sobota, 28 marca 2026

Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej (2025) - Emi Buchwald

 

Wciąż względnie młody, ambitny twórco sztuki filmowej, jeśli posiadasz ciekawe życiowe doświadczenia, jak i przez naturę i odpowiednio inspirujące środowisko doskonale przystosowany do spostrzegawczej obserwacji i analizy zebranego materiału umysł empatii niepozbawiony oraz zdajesz sobie naturalnie sprawę z tego, że klucz do sukcesu artystycznego, to przede wszystkim dobranie do realizacji zamysłu utalentowanych i samodzielnie też czujących i myślących współpracowników, a kasa niekoniecznie się na produkcję zgadza, ale jest w wymiarze podstawowo wystarczającym, to zakasuj rękawy i daj się poprowadzić intuicji, bowiem fart wystrzelający twoją pozycję w branży może czaić się tuż za rogiem, więc czym w sumie ryzykujesz, kiedy serducho do pracy jest głównym motorem napędowym. Przebijesz się albo nie, czasem to losowa kwestia, ale nawet jeśli dostrzeżony na poziomie ogólnokrajowego hałasu nie zostaniesz, to nie wierzę że dysponując energią, charyzmą sam sobie przy okazji nie sprawisz największego z możliwych prezentów, czyli robiąc wszystko z gigantycznym zaangażowaniem satysfakcji nie sprawisz - o zebraniu praktycznego dorobku kompetencji nie wspominając. Piszę to co powyżej, bowiem myślę czasy ogólnie sprzyjają osiąganiu rozgłosu i nie trzeba koniecznie obniżać totalnie standardów intelektualnych aby stać się rozpoznawany, bowiem równolegle szerokiej autostrady kompletnego deprecjonowania czy wręcz patologizacji treści, rozpościerają się możliwości tej wacie stawiania niekoniecznie bezpośredniego odporu - z głową podniesioną uzasadnienie, podróżowania terenami gdzie wartościom w nowoczesny/nośny, a przede wszystkim w szczerym tonie można pomagać przetrwać. Brzmi to może mocno wyniośle, ale uważam że w kinie dzisiejszym jest tak wielu młodych, szczególnie wrażliwych i niebanalnie spostrzegających rzeczywistość kandydatów na przyszłe wartościowe jako dobre przykłady ikony branżowe, że pomimo w obliczu od groma możliwości do działania jednak praktycznej standaryzacji przekazów, przestrzeń dla nich absolutnie się nie skurczyła. Tym bardziej że Polska rzeczywistość wciąż póki co nie jest jeden do jeden odbiciem zmanierowanych często całkowicie trendów zachodnich, a w sposób charakterystyczny dla realiów środkowej Europy łączy praktyczny wymiar intelektualnych, emocjonalnych poszukiwań, z jego poszanowaniem dla rozwijających się idei humanistycznych. Mówię o tym, iż to co ostatnio widziałem w rodzimym kinie tworzonym przez nowych artystów, to nie jest tylko sztuka dla sztuki czy idea dla idei (popisywanie się intelektualne), tylko bardzo głęboka analiza wiążąca błyskotliwość i intymność, w jedną formę użyteczną dla poznania przez widza tak siebie samego (rozpoznawania mechanizmów własnego psychologicznie wrzącego wnętrza), jak i zdolności oceniania zachowań czy reakcji postaci z otoczenia, nie wyłącznie przez pryzmat osobistych odczuć, przeżyć, mechanizmów, procesów. Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej jest wszystkiego powyższego znakomitym, wręcz akademickim przykładem, choć nie jest przecież niczym wyjątkowym, gdyż podobnie napisanych i doznawanych historii kreatywna, po odpowiednim warsztatowym przygotowaniu starsza już i młodsza młodzież nasza udostępnia wiele, ale dopiero teraz po skosztowaniu tej esencji tendencji myślę do mnie dotarło, że być może od czasu jakiegoś jestem świadkiem decydującego ewoluowania polskiej nowej szkoły filmowej, która oczywiście czerpie z najlepszej tradycji kina psychologicznego czy społecznego, ale w zupełnie nowy, raz bez kompleksów, dwa autentyczny, niezmanierowany i trzy co mnie najbardziej cieszy, zaskakująco empatyczny, dogłębnie i dojrzale analityczny sposób wprowadza go w świadomość wkraczających w dorosłość, przytłoczonych przez przebodźcowanie widzów (pozwala się zatrzymać i utożsamić), ale i tym w moim wieku otwiera często oczy bardzo szeroko na sposób w jaki współcześnie egzystencjalne wyzwania contennialsi reagują - czego być może bym nie widział, a tym bardziej rozumiał, gdyby młode, bardziej rzeczowe niż estetyczne ich kino by mi nie pokazało.

P.S. Przepraszam że we właściwym tekście nie znalazły się właściwe treści. Przepraszam że zamiast skupić się na pochwalenia walorów każdej z aktorskich kreacji, tak pod względem autentyzmu jak odważnego totalnego odarcia z emocjonalnej intymności i ukazania jej wrażliwości (każdej indywidualnej), to ja wdałem się w refleksje ogólne. Przepraszam że nie zauważam tego ogólnie co warsztatowo, formalnie uwagę przykuwa (oryginalnie zatytułowane rozdziały - ich mnogość i różna długość), co też dotyczy sedna przesłania, przekazu czy po prostu dla równowagi doskonałego poczucia humoru (fajne przerysowanie Benka i Franka) w przejmującym przecież dramacie rodzinnym i indywidualnym każdego z członów rodzeństwa (tak, każdy inny, osobliwie osobny). Przepraszam wreszcie że nie wytłuszczam tam motywu fantastycznego, realizmu baśniowego czy samego wątku mieszkania (tak się składa że kojarzy mi się ten zabieg z tym co teraz przecież zrobił tez Trier) oraz nie wychwytuje każdego elementu tak sympatycznie przystępnie nawiązującego do podstaw psychologii relacji w oddziałujących podczas okresu adolescencji małych grupach społecznych. Zrobiłem to przecież właśnie poniekąd teraz, dodając na finał ogromne uznanie dla Emi Buchwald i współscenarzysty Karola Marczaka, że tak wzruszająco, autonomicznie pozwolili każdej z postaci dojść do sedna własnych problemów i wyciągnąć im konstruktywne wnioski. Każdy z nas przecież zna SIEBIE najlepiej i potrzeba tylko przestrzeni, komunikatu zwrotnego bez pretensji i dyskretnej troski abyśmy się sami zrozumieli i nauczyli żyć w harmonii w sobie i symbiozie na zewnątrz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj