wtorek, 24 marca 2026

Lamb of God - Into Oblivion (2026)

 

Owieczka Boża trwa i trzyma się własnego stylu, tyle by wystarczyło by opisać nowy krążek NIEbardzo młodego i pięknolicego ale wciąż potwornie energetycznego Randy'ego Blythe'a i jego wiekowych już ziomów. Żeby grać od ćwierć wieku wciąż umownie określany modern thrash, jaki czasem bardziej, momentami mniej ma wspólnego z thrash core'm czy hard core'm, to trzeba mieć potęgę siły i mocy, nie mniejszą niż miał komiksowy He-Man, bowiem jest to konkretnie fizycznie wymagająca działka. Skład Lamb of God kompletnie nie ma czego się w tym kontekście wstydzić, bo szarpanie strun i okładanie zestawu perkusyjnego oraz darcie mordy wychodzi im potężnie, z impetem zmiatając to co trzeba i kogo należy z powierzchni. Czym się jednak świeżo, mało-świeży album rożni od poprzedniczki i czy w ogóle tutaj jakiekolwiek przemiany zaszły, to ja nie jestem pewny. Słyszę jednak iż po przebojach w życiu prywatnym narwańca Randy'ego i po istotnej zmianie w składzie (gary), obecnie LoG okrzepli i jak po początkowym zadowoleniu z klasy Omens przyznam iż z rzadka do niej wracam (nie wiem czemu), to czuję że nomen omen Into Oblivion przynajmniej przez jakiś czas nie powtórzy przykładu poprzedniczki. Wszystko zdaje się być na swoim miejscu, współczynnik każdej stylistycznej cechy nuty LoG jest na poziomie bardzo zadawalającym, kompletnie nie zaskakującym, natężenie jebnięcia w kontekście ciężaru i precyzji napier-da-lanki to jest to to czego od nich oczekuję, a i czasem (w sumie jak od pewnego czasu zawsze) wyskoczy coś umilająco-urozmaicającego - podoba mi się ten El Vacío. Krążek jest tak samo agresywny jak motoryczny oraz pielęgnujący własny "owieczkowy" styl, więc pojawiają się pośród często wybitnie dobrego, impulsywnie melodyjnego czy nie stroniącego od nieco zakręconych breakdowów riffowania, także czyste popisy gitarowej po prostu ekwilibrystyki. Są one jednak podporządkowane nadrzędnej idei, aby przy tych kawałkach dawało się najbardziej możliwie efektywnie pomachać banieczką i ja zawsze gdy "owieczka" jest rytualnie składana w ofierze thrashowemu BÓSTWU, szyję własną poddaję sprawdzianowi. Coś przeskoczy czy nie daj PANIE wyskoczy - się obawiając, więc k***a ostrożnie! Teraz z mordą uchachaną, natenczas na cały niemal gwizdek pod akompaniament kapitalnego, częściowo szeptanego bangera A Thousand Years. No!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj