wtorek, 18 marca 2014

Shame / Wstyd (2011) - Steve McQueen




Oscarowy Zniewolony skusił w końcu do zapoznania z obcą z autopsji, jednak ustawicznie krążącą gdzieś w pobliżu moich zainteresowań gatunkowych twórczością Steve'a McQueena. Na pierwszy ogień Wstyd, a już czeka Głód by wkrótce się z nim skonfrontować. Czym prócz wstydliwej tematyki w obszarach tabu funkcjonującej reżyser widza chce zainteresować? Konesera kina bo z pewnością obraz to tylko i wyłącznie dla tych co czytać między wierszami potrafią, bezpośrednią wizualną sugestie przez pryzmat symboliki zanalizują, a w filmowym warsztacie rolę wspaniałych ujęć i wyrazistej muzyki docenią. Dla nich to produkcja do pełnych elokwentnych interpretacyjnych konkluzji prowadząca. Tu forma w jaką treść ubrana rolę nadrzędną pełni, z niej perswazja płynie by artystyczną, intelektualnie wzniosłą deliberacje przeprowadzić. Mnie obcy po seansie zachwyt niczym niezmącony - pomimo, że sens głęboki w treści tutaj odnajduje, wyjątkowo ciekawe potraktowanie tematu relacji międzyludzkich w świecie martwicy empatii zauważam, uzależnień od substytutów potrzeby zaspokajających czy egoistycznych ludzi maszyn na sukcesy zaprogramowanych dostrzegam. Są takie obrazy co artystycznie estymę wzbudzają, jednak cechą im immanentną ta maniera co poczuć pełnej satysfakcji nie pozawala - właśnie tak Wstyd odbieram, w takich kategoriach finalnie go odnajduje i oceniam - bliźniacze odczucia Samotny Mężczyzna Toma Forda wzbudził, ale o nim pewnie w przyszłości jeszcze coś napiszę.

2 komentarze:

  1. Średnio szczerze mówiąc podobał mi się ten film ale podoba mi się podejście autora do niego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Autora bloga znaczy? Jeżeli tak - autorowi bardzo miło ;) że nie nie jest samotną wyspą pośród tych co tym obrazem zachwyceni.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj