wtorek, 6 października 2026

Le beau Serge / Piękny Sergiusz (1958) - Claude Chabrol

 

Kiedy nieśmiało, po latach obwąchiwania tematu, wreszcie wcisnęło się z pełną powagą i odpowiedzialnością stopę w drzwi z napisem „FRANCUSKA NOWA FALA”, a ta stopa zachęca mimo wszystko (niechlujny ten debiut Goddarda :)) drugą stopę do przejścia za próg, to idąc na głosem współredaktorki kontekstowej, która w międzyczasie już kolejne tytuły obczaiła - po prostu pora sprawdzić „Szabrola”. Lalu startowym Goddardem nie kryła rozczarowania, ja natomiast świadomym, na pełnej prowokacyjnym jego improwizowaniem zostałem zaintrygowany, lecz gdy usłyszałem sporo komplementów względem bardziej współczesnym naszym czasom pracom Chabrola, to zaproponowałem porównanie obydwu debiutów i nie kryję, że mam mieszane odczucia, po posmakowaniu zupełnie rożnych wizji „nowej fali” - jakie w przypadku obydwu artystów miałem okazję skosztować. Nie trybie gdzie tu wspólny nowofalowy mianownik (bardzo proszę mi wyjaśnić), bowiem jak Goddard faktycznie idzie pod prąd, to Chabrol sumiennie odrabiając lekcje, częstuje klasycznym w budowie, mocno archaicznym (być może na pozór) dramatem, jakiemu poniekąd bardzo blisko do hollywoodzkich produkcji ówczesnych - fakt, przełamujących pod względem autorskiego czucia dramaturgii archaiczne stereotypy, ale ogólnie uzyskujący podobne do klasycznych nabrzmiałe od emfazy treści. Psychologicznie otwarte na nowe prądy i inaczej odczuwające ludzkie dramaty (szczególnie te młodzieńcze), jednocześnie stosując metodologię i techniki aktorstwa prze-teatralizowane. Tak spostrzegam Pięknego Sergiusza, choć inne niż amerykańskie w nim okoliczności miejsca. Małomiasteczkowa mentalność skonfrontowana z myśleniem otwartym na kulturalne i intelektualne rewolucje w myśleniu, powojenne problemy kapitalistycznego społeczeństwa starte z osobowością „dobrego Samarytanina” z oczywiście trafionym opisem kompleksu Chrystusa. Niby jeden francuski świat, a dwa sposoby bycia, gdy postawić przed lustrem obrazy sportretowane przez Chabrola i Goddarda. Tutaj dylematy moralne, etycznie „lewicujące” akcje w środowisku ludzi tkwiących za przeproszeniem głęboko w odbycie. Pompatycznie przesadnie, ale i wprost brutalnie autentycznie, co może sobie przeczy, ale czułem w tym kinie tarmoszenie się z inspiracjami, tkwienie jedną nogą w prądach w sztuce humanistycznych, a zarazem kurczowe trzymanie ręki podawanej przez standardowo rozumiane podkręcanie emocji, stąd ból duszy bohaterów nie taki klaustrofobiczny jakbym oczekiwał. Oczekując raz formy rewolucyjnej i spostrzegania ludzkich burz wewnętrznych bez teatralnych manieryzmów. Co dziwne, bowiem podobno odsada bardzo warsztatowo była surowa, a zagrała jakby nazbyt mocno zapatrzona była w kino jakie sama w zaciemnionych salach wchłaniała, a Chabrol to kalkowanie przez filtr tego czego oczekuje przepuścił, więc jak na obraz zapoczątkowujący rewoltę, niewiele z nią ma wspólnego. Uznaję że nieśmiałe to bardzo realnie kino patrzące w dal. Będąc przekonany że jeden do jednego prawie, Jamesa Deana francuskiego dalej u Chabrola nie zobaczę. :)

P.S. Na marginesie proszę pamiętać, iż kinematografia francuska w tym samym mniej więcej czasie zaczynała z sukcesem celować w komedyjki sytuacyjne i miłosne, więc misz masz był się rozkręcał w środowisku bogaty. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj