poniedziałek, 24 października 2016

Monster Magnet - Mastermind (2010)




Mastermind to nie jest szczytowe, tym bardziej też najniższych lotów osiągniecie ekipy nieobliczalnego Dave'a Wyndorfa. To bardzo mocny środek, dowód na stabilizację i stagnację jednocześnie. Stabilizacja zaskakuje, bo przecież ostatnimi czasy (tj. przed 4-Way Diablo w szczególności) dobrze to w obozie Amerykanów się nie działo. Ponownie decydującą rolę odgrywały perypetie frontmana z narkotykami, dysfunkcjonalność o zasięgu ponad osobistym i konieczne po fazie zjazdu specjalistyczne kuracje. Lepszy jednak ten przysłowiowy wróbel w garści niż marzenie o gołębiu, który całkowicie poza zasięgiem. :) Cieszy zatem ta stagnacja i obecność Monster Magnet zarówno w wydaniu studyjnym jak i koncertowym. Trzeba się pogodzić z faktem, że kontrakty z majorsami, albumy multiplatynowe to już dawno wybrzmiały śpiew historii i teraz z konieczności należy się zadowolić produktem okrzepłym i statusem priorytetu, jednak pośród mniejszych rybek w ograniczonym możliwościami stawie. Materiał jaki konstruuje Mastermind, nie jest żadnym przełomem, on zawiera esencjonalny przekrój dotychczasowych kompozycyjnych osiągnięć formacji. Odnajduję tutaj ten charakterystyczny łupany na raz drive, mocny i posępny riff z okolic Black Sabbath. Uśmiechnięty i z przekąsem bezpretensjonalny rock'n'roll, spalony ziołem psychodeliczny trip oraz oparty na dwóch, góra trzech dźwiękach klawiszy kosmiczny lot - słowem jest refleksyjnie i bezczelnie, czyli tak jak być powinno. :) Trudno jednoznacznie orzec co napędziło taki efekt finalny. Czy zimna kalkulacja, analiza i synteza, a może bezpośredni strumień podświadomości spisany podczas używkami sterowanych sesji? Ewentualnie w grę wchodzi wytłumaczenie banalnie idealizujące sztukę Monster Magnet, czyli że to co grają mają naturalnie we krwi i nie musieli się spinać, czy ryzykownie natchnienia poszukiwać by przyzwoite kompozycje skutecznie skroić. Co by ich nie inspirowało przyniosło wiarygodny i przekonujący stuff oddający miejsce w którym się znajdują i ducha jaki w ich muzyce zawarty. Te dwanaście hymnów ani radykalnie nie przewartościuje ich pozycji ani też tym bardziej tych zasłużonych rockmanów do grobu nie złoży. I git! :)

P.S. Pisane A.D. or A.S. 2016 z pozycji roku 2010-ego. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj