Słuchaweczki na uszkach Mariuszka i seans z kategorii guilty pleasure zainicjowany, po tym jak kilka odsłuchów na zestawie stereo się odbyło, by móc cokolwiek swojego dodać, bądź powielić zdania powszechne o jakości Mule - nowym krążku Pana "kofboja". Na okładeczce materiału Pan "kofboj" cały w bieli, jedynie w gatkach, t-shircie i kapeluszu, na stołku siedząc i eksponując tatuaże. Całkiem spoczko pomysł na cover art, gdy swój wizerunek buduje się w oparciu o kontrast twardziela i wrażliwca - typa z gołębim sercem, który w razie potrzeby zakipi adrenaliną i testosteronem. :) Teraz właśnie sobie pomyślałem, iż niedawno z życiem rozstawszy się ikona stylistyki w osobie Dolly Parton z pewnością Orville'a sztukę znała i mocno chłopakowi kibicowała, bowiem jako chyba nieliczny potrafi wyprowadzić oparte o tradycje country music poza szeroki, lecz jednak zamknięty obieg amerykańskiej fun bazy. Ja na przykład Orvilla szanuję i nie wstydzę się tej sympatii, ponieważ odbieram człowieka nie tylko jako artystę gatunkowego, ale kompozytora i wokalistę z o wiele szerszym kontekstem inspiracji i ambicjami wprowadzenia do klastycznej estetyki elementów jakie zarazem skojarza taka nutę z archetypem westernowym, ale i dodadzą jej dodatkowych walorów, jakie taki typ jak ja, nieznoszący z zasady miałkiego country, ale zdający sobie jednocześnie sprawę z wartości jaka pulsuje w finezyjnym, z duszą znaczy i POLOTEM country zagranym. W tym momencie konieczne zaznaczenie się wciska, iż country to muzyka jednak bardziej duszy - smutku i bólu, niż typowej zabawy, a Orville jak niewielu potrafi korzystać z jej charakteru, by opowiedzieć najbardziej intymne historie własne. Otworzyć się i wydrenować z siebie emocje oraz uczucia druzgocące, przyznając się że za maską (no chyba że podczas napadu na dyliżans jest inaczej :)), niemal zawsze ukrywa się gigantyczna wrażliwość. Wrażliwość jaka broni dostępu do siebie, póki nie zostanie obnażona silnymi impulsami z zewnątrz, bądź wewnętrznymi demonami brutalnie poszarpana. Wówczas ból na wierzchu, w ekstremalnym ciągu autodestrukcyjnym, o czym Orville zdaje się na Mule opowiadać niezwykle poruszająco i ja mu wierzę, poklepując po plecach dodając siły, najbardziej empatycznie jak tylko jestem w stanie. Jednak nie sięgnąłbym po Mule, gdyby wyłącznie człowiek opowiadał słowem przekonująco, a muzyka nie nadążała za mocą liryczną. Dlatego dawać do zrozumienia nie chcę, iż to przede wszystkim słowa w miejsce gdzie rozbrzmiewa Mule przyciągają, bo kolejny album śnieżno-białego "kofboja" jest zarazem bardzo przewidywalny (fundament ten sam co zawsze), ale zakres poszukiwań muzycznych zamaszysty, bowiem smaczków tutaj w brud - małych dźwięków, bardziej wyrazistych motywów, pomysłów tak samo nieco rewolucyjnych, jak i bez hamulców, filtrując jedynie dobrym smakiem korzystanie ze skojarzeń z największymi w branży - od salooonowych przyśpiewek, przez Elvisa, wiadomo Johnny'ego Casha, po folkowych i rockowo-folkowych asów tak sprzed lat, jak i obecnie wciąż prezentujących najwyższy poziom. Poza tym jak Orville mruknie, to mam ja po prostu ciary, a taki życiodajny wpływ na własny układ nerwowy trzeba respektować!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz