sobota, 13 lipca 2019

Carcass – Necroticism: Descanting The Insalubrious (1991)




Co ja tam jako szalikowiec retro rocka wiem o technicznym death metalu? :) Tym bardziej że zanim się kiedyś, dwanooo na dobre w death stylistykę wkręciłem, to już inne gitarowe brzmienia i gatunki około metalowo-rockowe w sporym stopniu odciągnęły moją uwagę. Zdążyłem wówczas, a było to w połowie lat dziewięćdziesiątych liznąć jednak nieco tematu i do dzisiaj chylę czoła przed geniuszem takich czołowych nazw jak Death, Nocturnus, Pestilence, Sadus czy Atheist. To akurat odłam który rewidował odważnie pojęcie death metalu, eksplorując z powodzeniem tereny dalekie od metalowych i wpisując z nich wątki do śmierć metalowej formuły. Niewiele natomiast mnie akurat interesowali fanatycy zdecydowanie brutalniejszej ścieżki (nie deprecjonując, tym bardziej nie hejtując!), stąd Suffocation, Immolation itp., a nawet poniekąd najbardziej kultowi spośród nich czyli Morbid Angel do zdobycia tylko powszechnej wiedzy o swoich dokonaniach i poprawnej znajomości krążków mnie zmobilizowali. Ogólnie z jankeskim death metalem krótko się obwąchiwałem i tak jak powyżej donoszę względnie dobrze obeznałem się jedynie z tymi ekipami, które nie uciekały wyłącznie w blastów obsesje. Po cholerę taki przydługawy wstęp drukuje, gdy o krążku brytyjskiej kapeli będę pisał? Po to ano, aby móc teraz napisać, iż zawsze więcej dla siebie czerpałem z eksploracji sceny przede wszystkim szwedzkiej, ale i również tej wyspiarskiej. Ponadto jak pomyśle o Necroticism, a szczególnie kiedy krążek zacznie ponownie hulać w stereo, to słyszę w tych ośmiu rozbudowanych kompozycjach oprócz resztek spuścizny grindowej, po pierwsze wpływy amerykańskich i europejskich pionierów technicznego thrash-deathu, ale i (uwaga petarda! ;)) inspiracje harmoniami melodyjnymi wprost z płyt np. Bolth Thrower. Nie będę spisywał tutaj historycznych faktów związanych z powstawaniem Necroticism i ograniczę się wyłącznie do wspomnienia oczywistych dla maniaków oczywistości, że był to album przełomowy dla Carcass, gdyż po dwóch krążkach zatopionych w stylistyce gore-grindowej zespół istotnie zmienił oblicze kierując swoje poszukiwania twórcze w stronę właśnie nieortodyksyjnego deathu. W numerach pojawiły się całkiem wyraźne struktury melodyczne oraz progresywny charakter prowadzenia muzycznej narracji. We wstępach charakterystyczne samplowane introdukcje, a po nich finezja pełną gębą, czyli wirtuozeria gitarowej faktury ze sporadycznymi wybuchami wściekłych blastów w towarzystwie jedynego w swoim rodzaju warkotu Jeffa Walkera. Z ogromną energią, lecz w miarę powściągliwie z szaleńczymi galopadami, bo przede wszystkim w tempach średnich z precyzyjnym wyeksponowaniem niebanalnej, często rozedrganej rytmiki i kapitalnie wplecionych w formułę fantastycznych solówek. Z przyprawionymi cierpkim humorem mrocznymi tekstami zgłębiającymi ciemną stronę ludzkich zachowań - z rozmaitymi zaburzeniami i dewiacjami jako obowiązkowym punktem lirycznego programu. Milowy krok w historii grupy i niestety ostatni taki z którym mnie w pełni po drodze, bowiem mimo, że Heartwork też posiada swoje istotne walory, to w moim przekonaniu niestety za szybko zamknął muzykom możliwość bardziej wyczerpującego wykorzystania potencjału tkwiącego w pomyśle z Necroticism. Myślę w tym miejscu o tym, że pomiędzy tymi materiałami była masa wydajności do wykorzystania i przestrzeni do zagospodarowania, której ani wówczas, ani tym bardziej obecnie nie są w stanie zgłębić, przetrawić i zsyntetyzować w postaci ekscytującej - co Surgical Steel definitywnie udowodnił. O tym szerzej jednak za czas jakiś, gdy autopsji Heartwork  i powrotny krążek zostanie poddany. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj