poniedziałek, 10 października 2016

Vanilla Sky (2001) - Cameron Crowe




Jedna decyzja, czasem zdanie pojedyncze może wywołać cały szereg zaskakujących, dramatycznych konsekwencji. Drobiazgi mają decydujące znaczenie, a każda upływająca minuta to szansa by za ich udziałem, w miarę świadomie rzeczywistość kreować. Opuść sen, pojaw się na jawie, ocknij się, otwórz oczy i nie przegap momentów kluczowych, sytuacji krytycznych! To przesłanie obrazu Camerona Crowe'a, a jego scenariusz to skomplikowana i błyskotliwa podróż w głąb ludzkiej psychiki, gdzie często podświadomość warunki dyktuje, a marzenia i pragnienia stanowią niewyczerpalne, wysokokaloryczne paliwo dla projekcji nieprzeniknionego umysłu. Bogata w emocje i zaskakujące twisty przygoda - wielopoziomowa i fascynująca, traktująca o przełomie i "tej jednej chwili, w której ta prawdziwa miłość wydawała się możliwa". Przekonująca realizmem i intrygująca intelektualnie wariacja wokół konwencji science-fiction, wychodząca zdecydowanie poza ciasne ramy gatunkowe. Z wyborną obsadą - świetnym, dominującym warsztatowo Tomem Cruisem, fascynującą Penélope Cruz i rajcowną Cameron Diaz oraz całym doskonałym drugim planem. Film niczym sen na jawie, pozostający z człowiekiem na lata, głęboko w duszy się zagnieżdżający - rzecz w moim przekonaniu wyjątkowa!

P.S. Dla jasności! Jeden z bardzo nielicznych przypadków, kiedy amerykańska wersja europejskiego filmu robi wrażenie co najmniej równe pierwowzorowi, a nawet kierując się skrajnie subiektywnymi doznaniami wspina się ponad jego poziom. Może moja opinia odosobniona, a jej źródłem fakt, iż w pierwszej kolejności hollywoodzki remake widziałem, a później dopiero oryginał Alejandro Amenábara. Albo też obiektywnie zasługa to świetnego warsztatu i wyczucia materii jaką popisał się Cameron Crowe i obsady na jaką postawił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj