrygującą pozycją z kategorii wbijamy w dojrzałość aranżacyjną na pełnej, by na uznanie sobie cierpliwie poczekać. Bowiem House Of Mirrors być może jest mniej obfity w mistycyzm poprzednich singlowych nagrań, ale za to kapitalnie odprężająco buja, nie tylko genialnymi fragmentami, ale z pietyzmem przygotowanymi aranżerskimi arcydziełami. Oni są fenomenalni i w lidze psycho-blues-stonera stoją pierś w pierś z największymi dzisiejszymi, szeroko rozumianego gatunku załogantami, gdzie jako habilitanci QOTSA, a za ich plecami takie ekipy z doktoratami jak Lonely Kamel, Graveyard, The Black Angels i Royal Thunder. Proszę mi wierzyć. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz