Wymarzyłem sobie nieco inny nowy MH. Wyśniłem taki który bardziej zerka w kierunku ambitniejszej formy nu metalu - taki dokładnie, jaki zaproponowali na singlu, którego ostatecznie ku mojej rozpaczy nie uświadczyłem w programie Of Kingdom and Crown. Circle the Drain to był w moim przekonaniu strzał w dziesiątkę i numer ponownie skupiający moje zainteresowanie ewentualnie na tym co w przyszłości nagrają. Dwa ostatnie longi spuściłem w sedesie i nie jest mi wstyd, że zrobiłem to może odrobinę pochopnie, gdyż totalnie żadne nie były, ale uczciwej wobec fanów koncepcji w nich się nie dopatrzyłem. Tak więc liczyłem za sprawą świeżego materiału na mocne odbicie, by wraz z rozwojem sytuacji pesymizmem zastępować entuzjazm, a jak się teraz okazuje, dostałem zestaw piosenek bardzo na tak. Materiał mimo iż nie wprost zaspokajający moje oczekiwania, to jednak taki, który to wprost wpisuje się pomimo wszystko w pomysł na progresywny melodyjny thrash, lub jak kto woli metal core, w jeszcze bardziej epickiej formule. Pierwotne kontakty z poddawanym subiektywnej analizie obiektem przynoszą skojarzenia ze szczytowymi epickimi osiągnięciami ekipy dowodzonej przez Robba Flynna, czyli krążkami od wydania Through the Ashes of Empires do Unto the Locust. Kolejne drążące temat jeszcze głębiej odsłuchy doprowadzają mnie jednak do przekonania, iż Of Kingdom and Crown idealnie wpisałby się w przestrzeń pomiędzy The Burning Red, a genialny album z 2003-ego roku. Systematyczne obcowanie tylko pogłębia to odczucie i już jestem niemal w stu procentach gotowy bronić powyższej tezy, gdyby w atmosferze oczywiście przyjaznej dysputy ktokolwiek sygnalizował ochotę podważania jej zasadności. Obecnej ekipie Robba udało się bowiem (tak myślę) skutecznie ożenić mięsisty groove z progresywnym aranżacyjnym zacięciem i te dwie cechy charakterystyczne dla wymienionych dopełnić walorem interesującego riffu i refrenowej przebojowości, czyli wspólnymi atrybutami owych. Jeśli już jestem przy ekipie to jasne że należy wspomnieć kto tam teraz rzeźbi na jednym z wioseł. Nasz człowiek na tym legendarnym pokładzie, Wacław Kiełtyka, nie byle kto w polskim death metalu czy bardziej współcześnie groove metalu. Jednak MH to inna liga niż Decapitated, do czego "nasz" człowiek sam się przyznaje. Totalna profeska nawet na tle metodycznej filozofii macierzystej formacji Kiełtyki. Gigantyczne wymagania ale i komfortowe warunki pracy - nic tylko korzystać i spieniężać ten swój osobisty niewątpliwy sukces. :) Wracając jeszcze na finał do zawartości Of Kingdom and Crown, jest bardzo różnorodnie i to mnie najbardziej przekonuje. Siarczyście, galopująco z riffami ostrymi i ciężkimi, ale i kapitalnie na efekt oddziałuje dramaturgia aranżacyjna, jakiej główna część składowa to heavy solówki i odpowiednio okraszone wyobraźnią pomysły, chwytające się emocji w melodiach, jak i w znacznie obfitszych w agresję ekstremalnych frazach. Do tego Flynn w wokalnej formie wysokiej i dzięki temu słucham teraz najlepszej płyty MH od lat i nawet jeśli nie mam tego czego oczekiwałem, to to co otrzymałem zupełnie i z każdym odsłuchem jeszcze mocniej mnie satysfakcjonuje. Zaskakując jednocześnie!
środa, 31 sierpnia 2022
wtorek, 30 sierpnia 2022
Soulfly - Totem (2022)
poniedziałek, 29 sierpnia 2022
Cassandra's Dream / Sen Kasandry (2007) - Woody Allen
Nie całkiem allenowska historia - precyzyjniej nie w pełni formuła jaką Allen przez lata preferował. Bardzo w tym przypadku brytyjska oczywiście, bowiem obsada potrafi zdziałać nawet więcej, niż charakterystyczne dla ziemi anglosaskiej lokacje. Zagrane jest to z biglem i w pełni naturalnie, bo młodych wówczas Ewana McGregora i Colina Farrella, niewątpliwie aktorsko utalentowanymi sukinkotami można nazywać. Oglądałem i odczuwałem iż jest w tym maniera Mike'a Leigh (Sekrety i kłamstwa) i pewnie jeszcze kilku brytyjskich mistrzów gatunku, bowiem rys dramatyczny ponad standardowo komediowy charakter został wyeksponowany. Oczywiście trudno by wiedząc kto za tym stoi, w autorstwo Allena nie uwierzyć, gdyż (uwaga zmieniam front) pomysł na motyw kulminacyjny i zarazem właściwy zakręt dla tej historii, to pomysł który bezdyskusyjnie mógł urodzić się w umyśle rozpoznawalnego od czołówki reżysera. Rodzina lojalność, młodość, szansa by złapać okazję na lepsze życie i warunek, który kompletnie zmienia sytuację i zdecydowanie może przemodelować dalsze życiowe losy. Bicie się z myślami, trochę stawiania pod ścianą i konfrontacja zdrowego rozsądku, moralności i z drugiej strony otwartych drzwi do bardziej obiecującej niż typowo powielającej rodzinne schematy egzystencji. Kilka ciekawych zmiennych i deliberacja, w mimo wszystko rozrywkowej jednak formule o wartościach. Kapitalna rozkmina poczucia winy, wrażliwości vs. osobowości pozbawionej skrupułów, bowiem nastawionej na ślepą realizacje celu. Jeden slaby drugi twardy a finał o zgrozo, banalnie he he zaskakujący. Rok 2005 (Match Point) i 2007 właśnie, w twórczym życiu Woody’ego uznaję za rewelacyjny. :)
niedziela, 28 sierpnia 2022
Fried Green Tomatoes / Smażone zielone pomidory (1991) - Jon Avnet
piątek, 26 sierpnia 2022
Elvis (2022) - Baz Luhrmann
Oczywiście jak zawsze, powiem co mam powiedzieć prosto z mostu! Baz Luhrmann to bezdyskusyjnie z wysokiej półki spec od ekranowego szołmeństwa. Wiadomo, choreograficznego i kostiumowego przepychu i jak niestety ostatnio udowodnił, wznawiając historię Wielkiego Gatsby’ego, też tandetnego efekciarstwa w postaci komputerowo wygenerowanych obrazków, niby ubogacających efekt i odbiór. W klasycznym od strony merytorycznej biopicu Elvisa, wrzucił wszystko z czym jest kojarzony, ale to przyklejone do firmowanej formy efekciarstwo (co mnie zaskakuje) nareszcie jest ze względnym (dyskusji pewnie nie unikniemy :)) smakiem przemycone i nie stanowi osi centralnej, choć dynamika, energia - rytm i flow, to kluczowe elementy prawie trzygodzinnej ekspozycji. Luhrmann warsztatowy kierownik zamieszania, jest tu w stu procentach sobą, ale też sobą takim jakim chciałbym, by częściej bywał. Miałem długo mnóstwo wątpliwości - najpierw powstrzymujące przed zaakceptowaniem Luhrmanna jako Presleya biografa opory. Potem jednak one nieco zmiękły, bo premierowe recenzje wykluczały przerost natężenia cekinowego kiczu, nie wykluczając przecież jego obecności, bo jak niby robić szoł o Elvisie bez ichże uwzględnienia. Tylko że Luhrmann tym razem pogodził rollercoasterową rozrywkę z barwnym ale i mrocznym psychologicznym dramatem, będącym właściwie u fundamentu tragiczną historią życia wrażliwego artysty. Jego klasycznego lotu ku sławie i upadku pod jej ciężarem, by odrodzić się jak Feniks z popiołów, po czym ostatecznie już spłonąć w oślepiającym blasku wymagającej heroicznego wysiłku estrady i w konsekwencji lekomańskiej paranoi. Rola Austina Butlera oczywiście mega, na scenie (w imponujących inscenizacyjnie fragmentach), w ruchu wręcz po wielokroć mega i już tak wielu tak wielu o jego fenomenie napisało w zachwycie, że ja się pod tym tylko podpisuję. Najważniejsza jest jednak muzyka, dzięki której Król wbrew swoim obawom żyje i żyć będzie. To ona nadaje tempo, buduje klimat i określa nastrój narracji. Płynące w żyłach Afroamerykanów blues i gospel, które stworzyły postać Elvisa, a on sam dzięki gigantycznemu talentowi dopisał do niej treść, a historia finalnie zasłużoną mitologię. Muzyka intensywnych skrajnych emocji, doprowadzająca tak do krwi wrzenia jak melancholijnych uniesień. Buntownicza i z duszą, bo rewolucyjna w kontekście kulturowym, niepoprawna politycznie prowokująca oburzenie prawicowych białych hipokrytów, ale i autentycznie poruszająca. Natomiast cholera wie ile w tym scenariuszu prawdy historycznej, a ile wygładzonej "prawdy" na sprzedaż. Ja wiem z pewnością ile tu energii. Mnóstwo! Wiem też że puenta piękna i ogólnie kapitalne widowisko - niby takie miało być nic, a wyszło WSZYSTKO! I ja jestem pod WRAŻENIEM.
czwartek, 25 sierpnia 2022
All the Pretty Horses / Rącze konie (2000) - Billy Bob Thornton
Sprzed dwóch dekad obraz, na podstawie powieści Cormacka McCarthy'ego i w reżyserii Billy'ego Boba Thortona, w dodatku w doskonałej obsadzie. Nazwiska jakie tu grają, to obiektywnie znakomite zarówno ówczesne gwiazdy pierwszego i drugiego planu, natomiast z mojej perspektywy tytuł który nie rozumiem jakim cudem wówczas przegapiłem i dopiero teraz nadrabiam. Nostalgiczna opowieść o zmierzchu czasów cowboyów, o podroży w głąb dzikiego wciąż Meksyku, gdzie dla odróżnienia pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku tradycja cowboysko-ranczerska wciąż jeszcze była żywa. Robi dobre wrażenie, bo aktorsko bez zaskoczenia trzyma poziom, ale też swoje robi bardzo charakterystyczna obecność w kadrze zwierząt. Koniki i krówki, a dokładnie podkreślam kwestię dźwięków jakie stada tutaj wydają oraz relację dzikiego stworzenia z człowiekiem, plus muzyka wespół z widokami, dające prawo by oceniać wysoko mimo że lata od premiery minęły i standardy kinowe też ewoluowały. Stąd wygląda to bardzo klasycznie i opiera się na tradycyjnych filmowych właściwościach, gdzie klimat i stosunkowo prosta historia wyraża tak wartość jak i przywiązanie do konserwatywnego kinowego doświadczenia. Balladowa z początku, później dramatyczna, a po części też melodramatyczna (wątek oczywiście musi być miłosny) charakterystyka i jej tonacja nie mierzą, chociaż narracja dość smętna i w sumie dzieje się niewiele, więc miłośnik produkcji o żywym obliczu może odczuć znużenie czy rozczarowanie. Młodość i naiwność kroczą w parze i dają bolesną lekcję życia - tak bym finalnie lakonicznie fabułę streścił. Zachęciłem? ;)
P.S. Podsumowując już na marginesie - okolice Wichrów namiętności i Rzeki życia, ale jednak Robert Redford, a jeszcze bardziej Edward Zwick w takie kino potrafił z widzem zagrać lepiej. Także John Hillcoat kręcąc bardziej współcześnie Gangstera, czy nawet Susanne Bier Serenę potrafili wykrzesać więcej emocji. Tak ja myślę teraz - uświadomiwszy sobie klasę bezpośredniej konkurencji.
wtorek, 23 sierpnia 2022
Match Point / Wszystko gra (2005) - Woody Allen
Londyński romans z kryminalnym finałem i historia opleciona błyskotliwie wokół tematu farta. W czepku urodzony młodzieniec, któremu sprzyjające zbiegi okoliczności otwierają te najważniejsze drzwi. Za nimi bogactwo, wysoki status towarzyski i intelektualne przyjemności. Bo w trakcie korzystania tej opowieści zachłystujemy się młodością, okresem wyborów podczas decydującego o niemal wszystkim startu w dorosłość. Liczy się pasja, romantyzm, namiętność - gdzieś na marginesie tymczasem ląduje dojrzałość. Przegrywa racjonalizm, bo z nim to kiedy zmysły szaleją z góry (he he) przegrana sprawa. Choć można próbować zjeść ciastko i mieć ciastko, lecz jak widać na załączonym filmowym obrazku nie ma co nadużywać przychylności farta!
P.S. Jak tu nie kochać Woody’ego i nie wzdychać do Scarlett? Zresztą do Emily nie mniej. :)
poniedziałek, 22 sierpnia 2022
The Halo Effect - Days of the Lost (2022)
sobota, 20 sierpnia 2022
Piosenki o miłości (2021) - Tomasz Habowski
Dialogi pozostawiają wrażenie kompletnie nieustawianych, jakby sytuacja je kreowała i były one w znacznym stopniu improwizowane - niżby jak to typowo, zostały wcześniej rozpisane pieczołowicie przez scenarzystę. Stąd Piosenki o miłości pozostawiłyby we mnie wrażenie oglądania pewnego rodzaju dokumentu subtelnie fabularyzowanego, gdyby jednak nie ten właściwy czarno-biały artystyczny manewr, ubierający naturalność w poetycką poświatę sztuki wysokich lotów. Wszystko wydaje się, iż kręci się wokół drugoplanowej postaci ojca, aktorskiego weterana, szeroko znanego i jego ego gigantycznego (świetny, nie kto inny jak Andrzej Grabowski). Konfrontacji seniora z juniorem i ciągłego napięcia w ich relacjach, sprowadzonych do patologicznego podkreślania swojej materialnej pozycji, która przecież obdarowała syna komfortem życia w luksusie i pozwala na beztroskę funkcjonowania w bańce. Zależności od ojca i jego finansowej pozycji oraz statusu wynikającego z osiągnięcia sukcesu w branży. To jednak (to pierwsze) narzędzie wywierania emocjonalnego oddziaływania wykorzystane przez scenarzystę i reżysera w jednej osobie - ważne, lecz tylko jako tło dla uroczo zrelacjonowanego ale i bez owijania w bawełnę (bo iskry są krzesane) opowiedzianego romansu młodych ludzi z rożnych światów, których połączyła i w zawirowania wkręciła wspólna pasja i rodzące się powoli burzliwe uczucie. Trzecie zaś, to socjologiczna refleksja (także z tła) o znaczeniu znanego, szeroko rozpoznawalnego nazwiska i drzwiach otwieranych przez owe oraz właśnie w tym też kontekście zawodowej kariery, o roli nieporozumień rodzinnych potęgowanych przez różnice osobowościowe i poziomy wrażliwości - decydujące o sposobie spostrzegania maksymalnie subiektywnej przecież rzeczywistości. Ale jest jeszcze i czwarte (co już nie jest głównym tłem, tylko tłem dla tła, wychodzącym z reszty teł :)) - branża muzyczna, ta współczesna, która przecież jednako nie rożni się od tej sprzed lat kilku i kilkudziesięciu, a która istotę twórczości młodej wrażliwości przelicza na finansowe profity. Prócz tego co powyżej, puenta jest ostra, a prowadzące do niej zabiegi dość zwodnicze. Poddanie się egoistycznym pokusom zdobywania poklasku i udowadniania wartości, nawet jeśli etycznie bardzo wątpliwych. Eksplorowanie pokładów talentu niewątpliwego i wymownego w kontrze do jedynie upartego i bezproduktywnego poszukiwania w sobie dowodów że się go posiada. Sporo jak na zaledwie 90 minut projekcji, prawda? Przyznaję że pomimo wielu złożonych wątków, Habowski absolutnie nie prześlizguje się po rozgrzebanych tematach, choć oczywiście z racji ograniczenia czasowego (może i dobrze), nie wyjaśnia wszystkiego, pozostawiając sporą przestrzeń tak dla widza identyfikacyjną, jak interpretacyjną, ponadto kreując wyjątkowo magnetyczną muzyczną atmosferę. Przyznaję więc, iż doskonale ta fabuła zdaje się oddawać rzeczywistość, tak tą szeroką społeczną, jak i psychologiczną artystycznych dusz, a sposób spojrzenia na nie i muzyczne czy wizualne smaczki, jak myślę pomimo nowoczesnych akcentów, pięknie nawiązują do ambitnego miłosnego kina sprzed ponad pół wieku. Przyznaję też wreszcie, że nie spodziewałem się tak czarującej opowieści po debiucie kogoś, kto do tej pory był związany zawodowo wyłącznie z TVN-owskim serialem niskich lotów.
piątek, 19 sierpnia 2022
Fucking Bornholm (2022) - Anna Kazejak
Niewiele było potrzeba, abym seans zaczął z bardzo pozytywnym nastawieniem. Wystarczyło doskonałe tło muzyczne, które wprowadziło wstępny element dramatyczny i podkreśliło czający się tragi-komizm formuły ostatnimi czasy w kinie europejskim niezwykle popularnej. Daleko nie szukając, nasza rodzima wersja Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, czy też bardzo pozytywnie zaskakujący Teściowie Jakuba Michalczuka z doskonałymi kreacjami (Ostaszewskiej, Kuny, Dorocińskiego i Woronowicza), jak i taka nie bardzo udana, bo pod pozorem quasi nostalgii i uniwersalnego rodzinnego cyrku wciskająca merytoryczną watę Zupa nic Kingi Dębskiej. A może jestem w błędzie i reżyserka uderza w tony dużo ambitniejsze, jakie w Turyście poddawał analizie Ruben Östlund? Zachowanie i konsekwencje, reakcja na bodziec itp., itd.? Fucking Bornholm z jednej strony jedzie po tej właśnie można by powiedzieć ryzykownej, bowiem mocno już wyeksploatowanej linii, a więc trzeba mu było oprócz sprawdzonej metodologii rozwoju wydarzeń czegoś świeżego, aby mógł mi zaimponować. Z drugiej korzysta z przykładu Östlunda i próbuje na splecione przyczynowo-skutkowo części, rozłożyć indywidualne mechanizmy psychologiczne, prowadząc w tym celu przy okazji precyzyjną dekonstrukcję relacji. Tej postulowanej świeżości jednak brak, stąd jest schematycznie, ale sposób realizacji rzetelny i aktorstwo niczego sobie, a fragmentami nawet kapitalne oraz sama historia w którą co by nie szukać dziury w całym można uwierzyć i znaleźć pewnie bez problemu podobnych (nie dosłownie oczywiście) wzorców dookoła co niemiara. Nawet "młody" Stuhr często już jadący na irytującym autopilocie nie irytuje i nie przeszkadza, zatem werdykt brzmi - dobre to było! :)
P.S. Kamperowe społeczności i kamperowa mentalność, to też na marginesie piękna do szerszej socjologiczno-psychologicznej rozkminy tematyka. Tak jak sprytnie humorystycznie wyeksponowana tutaj skandynawska poprawność, posunięta do granic absurdu.
czwartek, 18 sierpnia 2022
The Duke / Książę (2020) - Roger Michell
W starym dobrym stylu, z dbałością o atmosferę i z dobrą gdyż niepozbawioną szlachetnych wartości treścią. Ciekawa historia i (co jedno nie wyklucza drugiego) barwne konserwatywne postaci na ekranie, których nie sposób nie darzyć sympatią. Bardzo brytyjski, bardzo klasyczny i co też nie stoi w sprzeczności bardzo zabawny. Inteligentny i rozrywkowy, pełen filmowej magii i bezpretensjonalnego uroku płynącego z doskonałego wyważenia formy i uzyskania efektu jednocześnie tak dla oczu jak dla ducha atrakcyjnego. Historia o zasadach i staroświeckiej skromności, która jednak wyklucza ślepą pokorę i stąd taka moja i pewnie znakomitej większości widzów radość z seansu i przychylność w stosunku do jowialnych bohaterów. Kulisy autentycznych wydarzeń z samego początku lat sześćdziesiątych - kradzieży obrazu Francisco Goi z londyńskiej The National Gallery przez jednoosobową szajkę złodziejską, kierowaną przez społecznie wrażliwego i dość ekscentrycznego staruszka - zaangażowanego idealistę z ogromną rodzinną tragedią skrywaną w pamięci. Toteż ciąg zdarzeń zaskakujący, natomiast ich fabularna interpretacja z doskonałym aktorstwem fantastycznej Helen Mirren i równie dobrego Jima Broadbenta. Jej akurat w kreacji dla niej samej niecodziennej, jego zdecydowanie wręcz przeciwnie. :) Piękne kino z duszą, a ja kocham takie.
P.S. Niestety jak się okazało, to już ostatni film w dorobku Michella. R.I.P. Roger Michell.
środa, 17 sierpnia 2022
Drive My Car (2021) - Ryûsuke Hamaguchi
Przede wszystkim dialogi - do bólu kulturalne, przejęte, z eksponowanymi uczuciami, ale paradoksalnie bez emocji. Nie całkowicie puste (absolutnie nie), ale zdystansowane. Bliskość fizyczna, dużo wzajemnego dotyku, intymności i szacunku. Natomiast od strony treści zdrada oraz nagła śmierć - i wszystko to zaledwie w prologu. Zaskakujący seans, zamknięty w stu osiemdziesięciu minutach deklamacji całkowicie niemalże oderwanej od europejskich, a tym bardziej amerykańskich standardów filmowych. Mechanicznych, a jednocześnie tkliwych rozmów i przepracowywania traum osobistych w relacjach z innymi. Ładnie to wygląda, nosi znamiona czegoś egzotycznie intrygującego, ale też nuży, bo tej konwencji za blisko do rozgrzebywania pod pozorem artystycznie intelektualnego psychologizowania. Żeby było jasne, to niezwykle wartościowy obraz, momentami wręcz natchniony pod względem przekazywanej mądrości, ale pomimo też wizualnie urokliwego charakteru za długi i przegadany. Niemniej jednak podkreślam że zaskakujący i dla arcyuważnego widza niezwykły. Innymi słowy niecodzienne doświadczenie, inspiracja do ultra wymagającej psychologicznej analizy na mega świadomym i wrażliwym poziomie. Nie rozbiorę go na czynniki pierwsze, bowiem wymagałoby to opasłej, być może często trudnej do interpretacji rozprawy. Nie chcę jednocześnie psuć dobrej intelektualnie zabawy, jeśli jakimś cudem widz „kumaty” jeszcze nie poznał. Jeśli natomiast ty koleżanko czy ty kolego widzu mniej ambitny się zdecydujecie, nie wińcie, nie zarzucajcie. Nie daję gwarancji że w połowie zwyczajnie nie zaśniecie. :)
wtorek, 16 sierpnia 2022
Manbiki Kazoku / Złodziejaszki (2019) - Hirokazu Koreeda
Pieniądze szczęścia nie dają, choć wiele mogą ułatwić. Nic nie jest czarno-białe, a stereotypowe myślenie niczego dobrego nie przynosi - tak sobie po seansie gdybam. :) Z egzotycznym kinem właśnie się skonfrontowałem, z kinem o zwyczajnym życiu, tylko że życiu poza oficjalnym systemem. Na dalekim wschodzie, na marginesie egzystencji, w stylu jak się uda, jak się da - trzeba sobie sprytem niekoniecznie zgodnie z prawem radzić. Złodziejaszki Hirokazu Koreedy nagrodzone zostały niegdyś złotą canneńską palmą, jednak mimo rozgłosu jakim odbiły się w środowisku filmowych, nie obeszło się bez mojego oporu, bowiem mam naturalną skłonność do unikania kina azjatyckiego, a przez to nie wątpię, narażania się na utratę często szansy na obcowanie z dziełem wysokich lotów. Zdarzyło się jednak iż "azjatycki Koreeda" został przeze mnie zignorowany, a Koreeda po wymienionym sukcesie, już w europejskim wydaniu sprawdzony, bo akurat La vérité nakręcone po Złodziejaszkach sprawdziłem i nie byłem nadto zachwycony. Teraz jednak korzystając z okazji podsuniętej pod nos przez TVP Kultura, obejrzałem i uważam że nie po raz pierwszy głupio zrobiłem - że kierując się irracjonalnym uprzedzeniem i brakiem zaufania do profesjonalnej krytyki nazbyt z rezerwą tytuł potraktowałem. To w sumie nic specjalnego, a jednak! Ot obyczajówka ze stopniowo dozowanym dramatycznym efektem, ale sposób jej sfilmowania bez względu na surową formę, posiada w sobie walor intrygujący. Nie wiem jak obraz został odebrany w kraju powstania, bo jego ważnym elementem dla mojej oceny jest właśnie ten orientalizm miejsca przez wzgląd tak na kulturowe, społeczne czy też współczesne obyczajowe właściwości. Niby ludzie do nas Europejczyków podobni, bo ogólnie problem życia na granicy ubóstwa bez potrzeby wyrwania się z środowiska biedy pod naszą strzechą też nie obcy, a i ludzkie zachowania przecież w uproszczeniu bez względu na kontynent posiadają wymiar uniwersalny, to jednak zupełnie inaczej obserwuje się takie historie przez umownie okna w kamienicach w sąsiedniej dzielnicy, a inaczej gdy narracja reżyserska opowiada jednak o świecie zbyt odległym, zdecydowanie nie na wyciągnięcie ręki doświadczanym. Stąd historia względnie uniwersalna przybiera charakter egzotyczny i przyznaje wciąga bardzo mocno.
P.S. Podkradli nie pierwszy raz dzieciaczka - czy uratowali dzieciaczka? To tutaj jest tematem do refleksji i deliberacji na poziomie moralno-etycznym. Żyła babcia, umarła babcia, ale nie musi to wyjść na jaw, bo emeryturka dobra rzecz. Tak jak wyżej. Podobnie ze sprytnym przywłaszczaniem sobie cudzego. Mocno dyskusyjne sprawy, w tym obyczajowym dziele z wolna i zaskakująco ewoluującym w stronę poniekąd szokującego dramatu. Bo Złodziejaszki (hmmm Shoplifters) to jednak nie takie złodziejaszki jak sobie wyobrażałem. I ta przekora mi się bardzo podoba.