Życie automatyczne, postaci samotnych, egzystujących poniekąd wyłącznie, a nie żyjących w pełni. Życie przede wszystkim pozbawionej jeszcze wzbudzonego poczuciem szczęścia onieśmielającego uśmiechu, z miną raczej tylko incydentalnie zadowoloną postaci centralnej - jakby nieśmiało speszonej. Przede wszystkim jednak zatroskanej, co najwyżej neutralnie już obojętnej, wykonującej swoją pracę sumiennie, szanującą ją, lecz niezbyt przez pryzmat większych ambicji literackich czerpiącej z niej napędzającą satysfakcję. Miejscem akcji prowincjonalne miasteczko emigranckie, w węższym zakresie ograniczone uniwersum małej manufaktury produkującej chińskie ciasteczka z wróżbami. Awans bohaterki (ma znaczenie kontekstowe, że bohaterka to emigrantka z Afganistanu) z taśmy na stanowisko kreatywne, wymyślania wróżb - powiązane z terapeutycznym oddziaływaniem. „Zdesperowanej” marzycielki, samotnej na teraz - bardzo możliwe że jeszcze przed najpiękniejszymi, najintensywniejszymi przeżyciami natury miłosnej, bowiem jeszcze nie zrezygnowanej, na tyle nie zgorzkniale stąpającej po powierzchni by w sercu nie nosić skrywanej gigantycznej nadziei na zakochanie. Dylematy i wątpliwości, rozkminy wewnętrzne, filozofie praktyczne powstałe przy posiłkach, także kulturowe niekompatybilności w formule przywiązania do tradycji miejsca pochodzenia, ale głównie wielość właśnie mądrych refleksji (najpierw się zakochaj a potem martw się o resztę, ludzie najpiękniej mówiący o miłości to ludzie kochający siebie) - z przewrotnym, otwartym optymistycznie finałem. Jarmush lubi to!
P.S. Tutaj włącznie też konteksty grube, odnoszące się krytycznie do odpowiedzialności Ameryki względem Afgańczyków w Afganistanie i Afgańczyków w Ameryce, ale i wnikliwie spostrzegające część postaw gości w kraju dającym szansę na nowe lepsze życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz