wtorek, 18 października 2016

Acid Drinkers - Peep Show (2016)




Acid Drinkers (jeśli tylko w ich karierze dramaty miejsca nie mają) to płyty od lat wydają z precyzyjną częstotliwością i nie ma chyba dla nich odpowiednika na rodzimej scenie, takiego który po prawie trzech dekadach działalności utrzymywałby prócz tej studyjnej dyscypliny, także tak trwały skład. Problem od rejterady Litzy był jedynie z obsadą drugiego wiosła - albo goście z przyczyn prywatnych się wycofywali, czasem byli siłą perswazji liderów usuwani, bądź pochodząc z innych znanych ekip na drugim etacie zwyczajnie nie wyrabiali. Był też wyjątek od tych schematów, sytuacja niezwykle przykra, w ludzkim ujęciu cholernie dramatyczna życiowo i także w wymiarze artystycznym dla przyszłości grupy istotna. Kiedy kwasożłopy z Aleksandrem Mendykiem aka Olassem nagrali Verses of Steel okrzyknąłem ten materiał w przypływie (ba, nadal trwającego) entuzjazmu ich najlepszym dokonaniem w całej dotychczasowej karierze. Niestety życie pisze najbardziej zaskakujące scenariusze, a efekty dla zainteresowanych przybierają czasem nieprawdopodobnie tragiczne skutki. Niespodziewana śmierć Olassa odebrała ekipie Titusa szanse na ogromne przyspieszenie kariery (żart, w tym miejscu i kontekście bardzo czarny) i przejście na wyższy level (tu to powaga). O jak było to czuć na kolejnych krążkach, gdzie para w większości poszła w gwizdek i mimo prób utrzymania poziomu z tak cenionej przeze mnie poprzedniczki efekt okazywał się najwyżej li tylko poprawny. Brakowało świeżości i energii, kopa nie było i na próżno szukać w numerach z La part du diable i 25 Cents For a Riff potężnego groovu, którym Verses of Steel została kapitalnie nasycona. Już spieszę wyjaśniać dlaczego ten wątek rozwijam, gdy o nowym albumie amatorów win kwaśnych mam pisać. Peep Show swą zawartością wybija mi z ręki poniekąd argument o wyjątkowym wpływie wyłącznie Olassa na muzykę acidów, bo od pierwszych dźwięków idealnie wpisuje się w konwencje stalowych wersetów i robi to do końca krążka z równą skutecznością – ożeż cholera bez Olassa, a z Jankielem! Świetne chwytliwe motywy, kapitalny drive i odpowiednie rażenie riffem, a całość z soczystym i przejrzystym brzmieniem. Narzekałem od kilku lat na ich formę, byłem daleki od entuzjazmu, chwilami mocno rozgoryczony, szczególnie gdy dwie ostatnie produkcje bezpośrednio po Verses of Steel odsłuchiwałem. Dziś jednak napiszę ze choć są na studyjnych albumach nierówni to tym razem nagrali jeden z najpotężniejszych materiałów w karierze. No dobra nie będę przesadnie kadził, gdzieś o pól poziomu poniżej wersetów, tuż obok kilku klasycznych dokonań. Zwyczajnie nie ma się czego czepiać, a moja powściągliwość związana z ogromnym sentymentem do krążka z 2009 roku i asekuranctwem wobec wpływu czasu na przyszłą ocenę Peep Show. Nie ma opcji by miał on też wpływ na zmianę statusu grupy. Ona u nas od lat ugruntowana, a za granicą hmmm... ujmę to tak uprzejmie jak to tylko możliwe - stała. :) Znaczy ktoś tam tej polskiej legendy słucha, ale do końca poważnie to nie traktuje. Dla oddanych grupie fanów (nigdy chyba nim nie byłem, bo dość często krytyki nie szczędziłem :)) sytuacja to absolutnie niezrozumiała. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj