wtorek, 1 sierpnia 2017

Dunkirk / Dunkierka (2017) - Christopher Nolan




Refleksja w temacie Dunkierki nie zamknie się w kilku prostych żołnierskich słowach, mimo że temat mógłby do takowej formy zobowiązywać. Tutaj w tym miejscu sporo zostanie wyartykułowane, ostrzegam że czasem nawet pomimo przygnębiającego ciężaru tematu, zachowując rzecz jasna szacunek i proporcje z drobną dozą żartu. ;) Najnowszy obraz Christophera Nolana to nie jakaś kolejna sztampowa produkcja o bohaterstwie na polu chwały, a zupełnie nowa, choć zbudowana z kilku podstawowych elementów świeża w kinie formuła zawstydzająca poniektórych reżyserskich wydawałoby się tuzów. I jeśli już o metodzie piszę to zaznaczam stanowczo, iż dwie kategorie warsztatowej biegłości wyznaczają kierunek, w którym Nolan poszedł. Mianowicie zdjęcia i przede wszystkim muzyka, czyli tandem idealnie w tym wypadku spójny, bo gdy dźwięki skomponowane przez Hansa Zimmera przyprawiają przez ponad sto minut projekcji o ustawiczne dreszcze, to wizualna poetyka ujęć (Hoyte Van Hoytema) pozbawionych tandetnej zabawy grafiką komputerową serwuje widzowi cały wachlarz doznań wizualnych o wysokim stężeniu autentyzmu. I nawet jeśli cześć operatorskiej roboty naturalnie wspierana jest nowoczesną technologią, to nie ma mowy, aby ona sprowadzała wrażenia do nieprzekonującej żonglerki tanią widowiskowością. Nolan skupił się na wbiciu widza w fotel już od pierwszej sceny i nieodpuszczaniu do samego końca, bez sztuczek i forteli, wyłącznie odartym z przesady surowym obrazem wojennej zawieruchy – z minimalną ilością dialogów, powstrzymaniem się przed nazbyt nachalnym epatowaniem krwią i co niezwykłe bez fizycznego współudziału postaci w mundurach Wehrmachtu, jednocześnie z tak wyraźnym poczuciem obecności ich siły. Utrzymał reżyser, mimo minimalizmu środków w sposób fenomenalny napięcie w każdej scenie - odtworzył dobitnie presję czasu, ukazał sugestywnie strach, bezsilność i desperacje w walce o przetrwanie, tylko z odrobiną patosu, tak ku pokrzepieniu serc w samym finale. Tym samym stanął w jednym szeregu z największymi mistrzami kina pokroju Kubricka, Coppoli, Stone’a czy Spielberga, reżyserów dokonujących swego czasu w gatunku filmu wojennego przełomów zarówno w kwestiach warsztatowych jak i emocjonalnego oddziaływania. Dunkierka według wizji Nolana to totalne przerażenie w oczach setek tysięcy cofających się żołnierzy brytyjskich i francuskich, to chaos akcji ewakuacyjnej, bezradność militarna wobec miażdżących sił niemieckich oraz niezwykła wola przeżycia i dotarcia do angielskiego wybrzeża. To także w równej mierze zapis heroicznej postawy nielicznych pilotów osłaniających odwrót, jak i zwykłych cywilów poświęcających własne bezpieczeństwo na rzecz akcji ratowniczej. Ta właśnie rozbudowana scena głównych postaci dramatu wymagała dużej sprawności narratorskiej i Nolan osiągnął tutaj fantastyczny efekt stosując oryginalny podział miejsca i czasu akcji, gdzie jeden tydzień na plaży, jeden dzień na wodzie i jedna godzina w powietrzu łączą się w spójną i płynną całość, zaplatając wątki z dużą precyzją. Gdy dodam, iż piętrząca się dynamiczna akcja nie pozwala złapać tchu, aktorski warsztat satysfakcjonuje nawet w wydaniu Harry’ego Stylesa (uwaga teraz dłuższa dygresja zakłócająca rytm tekstu – One Direction,  mówi wam to coś i wiem, że mimo obecności osoby formatu gwiazdy piosenki chłopięcej najważniejszy i tak jest Tom Hardy :)), a wszelkie dźwięki materii nieożywionej towarzyszące walce, z wybijającym się na czoło przerażającym świstem nurkujących myśliwców, dokonują zaciekle zmasowanego ataku na aparat słuchowy i emocjonalną konstrukcję widza, to otrzymuje równanie doskonałe, w którym jedyną niewiadomą jest kwestia czysto historyczna. Okazuje się bowiem, że do dnia dzisiejszego nie ma jednej w pełni wiarygodnej teorii wyjaśniającej dlaczego wówczas szwabskie czołgi spychające spanikowanych żołnierzy ku morzu, akurat się zatrzymały. Zapewne gdyby z jakichś nieznanych powodów Niemcy nie zaciągnęli hamulców uratowałoby się 350, nie 350 tysięcy alianckich żołnierzy i ucieczki w żaden sposób nie udałoby się przekuć we względny sukces.

P.S. Na koniec na marginesie drobna uszczypliwość skierowana zarówno do zachwyconych ostatnią pracą Mela Gibsona oraz do niego samego. Stawiając na szali ważącej dosadność przekazu Przełęcz ocalonych i Dunkierkę ta pierwsza wystrzeliłaby w górę pod ciężarem gatunkowym jaką swoje dzieło obdarzył Nolan – bez dyskusji proszę, bez dyskusji myślę że będzie, argumentów merytorycznych po stronie Gibsona oczywista przecież posucha! :)

2 komentarze:

  1. Niestety jeszcze nie widziałam czego "cholernie" żałuję ;) "Przełęcz ocalonych" ..no cóż nie było to dla mnie jakieś wybitne dzieło.Mimo, że uwielbiam filmy o tematyce wojennej tym razem nie znalazłam się w gronie zachwyconych "dziełem" Gibsona ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gibson zaliczył zjazd, Nolan wzlot - równowaga w przyrodzie została zachowana. :)

      Usuń

Drukuj