Trafiłem kilkanaście tygodni temu na kluczowe rozbudowane info, że pojawiło się takie z Wysp Brytyjskich objawienie i ja zaintrygowany luknąłem, zgadzając się finalnie, że z mega oryginalnym tworem mam do czynienia. Jestem również nieco zaskoczony, bowiem jakiś czas temu, gdy jeszcze nie próbowałem post punka intensywniej, to nie pomyślałbym, że taki stylistyczny flow mnie poniesie. Debiut Maruja osiada może nie z miejsca, lecz jego specyficzny VIBE wkręca się w głowę - ustawicznie domagając się mojej głowy drenowania. Kompozycje powiązane są wspólnym mianownikiem podkreślonym, w którym sekcja dęta odgrywa rolę kluczową. Gatunkowo usadawia się w wymienionym postpunku, lub z niego wypływa, bowiem nie idealnie w ramy się w finalnym kształcie wpasowuje. Nazwanie go hard core'owym spiritual jazzem (doczytałem) zdaje się trafione, gdyż łączy duszny gniew, zinternalizowaną i oswojoną wściekłość, z naturalnymi w świecie ambitnej ekstremy, wycieczkami w kierunku tak komplikowania struktur rytmicznych kakofonicznymi nieco odjazdami oraz klimatycznymi subtelnościami, niestojącymi z wymienionymi mimo pozorów w sprzeczności - budowaniem napięcia, pozwalając temuż eksplodować zgiełkiem. Swoją istotną rolę odciska też na repetywnych, hipnotycznych w odczuciu numerach skandowany, melorecytowany wokal, przechodzący skrajnie w bolesne jęki i pełne stroskanej uczuciowości zaśpiewy. W tekstach dotykając istotnej problematyki, rozwija przekaz zaangażowany - protestu i buntu. Dudni radykalnym, apokaliptycznym słowem i dla kontrastu czule otacza rodzajem muzycznego przemieszania nietypowych składników dźwiękowych. To rodzaj "hałasu", jaki wywołuje nie tylko wściekłe emocje, lecz równie często powoduje kontemplacyjne skupienie - inne, bowiem z kategorii mi dotąd nie bardzo znanej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz