piątek, 31 maja 2024

Dune: Part Two / Diuna: Część druga (2024) - Denis Villeneuve

 

Ta druga część, to jak donosili i rację mieli, to jest potęga - epicko rozbuchana, w stu procentach bez złudzenia olbrzymia satysfakcja dla Villeneuve'a jako reżysera z niewątpliwą fiksacją na punkcie zrealizowania swego marzenia właśnie o potężnej ekranizacji Diuny. Dla widza wkręconego w powieść Franka Herberta, domniemam także rozkoszne spełnienie i imponujące wyobraźni przełożenie na język filmu z (podkreślę) kapitalnym obrazem i dźwiękiem. Natomiast dla kogoś mnie podobnego, kogo może za łebka wyłącznie fantastyka w klimacie Star Wars pociągała, a teraz to typa trzymającego się od niej na własne, naturalne i świadome życzenie dość daleko i tylko incydentalnie, gdy coś ważnego (np. Villeneuve'a Arrival się pojawi, to z przyjemnością i fascynacją korzystam), to Diuna treść i Diuna wizja, jest wyłącznie egzotyką odciągającą na moment od gatunków w których jako dojrzały realista-ponurak gustuję. W tej adaptacji Villeneuve'a zatem (aby mieć coś więcej niż fajerwerki) doszukuję się zatem jakichkolwiek konotacji z mocnymi dramatami i kiedy zrzucić z niej całą tą epickość optyczną i dotrzeć do surowego fundamentu, to coś tam coś tam, lecz bardziej klasyczne przecież namiętności i inne takie charakterystyczne od zarania dla ludzkości żywioły wszelakie emocjonalne, bliskie bardziej niż koszula naturze ludzkiej - podobnie jak w historycznym kinie dramatycznym i poniekąd kinie realistycznym tutaj też rządzą. Oczywiście nie jest to zaskoczenie, bo kręgosłup adaptowanego dzieła czerpie z erudycyjnej historycznej wiedzy o relacjach władzy z człowiekiem, przetrwania w warunkach permanentnej rywalizacji i wpływie religii czy szerzej wierzeń na podsycanie kierunku na konfrontację, bądź tychże roli pozytywnej, jako motywacji do walki ze złem o obliczu tak ludzkim jak i anty boskim. Innymi słowy gdyby się lekko uprzeć, a nie trzeba w sumie nawet lekko bo jak na dłoni widać, że fabuła oparta na gigantycznych rozmiarach książkowym filarze, to podobnie do Władcy Pierścieni obserwacje społeczno-politycznych akcji z dziejów ludzkości przełożone pod potrzeby powieści science fiction, czyli kosmetyka przede wszystkim plus masa inwencji, polotu – ogólnie kreatywnej zmyślności i zdolności do tworzenia wymyślonych światów. Fajnie fajnie, ale ja wolę stąpać po ziemi i dokładnie, dogłębnie analizować małe kwestie, które rzecz jasna fragmentami obszerniejszych w systemie naczyń połączonych, niż gubić się (bo niestety jakby wyraziście Villeneuve merytorycznej strony nie przekazał), bo ja nie ogarniałem wszystkiego pewność mam i wstydu nie czuję, więc odważnie się przyznaję. Odbieram zatem całościowo Diunę według pomysłu Kanadyjczyka najbardziej prozaicznie jako zjawisko miazga, ale w sensie spektakularnego widowiska za grube pieniądze. Triumf wyobraźni i pomysłowości, który zrobił wrażenie na milionach widzów w podobny sposób jak na mnie. Uważam że świetnie, że fantastycznie, a teraz żądam w końcu od Wielkiego Reżysera dzieła na poziomie serducha emocjonującego, a nie jedynie potęga produkcyjną ekscytującego - chcę powrotu do klimatu Pogorzeliska, ale może być i Sicario, Wroga też, bądź Nowego początku.

czwartek, 30 maja 2024

Billie Eilish - Hit Me Hard and Soft (2024)

 

Trzeci długograj (przyjmując iż Don't Smile at Me pozostaje uznawana za mini album), to jak się w branży przyjęło zawsze rodzaj testu, na ile artysta jest pro-rozwojowy i na ile potrafi utrzymać co raz wysoki poziom jakościowy, a nie oszukujmy się, od takiego objawienia w muzyce popularnej jakim została uznana Billie wraz z pozostającym nadal w cieniu jej osoby bratem, oczekuje się bardzo dużo - tym bardziej, że dwa poprzedzające longi były najzwyczajniej świetne i ustawiły poprzeczkę chyba jednak niebotycznie wysoko. Jak mi się obiło o oczy, bowiem nietrudno nie trafić na reakcje, nawet jeśli się ich unika póki samemu opinii nie zbuduje, to trójeczka została przyjęta tak samo ciepło (jakby mogło być inaczej, kiedy posłucha się takiego uroczego Birds of a Feather, który przepięknie odnalazłby się w ejtisowym świecie sprzed nie-mo-żli-we już ponad grubo trzech, a do środkowego okresu jak nic czterech dekad) i będzie się on daję słowo podobał i będzie dla niego też HMHaS kupowany przez tak podstarzałych i mega sentymentalnych radiowo-telewizyjnego popu miłośników, jak i współczesnych, znacznie młodszych również fanów uniwersalnych subtelnych popowych brzmień. To akurat przykład kawałka który wraz z kolejnym (Wildflower czy singlowym, nieco żywszym Lunch) jest przede wszystkim znakomicie wpadającym w ucho i raczej pozbawionym większych aranżerskich ambicji przebojem, którego nie lubić od startu byłoby dziwne, a że pewnie się znudzi to nic - będą w zmian kolejne. :) Jednako podobne eksploatowane brzmienia wywołują też głosy, że Billie i braciszek na trójeczce niczym nie zaskoczyli i nagrali album bardzo bezpieczny - taki co ma się po prostu mimo niekoniecznie intensywnej promocji świetnie sprzedać, ale i nie przynieść wstydu, bo w znakomitej części reakcji, utrzymać je na wysokim poziomie zadowolenia słuchaczy. Problem polega jednak na tym, że duet oprócz masowego słuchacza z raczej pospolitym gustem uderzał do tej pory w kierunku publiczności znacząco bardziej wymagającej, a na pewno takiej jaka w szeroko rozumianych brzmieniach elektronicznych nie poszukuje wyłącznie pięknych harmonii, ale wypatruje i z ekscytacją wychwytuje nowe, czasem mało teoretycznie przyjazne pomysły oraz akcenty jakie pozwalają muzyce pop nadal się rozwijać, odkrywając względnie nowe terytoria. W tym segmencie na stówę Hit Me Hard and Soft nie zostanie jako całość uznany za rewolucyjny, a jedynie z jego programu "fan kręcący nosem" będzie mógł powycinać taki Chihiro (electro-popowe, nakręcane napięciem arcydziełko), Diner (taki charakterystycznie pulsujący, dzięki czemu idealnie odnalazłby się w towarzystwie na When We All Fall Asleep, Where Do We Go?), jak też przyciągające uwagę, bowiem kombinowane, znaczy niejednorodne w formie (mogą zaskoczyć) Bittersuite czy L'Amour De Ma Vie, wreszcie przepiękne, ale i niebanalne Blue, bo intrygująco kołyszące (mnie ukołysało i jak tak kołysało, to kiedy się skończyło, to było mi mało) - bardzo przypominające twórczość Lany Del Rey. Tym samym rzeknę na finał, że w kategorii "pop dla wszystkich" jest to materiał który trafi z dużym sukcesem do wielu, w kategorii "electro-pop dla wybrednych" nie rzuci owych na kolana, ale fragmenty będą zapętlać z miną wow, a wreszcie obok dotychczasowej dyskografii rodzeństwa, nie wypadnie blado, ani nie zatrzęsie półką na której dyskografia spoczywa. Dla mnie HMHaS jest dojrzały, a zatem wart uwagi i ja mu ostatnio sporo uwagi poświęcam, a Chihiro to nawet zapętlam!

środa, 29 maja 2024

Biała odwaga (2024) - Marcin Koszałka

 

Ja wiedziałem że Koszałka to jest kawał reżyserskiego talentu i dodatkowo jako wrażliwy artystycznie operator z wykształcenia, potencjalnie estetycznie, wizualnie zawsze mój faworyt do komplementowania. Będę się więc teraz ekscytował i Koszałki pracę chwalił, bo to jest w praktyce fenomenalnie nakręcone i nawet jeśli historia byłaby miałka (a oczywiście nie jest), to i tak z gigantyczną pewnie wciąż rozkoszą bym oczami obraz wciągał - a tak mam i jedno i drugie, kapitalne ujęcia i fabułę zniuansowaną na poziomie najlepszych scenarzystów w branży. Historię fascynująco i też przygnębiająco przez życie napisaną i zaadaptowaną przez ekipę pod nadzorem Koszałki równie bogato i wybornie. Pól godziny wstępu, po czym robi nieco inaczej, bo lokacja się przenosi i po przez kulturę kształtowanych tożsamościowych rozważaniach wkracza kluczowy wątek sprowadzającego strach, ale i niosącego pokusę dominacji nazizmu, ale jakościowo od początku do końca mocarnie, nie pędząc przez fakty nazbyt szaleńczo i nie ślizgając się po nich, bo wszystko co w scenariuszu można nazwać konsekwencjami, na solidnym fundamencie przyczynowo skutkowym oparte. Szczegóły po raz pierwszy teraz – ten brudny zielonkawy filtr upodabniający do fotograficznych archiwaliów dobrze współgra z ciekawą pracą kamery i ujęciami onieśmielającego skalnego majestatu Tatr. W ogóle zmyślnie to nakręcone, nowocześnie techniczne możliwości wykorzystujące ale i trzymające się mrocznego artyzmu plastycznego, a ja to tutaj w tekście wytłuszczam, bowiem mam słabość tak do statycznego kręcenia w izbach, jak i z perspektywy gruntu ogarniania scenografii w obejściach, co jasne też do z rozmachem filmowania pejzaży, a tu wszystko w jednym w idealnych proporcjach jest mi nieszczędzone. To nie zaskoczenie że każdy kadr u Koszałki dopieszczony i tak na zewnątrz jak i wnętrzarz chat wyglądający niczym realistyczne pędzlem malowane obrazy, czyniące ogromne wrażenie bez konieczności posiłkowania się technologią, która zeżarła już zakładam właśnie swój ogon w przypadku ubiegłorocznej ekranizacji Reymontowskich Chłopów. Szczegóły tutaj po raz drugi, że zwyczaje ponad zdrowy rozsądek, dudki ponad chyba też honor i tą podkreślaną uparcie góralską dumę, ale dla oddającej historyczną prawdę, w straszliwie skomplikowanych, przynoszących gwałtowne i zdumiewające koleje losu, wymuszających złe wybory wojennych czasach, kiedy słownym deklaracjom okoliczności stawiają wyzwanie pt. "sprawdzam!". Wstrząsającego niezmiernie kina przez dwie godziny kosztowałem i ja tu widzę (gdyż z automatu porównuje) szerokie podobieństwa, bo tak jak od czasu fenomenalnie opowiedzianego przez Smarzowskiego Wołynia, nie było równie targającej emocjami nieoczywistej historycznej opowieści o ludziach z krwi i kości oraz skomplikowanej etnicznie i politycznie rzeczywistości, tak seans Białej odwagi także z pamięci przywołuje u mnie również doświadczenie projekcji Filipa Michała Kwiecińskiego na podstawie powieści Tyrmanda. Biała odwaga FILM, to jest na wielu poziomach prawdziwa uczta - odważne spojrzenie na trudną przeszłość Podhala, co ciekawe zupełnie nie przystające do jednostronnego i ubogiego obiektywnie założenia jakie musowo patriotyczni pseudo-historycy z mnóstwem frazesów na ustach (ryjach?) zanim obejrzeli, aby zrobić szum mieli i też zapewne Biała odwaga mini SERIAL (tak powstała też rozszerzona wersja) ma swoje walory, choć nie napiszę, że nieomieszkam sprawdzić, bo seriale omijam z racji czasu nie z gumy i wchodzenia (w tym subiektywnym kontekście) akurat klasycznym z okolic dwóch godzin fabułom przez niezwykle popularny obecnie format w paradę. Finalizując refleksję - Koszałka mistrz, gdyż jak jest reżyser który ma wizję, do wyważonej optyki serce oraz do obrazu wyostrzone oko, przede wszystkim jednak na planie charyzmę, to wszyscy grają jak z nut, a Biała odwaga jest aktorskim koncercichem najwyższych lotów, całej bez wyjątku obsady.

wtorek, 28 maja 2024

Święto ognia (2023) - Kinga Dębska

 

Hasło Kinga Dębska i wszystko jasne! Wiadomo wówczas (jeśli kinoman przynajmniej średnio rozgarnięty) z jakiego rodzaju kinem będzię mieć do czynienia i jakich popularnych nazwisk aktorskich (tym razem w drugim planie) może się spodziewać. Święto ognia nic, absolutnie nic w filmowym stylu Dębskiej nie zmienia i ja tak sobie na potrzeby jej formy wymyśliłem, że będę tenże nazywał umownie „ambitnie a'la tvn-owską telenowelą”, bowiem wizualnie taki zawsze standardowo nowoczesny jest, a merytorycznie zajmuje się postaciami bardzo sympatycznymi oględnie, które zawsze istnieją w tyglu rodzinnych i przyjacielskich powiązań - mają albo pod górkę życiowo, bądź siedzi w nich jakoś demon np. uzależnienia, tudzież po prostu słabości dalekie jednak od ekstremalnych, które na ich bycie znacząco wpływają. Dębska po prostu robi filmy mocno ponad przyzwoitość się wznoszące, ale też filmy nieprzesadzone pod tym wymagającym względem, czyli dla masowego odbiorcy i na pewno niegłupie, wartościowe, bo szlachetne etycznie. Potrafi dotrzeć nimi do serca, wywołać przypływ emocji, tylko że na tym najbardziej oczywistym poziomie, stąd kiedy zaczynała swoje nazwisko w świadomości widza osadzać, w owym czasie wypuszczając do kina najlepsze wciąż w jej dorobku Moje córki krowy, miałem ogromne w stosunku do niej oczekiwania na przyszłość, a gdy kolejnymi tytułami nie wzbijała się na jeszcze wyższy poziom, to uznałem iż jest jak jest - ja jej charakteru kariery, ani kierunku nie będę narzucał czy organizował. :) Święto ognia jest właśnie tym czego się spodziewałem - to ten bardzo poprawny poziom i można dzięki niemu też się miło uszlachetnić przezywając tą historie całkiem głęboko, tak jak mieć przekonanie, iż fajnie że takie dojrzałe, lecz nieprzekombinowane produkcje o rzeczach zwyczajnie bliskich zwykłemu człowiekowi. Całkiem mądre, ciepłe i optymistyczne filmy też są potrzebne, szczególnie kiedy reprezentują z lekka ironizującą szkołę poczucia humoru - patrz końcowa scena odprawienia uparcie krążących po chałpach ewangelizatorów. :)

poniedziałek, 27 maja 2024

Tyle co nic (2023) - Grzegorz Dębowski



To jest petarda, od pierwszej niemal sceny prosto w przeoraną bruzdami twarz brutalna prawda o wiejskiej mentalności (bez półśrodków, ale i bez szukającego sensacji wielkomiejskiego subiektywizmu) - mentalności która nie jest jednorodna, bo tam i ludzie z wielkimi sercami oddani ziemi i swojej gospodarce, a z drugiej cwane, kute na cztery kopyta, wycierające sobie ryje frazesami religijnymi czy patriotycznymi kanalie lub półkanalie bez odrobiny empatii. Dobre życie dla przedsiębiorczych i pracowitym i jeszcze lepsze dla szczwanych i bezlitosnych wyzyskiwaczy, a najgorsze dla tych co posiadając słabszą konstrukcję psychicznej próbują bez sukcesu dźwigać i orzą, ale wiatr im non stop w oczy i kłody rzucane pod nogi. Kapitalny film nakręcił Grzegorz Dębowski (szanuję do tej pory bardzo jego dokumentalną serię Przystanek Bieszczady), zaczynając od doskonałego naturalnego aktorstwa, po dogłębnie rozpoznane problemy miejsca i czasu. Bez jakichkolwiek pomysłów na odwracanie uwagi od sedna, fabularny dramat "naturszczykowaty", zbudowany na solidnym fundamencie znajomości tematyki i owinięty wokół trzonu z wykorzystaniem mnóstwa detali i niuansów świadczących o idealnym trafieniu w oczekiwania jakie mam wobec kina przede wszystkim wiarygodnego. Przyznaję głośno, iż niezwykle cenie takie bezpardonowe społeczne polskie kino, które uderza w punkt, nie rozdrabnia się i zamiast dodawać splendoru twórcy, skupia się na rozpoznaniu społecznego problemu i ukazaniu go rzetelnie dla dobra społeczności której dotyczy. Charyzmatyczny i sfrustrowany rolnik działa z porywu serca i poczucia niesprawiedliwości, wplątując się nieświadomie w kryminalną sytuację, a finał tej historii, to żadna sensacja, a i tak ze względu ma brutalną mądrość życiową petarda. Prawda tutaj poniekąd okazała się prozaiczna, a ludzie nie tacy skurwiele jak by się wydawało. Chyba?

P.S. Bardzo zasłużone, w kilku kategoriach dla Tyle co nic (bez metafor, kina o godności) Złote Lwy na Festiwalu w Gdyni! Najbardziej jednak dla Artura Paczesnego, posiadającego idealne fizis do roli i tego waloru absolutnie nie zaprzepaszczającego, a wręcz pożytkującego go tym mocniej, że aktorstwo warsztatowo też w punkt praktycznie trafione.

sobota, 25 maja 2024

Behemoth - Demigod (2004)

 

Nieco szokujące doświadczenie, odpalić album Behemoth ze środkowej umownie fazy działalności, kiedy raz nie robiło się tego od minimum lat piętnastu, dwa gdy kompletnie od tego czasu nie jest się fanem zespołu Nergala i po trzecie, jeśli pamięta się krążki z tego okresu raczej jako mechaniczne i pozbawione większego aranżerskiego polotu, a okazuje się iż chyba lepiej się ich słucha obecnie, niż było to wówczas na bieżąco. Na bieżąco śledzę co tam Negral z kumplami studyjnego wydaje, ale raczej z poczucia obowiązku i ciekawości niż dla przyjemności, więc nawet jeśli archiwizuje sobie te nowości w tonie pozytywnego odbioru, to jednak nie wracam do nich - tak jak ekstremalnie niewiele black metalu z death metalowymi inklinacjami się u mnie kręci, a tak sobie po odpaleniu Demigod myślę, iż nieco brakowało mi ostatnio podobnego bezkompromisowego uderzenia. Demigod zatem w stopniu wyższym cenię (tak się okazało) dzisiaj, niż ceniłem przed dwiema dekadami i niech mnie demony prześladują, jeśli nie pisze tutaj dla mnie potwornie zaskakującej najszczerszej z najszczerszej prawdy! Więcej, ja jestem w szoku totalnym, bo inaczej sobie Demigod przykładowo zapamiętałem i kojarzyłem go nie przez pryzmat dobrych harmonii (także tych mocno melodyjnych), lecz morbidowej mechanicznej sekcji rytmicznej i podobnych ekipie Treya Azagthoth riffów, więc w moim łbie funkcjonował jako materiał pozbawiony organicznej finezji i nastawiony na nutę ambitną, jednako promującą przede wszystkim czystą brutalność, a tak nie jest w rzeczywistości. Podoba mi się dzisiaj, a szczególnie mnie przekonuje jako płyta pozbawiona quasi orkiestrowej epickości, która opanowała niestety obecne oblicze rozpieszczonego przez fanów dziecka Darskiego i wespół z przesadną teatralnością w kwestii wizualnej wpuściła go w podobny kanał, w którym dla mojego poczucia kompletnego rozczarowania zakotwiczyło Dimmu Borgir i bardzo dobrze się w tej omijanej przeze mnie zatoczce jak widzę od wielu lat czuje. Nie podoba mi się to, ale nie ma to przecież żadnego realnego znaczenia, natomiast dla mnie znaczenie ma sytuacja kuriozalnego zachwycania się Demigod w dwadzieścia lat po wydaniu, gdy raz przypominam jestem obiektywnie tak daleko od takowych brzmień jak nigdy dotychczas nie byłem, dwa nie ma opcji abym mimo komplementowania wrzucił Demigod i podobne do subiektywnej sekcji kocham jak cholera, a tym bardziej po trzecie z odmienionej perspektywy spojrzał bieżąco z bardziej zainteresowanym okiem na działalność Nergala. To się nie zdarzy teraz i nie wydarzy się w przyszłości, chociażby Behemoth nagrał album który pod wszystkimi względami trafiał w moje gusta, bowiem one są już tak odległe od black metalowych, jak daleki w swoim archetypicznym obrazie jest on sam od mainstreamowej popularności. Znaczy tym samym, że Behemoth z pierwszej dekady XXI wieku będzie miał czasem dostęp do mojego odtwarzacza, tak jak okazało się niewykluczone, iż black metal w tak różnych kierunkach od swojego zarania ewoluuje i część z dróg którymi pójdzie sprawi, iż w najpopularniejszych sieciach z odzieżą będzie można dostać t-shirty z logami metalowych bandów. 

P.S. Na marginesie jeszcze dodam, że nie spodziewałem się także, iż mocno skompresowane brzmienie Demigod (robota Daniela Bergstranda) nie będzie mnie irytowało, a mogło równie upierdliwie jak kompletnie nieudana koperta płyty. 

piątek, 24 maja 2024

Priscilla (2023) - Sofia Coppola

 

Priscilla powstała na podstawie szczerej książkowej relacji z bardzo bliskiego, ale i toksycznego związku, czyli to co Sofia Coppola filmowo zaadaptowała, to z pierwszej ręki wspomnienia Priscilli, więc wierzymy jej na słowo, że było jak było. Młoda niewinna i chyba lekko naiwna dziewczyna trafia w bardzo skomplikowany świat figur woskowych. Złota klatka, blichtr - iluzja, bajka zamieniająca się z czasem w koszmar. Stąd to co obserwujemy przypomina poniekąd jedną z wcześniejszych prac córki wielkiego reżysera, bowiem podobną sytuację, chociaż wiadomo zakończoną ekstremalnie brutalnie opowiadała ona w przypadku Marii Antoniny. Tam też od merytorycznej zawartości ważniejsza była forma, zatem i tym razem doceniam ładne zdjęcia stylowej scenografii oraz pięknych buzi bohaterów, ale w historię rozczulającej laleczki i egocentrycznego, faszerującego siebie i ją chemią narcyza nie daje się wciągnąć, gdyż najzwyczajniej kompletnie bez dramaturgii usypiacz nie mógł osiągnąć tego co udało się w podobnej konwencji Pablo Larraínowi. Spencer to było mięcho, a Priscilla nuda wyzuta z grubszych emocji i nawet przez chwile zanim złapałem skojarzenie z dziełem genialnego zamerykanizowanego Chilijczyka pomyślałem, iż może tak po prostu wyglądał ten świat wewnętrznej pustki, ale litości - Larraín prześwietlał podobną złotą klatkę i jak intensywnie z pulsem podskórnym prześwietlił, to jak sobie przypomnę, to ponownie mam ciary. Priscilla w tym kontekście jest płaską i bezbarwną niestety, jedynie ambitną w założeniu, niespełniającą oczekiwań realnie próbą skoncentrowania się na kimś innym niż Królu, ale ten Król nawet jeśli spychany na margines, to i tak dużo ciekawszy niż laleczka, która u boku Króla staje się rozczarowaną zewnętrznie i rozgoryczoną wewnętrznie kobietą. 

P.S. Jeśli już musiałbym pochwalić, to chyba za to że Coppola spróbowała pokazać rewers historii jaką z ekscytującą pompą pokazał ostatnio Baz Luhrman, ale jak on zaskoczył mnie bardzo na tak, to Sofia wręcz przeciwnie. Cenię Sofię, raczej nie przepadam za Bazem - widzisz więc człowieku, że nie przewidzisz. :)

czwartek, 23 maja 2024

The Iron Claw / Bracia ze stali (2023) - Sean Durkin

 

Familijna biografia i film o amerykańskim wrestlingu od A24. Sygnowana nazwiskiem Seana Durkina produkcja, czyli gościa który bardzo pozytywnie zaskoczył przed czterema laty Gniazdem, ze świetną Carrie Coon i równie dobrym Judem Law w obsadzie. Natychmiast daje do zrozumienia, iż do połowy w Braciach ze stali standardowym sposobem opowiadanie historii znużyło mnie nieco, bo bajeczkę zbyt banalną o sile rodzinnego wsparcia Durkin wciskał i wywoływał tym sposobem u mnie poczucie lekkiego czasu mitrężenia. W sumie do końca nazbyt wiele w tej kwestii się nie zmieniło, bowiem to forma filmowa bardzo klasyczna, przez co przewidywalna, ale treść, czyli w sumie droga do sukcesu za wszelka cenę, kiedy zaczęła ewoluować w kino mrocznych konsekwencji, to zrobiło się znacznie ciekawiej. Klimat z wyjątkowo radośnie entuzjastycznego, zmienił się w przygnębiający, albo co najmniej nie wprost hollywoodzko rodziną i Bogiem łopatologicznie karmiący, ale żebym po seansie popadł w zachwyt, to takiej opcji na mnie wpływu nie poczułem. Rzetelne przede wszystkim kino, w drugiej fazie intensywniej emocjami naładowane, gdy autentyczne wydarzenia przybierają posmak mocno dramatyczny i okazuje się, iż Durkin nie tak łopatologicznie, bo bez wskazywania wprost co ma widz o tym wszystkim myśleć, kolejne wydarzenia z życia von Erichów ukazując, doprowadza nowy obraz momentami do nawet przez wzgląd na atmosferę już poziomu bliskiego wyżej wspomnianego poprzedniego swojego filmu - a to plus zdecydowany. Mnie finalnie mimo wszystko Bracia ze stali nie pozostawili w totalnym przejęciu po projekcji zakończeniu, ale żebym też z jego dnem się nieco intelektualnie, a przede wszystkim emocjonalnie nie posiłował, to że nie, nie zaprzeczę, bowiem ta w seniorze rodu chorobliwa ambicja, umacniana dodatkowo usprawiedliwieniami w tonie boskiego planu, obojętnym porzucić raczej nie mogła. Stąd opowieść o mocy rodzinnego wsparcia i konfrontacji tejże z obsesyjnym realizowaniem egoistycznego właściwie planu nadaje się do polecenia i po seansie zadania sobie fundamentalnego pytania - klątwa Von Erichów, czy systematyczna bez zapewne złych intencji fatalna w skutkach robota ojca?

środa, 22 maja 2024

Asphalt City / Granica mroku (2023) - Jean-Stéphane Sauvaire



Dawno nie widziałem świetnego “nowojorskiego” kina, znaczy filmu który toczy się rzecz jasna w NY i nie jest jedynie kolejną raczej od sztancy zrobioną na pół poważną produkcją Woody’ego Allena, tylko rasowym kinem o mrocznym obliczu tej gigantycznej metropolii. Trzeba w ogóle zauważyć, iż takiego kina aktualnie przykry niedostatek i jakoś najtisowe wzorce obecnie mało popularne, a jak już jakiś dobry mocny dramat akcji się trafi, to bardzo rzuca się w oczy i ja z powodu właśnie utęsknienia rzucam się na niego czasem nazbyt bezkrytycznie. Asphalt City odbieram jako brutalne kino intensywnych bodźców, zmontowane by przez standardowe lekko ponad dwie godziny atakować przytłaczającym obrazem najgorszej twarzy współczesnego wielkiego miasta i aby widz obserwując raczej nie życie, a żałosną egzystencję drugiego planu oraz pierwszoplanowych bohaterów (nowojorskich ratowników medycznych) uzmysłowił sobie pozbawione wartości dno lub może nawet wyrobił w sobie gigantyczny lęk przed światem, jaki zaczyna nas przygniatać i pożerać nasze ludzkie oblicze. Psychole z wyboru i świry z konieczności, ofiary i prześladowcy - wszyscy oni ze świata metropolii przeżuwającej tych co nie unieśli. Wszelkiej maści gówna życiowego i odhumanizowanej walki o przetrwanie po korek - sytuacji gdzie kto ma większego gnata i jest bardziej bezwzględny od groma. Tye Sheridan (czy tylko mnie na potęgę myli się z Barrym Keoghanem?) jako młody chłopak, który wchodząc w zawodowy reżim zderza się wprost z najtwardszą ścianą przesadzonego myślę pseudo realizmu, jaką mógłby, ale nie był zapewne w stanie sobie wyobrazić. Młody ratownik przechodzący ekstremalną lekcję i dostosowujący się pod kuratelą starszego partnera (Sean Penn) do okoliczności, obowiązkowo budując w sobie nie bez problemów uodpornienie, jak też zdając test cholera wie czy etycznie uzasadnionej lojalności. Klisza oczywista - wszystko co już wielokrotnie widziałem i czego już nie dalej niż po kwadransie się spodziewałem - w sumie wraz z tragedią finałową. Być może jak powyżej - byłem bardzo przychylnie nastawiony, bowiem mi tego brakowało i jestem po seansie w sumie minimalnie, ale jednak usatysfakcjonowany (rzecz jasna nie jest to w żadnym stopniu poziom Ciemnej strony miasta - a może się tak kojarzyć), bo mało wokół lub wręcz kompletnie brak mocnej konkurencji i widziałem tu w kilku scenach, niekoniecznie kładącego po całości rolę (no nie wierzę) aktora imieniem Mike i nazwiskiem Tyson!

wtorek, 21 maja 2024

Challengers (2024) - Luca Guadagnino

 

Ostatnie dwa filmy o tenisie jakie pamiętam (Borg McEnroe i King Richard) były mega, z naciskiem na ten pierwszy który był (he he) bardziej mega niż ten drugi. Ostatnie dwa filmy o tenisie jakie widziałem, to tym samym chyba jedyne (he he) dwa filmy o tenisie jakie miałem okazję oglądać, choć majaczy mi w głowie jeszcze coś współczesnego tenisowego z mocno zmienioną Emmą Stone, ale raczej jakości tylko poprawnej. Ostatnie filmy natomiast Luki Guadagnino, to zawsze rzeczy wyjątkowe i nawet jeśli nie wszystkie tematycznie mnie porwały to zamykający do tej pory jego filmografię Bones and All był kilerem na poziomie tych najbardziej na lata w mej świadomości się osadzających, więc w Challengers naturalnie pokładałem gigantyczne oczekiwania i się nie zawiodłem. Nie jest to obraz stricte o tenisie, tak jak te powyżej wymienione też w zasadzie nie były, bo ważniejszy w nich sukces i w głowie zawodnika też rywalizacja, jaka do niego prowadzi. Challengers poniekąd również wyłuszcza tą kwestie, ale tutaj do gry oprócz piłki, charakteru i pieniędzy wchodzi też namiętność i walka ale o dominację w relacji oraz ambicja tak w sporcie jak i w miłości. Nie streszczę o co dokładnie się rozchodzi, bowiem po co odbierać arcy przyjemność z odkrywania zasadniczej kwestii i kolejnych scenariusza wątków, ale dam do zrozumienia że w swojej kategorii to film zaskakująco nowy, bardzo wizualnie nowoczesny, a wręcz brawurowy, choć miłość i na gorące zmysły brak odporności, to częsty w kinie motyw przewodni. Tu jednak podniesiony do najwyższego poziomu dynamiki akcji, intensywności uniesień, a przez wzgląd na połączenie go ze sportem, też bardzo intrygujący level powiązania namiętności sportowej z namiętnością uczuciowości. Trafił do mnie ten przekaz, to niejako metaforyczne sprowadzenie do jednego mianownika miłości i tenisa, czy bardziej może ogólnie kariery w sporcie, tudzież miłość w sensie uwodzenia, korzystania z własnych erotycznych walorów. Klei się przekaz i klei się też obraz warsztatowo, bo aktorsko jest wyśmienicie oraz kształtnie z pulsem, bo co raz operator z montażystą trafiają w punkt odważnie wizualnie i doskonale współgrają z lekko mechaniczną syntezatorowa nutą (Trent Rezonor, Atticus Ross), dzięki temu ja byłem mocno przez 130 minut wkręcony, tak w sceny bardzo przekonującej (dużo kombinacji przy montażu i kadrowaniu) technicznie gry jak i w tą warstwę manipulacji psychologicznej wykorzystującej zmysłów koncentrację. Poza tym konstrukcja też mnie uwiodła, bowiem pomysł na chronologiczny bałagan wraz z finałem od początku fragmentami dawkowanym, wielce się zbudowaniu fantastycznie oddziałującego napięcia przysłużył. Skoro nie pojawiło się tu do tej pory ani jedno słowo krytyki, gdy też nie uważam aby był to najdoskonalszy film Guadagnino, to muszę ważną rysę zauważyć, iż ta ostatnia mangę przypominająca scena w wydłużanym aż irytująco meczu finałowym, to daj Luca spokój – po co aż tak? :)

P.S. Od miłości do nienawiści bywa że jest tylko krok, ale z powrotem drogi raczej brak. Chyba że miłość myli się (he he) z pożądaniem!

poniedziałek, 20 maja 2024

Eileen (2023) - William Oldroyd

 

Poprzedni film Williama Oldroyda, to był niebezpieczny, bo podstępny klasyczny kostiumowy dramat i jak pamiętam otwarcie szeroko wrót do kariery dla bardzo obiecującej, a w roli tytułowej w nim znakomitej Folrence Pough. Eileen też rolą, a dokładnie mocnymi rolami kobiecymi stoi, jest jednak (jak się tylko przez godzinę wydawało) opowieścią mniej mroczną, mniej śmiertelnie poważną i też chyba bardziej ironiczną, mimo że całościowo to dramat psychologiczny z kobiecym wątkiem romansowym, ewoluujący już zupełnie bezkompromisowo w coś kryminalnego z thrillera nutą. Tak kombinuję, iż nie mógł się Oldroyd reżyser zdecydować (albo scenarzysta adaptujący powieść niejakiej Ottessy Moshfegh), jak i wraz z operatorem reżyser postawić na wyraziste lub wyblakłe barwy, więc mieszają się w Eileen tak gatunki filmowe, jak i optycznie jest raz niewyraźnie, a innym razem wręcz przerażająco dobitnie (patrz przede wszystkim finał, stanowiący 1/3 całości). Pulsował ten film od startu czas cały - prowokował zastanawianie się czy coś więcej, czy tylko tyle ile przez znaczącą część projekcji dostrzegałem, przeistoczy się w posiadającą jakąś ukrytą puentę finalizację. Potrafił zdobyć mimo narracji bez erupcji emocji uwagę, bo też posiada ciekawy kręgosłup odbudowany klimatycznie dobrą muzyką, jak i wyraziste, kapitalnie uchwycone aktorsko kobiece postaci, pomiędzy którymi chemia stylowo uwodzi. Najważniejsze jednako z punktu widzenia wspomnianej na wstępie debiutanckiej Oldroyda Lady M., reżyser ponownie skutecznie oszukuje manipulując i wciągając przez godzinę w intrygę, po czym przez kolejne czterdzieści minut wieńczy to do czego metodycznie dążył, a co jest dla mnie jako widza (niby ni z gruchy, ni z pietruchy) zaskoczeniem, nawet jeśli czułem kiedy Oldroyd swoisty podkład pod zasadniczą cześć uskuteczniał, że coś jebnie i faktycznie jebło z pozoru znienacka, a paradoksalnie przewidywalnie, bo jak się widziało Lady M., to podejrzenie musiało siedzieć w człowieku obowiązkowo. Myślę że sporo zdradziłem, mimo iż nie spojlerowałem, biorąc pod rozwagę fakt dlaczego miałbym odbierać komuś szanse na doświadczenie ekranowej przemiany bohaterki z zahukanej szarej myszki w…. - no właśnie.

P.S. Jak sugeruje stylizacja czcionki napisów końcowych przepływających przez ekran, miała mieć Eileen myślę posmak hitchcockowskiego kina i przyznaje że wyszło przyzwoicie (w momentach wybornie), biorąc pod uwagę przede wszystkim aktorstwo i wizualną stronę produkcji, ale mimo wszystko odczułem po seansie mały zawód, bowiem o Lady M. pamiętam do dzisiaj, a o Eileen podejrzewam, iż zapomnę szybko. Dobre, ale daleko do znakomite! Problem być może tkwił w podstawie do adaptacji, albo o dziwo sam Oldroyd niesprawnie, bowiem nieprzekonująco przeszedł od zawiązania akcji, co w tym przypadku oznaczało wgląd w psychikę postaci, do makabrycznego uwolnienia tego, co owe doświadczone traumami psychiki skrywały. Być może.

niedziela, 19 maja 2024

Fontaines D.C. - Skinty Fia (2022)

 

Spóźniona o dwa lata to o "nowości" rozkmina, bo o istnieniu Fontaines D.C. i płycie Skinty Fia od dłuższego czasu i od momentu wydania doskonale wiedziałem, ale w uszko nie wpadło to co w teledyskach licznych proponowali, a może gdybym był bardziej uparty i zrzucił z siebie wówczas impregnowanie na tego rodzaju granie, to opóźnienia by nie było. Jednak jest, gdyż człowiek to nie zawsze reaguje trafnie i na czas, a przyzwyczajenia i uprzedzenia, to często nawet i pierwsza człowieka natura, więc o Skinty Fia nie wtedy, a teraz i to z zupełnie mnie zaskakującej perspektywy. Fan "brytyjskości" w szeroko rozumianym rocku w punkt trafi z inspiracjami jakie akurat (przepraszam za tą brytyjskość :)) Irlandczykom podczas tworzenia swojej nuty towarzyszyły, a to oczywiście postpunkowe korzenie i po trosze (a może bardziej niż) britpopowe wpływy (ten look i ta w głosie maniera :)), jednak tak jak w przypadku Idles przefiltrowane przez tak osobistą muzyczną wrażliwość, jak i dopieszczone aranżacyjnie bez trzymania się sztywno jakichkolwiek stylistycznych reguł. Świetne harmonie, bo Skinty Fia jest tak samo piosenkowe jak wymagające oraz duże zaangażowanie w równie mocno wpływający na efekt końcowy storytelling, a wszystko to z dużą swobodą i poczuciem, że zespół jaki za tym krążkiem stoi będzie wciąż i wciąż za każdym kolejnym razem lekko zaskakiwał i trudno od niego oczekiwać płyt powtarzalnych - i prawidłowo. Subtelny eksperymentalnie, niejednorodny brzmieniowo, jakby rozmyty w też triphopowych klimatach, z wyczuciem niemu swój styl zwierzający, chociaż absolutnie nie tracąc kontaktu z postpunkowym fundamentem, kojarząc się przez pryzmat wokalu natrętnie ze wzmiankowanym britpopem. Przede wszystkim jednak zasysany konsekwentnie, otwierający za każdym razem szerzej wrota do zrozumienia co takiego wyjątkowo intrygującego kryje się w tej z pozoru mało odkrywczej nucie, jaka bez erupcji napięć kapitalnie korzysta z bujających uniesień i hipnotyzujących wibracji. To była ich trzecia produkcja, a obecnie już za najbliższym zakrętem czeka na premierę oczekiwany czwarty album, który jak powyżej napisałem zanim jednak na wzmianki trafiłem i zapoznałem się z singlem promującym, przynosi zaskoczenie, bowiem Fontaines D.C. zdaje się jak domniemałem, nie trzymać utartego szlaku i podobnie do wspomnianych Idles idzie w tym kierunku, który czuje, bo naturalnie jego intuicja im podpowiada. 

sobota, 18 maja 2024

Kuolleet lehdet / Opadające liście (2023) - Aki Kaurismäki

 

Aki Kaurismäki to jest reżyserska szycha o której taki ja mało zorientowany pierwszy raz słyszę. Nie jest oczywiście reżyserem dzieł epokowo mainstreamowych, ale ambitnej sztuki z własnym sznytem to też możliwe, że mi umknął. :) Stąd Opadające liście na ekranie, to dla mnie pierwsza okazja aby z kinem uznanego Fina się zetknąć i szanuję, że to w jego wykonaniu oryginalne głębokiej treści przekazanie, ale jest też ono lekko irytująco groteskowe, czyli wciskam je w kategorię doceniam, jednak fanem póki co nie jestem. Także dlatego, że zupełnie czego innego po zapoznaniu z trailerem się spodziewałem, a tu wygłaszają teksty jakby recytowali na szkolnym apelu, bądź może taka maniera kojarzyć się z mocno archaicznym już kinem, ale emocji w tym nie ma wprost w ogóle i słyszę w sumie głosy, ale kamienne twarze jedynie widzę. Wiem iż sporo dobra do analizy, wynikającego z bystrych spostrzeżeń Kaurismäkiego, tylko że (upieram się), taka czarna tragi(ha ha)komedia z absurdalnym poczuciem humoru, opowiadająca melancholijnie o romansie absolutnie nie reprezentacyjnym, w konwencji oszczędnej finansowo i przez to surowej (jak to ktoś napisał „Opadające liście mają taką uroczą etiudową formę”), mnie nie porwała i najbardziej przyznaję się zapamiętam z seansu syntezatorową piosenkę z baru. Serio!

piątek, 17 maja 2024

La Chimera (2023) - Alice Rohrwacher

 

Jak już Alice Rohrwacher dobierze twarze w swoim filmie, to widz musi być w lekkiej konsternacji jeśli pierwszy to kontakt z jej twórczością, lecz w moment dostrzeże, że oryginalna formuła jej dzieł takich osobliwych zabiegów (by była przyciągającą uwagę i naturalnie wiarygodną) wymaga i pochwali ją tak za zmysł estetyczny, jak i odwagę w tworzeniu sztuki filmowej najwyższych lotów i przede wszystkim niezwykle ambitnej. W mej pamięci nadal fantastyczny, także na wpół umownie baśniowy Szczęśliwy Lazzaro, a teraz po rzecz jasna wymagającym intelektualnie seansie, wiem że równie fascynująca La Chimera. Temat jakim Pani reżyserka się zajęła to też niezła, z lekka ekstrawagancja, jak się okaże pozorna tylko, bo ekstrawagancja prawdziwa kryje się w detalach, jakimi mocno nadziana ta spoza szerokiego mainstreamu produkcja. Hieny cmentarne w niej podniesione do rangi włoskiej na pozór cyganerii, dodawszy działalności jednej z nich pierwiastka metafizycznego, poszukiwacza wrót między światem żywych i umarłych. To jednak tylko punkt wyjścia dla historii, która posiada istotny walor intrygujący i nie wiemy w sumie dokąd za zakrętem zmierza i jak się skończy. Domyślamy się tylko (jeśli znamy cokolwiek z prac reżyserki), że okaże się zdecydowanie bardziej rozbudowana niżby się na starcie zdawało. Cmentarne hieny to tylko małe trybiki czarnego rynku handlującego dziełami sztuki, a w tle dojmujący obraz Włoch i mam wrażenie, iż nikt inny współcześnie nie potrafi ukazać Italii tak brzydkiej że aż pięknej. Włoskiej egzotyki, gdzie miesza się słoneczny optymizm z biedą, ponuractwem i jeszcze wszelakimi ludzkimi osobliwościami lub wręcz dziwactwami. Alice Rohrwacher nakręciła ponownie arcy swoje kino (choć neorealizm klasyczny jest jej bardzo bliski), tym razem jako niezwykły film o chciwości ludzkiej mieszającej życie ze śmiercią, sacrum z profanum. Opowiedziała oryginalnie fabułę zarazem kryminalną i poruszającą zagadnienie związku współczesnych z historią, ale przede wszystkim surrealistyczną fabułę mistyczną jak i bliską po prostu samotnym duszom fabułę miłosną i za to jej należy się tak intelektualne koneserskie, jak i wrażliwych miłośników kina uznanie.

czwartek, 16 maja 2024

All of Us Strangers / Dobrzy nieznajomi (2023) - Andrew Haigh

 

Mogłem się spodziewać że będzie dobry, a jestem pod ogromnym wrażeniem, bowiem mimo że maksymalnie sentymentalny to jest znakomity. Od początku mocno pomiędzy jawą a snem hipnotyzująco mrocznie tajemniczy i nawet sobie przez moment po dwóch pierwszych scenach pomyślałem, że to taki klimat wampirzy, a główny bohater jak dziecko nocy poszukujący okazji by wyssać trochę cieplej krwi z ofiary włócząc się po nocnym Londynie, kiedy okazało się, iż fascynująco odpowiedzialny za scenariusz człowiek przenosi nas z teraz do "kiedyś" z życia samotnego geja (konserwatywne lata 80-te), gdzie rodzice pewnie zamiast wówczas działań odrzucających skrzywionego seksualnie syna bądź ślepych na w teorii oczywiste poszlakowe sygnały, wręcz przeciwnie dumni są z niego i jego osiągnięć bez kontekstu homoseksualnego, z pełną akceptacją na niego spoglądający - przyznaję kapitalny motyw na otwarcie. Ciepły dom, kochający się rodzice - cudowna wycieczka w marzenia senne, kiedy dzieciak realnie prawdopodobnie kompletnie porzucony samemu sobie, gdyż matka z ojcem sparaliżowani przerastającym ich społecznie nieakceptowalnym wyzwaniem. Bardzo magnetyczna ta subtelnie nastrojowa formuła narracyjna, konfrontacja z klimatem brytyjskich ejtisów, konstatacja na temat męskiej wrażliwości idealnie spuentowane hitem Pet Shop Boys i wspierające bardzo dobre wrażenie związane z przemyślaną treścią kapitalne aktorstwo, ale też jestem pod wpływem wyrazistego operowania intensywnym kolorem i pracy całościowej operatora, lecz powinienem teraz rzecz jasna jako heteryk ale podatny na artystyczną estetykę napisać, że wszystko fajnie, ale sceny męskie łóżkowe to przesada i można byłoby sobie je w tej quasi fantasy konwencji darować, ale niby z drugiej strony czemu, jeśli na przykład film ten jest kierowany do społeczności LGBT+ i jak dojrzały człowiek nie ma problemu z różnorodnością ludzkich popędów (oczywiście nie krzywdzących jednoznacznie innych), to niby jaki problem. Oglądam przecież dobre kino dla przyjemności obcowania ze świetnie opowiedzianymi historiami, a ta jest bezdyskusyjnie taka i w dodatku ma w sobie coś wyjątkowego. Połączenie realizmu z myśleniem magicznym w postaci tych sennych podroży w czasie i inscenizowaniu relacji z rodzicami, przepracowując zapewne traumy z prawdziwych wydarzeń i tu jest jeszcze klucz do sedna oraz jak się okaże twist być może niepotrzebny, o którym cicho sza! Niezwykła to terapia, traum oswajanie te ucieczki w przeszłość i rozmowy jakby po fakcie z rodzicami wciąż młodymi. Przyznaję że mnie to dotknęło jako wzruszające doświadczenie, kiedy przyglądałem się temu poczuciu winy jakie w człowieku jako rodzicu eksploduje czy pęka i w trudnej lecz w atmosferze wyrozumiałości i wybaczenia zostaje przewalczone. Jeden z najmądrzejszych i najczulszych filmów jakie widziałem, no ale ten finał - trochę za grubymi nićmi uszyty szok.

środa, 15 maja 2024

Anatomie d'une chute / Anatomia upadku (2023) - Justine Triet

 

Zacznę trywialnie – Anatomia upadku to trzęsienie ziemi na początku i dalej napięcie, tfu... ciekawość tylko rośnie. Pewnie banalnie napiszę też w środku i tak samo myślę zakończę, ale to inna bajka, akurat przez pryzmat charakteru moich archiwizacji oczywista. Doskonalą robotę wykonuje sama filmu Justine Triet konstrukcja, czyli z pozoru klasyczna droga dedukcji, choć dowody i poszlaki nie składają się w rytmie przemijającego czasu w spójną całość (nie są też właściwie czy przede wszystkim materiałem dla kryminalnej zagadki) i nie dają tak typowo jasnej odpowiedzi, bo w sumie nie szukamy winnej osoby z grona związanych z sytuacją postaci, tylko w sumie od początku WIEMY (my decydujemy w co wierzyć), choć wątpliwości w nas są rozbudzane. Zrobiła to czy nie zrobiła? Oto właściwe, choć niekoniecznie główne pytanie, ale też scenariusz nie opiera się w założeniu i z szczwaną premedytacją na odkrywaniu prawdy, a skupia się na szerszej aspektu chorego (może po prostu skomplikowanego - bo to złożona jak zawsze materia) związku wiwisekcji, jak i zdaje na kulisach przygotowywania oskarżonej do stawienia czoła pytaniom postawionym na sali sądowej i wraz z adwokatem udowadniania założonej obronnej strategii. Dlatego szczególnie ważne są te wszystkie detale zauważalne w zachowaniach i stąd też rola Sandry Hüller została na festiwalach doceniona, bowiem wydaje się w wyrazisty sposób pozostawia ona istotne ślady, tak za pomocą gestu, mimiki czy w sposobie wyrażania treści, jak i roli samych poddawanych ocenie treści. Wszystko tu tak po prawdzie ma kolosalne znaczenie i widz musi być ustawicznie uważny, by nie zgubić czegoś tym bardziej nader kluczowego, a co myślę można przeoczyć, gdyż narracja jest kompletnie pozbawiona natężeń, a opiera się na równym rytmie pojawiających się inscenizowanych scen, jedynie przeplatanych wyrazistymi muzycznymi akcentami, które wywołują tak uczucie grozy jak i udanie poniekąd próbują zwiększać napięcie, którego jednak jak na thriller/kryminał sądowniczy (bowiem w rzeczy samej quasi teatralny, minimalistyczny i chłodny dramat o kondycji małżeństwa) nie ma spodziewanej obfitości. Za to konteksty i manipulacyjne wątki są bardzo obfite i sięgają szeroko, bardzo zamaszyście, więc na przygotowaniach do procesu się temat nie kończy, bo on zamiast cokolwiek wyjaśnić, jeszcze silniej sprawę gmatwa. Przecież to mimo iż technicznie ascetyczny, to obraz mocno czasowo rozbudowany, osiągający czas trwania 150 minut, a to co na sali sądowej, to żadne statyczne filmowanie zeznań - to przeplatany kapitalnymi retrospekcjami, fascynujący materiał dotyczący małżeńskiej relacji do zaangażowanego analizowania. Nie dziwi iż zdobył uznanie jury ubiegłorocznego Festiwalu w Cannes oraz namieszał podczas oscarowej gali.

wtorek, 14 maja 2024

Á ferð með mömmu / Matka siedzi z tyłu (2022) - Hilmar Oddsson

 

Co za miejsce, jakie cudownie surowe okoliczności przyrody i ta antystresowa izolacja, która przekornie może prowadzić do melancholii, kiedy tak czas powoli równym nurtem płynie i z pewnością jednak samotność doskwiera. Opowieść kończy się jak ponury żart, a zaczyna raczej sielsko, choć nie anielsko, bo życie spokojne, lecz też w jakimś sensie niespełnione, gdy na oko ponad pięćdziesięcioletni mężczyzna na wyspie islandzkiej z matką mieszka. Kiedy ona umiera zaczyna się niezła draka i wszystko co dalej następuje, to taka urzekająca raz zwyczajność w swojej niezwyczajności, a dwa seria zdarzeń z kategorii osobliwości, jakie tylko chyba osobne kino islandzkie może zaproponować. W balladowym klimacie film drogi - perełka wizualna, nieco przez czarno-biały wygląd i charakter czarnej nostalgicznej, momentami onirycznej, ale głównie jak diabli ponurej, lecz jednak komedii przypominający (no proszę, a jednak skojarzenie z kinem amerykańskim) kultową dla mnie Nebraskę Alexandra Payne’a. Bardzo podobne osobowości, dziwaki jak na standardy wielkomiejskie - po prostu życie życie, ale nie w Madrycie, czy tym bardziej na szczycie. O celu w życiu lub chociażby wypełnieniu życiowej pustki. Między innymi też o spóźnionym dojrzewaniu i stawianiu czoła ograniczeniom. Doskonały skromny i przekorny tragikomiczny dramat pobudowany na fundamencie skandynawskiej wrażliwości - bardzo warto.

poniedziałek, 13 maja 2024

Alphaville - Forever Young (1984)

 

Strzeliłem sobie wczorajszego późnego popołudnia taki eksperymencior i przeniosłem się dwa razy (bo mi się spodobało :)) do dalekiej smarkatej przeszłości, kiedy jako dzieciak nic naturalnie przez pryzmat wiedzy i doświadczenia o dobrej nucie nie wiedziałem i na sto procent opierałem się w poszukiwaniach nutki do słuchania na trendach oraz tym oczywiście co mi w uszka wpadnie - nie przejmując się, że być może tak prędko jak wpadło to wypadnie. Fajne czasy, kompletnie nieskażone jakimikolwiek osobistymi gustami, a oparte wyłącznie, można by powiedzieć na intuicji, bądź też na mas przekonaniach które pozwalały konkretne numery spopularyzować, a inne wywalić poza ramy, odbierając im szansę na większe zaistnienie. Tak sobie teraz dumam, gdy wspomniane dwa odsłuchy nostalgiczne i zaskakująco dla mnie współcześnie też miłe odbyłem, że nie wyrosłem z tej ejtisowej elektroniki jaka dzisiaj przeżywa swoją drugą młodość i nie jest to taka typowa moda powszechna, bo granie syntezatorowe mam wrażenie zdobyło status gatunku całkiem ambitnego i w to przywrócenie mu wysokiego statusu zaangażowali się nieoczekiwanie poniekąd muzycy z nurtów raczej mało elektronicznych, a bardziej kojarzonych z ciężkim graniem gitarowym, co jest też chyba naturalne, bowiem wszyscy Ci najbardziej znani najtisowi metalowcy, to dzieciakami byli, kiedy syntezatory dominowały, więc ukształtowanie ich gustów nierzadko nie wiązało się z odkrywaniem wpierw albumów protoplastów mocnego riffu, lecz właśnie ekip estetycznie powiązanych z całą szeroką sceną zimno-falową, jaka rzecz jasna wpłynęła (i tu uderzam do Alphaville) na powstanie syntezatorowego popu, jaki z kolei był zdecydowanie dla niedorostków z lat osiemdziesiątych łatwiej przyswajalny, niż wszystkie te grupy skupiające się przykładowo wokół Joy Division czy innych. Niemały na to wpływ miał też fakt, iż przy ikonicznym tytułowym kawałku z Forever Young można było na szkolnej dyskotece do sympatii się przykleić, co trudniej byłoby zrobić w rytmie post-punkowej nowej fali - zresztą do której około 10-latkowie musieliby dorosnąć, ale chyba często nie zdążali, bo mody się zmieniały i jak po swoim przykładzie widzę, przeskakiwałem z syntezatorów na brzmienia wtedy dla mnie nowe gotyckie i później gotycko metalowe, co z kolei teraz ze współczesnej perspektywy wiem (bo wiedza, bo doświadczenie, bo wreszcie ukształtowane gusta), zaiste miały przecież bardzo blisko do cold/dark/new wave'u, niż do akcji typowo metaluchowych. Innymi słowy im jestem starszy tym bardziej rzecz jasna te gatunkowe powiązania i zależności w spójny system mi się układają, a na koniec jeszcze dodam, że nigdy fanem kultowych depeszów nie byłem i się tego nie wstydzę, bo urodziłem się właśnie za późno, a również nie wstyd mi, że ogromny jak się okazuje we mnie sentyment do Alphaville nadal żyje i twierdzę, że absolutnie nawet dzisiaj Forever Young jako album ma się czym pochwalić, bowiem to znakomicie napisana muzyka. Może i przede wszystkim cholernie przebojowa, bo melodyjna jak tra la la la, ale też jeśli ktoś chciałby się pokłócić, iż nie jest równocześnie aranżacyjnie i harmonicznie całkiem ambitna, to jestem gotów pójść z tym kimś na kopie argumentów i kontrargumentacji! Tylko proszę mi tu nie podnosić kwestii, iż taki Lies, to Papa Dance mogliby zagrać i stałby się on z miejsca ich przebojem na miarę Maxi Singla - bo to chwyt poniżej pasa. :)

niedziela, 12 maja 2024

K - PAX (2001) - Iain Softley

 

Chyba jeden z niewielu filmów z przełomu wieków, który tak pasjonująco opowiada zakręconą, mocno absorbującą historię, poniekąd z pogranicza scie-fi i psychologii. Napisany tak, że nie ma w nim niczego nastawionego w sumie jednak na spektakularne motywy, które w miejsce treści jako wata serwowana przykują uwagę, a skupiony erudycyjnie na przekazaniu bardzo frapującej wiedzy i wykorzystaniu jako fundament konstrukcji thrillerowego budzenia ustawicznie wątpliwości - choć absolutnie w moim przekonaniu gatunkowo z thrillerem nie ma nic wspólnego. To w sumie obyczajówka, dramat nawet poprzez skojarzone konteksty psychologiczny i może tylko na finał mający nieco wspólnego z dramatem a’la kryminalnym. Jego głównym atrybutem między innymi świetnie skonstruowany scenariusz i bardzo humanistyczne przesłanie, momentami wręcz wywołujące tak silne wzruszenie, iż tzw. gęsia skórka gwarantowana - po prostu w tej gatunkowej formule rzecz wyrastająca ponad standardowe poziomy, a w przypływie recenzenckiego entuzjazmu fenomenalna. Może też się kojarzyć cokolwiek przez wzgląd na umieszczenie znacznej części akcji w i wokół ośrodka psychiatrycznego oraz głębokiego spenetrowania nieoczywistości związanych z zaburzeniami natury psychiczno-osobowościowej, z takim stylistycznie zbliżonym dziełem kinematografii amerykańskiej pokroju Przerwanej lekcji muzyki, ale jest też na przykład od najbardziej wyrazistego w  stawce Lotu nad kukułczym gniazdem jednak odmienny, a już na pewno korzystając z osobnego od powyższych wątku podróży międzygalaktycznych w najbardziej kameralnym ujęciu, jest też filmem wyjątkowym. Oczywiście nie wyszło by tak znakomicie, gdyby nie idealny w roli Jeff Bridges i genialny wręcz w kreacji głównej Kevin Spacey, a ja za każdym razem kiedy K-PAX obejrzę, to zawsze oko się załzawi, bo to to ten jeden (powtarzam) z niewielu filmów z przełomu wieków, który jest niby dla czasu powstania charakterystyczny, a i tak mimo to nieprawdopodobnie głęboko mnie porusza.

sobota, 11 maja 2024

The Last of the Mohicans / Ostatni Mohikanin (1992) - Michael Mann

 

Cóż za sympatyczna podróż sentymentalna, ten Ostatniego Mohikanina seans, bowiem ponowne spotkanie z tym charakterystycznym soundtrackiem, jaki pamiętam z taśmy magnetofonowej, klimatycznymi wieczorami sobie odsłuchiwałem, czyniąc ze wspomnianych niezapomniane jak widać nastrojowe wspomnienie. Jedno muzyka Trevora Jonesa i Randy’ego Edelmana, skomponowana w dość zawiłych okolicznościach także we współpracy z kultowym zespołem Clannad, dwa takie wizualne przeżycie, że wciąż pod wrażeniem pozostaję, kiedy pejzaże i sceny po latach zmysłem wzroku zasysam. Wielkie to hollywoodzkie kino - spektakularne i bardzo melodramatyczne, bo romans Madeleine Stowe i Daniela Day-Lewisa, to dla oczu i serca bardzo rozkoszne doświadczenie, a dramatyczno-tragiczny charakter powieści Jamesa Fenimore’a Coopera, na jakiej Michael Mann zbudował swoją rozbuchaną wizualnie adaptację, to może lekko uproszczona, jednak wartościowa lekcja amerykańskiej historii, kształtowanej przez chciwych Europejczyków. Dwa mocarstwa walczące o prymat na zawłaszczonej ziemi i rdzenni mieszkańcy potraktowani jako niewolnicze mięso armatnie, w konfrontacji dumnych ze swojego imperialnego statusu nacji. Ponadto żeby być w zgodzie z prawdą, także autochtonów międzyplemienne waśnie i najważniejsze w kontekście fabuły, najgorszych cech przez Indian od imperialistów nabywanie - bo postać Magua, to taki żywy przykład, co do kultury rdzennych wnieśli ucywilizowani przybysze z Europy. Mnie Ostatni Mohikanin uwiódł w roku 1992 i do dzisiaj trzyma, gdyż to intensywnie wzruszający, silnie emocjonujący, pełen przygody obraz w klasycznym formacie kina ekscytującej rozrywki i chyba po kultowej Gorączce najlepsze co w amerykańskiej fabryce snów stworzył Mann. Kina, które jest przede wszystkim profesjonalnie skrojoną rozrywką, ale i posiada wymiar szerszy, a nawet pomimo konwencji nastawionej na ogólną popularność, także z rozmachem wyprodukowanym kinem tak batalistycznym, jak i brutalnym kinem zemsty oraz przez pryzmat historii podboju Ameryki, gorzkim wyrzutem sumienia przodków obecnych dumnych białych Amerykanów.

piątek, 10 maja 2024

Meet Joe Black / Joe Black (1998) - Martin Brest

 

Martin Brest to taka postać w hollywoodzkiej branży, która zabłysnęła mega hiciorem o gliniarzu przyjeżdżającym do Beverly Hills i po tym złote jajka znoszącym prima sort komediowym sensacyjniaku zrobił jeszcze jeden podobny film rozrywkowy, a potem zabrał się za coś bardziej ambitnego, choć też kasowego, wpierw kręcąc Zapach kobiety, następnie u schyłku lat dziewięćdziesiątych (o zgrozo) właśnie Joe Blacka. Obraz dla części widzów (jak to możliwe, jak to możliwe?!) wręcz kultowy, który jednak nie zjednał sobie (pisząc oględnie) opinii jednogłośnie bardzo dobrej, a nawet dobrej czy w ogóle ocierającej się o komplementy, a raczej (dobra, piszę wprost) nudnego zakalca w świecie poważnej filmowej krytyki. Na pewno był jednak filmem oryginalnym tematycznie i poruszającym ckliwe struny, choć produkcyjnie (niemożliwe przy okazji aby te statyczne, jakby w ciężkiej oprawie zdjęcia sygnował swoim nazwiskiem Emmanuele Lubezki), gdyż raczej wyglądał właśnie żałośnie nijako, bo schematycznie i nazbyt sterylnie. Ja się z nim mierzyłem w czasie gdy był popularny i zmierzyłem bardzo połowicznie, bo w kilku przypadkowych podejściach, a i tak nie udało mi się do końca 180 minutowej projekcji dotrwać. Teraz w końcu dałem radę (im człowiek starszy, to jednak głupszy!) i nie była to zasługa pięknych buziek romansującej parki, bo one takie śliczniutkie były zawsze, a utrzymałem się przy ekranie, bo była najzwyczajniej musowa konieczność zarwania nocy i żadnego innego pomysłu zastępczego. Straszne przyznaję, półświadome, półprzespane doświadczenie, a obraz/melodramat poniekąd dla miłośników wzdychania idealny - z pewnością dla mnie trzymającego się od tejże stylistyki raczej na odległość zapamiętywalny przez charakterystycznie przyspawaną do żenującej formuły scenę, kiedy tak się obracają na zmianę i żadne się odezwać nie decyduje, a później jego na tym przejściu, łup jedno, łup drugie auto - wykorzystując efekty specjalne, które dzisiaj wyglądają lekko groteskowo. Romans też zabawny, bo Pitt jest taki żałosny w pozie jaką rola i wizja reżysera wymogła, że mógłby zagrać u Spielberga w A.I. zamiast Juda Lawa cyborga - oczywiście żartuje, bo Law zrobił to wybornie, gdyż nie udawało lekko upośledzonego, wymuskanego modela. Jednak uzyskany efekt nie do przyjęcia, to nie tylko rola Pitta, ale przede wszystkim nadęta, higieniczna do przesady formuła, przez co strasznie się dłużył, potwornie kojarzył się z hallmarkową tandetą i chyba Hopkins z Pittem musieli się jednak wstydzić, że się pozwolili zaangażować i zaufali “krytycznemu” spojrzeniu Bresta na uzyskany efekt aktorski. Spłakałem się ze śmiechu, zamiast wzruszyć i to ostatnie odważne, bowiem bazujące na najszczerszej szczerości stwierdzenie opisuje najcelniej dlaczego jednak udało mi się skutecznie zarwać wspomniana nockę. :)